Wydawnictwo Znak KR AKÓW 2018
Projekt okładki Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN www.panczakiewicz.pl Fotografia autorki na czwartej stronie okładki Magdalena Wdowicz-Wierzbowska Opieka redakcyjna Daniel Lis Adiustacja Ewdokia Cydejko Korekta Katarzyna Onderka Łamanie Jan Szczurek
Copyright © by Iza Michalewicz © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018
ISBN 978-83-240-5334-6
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2018. Printed in EU
Rozdział pierwszy
WIDMO
Tamtej nocy wrócił do domu podrapany na twarzy. Ojciec, który otworzył mu drzwi, wyczuł od niego alkohol. Zauważył, że jest niespokojny i dziwnie się zachowuje. Syn był skryty, nigdy się nikomu nie zwierzał ani na nic nie skarżył, ojciec wziął go więc pod rękę i zaprowadził do łóżka. Z zasady surowo go traktował, bywał wobec niego gwałtowny i wybuchowy. W dzieciństwie bił go paskiem za najmniejsze przewinienia, na przykład za spóźnianie się do domu. Tym razem nie krzyczał, nic nie mówił. W ogóle nie nawiązał z synem kontaktu. Oddzielała ich gruba warstwa ciszy, w której ojcowskie pytania pozostawały bez odpowiedzi. Syn zachowywał się tak, jakby pod osłoną tej nocy jego życie pękło na pół. Następnego dnia rano przypominał pacjenta po głupim Jasiu. Biegał po domu, nerwowo czegoś szukając. – Byłem na piwie z kolegami – oznajmił ojcu – chyba mi czegoś dosypano. Jakieś narkotyki. Nic nie pamiętam. Ojciec ma na imię Władysław i 80 lat. Wszyscy go na osiedlu znają, bo przez długie lata był stróżem. Dowie się od syna, że 11
ktoś napadł go pod Domem Towarowym w Zakopanem, przy ulicy Kościuszki. I skradł mu dokumenty. Policjantom powie po latach, że syn nie zgłosił kradzieży na policję, bo portfel z dowodem i miesięcznym biletem na Gubałówkę dość szybko się znalazł. – Mój znajomy, Janek, kucharz z karczmy w Dolinie Kościeliskiej, chodził po śmietnikach zbierać puszki. I przypadkowo wygrzebał portfel przy łąkach na Równi Krupowej. Poza pieniędzmi niczego nie brakowało. Tak, panowie… – stróż sięga pamięcią wstecz. – Słyszałem o zabójstwie kobiety. Wszyscy słyszeli. Że znaleziono ją na Równi, za bankiem. Ale nie wiem, jak zginęła. Zakopane, 30 września 1993 roku. Idący z kiosku robotnik skraca sobie drogę, wracając na plac budowy przy polsko-amerykańskim banku na ulicy Kościuszki (dziś siedziba Alior Banku). Przy płocie na tyłach budynku, nazywanego historycznie willą Różeckiego, dostrzega nieruchome, obnażone ciało kobiety. Przerażony biegnie do banku i powiadamia pracowników. Dwaj policjanci, którzy akurat siedzą w radiowozie niedaleko Równi Krupowej, dostają polecenie od dyżurnego Komendy Rejonowej Policji, żeby natychmiast udać się w tamto miejsce. Jest około godziny 16.00. Sześć stopni powyżej zera po nocnym przymrozku. Powietrze stoi w miejscu. Nie pada. Przyroda zamarła w skupieniu. Policjanci ostrożnie, żeby nie zatrzeć śladów, podchodzą do znaleziska. Kobieta ma około 25–30 lat, włosy blond, ładny, zadarty nos filmowej gwiazdy. W jej nienaturalnie wielkich, niezwykłych oczach odbija się niebo. Zakrwawiona twarz kontrastuje z białą marynarką. Ktoś dźgał ją nożem po piersiach i brzuchu. Leży teraz na trawie jak pęknięta, wyrzucona 12
na śmietnik gipsowa figura. Spodnie zsunięte do kostek. Rajstopy i majtki – do kolan. Nad zakrwawionym łonem góruje wydatny brzuch, odsłonięty przez podniesiony na wysokość piersi fioletowy sweter. Kobieta jest w zaawansowanej ciąży. To jeszcze nie wszystko – zdaje się mówić jej ciało. Technik kryminalny odwraca zwłoki. Policjanci widzą pocięte we wszystkie strony ostrym narzędziem uda i pośladki. Dość szybko, bo po dwudziestu minutach, pojawiają się policjanci z psem. Dewon wącha czarną damską torebkę, znalezioną w odległości 25 metrów od zwłok i prowadzi do miejsca, w którym leży kobieta. Węszy kolejny raz. Biegnie w stronę chodnika. Traci trop. Policjanci wracają do zwłok. Stamtąd pies znów rusza tropem zabójcy. Prowadzi w dół Równi Krupowej, wzdłuż ogrodzenia banku, ale po dojściu do uczęszczanej alejki poddaje się. Jest 17.00. Nieopodal spacerują tłumy ludzi. Śledczy dochodzą do wniosku, że ofiara, której tożsamości jeszcze nie znają, musiała tam leżeć kilkanaście godzin. Jej lewy but z zakrwawioną podeszwą znajdują potem w żywopłocie oddzielającym chodnik przy ulicy Kościuszki od Równi Krupowej. Szła więc albo była wleczona przez mordercę. Banku w nocy nikt nie dozorował. Nikt nic nie widział. Niczego nie słyszał. Ówczesny naczelnik zakopiańskiej dochodzeniówki Janusz Szymański powie mediom, że takiej zbrodni mógł dokonać tylko psychopata. Człowiek psychicznie niezrównoważony. Bo sposób morderstwa i rodzaj ran zadanych ofierze świadczą o znacznej dewiacji jego osobowości. Tamtego dnia późnym wieczorem policjanci docierają do jej rodziców. Kobieta, która nie zdążyła urodzić dziecka i umarła bez jednego pantofla, miała na imię Danuta. 13
– To była jedna z pierwszych spraw, jakie robiliśmy. – Karol Suder, emerytowany już policjant, wraca wspomnieniami do początku fenomenu, jakim stał się w Polsce Wydział do Spraw Przestępstw Niewykrytych, nazywany policyjnym Archiwum X. – Danuta F., nauczycielka z Nowego Targu. Ewidentne tło seksualne. Kobieta w ciąży, z gałęzią w narządach rodnych. Rozwiązanie zagadki tego zabójstwa zajmie policjantom 11 lat. Ale będzie to jedna ze spraw, która nada sens istnieniu Archiwum X. Jest 1 stycznia 1999 roku, rodzi się nowa Polska. Z dotychczasowych czterdziestu dziewięciu województw rząd klei szesnaście. W wyniku nowego podziału administracyjnego Komenda Wojewódzka w Krakowie rozrasta się do małopolskiej. Suder pracuje jako kierownik w wydziale operacyjnym sekcji do spraw zabójstw. Do dziś nigdzie w internecie nie ma jego zdjęć. Człowiek widmo. Nadzoruje pracę dziesięciu osób. Zajmują się przestępstwami przeciwko życiu i zdrowiu. Gwałty, bójki, morderstwa. Mając świadomość, że komenda pięciokrotnie się powiększy i spadnie im na głowę dużo roboty, Suder robi coś, co się nazywa potocznie „bilansem otwarcia”. To znaczy zbiera ze wszystkich nowych powiatów, komend powiatowych i miejskich sprawy niewykryte, dotyczące zabójstw i zaginięć od 1990 roku do końca 1998. Chce wiedzieć, co w trawie piszczy. Sprawdzić, na co stać lokalnych policjantów. Co wykryli, a co pokpili. Musi całość przeczytać i przeanalizować. Niewykryta liczba to porażka policji. Któryś z komendantów dzielnicowych wysyła do nich młodą dziennikarkę z „Gazety Krakowskiej”. 14
Suder: – Naopowiadaliśmy jej różnych rzeczy na temat tych zabójstw. Tytuł tekstu na dwie szpalty ze zdjęciem brzmiał: „Nielegalny ubój”. W naszej nomenklaturze nielegalny ubój to zabójstwo w rodzinie. Myśmy jej to czysto policyjnym językiem opowiadali. Wydźwięk tekstu był taki: panowie z komendy wojewódzkiej wykrywają sprawy sprzed lat, bo te zostały wyhuśtane i spieprzone przez policyjnych z terenu, którzy, jak się okazuje, umieją tylko ustalać sprawców włamań do kurnika i kradzieży królików. I oczywiście zaczęła się awantura. Wewnętrzna walka w policji. Suder dzwoni do powiatu: „Panie naczelniku, mam do pana gorącą prośbę. Wiem, że macie kilka niewykrytych zabójstw. Jakbyście mi to wszystko przysłali?”. W odpowiedzi słyszy: „A co to pana obchodzi. Nie jesteś pan moim przełożonym!”. W końcu udaje się zebrać materiały. Przede wszystkim protokoły oględzin miejsc zbrodni. Suder gromadzi papierzyska. Całe sterty. Wstępne plany śledztw, bo po 72 godzinach (tyle potrafią trwać oględziny) taki plan należało wykonać. Są protokoły sekcji zwłok, postanowienia prokuratorskie o umorzeniu śledztw. I co ważne – analiza. Gdy kończyło się śledztwo i działania operacyjne, śledczy wykonywali analizę. W sumie dwadzieścia, trzydzieści kartek do każdej sprawy. Notatek policyjnych, rozpytań świadków. Wszystkiego, co się wiązało z docieraniem do prawdy. – A co wy na to, gdybyśmy się zajęli sprawami niewykrytymi? – zwraca się do swoich zapaleńców Suder. Wysoki, szczupły, sprężysty. Wielbiciel kryminałów i zagadek pozornie nie do rozwiązania. Pasjonat. – A są jakieś? – pada pytanie. U Sudera w szafie było już wtedy wszystko. Jakieś trzydzieści, czterdzieści spraw. 15
– Wiecie, co was czeka?... – zagaja. – Ponieważ to ja zaproponowałem, a nie komendant, nie będzie więc ani dodatkowych pieniędzy, ani urlopów. Zadeklarowali, że będą harować poza normami. Całkowicie oddali się sprawie. Żadnego życia prywatnego. Dyżurny miał namiary na wszystkich, a także ich żony, kochanki i dziewczyny i skrzykiwał całą tę zgraję, gdy trzeba było. Zjeżdżali się wówczas i harowali. Tempo pracy i życia ekscytowało. Suder nigdy nie wychodził z domu bez porządnego śniadania, bo nie wiedział, czy będzie jadł kolację. Gdy Gumiś terroryzował Kraków bombami, przez tydzień nie było go w domu. Dobrze, że już pracowali na Mogilskiej i mieli łazienki. Spali na komendzie. Archiwum X powstaje na razie nieformalnie, w wydziale operacyjnym krakowskiej policji, co oznacza, że wszystkie jego działania są niejawne. Karol Suder: – Wiązała się z tym masa problemów, bo żeby prokurator się czymś zajął, musi mieć jakieś materiały procesowe: albo przesłuchanie świadka, albo notatkę urzędową, które by go dopingowały do podjęcia rutynowych czynności. To był na samym początku jeden z dość kłopotliwych elementów tej pracy. Musiałem wychodzić z prośbą do mojego starego wydziału dochodzeniowo-śledczego (gdzie kiedyś pracowałem), żeby udostępnili mi kogoś, kto by na przykład przesłuchał świadka i spisał z tego protokół. W końcu, jak go dostawaliśmy do współpracy przy sprawie, to już u nas zostawał. Gdy pojawiał się problem, dyskutowaliśmy nie tylko w ramach grupy operacyjnej, ale i z dochodzeniowcem. Trzeba wiedzieć, że dochodzeniowiec to ktoś, kto jedzie na miejsce zbrodni i dotyka faktów. A operacyjny przyjeżdża, wymienia informacje i zaczyna myśleć. Dochodzeniowiec musi 16
powiedzieć mu tyle, żeby operacyjny dedukował. Nie może być takiej sytuacji, w której ktoś, kto prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa, nie był na miejscu zbrodni. Tylko tam można poczuć sprawcę. Potem następuje wyprowadzanie wniosków, opracowanie wersji i burza mózgów. Bez pomocy operacyjnego dochodzeniowiec sobie nie poradzi. W ten sposób nad sprawą morderstwa spotykają się ludzie z trzech światów: operacyjny, dochodzeniowiec i szef wydziału laboratorium kryminalistycznego. Mają w swoich rękach mocne atuty: operacyjnemu ktoś coś szepnął na ucho, kryminalistyk zebrał ślady, a dochodzeniowiec dysponuje zeznaniami świadków. Tak to działa. Z materiałem procesowym szli do prokuratury, żeby podjęła na nowo umorzone już śledztwo. I pojawiały się następne schody. Najpierw trzeba było jeździć i przekonywać prokuratora okręgowego, potem referenta, który to dostał. I Suder słyszał: „Że się panu chce po tylu latach?!”. Niechętnie wracano do tych spraw, bo i po co? Co z tego, że zginął człowiek i zostali ludzie, którzy po nim płaczą, skoro trzeba się ciężko narobić. Dialog był więc taki: – Panie prokuratorze... (to Suder). – Wiem, przychodzisz do mnie z ciekawą sprawą. – No właśnie. – Ale ja nie chcę. Mam już dość twoich ciekawych spraw. Suder rozdziela zadania: ty idziesz gadać z ludźmi, ty czytasz akta. Przekopuje sterty policyjnych notatek. – Nazwę „Archiwum X” wymyśliłem sam. Nasz naczelnik, Eugeniusz Szczerbak [komendant wojewódzki w Krakowie w latach 1999–2002 – I.M.], bardzo inteligentny facet, zainteresował się takim narzędziem, które długo było modne na 17
Zachodzie, zwłaszcza w Holandii. Nazywa się analiza kryminalna. To program komputerowy, który wykrywa błędy uczestników całego zdarzenia, zarówno policji, jak i przestępcy. Trzeba wpisać tam całe akta, a program wyłapie nieścis łości. Jeden z kolegów od nas był na szkoleniu w Holandii. Przywiózł nowinki i tak zaaferował naszego szefa, że ten postanowił utworzyć dla nas taką sekcję. Początkowo nie miał argumentów, jak te holenderskie nowości przełożyć na Polskę. Ale wpadł na genialny pomysł. Przyszedł do mnie i powiedział: „Napisz mi na kartce, co wyście tam wykryli, jakie macie sukcesy”. Suder napisał więc odręcznie: „Z mojego Archiwum X”. Wtedy leciał ten amerykański serial o tajemnicach nie z tego świata. I zrobiła mu się taka nakładka. A mieli już się czym pochwalić. Archiwum X prześwietlało bowiem tak zwaną ciemną liczbę zabójstw, czyli niewyjaśnione zaginięcia, nieszczęśliwe wypadki czy samobójstwa. I tak w lipcu 2003 roku przepada Agata z Zakopanego. Dwadzieścia trzy lata. Wysoka, szczupła, atrakcyjna studentka drugiego roku architektury Politechniki Krakowskiej. Policjanci prowadzą poszukiwania. Wygląda na to, że uciek ła. Miała kiedyś kontakt z narkotykami i jej kolegę aresztowali w Ameryce Południowej, więc wpadają na pomysł, że pojechała do niego w odwiedziny. – Panie naczelniku… – Suder na to do funkcjonariusza – … ale zostawiła paszport, dowód osobisty! – Ależ panie Karolu, w Zakopanem nikt się takimi rzeczami nie przejmuje. Przez zieloną granicę i tyle – słyszy w odpowiedzi. Z informacji wynikało, że do zniknięcia mogli przyczynić się dwaj jej bracia – bliźniacy. Tyle że to długo nie mieściło się 18
w głowie tamtejszym policjantom. W końcu do Sudera przychodzi matka dziewczyny i mówi: „Panie Karolu, to bracia ją zamordowali”. A oni, że matka opowiada bzdury. Kobieta pokonała sto kilometrów, żeby wyżalić się na śledczych z Zakopanego. Wszystko opowiedziała ze szczegółami. Nietrudno sobie wyobrazić jej emocje. Archiwum X szuka więc śladów ze specjalistami, ale dopiero dość intensywna współpraca z jednym z zakopiańskich kolegów z pionu operacyjnego przyniesie efekt. Otóż naopowiada on dziennikarzowi „Tygodnika Podhalańskiego”, że policja wie, gdzie jest ciało dziewczyny. A bracia dojdą do wniosku, że źle ją zakopali. I pojadą poprawić. W momencie, kiedy ją wyciągną z dołu i włożą do bagażnika, zatrzyma ich straż graniczna. O wszystkim zdecydował przypadek. Wopiści myśleli, że to kłusownicy. Poszło o kamienicę w centrum Zakopanego. Bracia Grzegorz i Bartosz utrzymywali się z czynszów, jakie płaciły im sklepy mieszczące się na parterze kamienicy. Nie chcieli mieć wspólnika w dzieleniu, a potem dziedziczeniu majątku. Pierwszy zabił, drugi pomógł rozczłonkować zwłoki siostry. Grobowcem dla głowy dziewczyny, odciętej kątową szlifierką, stał się dół wykopany pod wysoką sosną, którą bracia wskazali prokuratorowi po tym, jak przyznali się do winy. Resztę ciała pogrzebali w innej części lasu. Dzięki uporowi policjantów z Archiwum X matka, którą synowie przegonili wcześniej z domu, mogła pochować córkę w całości. Jeszcze w trakcie śledztwa w 2003 roku policjanci zatrzymali braci na 48 godzin. „Bezczelni, pewni siebie. I ten cynizm. Wiedzieli, że siostra nie żyje, ale po wyjściu z aresztu zjawili się u nas i zapowiedzieli złożenie skargi na zatrzymanie” – mówili wstrząśnięci 19
śledczy dziennikarzowi „Gazety Krakowskiej”. Jeden z braci dostał wyrok 15 lat za kratami, drugi – 4. Karol Suder: – U nas wszystko szło od strony dedukcji. Nad każdą sprawą intensywnie myśleliśmy. Dopiero potem szukaliśmy rozwiązań. W 1996 roku, w czerwcu, w Kościelisku kobieta zgłasza zaginięcie. Że mąż, góral, był i go nie ma. Pojechał do roboty i trzy miesiące nie wraca. Ktoś z grupy Archiwum interesował się zaginięciami i ściągnął akta tej sprawy. I między innymi znalazł notatkę, że dwa, trzy dni przed tym, jak góral wyjechał do pracy pod Warszawę, na terenie posesji palono duże ognisko. Jak to? Zbieg okoliczności, taka duża watra? I przez to ognisko zainteresowali się sprawą. Policja z Podhala mówiła: „Odwalcie się od tego ogniska. Wiemy, do czego zmierzacie. U nas nie było przypadku, żeby ktoś znieważył zwłoki. Nie ma takiej możliwości! To się nie mieści w mentalności górali”. Dlatego czekali, aż delikwent sam się znajdzie. Suder nie odpuszcza. Współpracuje z Instytutem Ekspertyz Sądowych im. prof. dr. Jana Sehna w Krakowie, z sekcją profilerów. W rodzinie jest trójka dzieci w wieku szkolnym. Profilerzy opracowują dla nich związany z ojcem temat wypracowania do szkoły, bo – jak ustalił Suder – „koleżanka trochę pochodziła po domach i okazało się, że góral maltretował tę rodzinę”. Sąsiedzi dobrze wiedzieli, co się u nich działo. W końcu Archiwum X ściąga do siebie matkę i najstarszego chłopca. A ten w pierwszych słowach przyznaje się, że to on zamordował. Ojciec bił i jego, i matkę, która leczyła się z tego powodu na depresję. Powoli kolejne wersje tej historii zaczynają otwierać się wokół śledczych jak trujące kwiaty. 20
Chłopiec bierze wszystko na siebie, choć to nie on zabił. Chce uchronić matkę. Widział, ile musiała znieść upokorzenia i bólu. W końcu nie wytrzymała. Po kolejnej awanturze nafaszerowała męża lekami, żeby nie miał siły się bronić. I zabiła siekierą. Zamordowała, a wszystkie dzieci paliły. Wrzucili ciało do ogniska. Śledczy nie znajdą nawet kosteczki. To, co zostało z ojca, najstarszy wywiózł do lasu i zakopał. Miał wtedy 12 lat. Kobieta nie była góralką. Urodziła się pod Warszawą. Nie miała więc kulturowych oporów, by spalić ciało. Kiedy policjanci pozałatwiali już wszystko w prokuraturze, zjawili się w gabinecie Sudera w euforii sukcesu. Popijali jakieś sowietskoje igristoje, gdy ktoś rzucił: „Tylko nie wygadajcie Suderowi, że jest taka sprawa – facet od dwóch lat jeździ na rowerze. I do tej pory go nie ma”. Suder zapamiętał, że już go podkręcili. Istotnie, 35-letni góral z Białego Dunajca wsiadł na rower, pojechał do kochanki i słuch po nim zaginął. Od dwóch lat figurował w kartotece zaginionych. Suder był już na emeryturze, gdy Bogdan Michalec znalazł górala razem z rowerem pod podłogą, w domu tej kochanki. Michalec to dziś kręgosłup krakowskiego Archiwum X. I jego mózg. Zawsze w mediach miał tylko imię i pierwszą literę nazwiska. Zamiast jego zdjęć w wyszukiwarkach internetowych pojawiają się fotografie uśmiechniętego artysty, konferansjera i showmana o tych samych personaliach. Śledczy Michalec to skupiony, ogolony na zapałkę, dość krępej budowy mężczyzna z nieodłącznym elektronicznym papierosem na szyi. Przyszedł do sekcji Karola Sudera w 1999 roku z małego komisariatu w jednej z dzielnic Krakowa, Borku Fałęckim. 21
Kameralnego. Bliżej obywatela. „Wychowywali” go starzy, doświadczeni milicjanci, od których nauczył się ABC kryminalistyki. – W pierwszej kolejności trzeba być człowiekiem. To jest dla policjanta najważniejsza rola – powie mi po latach. – Dowiedziałem się, że jest taki pasjonat i szaleniec w policji, który nie wychodzi z komendy i ma sukcesy – wspomina Suder. – Przeczytałem ze dwie, trzy jego notatki: pełna profeska. Inne podejście niż wszystko, co się wokół działo. Zadzwonił więc: – Czy nie zastanowiłby się pan nad pracą w Archiwum X? „Taka fucha w TAKIM wydziale”. Na co Michalec: – Nie jestem zainteresowany. Ale po jakimś czasie sam się odezwie, a Suder go przyjmie. Nie pomyli się, choć w niektórych momentach potrzebowali rozjemców. Mieli odmienne zdania. To dobrze, bo dyskusja zawsze jest dochodzeniem do prawdy. Jak mawiał Albert Einstein: „Bez myślenia intuicja jest ślepa”. Bogdan Michalec: – Intuicja to podstawa. I dar. Odejście od schematu działania policji i prokuratury jest wielu nie na rękę. Może dlatego okrzyknięto mnie szaleńcem. Nasza praca jest jak wchodzenie w ciemny las. Na początku wzrok nieprzyzwyczajony do ciemności, więc potykamy się, przewracamy. Powoli jednak oko się przyzwyczaja i wtedy można dostrzec więcej szczegółów. Najistotniejsze jest uważne czytanie akt. Akta sprawy zamordowanej Danuty F. zalegają w archiwum Sądu Okręgowego w Nowym Sączu. Notatki policjantów, zeznania świadków, oględziny pisane odręcznie albo na starej maszynie, której czcionka wypłowiała z upływem czasu. Ciężko przebrnąć. Ale to jest codzienna droga, którą zaczyna iść każdy śledczy z Archiwum X. Jak powiedział Karol Suder: 22
„Ludzie wychowani na filmach kryminalnych nie wiedzą, że to żmudna praca. Bo policjant z Archiwum siedzi w swoim pokoju popołudniową porą i nie widać go spoza stosu akt”. Tylko w ten sposób ma możliwość wrócić na miejsce zbrodni sprzed lat. Mamy 1999 rok. Akta cofają śledczych do 30 września 1993, kiedy przypadkowy robotnik znajduje ciało Danuty. Od tamtej pory upłynęło 6 lat, a sprawca wciąż pozostaje nieznany. Człowiek widmo. Karol Suder i Bogdan Michalec czytają historię dramatu kobiety i jej rodziny strona po stronie. Kiedy pies policyjny znajduje niedużą czarną torebkę w kształcie półksiężyca – mówią akta – śledczy poznają tożsamość ofiary. Danuta F. miała w niej dowód osobisty swój i męża, Kazimierza, 119 tysięcy złotych (przed denominacją można było za to kupić kilo cukru i mleko), magazyn „Jestem”, opakowanie po batoniku Snickers, pismo z PZU w Nowym Targu z blankietem z wpłatą za karę (mąż spowodował wypadek po alkoholu i dostał kolegium), bilety na PKS i książkę Mówienie prawdy sobie samemu. Jak sobie radzić z problemami życia? Williama Backusa i Marie Chapian. Kim byłaś? – zastanawiają się policjanci. – Jakiej wskazówki szukałaś w tej książce? Backus to luterański pastor i psycholog. Chapian – autorka książek chrześcijańskich, psychoterapeutka. Podróżuje jako nauczycielka Biblii i mówca na chrześcijańskich konferencjach. Książka, jak zaczynają autorzy we wstępie (można jej wysłuchać w internecie), „została napisana, aby pomóc ci żyć z tą jedną osobą, z którą musisz żyć przez całe życie – a więc z samym sobą. »Terapia błędnych przekonań«, jak nazwaliśmy 23
nasz sposób działania, polega na wprowadzeniu prawdy do twojego systemu wartości, do twej filozofii życia, wymagań, przekonań moralnych i emocjonalnych, a także do słów, które mówisz sam sobie. Biblia mówi, że prawda czyni człowieka wolnym”. Czy zdążyłaś przeczytać choć pierwszy rozdział o tym, czym jest owo „błędne przekonanie”? „Dlaczego czuję się tak fatalnie? – pyta człowiek przeżywający trudne chwile. W życiu każdego z nas istnieje coś, co chcielibyśmy zmienić. Twoje przekonania determinują twoje zachowanie. Większość depresji bierze się ze słów, jakie mówimy sami sobie, kiedy spotyka nas jakaś strata”. A co spotkało ciebie? – na to pytanie śledczy spróbują znaleźć odpowiedź. Kiedy ustalą adres zamieszkania jej rodziców w Nowym Targu, na miejscu zastaną brata, Zbigniewa. I szybko okaże się, że mąż, Kazimierz, poszukuje jej już od dwóch dni. Brat na temat siostry nie umie podać zbyt wielu informacji, prócz tego, że była skryta i niekoniecznie akceptowana przez rodzinę męża. Małżeństwem byli od kwietnia 1993. Policjanci tego samego dnia docierają do Kazimierza, który razem z rodzicami i Danutą mieszkał w małej wiosce Rogoźnik pod Nowym Targiem. Zajmowali pokój z kuchnią na parterze z oddzielnym wejściem: – Żona była na zasiłku – mówi – i pomagała w gospodarstwie moich rodziców. Utrzymywaliśmy się z niego, jej zasiłku, oraz tego, co dorywczo zarobiłem, najczęściej na budowach. Danuta nie chodziła do ginekologa. Nie miała też skłonności do alkoholu. Nigdy nie było przypadku, żeby nie wróciła na noc, kiedy jechała do swoich rodziców do Nowego Targu. Ponieważ była nauczycielką, starała się o pracę w jednej 24
z tamtejszych szkół podstawowych. 28 września o 6.30 rano wyjechała z Rogoźnika, mówiąc, że jedzie do Nowego Targu na badania w przychodni, która znajduje się w pobliżu kina. Pojechała pekaesem. Na palec założyła obrączkę, którą kiedyś dostała od swojej matki. Złotą, szeroką, bez g rawerki. Obrączka nigdy się nie odnajdzie. Kazimierz opisze żonę dość dokładnie. Jak była ubrana (jasne dżinsy, jasna marynarka), co miała ze sobą (skórzaną czarną torebkę o półkolistym kształcie, zamykaną na błyskawiczny zamek). Oraz to, że dał jej pieniądze, które miała wpłacić do PZU w Nowym Targu za spowodowany przez niego wypadek drogowy. Wzięła w tym celu ze sobą jego dowód osobisty. Kazimierz: – Włożyła też do torebki słoiczek z moczem. Widziałem to. Dwa tygodnie wcześniej powiedziała mi, że będziemy mieli syna. Bardzo się z tego cieszyła. Wychodziliśmy z domu razem. Ja do pracy, do Czarnego Dunajca, a ona do Nowego Targu. Wsiadała do autobusu sama. Nikogo nie było na przystanku. Powiedziała, że jak da radę, to tego samego dnia wróci do Rogoźnika. Gdy nie wróciła, pomyślałem, że została u rodziców. Początek lat dziewięćdziesiątych nie był światem telefonów komórkowych. Na wsi rzadko kto posiadał nawet stacjonarny. Kazimierz nie miał, więc gdy kolejnego dnia nie doczekał się Danuty, wsiadł w autobus do Nowego Targu i odwiedził jej rodziców: Genowefę i Jakuba. Genowefa pracowała w miejscowym Urzędzie Skarbowym. Powiedziała zięciowi, że córka przyszła wpłacić pieniądze za jego kolizję około 10.00 rano 28 września. Wpłaciła i od razu wyszła. Zaniepokojony Kazimierz poszedł więc do szwagra, ale i tam jej nie zastał. Rodzice powiedzieli, że na noc też nie została. – Chciałem nawet dzwonić na komisariat – zezna 25
Kazimierz – ale teściowa powiedziała, że to nie honor dzwonić na policję. Że może się przecież zjawi. Będą jej szukać. Szwagier odwiózł mnie swoim simsonem do Rogoźnika. Czekałem, że może przyjedzie ostatnim autobusem, ale nie przyjechała. Nakarmił więc Kazimierz krowy i owce, a później zmęczony i zmartwiony z kurami położył się spać. Następnego dnia znów pojechał do Nowego Targu. Szukał żony po kawiarniach i lokalach na rynku. Wtedy szukali jej już wszyscy. – Nigdy między nami nie było kłótni, przekonywał Kazimierz śledczych. – Nigdy jej nie uderzyłem. Żyła z moimi rodzicami w zgodzie. Mieliśmy wspólną kuchnię. Nie słyszałem od niej, żeby miała jakichś wrogów. Mimo to rodzina nie miała w Rogoźniku dobrej opinii, bo – jak powiedzieli policji sąsiedzi – byli skłóceni ze wszystkimi. I z nikim nie utrzymywali kontaktów. W notatce jednego z policjantów, zazwyczaj pisanej policyjnym żargonem, wypranym z emocji, znajdzie się tym razem miejsce na bezradność i rozpacz: „W tym momencie oznajmiłem rozpytanemu, że jego żona została zamordowana. Stwierdziłem, że oczy zaszkliły mu się łzami i załamanym głosem zapytał, czy mógłby zobaczyć swoją żonę, gdzie ona się znajduje. I czy zamordowaną na pewno jest ona”. Dzień 30 września 1993 ciągnie się niemiłosiernie. Koło godziny 21.00 policja zaczyna przesłuchanie rodziców. Jan, z zawodu cholewkarz, rencista, ojciec Danuty: – Mamy dwoje dzieci: Danutę, rocznik ’64, i Zbigniewa, młodszego od niej o 3 lata. Córka skończyła Liceum Sztuk Plastycznych w Zakopanem i podjęła pracę jako nauczycielka plastyki w podstawówce w Nowym Targu. W innej podstawówce była świetliczanką. W 1991 roku podjęła pracę w Ośrodku 26
Szkolno-Wychowawczym, ale po roku ją straciła. Brała zasiłek dla bezrobotnych. Ostatni na kilka dni przed zniknięciem. Była też społecznym kuratorem przy Sądzie Rejonowym w Nowym Targu. Spokojna, lubiąca czytać książki, domatorka. Nie chodziła po dyskotekach. Nigdy nie było z nią problemów wychowawczych. Raczej pomagała osobom, które weszły w konflikt z prawem. Nigdy nie zgłaszała problemów ze swoimi podopiecznymi. Cieszyła się z tej pracy. Genowefa, jej matka: – Faktycznie dwa dni temu była u mnie w Urzędzie Skarbowym. Wpłaciła pieniądze za wypadek zięcia, trochę jej zostało, a ja dałam jej jeszcze na obiad. 1 października kończyło jej się bezrobocie, co ją załamywało. I to, że nie może sobie znaleźć pracy. Córka była bardzo ufna i dobra, ale unikała tematu teściów. Starałam się ją zawsze pocieszyć. Uważałam, że bywają ciężkie chwile, i to się zmieni. Wiedziałam, że zięć czasami zagląda do kieliszka. Nigdy nie była przez niego pobita, jedynie strofowana przez teściową. Chorowała na tarczycę (stąd nienaturalna wielkość oczu). Była po operacji. Leczyła się w klinice endokrynologicznej w Krakowie. Po tej chorobie, jakieś półtora roku temu, przeżyła załamanie nerwowe. Lekarze jednak m ieli dobre prognozy. Policja ustala, że ostatni raz Danuta była w Urzędzie Pracy 13 września. Pytała, czy może jest coś dla niej. Ale nie było. 29 września kupiła bilet (znaleziony później w jej torebce) na PKS w Nowym Targu, parę minut po 14.00. Kurs Myślenice – Zakopane. Autobus przyjechał do Zakopanego planowo o 14.42, ale kierowca nie zapamiętuje Danuty. Śledczy ze zdumieniem odkrywają też, że kobieta potrafiła mieć swoje tajemnice. Na przykład przez kilka miesięcy nie mówiła matce, że jest w ciąży, dopóki ta sama nie zauważyła. Tak dzieje się 27
wtedy, gdy emocjonalne więzi między matką a córką gdzieś zostaną nadszarpnięte. A może dziecko nie było jej męża? Danuta, jak sprawdzili policjanci, ani razu nie poszła do lekarza. Kartoteki medyczne nie odnotowały jej nazwiska. Dopiero w lipcu, dwa miesiące przed śmiercią córki, Genowefa odkryła, że zostanie babcią. „Cieszyła się z tego, że będzie miała dziecko, nawet się do tego przygotowywała, bo kupiła już pieluchy” – zeznała matka, ale tak naprawdę nie wiedziała o własnej córce nic więcej. Mówi się, że kobiety są psychicznie silniejsze od mężczyzn. Ale nie wtedy, gdy muszą pochować dziecko. Tamten dzień będzie więc wystawał z życia matki jak zardzewiały gwóźdź. – Ona jest dla mnie niczym wyrwane z korzeniami drzewo – powie Genowefa dziennikarzom TVN, przygotowującym w 2006 roku reporterski cykl „Archiwum X. Śledztwa po latach”. Krótkowłosa, okrągła na twarzy, elokwentna. Smutek wygiął jej usta w podkówkę. To ojciec zidentyfikuje zwłoki. Jednego policjanci nie zdołają ustalić: gdzie Danuta spędziła noc z 28 na 29 września, skoro nie u rodziny? Nie u znajomych? Przyjaciół nie miała, podobnie jak wrogów. Raptem dwie koleżanki. Szkołę w Zakopanem skończyła 10 lat w cześniej. Policja odwiedzi poradnię zdrowia psychicznego i przychodnię lekarską w Nowym Targu, ale nie znajdzie w nich ani śladu po Danucie. Ośrodek Szkolno-Wychowawczy na Kowańcu, gdzie pracowała od 1 września 1991 roku, zdradzi, że od początku mieli z nią problemy, bo była pracownikiem na „nie”: niezdyscyplinowanym, nieodpowiedzialnym, nieobliczalnym. „Wśród pracowników ośrodka panowała opinia, że jest wariatką” – odnotują policjanci. Pracowała tam do końca 1992 roku. 28
SPIS TREŚCI
Prolog . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 9 Rozdział pierwszy. Widmo . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 11 Rozdział drugi. Maska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 69 Rozdział trzeci. Plantator truskawek . . . . . . . . . . . . . . 106 Rozdział czwarty. Skóra . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 133 Rozdział piąty. Człowiek tysiąca śmierci . . . . . . . . . . . . 156 Rozdział szósty. Zapach ojca . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 201 Rozdział siódmy. Strategia lwa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 288 Rozdział ósmy. Między oczy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 337 Epilog . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 371 Podziękowania . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 377 Bibliografia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 379