




![]()





Tomasz Pindel
Kraków 2026
Tytuł oryginału
Copyright © Eduardo Mendoza, 2024.
Copyright © for the translation by Tomasz Pindel
Projekt okładki
Michał Jakubik
Ilustracje na okładce i wyklejce
© xadartstudio / Magnific
© freeppik / Magnific
Redaktorka nabywająca
Ewa Bolińska-Gostkowska
Redaktorka prowadząca
Magda Jankowska
Adiustacja
Małgorzata Sikora-Tarnowska
Korekta
Maria Zając
Łamanie
Lucyna Sterczewska
Opieka promocyjna
Zuzanna Macikowska
Magdalena Wymazała
Koordynatorka produkcji
Helena Piecuch
Przygotowanie do druku
Karolina Korbut
ISBN 978-83-8427-229-9
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl
Wydanie I, Kraków 2026
Printed in EU
1 Barcelona, wiosna roku 2022.
Na ulicy Valencia, raptem paręnaście metrów od Paseo de Gracia, pełnego wystawnych hoteli oraz luksusowych sklepów wielkich międzynarodowych marek, niemal na wprost małego, ale sympatycznego muzeum ze starożytnymi egipskimi zabytkami, w którym nie brak mumii, sarkofagów oraz glinianych tabliczek, a do tego znajduje się trudna do określenia liczba figurek, stoi wąski budynek zbudowany w dziewiętnastowiecznym stylu, o fasadzie z szarego kamienia, ze skromnymi kwietnymi płaskorzeźbami, długimi balkonami otoczonymi żelaznymi barierkami i z ciemną bramą. Nie ma tam żadnego dozorcy, a dzwonienie domofonem niczego nie da. Przy masywnych drewnianych drzwiach wejściowych znajduje się jakiś tuzin metalowych plakietek, które jasno dowodzą, iż w owej kamienicy, pierwotnie zamieszkanej przez zamożne rodziny, dziś mieszczą się biura. Plakietki dotyczące drugiego piętra są cztery. Lata
temu dwa znajdujące się na tym poziomie mieszkania
zostały podzielone, by dawały więcej zysku. Dziś mieszczą się tam cztery różne lokale o bardzo różnych profilach działalności obwieszczanych przez owe plakietki, identyczne, jeśli chodzi o rozmiar i czcionkę.
P. II . Lok. 1. Arytmia. Otyłość. Demencja. Leczy je wszystkie dr Baixet.
P. II . Lok. 2. Akademia Zoologiczna Neptun: tresura małp.
P. II . Lok. 3. Wykroczenia podatkowe, embarga, konfiskaty, postępowania. Piyanica & Associates.
P. II . Lok. 4. Co działało, działać będzie. Naprawa zmywarek, odkurzaczy, żelazek, ekspresów do kawy i innego sprzętu AGD.
Czujny obserwator mógłby dostrzec, że choć oferta wydaje się zwyczajna, do owych czterech zakładów usługowych jakoś nikt nigdy nie zachodzi, ani pracownicy, ani klienci; jeśli już ktoś się pojawia, mężczyzna lub kobieta, stara się wejść możliwie dyskretnie, przed wejściem rozgląda się na lewo i prawo, a potem, kiedy wychodzi, robi to samo. Tenże obserwator byłby równie zaskoczony, widząc, że niektórzy z tych, co wchodzą, nigdy nie wychodzą; jednocześnie inni, co wcale nie weszli, wymykają się na zewnątrz, zachowując takie same środki ostrożności; wydawać się to może
niemożliwe, chyba że w międzyczasie doszło do jakiejś nadzwyczajnej przemiany. Istnienie takiego obserwatora zdaje się jednak mało prawdopodobne, w budynku tym, jak się rzekło, znajdują się bowiem same lokale firm i biura o bardzo ograniczonych godzinach przyjęć, w których każdy zajmuje się swoimi sprawami. Na ulicy ruch kołowy jest raczej intensywny, a pieszymi w zdecydowanej większości bywają tu turyści, zawsze w pośpiechu, a w każdym razie ludzie obcy, których ewentualna nietypowość miejscowych zwyczajów raczej nie zdziwi.
*
– Dzień dobry. Ja w sprawie ogłoszenia. Nazywam się
Macher.
Dziewczyna za biurkiem przyjrzała się spod przym kniętych powiek stojącemu przed nią mężczyźnie. Celowo odczekała kilka sekund i dopiero wtedy zadała pytanie.
– Tak na pana mówią?
Mężczyzna pokręcił głową na boki.
– Tak się nazywam – odparł. – Ksywy zwykle miewam gorsze.
Mówiący te słowa był mężczyzną w nieokreślonym wieku, może z czterdzieści lat z hakiem, szczupłej
budowy, szeroki w ramionach, o bladej twarzy; miał na sobie zwykłe i nieco znoszone ubranie; patrzył uważnie w jakiś punkt w pustce i mówił ochrypłym głosem, trochę jak u astmatycznego psa. Powolnym ruchem wydobył z wewnętrznej kieszeni marynarki wytłuszczony kawałek papieru i położył go na stole.
– Proszę zobaczyć w moim dowodzie tożsamości. –Pokazał dokument. – Tu jest jasno napisane. Macher
Vicente. Mam jeszcze drugi, na nazwisko Buenaventura
Adelantado. Oraz paszport na nazwisko Olaf Gustafsson, w razie gdybym otrzymał jakąś misję zagraniczną.
Dziewczyna za biurkiem zamknęła oczy i uniosła rękę.
– Dobrze – rzuciła oschle. – Zostawmy sprawę nazwiska. My zapewnimy panu inną tożsamość. Będzie pan mógł dalej używać swojej, ale nie na służbie. Co pan umie robić?
– Swoje: dobrze. To, co mi każą: kiepsko – odparł.
– Nie pytam, czym się pan zajmował wcześniej –przer wała mu – ale o powód zmiany pracy: owszem.
– Mam już swoje lata – stwierdził zniżonym głosem. – Trzeba zacząć myśleć o emeryturze.
– Tutaj praca bywa niebezpieczna – zaznaczyła. –Niewielu dożywa emerytury.
– Cóż – odrzekł – nie chodzi też o to, żeby siedzieć na tyłku i drapać się po imponderabiliach, sama pani rozumie.
– To już pańska sprawa – rzuciła sucho.
Przybysz spuścił oczy i pobieżnie zlustrował kobietę, która poddawała go przesłuchaniu: młoda, szczupła, śniada, z gęstą blond czupryną, z kolczykami w nosie i w brwiach oraz z licznymi tatuażami pokrywającymi jej przedramiona i wystającymi z dekoltu bluzki. Ta dziwaczna prezencja nie zmyliła jednak przybysza, który bez trudu odgadł, że dziewczyna nosi perukę, tatuaże da się zmyć pod bieżącą wodą, a w nosie i na brwiach ma klipsy. Zastanawiał się, czy inne osobiste szczegóły też są sztuczne, ale z miejsca odrzucił te spekulacje: ciekawość w relacjach z kobietami nie raz pakowała go w grubsze tarapaty.
– Kiedy zaczynam pracę? – zapytał.
– Jeśli pana przyjmą, to od razu – odpowiedziała. –
Szef wezwał nas wszystkich za kwadrans. Przekażę mu pańskie podanie. Jeśli zaakceptuje, dołączy pan do zebrania; tam otrzyma pan instrukcje i przy okazji pozna kolegów. *
Nowy posiedział chwilę na korytarzu, a potem wszedł do sali konferencyjnej, gdzie czekał już szef, choć przybysz nawet nie zauważył, kiedy ów wszedł do środka. Pomieszczenie było prostokątne; z boku stały stół,
rzutnik przeźroczy, wisiał zwijany ekran. Przy stole jakieś dwanaście krzeseł ustawionych w dwóch rzędach i rozdzielonych przejściem. Dziewczyna, która go przyjęła, dyskretnie klepnęła go w ramię; pokazała, że ma usiąść i zachować ciszę oraz powagę.
Po nowym i jego towarzyszce weszło do środka dwóch mężczyzn: jeden, zaawansowany wiekiem, surowy, źle ogolony, o ostrym nosie, wyłupiastych oczkach i wielkich uszach, odstających niczym u jakiegoś hinduistycznego bóstwa, miał na sobie starą odzież, wymiętoloną i całą w plamach; drugi był garbaty i miał płoche spojrzenie.
Obaj usiedli, nie przywitawszy się i nie popatrzywszy sobie w oczy ani nawet na szefa. Jedynie kiedy już zajęli miejsca, od czasu do czasu rzucali ukradkowe spojrzenia na nowego.
Szef okazał się mężczyzną w średnim wieku, niskiego wzrostu, o siwych włosach, regularnych rysach i zadbanej powierzchowności. Ani wejście nowego, ani tamtych dwóch nie skłoniło go do uniesienia głowy znad kartek zapisanych na maszynie, których lektura najwyraźniej go pochłonęła.
Po kilku minutach do sali weszły kolejne osoby. Pierwszą z nich był mężczyzna o różowej skórze, z wydatnymi policzkami i smutnymi wolimi oczami podkreślonymi grubą warstwą tuszu. Drugą była kobieta elegancko dojrzała, bardzo dobrze ubrana, z drobnym kudłatym
pieskiem na smyczy. Gdy weszła, dziewczyna z recepcji zamknęła drzwi i zajęła miejsce w ostatnim rzędzie. Dopiero wtedy szef podniósł wzrok i zabrał głos.
– Zanim przejdziemy do zasadniczego tematu naszego zebrania – zaczął powoli – chciałbym powitać naszego nowego kolegę. W swoim czasie wszyscy zostaną poinformowani w kwestii jego nazwiska, adresu, zawodu, stanu cywilnego oraz historii: wszystko to, rzecz jasna, będzie fałszywe. Na razie jednak mamy pilniejszą sprawę. Przejdę więc do referowania okoliczności. Jak zawsze nie wolno robić żadnych notatek. Wiem, że dobrze znacie zasady, ale korzystając z obecności nowicjusza, przypomnę kilka podstawowych reguł Organizacji. Żadnych notatek.
Szef odchrząknął, rzucił okiem na swoje notatki i zaczął referować.
– Dwa dni temu znaleziono ciało pewnego mężczyzny w pokoju Hotelu Dziki Indianin znajdującym się przy Rambli San José. Gdyby ktoś nie wiedział, Rambla San José to jest po prostu Rambla, dla miejscowych zwykle w licznie mnogiej, Ramblas. Chodzi konkretnie o ten odcinek czy sektor, gdzie znajduje się Targ Boquería. Nawiasem mówiąc, targ ów oficjalnie nazywa się Targiem San José, właśnie ze względu na to, gdzie się znajduje. W jakimś momencie zmienił nazwę na Boquería, co jednak, jak na razie, nas nie dotyczy.
Natomiast dotyczy nas ów nieboszczyk znaleziony w hotelu. Jak wynika z policyjnego raportu, ciało odkrył recepcjonista wzmiankowanego przybytku, gdy udał się do pokoju, aby przypomnieć gościowi o konieczności zwolnienia numeru. Zdarzyło się to dokładnie w południe, czyli o godzinie wyznaczonej jako ostateczna pora wymeldowania, to właśnie wtedy bowiem, jak zeznał recepcjonista, należy przystąpić do oporządzania pokoju, no a klient nadal w nim przebywał. Jak można wywnioskować z policyjnego raportu, przyczyna, dla której gość nie opuścił pokoju, była taka, że człowiek ów wisiał u sufitu na linie przywiązanej do belki stropowej. W raporcie napisane jest „betka stropowa”, ale musi tu chodzić o literówkę. Zmarły zarejestrował się poprzedniego dnia pod fałszywym nazwiskiem, gdy podał się za osobę narodowości szwajcarskiej, na co przedstawił dowód w postaci paszportu wystawionego przez rzeczone państwo czy też, co bardziej prawdopodobne, jakiegoś fałszerza. Szwajcarski paszport ma kolor czerwony, a na okładce powszechnie znany biały krzyż. Tymczasem nieboszczyk przedstawił dokument koloru żółtego z napisem „paszport szwajcarski”, po hiszpańsku zresztą. Recepcjonista nie zwrócił uwagi na te szczegóły, bo też nieboszczyk meldował się już wcześniej w tym samym hotelu Dziki Indianin wielokrotnie, zawsze pod fałszywym nazwiskiem i paszportem, zawsze też płacił
z góry gotówką. Recepcjonista twierdzi, że pamięta owego osobnika nie tylko z przywołanych przyczyn, ale też dlatego że ów zawsze nalegał, by przydzielono mu pokój numer dwieście dwanaście, na drugim piętrze, a także dlatego że przyjmował tam wizyty kobiet, czy też, jak ujął to sam recepcjonista, kurwiszonów. Tym razem osobnik ów zachowywał się dokładnie tak samo, to znaczy: zameldowanie i odwiedziny dziewczyny, która wyszła z pokoju i hotelu po jakiejś godzinie, mniej więcej. Zapytany, czy to była ta sama dziewczyna co przy innych okazjach, recepcjonista odparł, że nie zwrócił uwagi, jako że kręci się tam takich wiele i wielu i co to za ludzie oraz czego tam szukają, to nie jego sprawa, byle tylko nie naruszali ładu publicznego, a nieboszczyk oraz rzeczona dziewczyna wypadali pod tym względem bez zarzutu.
Szef zrobił przerwę. Zebrani czekali w pełnym szacunku milczeniu.
– Druga sprawa zdarzyła się wczoraj. Oczywiście w tej pierwszej kwestii mamy więcej informacji, ale wolę podać je wam później, a teraz przejść od razu do drugiego wątku, żebyście mieli wyobrażenie całości. Tak więc wczoraj, jak powiadam, urzędnik konsulatu Wielkiej Brytanii w Barcelonie zawiadomił policję o zaginięciu obywatela tego kraju. Doniesienie zostało złożone na komisariacie w Quatre Camins, a lokalna policja,
czyli Mossos, przekazała sprawę Gwardii Obywatelskiej, uznając, że to ta właśnie formacja odpowiada za zajścia poza terytorium Katalonii, za takie uznaje się zaś akweny portowe. W raporcie Gwardii Obywatelskiej stoi, że ów brytyjski poddany, o nazwisku Jenkins, w miniony czwartek zacumował swój jacht w barcelońskim porcie. Nie była to pierwsza jego wizyta w naszym mieście; pojawiał się u nas już wcześniej tą samą, czyli morską, drogą, i to kilka razy. Natychmiast po przycumowaniu pan Jenkins dał wolne załodze i został na pokładzie sam. Kiedy jego ludzie wrócili, już w nocy, na jachcie nie zastali nikogo. Nie zauważyli też żadnych śladów walki. Załogę zaskoczyła nieobecność pracodawcy, ale ponieważ wszyscy byli pijani, co sami przyznali, nie zwrócili na tę anomalię większej uwagi. Dopiero nazajutrz, widząc, że przełożonego wciąż nie ma, a był im winny wypłatę, postanowili zgłosić sprawę do Gwardii Obywatelskiej, która przekazała informację placówce dyplomatycznej, ta zaś dalej do autonomicznej policji, a ta z kolei, jak już mówiłem, znów do Gwardii Obywatelskiej, która aktualnie prowadzi dochodzenie, jak dotąd bezowocne.
Nowy podniósł rękę. Reszta zebranych zdradzała wyraźną konsternację, a dziewczyna z recepcji szepnęła, że szefowi nigdy się nie przerywa, dopóki ów nie zainauguruje sesji pytań, sam jednak szef zneutralizował tę
sytuację uśmiechem i życzliwym gestem, którym przyznał głos przybyszowi.
– Czy sugeruje pan – zapytał ów, lekko speszony –że zaginiony właściciel jachtu oraz nieboszczyk z hotelu to ta sama osoba?
Szef uśmiechnął się jeszcze łaskawiej.
–
Niczego nie sugeruję – wyjaśnił cierpliwie. – Takie postępowanie stałoby w sprzeczności z metodami naszej
Organizacji. Oswoi się pan jeszcze z naszymi zasadami. Ja po prostu przedstawiam fakty dotyczące sprawy.
Nowy spuścił głowę, a reszta okazywała uprzejmą obojętność. Tylko piesek szczeknął przenikliwie i szarpnął smyczą, chcąc rzucić się na przybysza. Szef zmarszczył brwi. Gdy piesek się uspokoił, mężczyzna podjął wątek:
– Od pewnego czasu za każdym razem, kiedy idę do supermarketu, widzę, iż produkty firmy Przetwory
Fernández nie drożeją, w odróżnieniu od innych marek równie cenionych, takich jak Ortiz, Cuca, Isabel i tak dalej. Od roku te trzy firmy podniosły ceny swoich towarów o od siedmiu do ośmiu i pół procent. Przetwory
Fernández nie. To wszystko. Jakieś pytania?
Ponieważ nikt się nie odezwał, a on sam nie miał nic do stracenia, nowy poprosił o głos.
– Jeśli dobrze rozumiem – odezwał się, gdy już mu głos przyznano – uważa pan te trzy epizody za części tej samej sprawy.

Co mają ze sobą wspólnego śmierć turysty w szemranym hoteliku, zaginięcie milionera i spadek przychodów firmy produkującej konserwy?
Dla zwykłych ludzi zapewne nic. Ale w gorącej Barcelonie działa tajemnicza Organizacja, która zajmuje się rozwiązywaniem dziwnych spraw. Obowiązują w niej jasne zasady, których nikt nie przestrzega – żadnych telefonów, pełna dyskrecja i kontakt tylko przez zaszyfrowaną audycję radiową Nocne marki.


Gdy dzielni agenci i dzielne agentki Organizacji wkraczają do akcji, wszystko zaczyna się wymykać spod kontroli. Proste śledztwo szybko zamienia się w serię pomyłek i nieporozumień. Akcja pędzi jak szalona, trup ścieli się gęsto, coś wybucha, konserwy mają dziwny skład, a zagadka raczej zostanie rozwiązana.
Może nie jest to najbardziej kompetentna grupa tajnych agentów w historii literatury, ale zdecydowanie można ją nazwać najzabawniejszą.
Dla fanów Eduarda Mendozy to powrót do świata, w którym absurd, groteska i inteligentny humor tworzą mieszankę wybuchową – coś jakby fryzjer damski wstąpił do służb specjalnych – dla nowych czytelników będzie to zaś najzabawniejsze kryminalne śledztwo tego lata.

Wielki powrót Mistrza



Cena 59,99 zł


