Wydawnictwo Znak KRAKÓW 2022
Projekt okładki Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN www.panczakiewicz.pl Fotografia autorki na czwartej stronie okładki Magdalena Wdowicz-Wierzbowska Opieka redakcyjna Daniel Lis Adiustacja Ewdokia Cydejko Korekta Katarzyna Onderka Łamanie Jan Szczurek
Copyright © by Iza Michalewicz © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2022
ISBN 978-83-240-6540-0
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie III, Kraków 2022. Printed in EU
Rozdział czwarty
SKÓRA
W pokoju policjantów z Archiwum X na ósmym piętrze małopolskiej Komendy Wojewódzkiej wisi reprodukcja Całunu Turyńskiego i dwie modlitwy: do św. Judy Tadeusza, patrona spraw beznadziejnych, i Światło latarni – modlitwa św. Tomasza z Akwinu. Bogdan Michalec będzie je sobie często powtarzał, szczególnie tę ostatnią: „Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasami mogę się mylić (...). Wyzwól mój umysł od niekończącego brnięcia w szczegóły i daj mi skrzydła, abym w lot przechodził do rzeczy”. – Chociaż wolę św. Augustyna – twarz Michalca pod wpływem uśmiechu rozjaśnia się. – To geniusz. Drugi taki nie istniał. Potrafił dostrzegać niejedną drogę. Nie byłoby Archiwum X, gdyby nie sprawa zabójstwa Kasi. Na początku było nas kilka osób, skierowanych właśnie do tego konkretnego zadania: znalezienia odpowiedzi na pytanie, kto w tak bestialski sposób zabił niewinną 23-latkę. 133
Kraków, styczeń 1999 roku. Pchacz Łoś, nieduży, zużyty już mocno rzeczny statek transportujący kruszywo, zatrzymuje się gwałtownie na Wiśle. Kapitan pchacza otwiera metalową zapadnię i zagląda pod pokład. Coś wpadło w turbinę silnika. Potworny smród buchnął gwałtownie i opadł. Zaczęli wyciągać po kawałku. W pewnym momencie zauważyli fragment ludzkiego ucha. Z dziurką na kolczyk. Szok. Telefon. Policja. Fragmenty zwłok nie leżały w wodzie dłużej niż dwa, trzy tygodnie. Była to skóra, wprawnie zdjęta z ciała młodej kobiety. Sprawca skalpowanie zaczął od szyi, a skończył na podbrzuszu. Skóra wyglądała więc jak typowe damskie body lub kostium kąpielowy. Z jedną tylko różnicą: zabójca wyciął kobiecie sutki, zostawiając w tym miejscu dziury. Tydzień później na kracie zatrzymującej nieczystości w okolicach stopnia wodnego Dąbie śledczy odnajdą obciętą w kolanie nogę wraz z obręczą miedniczą, fragmenty pośladka i spodni. Karol Suder, szef Archiwum X, nie będzie miał wątpliwości, że ktoś znał się na rzeczy. Musiał wiedzieć, jak umiejętnie zdjąć skórę. Rzeźnik, a może chirurg? Thomas Müller z Wiednia, psycholog i analityk kryminalny, uczeń słynnego agenta FBI Roberta Resslera, obejrzy zdjęcia z sekcji zwłok i potwierdzi przypuszczenia polskich śledczych: ktoś zabił na tle seksualnym. – Powiedział, że pierwszy raz spotyka się z czymś takim. – Karol Suder, podobnie jak w przypadku Inkasenta zwrócił się po pomoc do specjalistów z FBI na Europę. – Były przypadki oskórowania w Niemczech, ściągaliśmy nawet tę sprawę, ale to zupełnie co innego. Sprawca bawił się skórą i nie wiedział, co z nią zrobić dalej. A w naszym przypadku takie zdjęcie 134
ludzkiej skóry było jedyne na świecie. Baliśmy się, że to się może powtórzyć. Według teorii, że sprawiało mu to przyjemność, powinien spróbować jeszcze raz. Moim zdaniem zabójca nam tę skórę zostawił w prezencie: zobaczcie, jaki jestem dobry. Złapcie mnie. Po latach lokalne krakowskie media napiszą, że profiler z FBI typował „nieszkodliwego dziwaka”. Nawet jeśli będzie to wymysł dziennikarzy, z czasem nabierze zupełnie innego znaczenia. W kwietniu 1999 roku policjanci z Archiwum X przeglądają bazę osób zaginionych. Jest wśród nich 23-letnia studentka religioznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego Katarzyna Zowada. – Wysłałem ludzi do jej domu – wspomina Karol Suder. – Mówiłem: nie róbcie nikomu nadziei i starajcie się nie wystraszyć rodziny, ale musicie znaleźć jakieś jej komórki. Ze szczoteczki do zębów, do włosów. Pozbierali stamtąd ślady biologiczne i zawieźli do Zakładu Medycyny Sądowej. Wyodrębniono DNA i okazało się, że to ona. Kasia zaginęła 12 listopada 1998 roku. Ubrana była w granatową sztruksową kurtkę z kapturem, czarne spodnie, granatowy golf i czarne lakierowane trzewiki. Zniknięcie swojej jedynej córki na policję zgłosiła jej matka, Bogusława. – Mogę powiedzieć, że Kasia była kochaną dziewczyną. Mądrą, inteligentną. Kiedy przyszłam do domu i zobaczyłam, że jej nie ma, to już byłam zaniepokojona – opowiadała matka dziennikarzom TVN-u. – Wieczorem byłam na policji, ale powiedzieli mi, że jest dorosła, i szukają dopiero po iluś tam godzinach. Bogusława płacze. Ma krótko ostrzyżone ciemne włosy, okulary o grubych szkłach i ciepły, subtelny głos. 135
Wynajęła prywatnego detektywa Grzegorza Bohosiewicza, żeby szukał jej córki. Po przyjęciu zlecenia przyjechał do niej do domu, żeby zobaczyć, jak mieszka, poznać jej otoczenie. Zauważył, że Kasia była samotnikiem. Niewielu znajomych, raptem dwie koleżanki, i to jeszcze z lat licealnych. Nie było nawet jak złapać tropu. Koleżanka pierwsza (do dziennikarza TVN): – Była cichą, spokojną dziewczyną, w ostatnim czasie zaczęła się zamykać. Była apatyczna. Bardzo się zmieniła po śmierci ojca. Bywała czasem w euforii, wydawało się, że wraca do normalności, a potem przychodził kryzys. Katarzyna była blisko związana z ojcem. 3 lata wcześniej zabrała go w góry. A ojciec spadł ze skały i złamał kręgosłup. Wkrótce potem zmarł. Kasia obwiniała siebie za tę śmierć i nie umiała się z nią pogodzić. Kilka razy zmieniała kierunki studiów. Psychologia, historia, wreszcie religioznawstwo. Wpadła w depresję. Na studiach wykładowcy zapamiętali ciemno ubraną, dość wysoką (170 centymetrów) i potężną dziewczynę o urodzie młodej Janis Joplin, jak bezszelestnie siadała w ostatniej ławce. Koleżanka druga: – Typ dziewczyny, którą się ciągle poznaje, poznaje i nie można powiedzieć, że się ją naprawdę zna. Próbowała się zabić, do tej pory nie wiem dlaczego i tego nie rozumiem. Mówiła, że stanęła na dachu, ale nie skoczyła. Kobieta, płacząc, zadaje sobie pytanie, czy mogła jej pomóc. Matka Kasi, choć psycholog z wykształcenia, w co drugim mężczyźnie zaczęła widzieć mordercę. Pierwszym tropem policjantów był 48-letni mężczyzna, który zabił i oskalpował swoją żonę i syna. Zwłoki rozkawałkował, a kobiecie wyjął oczy. Zrobił to w czerwcu 1985 roku na jednym z krakowskich osiedli. Szczątki zwłok wrzucił do rzeki. 136
Kiedy 16 lat później zamordowano Kasię, był na przepustce wydanej przez jeden ze szpitali psychiatrycznych. Ale śledczy wykluczyli jego udział w zabójstwie. Kiedy zginęła Kasia – on jeździł już na wózku inwalidzkim. Kolejny trop – Władimir W. Absolwent medycyny i psychologii na UJ (tej samej, na którą przeniosła się Kasia). Przyjechał na studia do Polski na początku lat dziewięćdziesiątych i zamieszkał w podkrakowskiej wsi. To był wybór jego ojca, który zostawił żonę i córkę na Kaukazie zupełnie same, bez grosza, a z nim i jego dziadkiem wyemigrował do Polski. Władimir nienawidził ojca. Bo zdradził jego matkę. Dlatego też uciekł z kraju. A że pochodził z krainy wysokich gór i twardych ludzi, obce mu były wyrzuty sumienia. 31 maja 1999 roku na posterunek policji wpłynęło zgłoszenie, że w domu prawdopodobnie doszło do zabójstwa, a mordercą może być wnuk zgłaszającego. W piwnicy domu odnaleziono zwłoki 50-letniego mężczyzny. Był powieszony do góry nogami. Miał odciętą głowę, a obok leżała ściągnięta z niej skóra. Przecięta wzdłuż czoła, nosa i brody, a następnie zszyta na całej długości zwykłą nitką. Ciało mężczyzny, przywiązane rzemieniem do kraty piwnicznego okna, wyglądało jak mięso kaukaskiego barana, którego młodzi chłopcy zarzynają, by stać się mężczyznami. Władimir powie dziennikarzom: – Zawiesiłem go jak odwrócony krzyż, bo był bogobojny, ale nie znał żadnej modlitwy. W Biblii nie ma takiego grzechu jak podłość. Jestem artystą i nie lubię nikogo naśladować. Chciałem stworzyć dzieło sztuki i tym samym pokazać szczyt ludzkiej podłości. Przecież tak naprawdę twarz jest nieważna, ważne są wartości, przez które poznaje się człowieka. Po pozbawieniu życia ojca nie czułem nic. Raczej było tak, jakbym sam siebie zabił. 137
Głowę wyrzuciłem pod balkon, w chwasty, bo właściwie ta głowa była chwastem. Skórę posypałem od wewnątrz solą, aby nie gniła. Swoją twarz i głowę wykleiłem plastrami, następnie nałożyłem ściągniętą z ojca twarzy skórę na swoją twarz. Czynności zajęły mi całą noc, gdyż wcześniej tego nie planowałem. Ponieważ dziadek spał, Władimir ze skalpem nałożonym na głowę wyszedł przed dom i przypadkowo spotkał jednego z sąsiadów. Miał na sobie dresowe spodnie ojca i jego kapelusz. – Dzień dobry, nie widział pan czasem mojego taty? – spytał sąsiada, a jego uśmiech skurczył się na twarzy i zamarł. Dopiero później sąsiad skojarzy, że mężczyzna ma na głowie skórę zdjętą z głowy innego człowieka. Kiedy Władimir wrócił do domu, dziadek się obudził. Był niedowidzący, nie poznał więc wnuka, bo myślał, że to syn. Władimir zjadł z nim śniadanie i przespał się kilka godzin. Potem dziadek znalazł zwłoki i poszedł do sąsiadów zadzwonić na policję. Sprawa nosić będzie kryptonim „Skalp”. W historii kryminalistyki przypadki zabójstw połączone ze zdejmowaniem skóry są niesłychaną rzadkością. A tu naraz dwa, zaledwie pół roku od siebie. To nasunęło policjantom przypuszczenie, że może sprawca jest wspólny. „Chciałem udowodnić – zeznawał później Władimir – że człowieka można poznać po jego wartościach, a nie po twarzy. Mój ojciec nigdy nie miał wartości, w związku z tym nie miał twarzy. Chciałem sprawdzić też, czy dziadek pozna swojego syna, dlatego musiałem uwolnić ciało od głowy, bo głowa jest wszystkiemu winna. Jak ojciec zszedł do piwnicy, próbowałem mu przyłożyć paralizator do szyi. Nie wiem, czy urządzenie zadziałało, ale ojciec zorientował się szybko, o co chodzi. Miałem w drugiej ręce szpikulec i jak zauważyłem, że z paralizatorem mi nie wychodzi, to szybko sprowadziłem go do parteru. 138
Pomagałem sobie nogami. Jak ojciec przewrócił się, zacząłem zadawać ciosy szpikulcem. Mierzyłem w kark i okolice serca”. Ale to nie Władimir, jak ustalą śledczy, zabił studentkę. Więc kto? Policjanci z Archiwum X „zaprzyjaźniają się” z Kasią. Idą śladem jej samotności i wyobcowania. Była fanką Grateful Dead, amerykańskiej grupy hippisów, grającej psychodelicznego rocka. Kolekcjonowała ich płyty. Nawiązała kontakty na muzycznej giełdzie w klubie studenckim Pod Przewiązką. Chodziła tam ze szkolną koleżanką w poszukiwaniu nagrań zespołu. Tydzień przed zaginięciem zamówiła kolejne kasety, ale już ich nie odebrała. Miała też jakąś tajemnicę. Przez ostatnie trzy tygodnie przed śmiercią symulowała wychodzenie na uczelnię. Szła jak co rano i wracała, tak by matka myślała, że jest na studiach. Ale na wykłady nie docierała. Gdzie była? Z kim się spotykała? Zaczęła się odchudzać i przefarbowała włosy na blond, co profilerzy ocenią później jako chęć podobania się jakiemuś mężczyźnie. Policjanci przeglądają też jej zeszyty, książki, ubrania. Kasia miała swoją ulubioną maskotkę – małego szmacianego misia o guzikowych oczach. Karol Suder, szef Archiwum, natrafia na analizę profesora Stefana Manczarskiego. Ten uczony, wynalazca radioelektryk, geofizyk, biofizyk i cybernetyk, który skonstruował pierwszy polski radioodbiornik (1922 rok), a potem nadajnik i odbiornik telewizyjny (w roku 1929), zajmował się również psychotroniką. Czucie wydarzeń, czy też inaczej – jasnowidzenie, tłumaczył tak: „Każdy dotknięty przez człowieka przedmiot posiada odbity na sobie pewien ślad substancji subtelnej w formie jakby fotografii lub żywego obrazu. Substancja ta, w momencie gdy 139
medium weźmie do ręki przedmiot dotknięty przez daną osobę, zostaje przez niego, dzięki receptorom skóry, wchłonięta do ustroju, potęguje się w nim na mocy procesów chemicznych, dostaje do systemu nerwowego i w ten sposób pozwala jasnowidzowi odczuć ożywiony obraz osoby, zostawiony na dotkniętym przez nią przedmiocie”*. Suder będzie raczej sceptyczny, ale poprosi o pomoc jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego. W kwietniu i maju 2003 roku Jackowski spędzi kilkanaście godzin na ósmym piętrze Komendy Wojewódzkiej przy ulicy Mogilskiej. – Niech pan weźmie do rąk tę zabawkę i spróbuje coś powiedzieć tak, jak pan to potrafi – zwróci się do jasnowidza jeden ze śledczych. „Chwyciłem za misia, przez chwilę trzymałem go blisko czoła. – Nie za bardzo mi idzie – powiedziałem po jakimś czasie. – Jedynie to mogę powiedzieć, że kojarzą mi się kościoły, różne kościoły. Dużo kościołów”** – tak opisywał swoje spotkanie w Archiwum X Krzysztof Jackowski. Karol Suder, kiedy będziemy rozmawiali kolejny raz, w 2017 roku, przypomni sobie: – Do sprawy Kaśki jego zdolności wykorzystywałem pozaprocesowo, czyli operacyjnie, co nie przekłada się na dowód w sądzie. I oceniam, że nie wnosiły do sprawy nic konkretnego. Udostępniliśmy mu zdjęcie ofiary. W pierwszej, szybkiej wizji opowiadał o jej uwięzieniu, krępowaniu, o tym, że była świadoma tego, co ją czeka. Widział most nad rzeką. Podczas drugiej dowiedział się od nas, że * Ks. Czesław Andrzej Klimuszko, Moje widzenie świata, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 1992, s. 96–97. ** Zmarli mówią. Autobiografia jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego, Biblioteka „Dziennika Bałtyckiego”, Polskapresse, 2012, t. 2, s. 137. 140
mamy trochę ciała, że ofiara została obdarta ze skóry. Wówczas krzyknął: „O kurwa!”. Stracił kontekst, za chwilę zaczął opowiadać o rysopisie sprawcy. W końcu zobowiązał się nawiązać ze mną kontakt, po pogłębieniu wizji. I – jak to wcześniej bywało – nie odezwał się. Po odejściu Sudera na emeryturę w 2004 roku z Jackowskim będzie się kontaktował Bogdan Michalec. – Byliśmy zaciekawieni jego osobowością – przyznaje policjant. – Mieliśmy kontakt bezpośredni przy filmie Eksperyment Jackowski i sprawie Joanny Matjaszek (która do dziś na stronach Komendy Wojewódzkiej w Tarnowie figuruje jako osoba zaginiona). Facet powąchał jej rzeczy i w jednym momencie pokazał osobowość tych sprawców, co do których ja nie miałem wątp liwości, ale mi to zajęło rok. Zaznacza zawsze, że na trzy przypadki w jednym może się mylić, że czasem włącza mu się ludzkie przeżywanie, a nie wizja. Jest w tym wszystkim autentyczny i nikogo nie udaje. Bardzo go cenię. Śledzę jego losy, czytam o nim nowości i obok Kazika Staszewskiego to dla mnie jeden z ciekawszych ludzi żyjących w Polsce. Niesamowity. Nie wiem, skąd to wie, ale jego wizje są nie z tego świata. Małopolski komendant wojewódzki nadinspektor Andrzej Woźniak powołuje formalnie Wydział Spraw Otwartych i Niewyjaśnionych o charakterze operacyjno-śledczym. Jest 16 stycznia 2005 roku, a Archiwum X staje się pierwszym takim zespołem w Polsce. Bogdan Michalec powie po latach, że zawsze mieli kiepski sprzęt, tak stary samochód, że ledwo się toczył, a policjant wtedy zarabiał średnio 2 tysiące złotych. A mimo to chcieli rozwiązywać najtrudniejsze zagadki: – Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien interesować się takimi sprawami, bo wiadomo, jak jesteśmy w policji 141
rozliczani – za wyniki, „wykrywczość”, i co za tym idzie – premie są albo ich nie ma. Od początku jednak wybieramy tylko sprawy beznadziejne. Niewykryte z terenu województwa małopolskiego, tak zwaną ciemną liczbę zabójstw popełnianych w Polsce (zaginięcia, nieszczęśliwe wypadki albo fałszywa kwalifikacja czynu, czyli samobójstwo, gdy w rzeczywistości było to zabójstwo). Mamy spore sukcesy na polu zwalczania tej ciemnej liczby. I sprawy, w których istnieje podejrzenie, że pojawia się seryjny zabójca, który morduje na tle seksualnym. Jednym słowem najwięcej miejsca poświęcamy sprawom, które w statystykach policyjnych i prokuratorskich nie istnieją. Początkowo w Archiwum pojawią się kobiety, z czasem jednak zespół w całej Polsce będą tworzyli głównie mężczyźni. – Nie pracują z nami kobiety, bo uważam, żeby nie rozpraszać uwagi. Wiem, jak działa libido, w jaki sposób popęd seksualny wpływa na relacje międzyludzkie. Rozprasza uwagę. Zamiast na sprawie policjanci skupiali się na sobie: żarty, flirty. Jak dobieram ludzi do zespołu? Opieram się na metodzie psychologicznej, rodem z USA, czyli badaniach tego, co przeszkadza grupie w osiągnięciu bardzo trudnego zadania. Otóż przeszkadzają dwie kategorie osób. Pierwsza to ci, którzy z góry zakładają, że coś się nie uda. Taki Smerf Maruda. I druga – ludzie, których nie interesuje rozwiązanie zadania stojącego przed grupą, tylko chcą nad nią przejąć władzę. I według tego klucza staramy się wybierać ludzi do niełatwej pracy w krakowskim Archiwum X. Od początku budowania zespołu opierałem go na filozofii. Kładę też większy nacisk na psychologię śledczą i tutaj szukam nowych dróg zabezpieczenia śladów i dowodów w sprawach uważanych za beznadziejne. Sprawa zabójstwa Kasi Zowady, umorzona w 2000 roku, dopiero po 12 latach, zostanie podjęta na nowo. 142