A n d r z e j M e l l e r•E l e o n o r a M e l l e r
K AMPEREM DO K ABULU Hippisowskim szlakiem przez Turcję, Gruzję, Armenię, Iran i Afganistan
NiE k a żDy M a ODwagę w y Rusz yć w ta k ą P odróż
Copyright © by Andrzej Meller & Eleonora Meller Projekt okładki i wyklejek Rafał Rola Fotografie na okładce i na wkładkach © Andrzej Meller, Eleonora Meller Obrazy przedstawione na fotografiach © Eleonora Meller Grafika w książce © Designed by Freepik Redaktorka inicjująca Agata Pieniążek Redaktorka prowadząca Dominika Kardaś Redakcja Andrzej Olejniczak Adiustacja Anastazja Oleśkiewicz Korekta Magdalena Wołoszyn-Cępa Małgorzata Kuśnierz Projekt typograficzny i łamanie Izabela Kruźlak ISBN 978-83-240-7329-0 Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2022 Druk: Drukarnia Skleniarz
Hippisowskim szlakiem przez Turcję, Gruzję, Armenię, Iran i Afganistan
Kraków 2022
Warszawa
POLSKA UKRAINA SŁOWACJA WĘGRY
RUMUNIA Bukareszt
BUŁGARIA
Ach Stambuł
TURCJA
AR
Hacıbektaş Konya İskenderun
SYRIA
KAZACHSTAN KAZACHSTAN GRUZJA
GRUZJA
Tbilisi halciche Achalciche
AZERBEJDŻAN AZERBEJDŻAN
Erywań RMENIA ARMENIA
ş
UZBEKISTAN UZBEKISTAN
Tbilisi
jezioro Wan
Erywań
Meghri
jezioro Wan
Ibrahim Khalil Ibrahim Khalil
RIA IRAK
IRAK
Kom
TURKMENISTAN TURKMENISTAN
Meghri Meszhed Meszhed Teheran Teheran AFGANISTAN AFGANISTAN Torbat-e Hejdarije Torbat-e Hejdarije Islam Qala Islam Qala Kabul Kabul Kom Abjane
Herat
Abjane
Ferejdun Szahr Ferejdun Szahr Isfahan Isfahan Jazd
IRAN Jazd
IRAN
Herat
Naszym Rodzicom
WPROWADZENIE
Od lat marzyliśmy o wielkiej podróży kamperem. Niczym hippisi z lat 70. zmierzający kolorowymi autobusami z Amsterdamu czy Londynu do indyjskiego Goa. Przez Turcję, Iran i Afganistan. Te czasy nie wrócą. Stary hippisowski szlak nie ma w sobie nic z sielanki. Jest areną wojen, rewolucji, zamachów stanu. Upadł jak niegdysiejszy jedwabny szlak, choć zawiniła polityka, a nie odkrycia geograficzne. Mimo to nadal ekscytuje i przyciąga najwytrwalszych podróżników, którzy korzystają z krótkich okienek pokoju, by go przemierzyć. Najbardziej chcę pokazać Eli Afganistan. Kraj, który trudno sobie wyobrazić, niepodobny do żadnego innego. Chcę jej pokazać barwny i tajemniczy świat, który wiele dla mnie znaczył, i poznać ją z ludźmi, z którymi połączyła mnie nić przyjaźni. Planujemy pojechać przez Turcję, Kaukaz i Iran. Celem jest Afganistan, ale jeśli uda się dotrzeć dalej, do Pakistanu i Indii, będzie to wisienka na torcie. Musimy się spieszyć – we wrześniu 2019 roku mają się odbyć wybory prezydenckie, a z reporterskiego doświadczenia wiem, że
7
czas politycznej rywalizacji o tron w Kabulu to nie jest dobry moment na szwendanie się po kraju. Gdy dziesięć lat wcześniej relacjonowałem wybory prezydenckie, w afgańskiej stolicy codziennie dochodziło do koszmarnych zamachów, w których ginęło kilkadziesiąt osób, a rannych było niekiedy ponad sto, a nawet dwieście. Planujemy wyjechać w środku zimy, aby na Kaukaz dotrzeć, kiedy stopnieje śnieg i otworzą się dla nas górskie przełęcze, a w Afganistanie zdążyć przed wyborami i przed największymi upałami, które rozleją się nad piaskami Chorasanu. Na całą podróż możemy poświęcić mniej więcej dziewięć miesięcy, bo chciałbym wrócić do Warszawy, by oddać głos w naszych październikowych wyborach parlamentarnych. Nie jesteśmy nowicjuszami. Praktycznie całe życie byłem w podróży. Kiedy miałem czternaście lat, mieszkaliśmy w Stanach, gdzie ojciec wykładał historię na Uniwersytecie Emory’ego w Atlancie. Po zakończeniu roku szkolnego tata zabrał całą pięcioosobową rodzinę volkswagenem T2 westfalia z Georgii do Kalifornii przez całe Stany. Była to moja pierwsza duża podróż, od razu kamperem. Jako osiemnastolatek zacząłem jeździć na wschód, niejednokrotnie docierałem do Indii starym hippisowskim traktem. Ze Stambułu jechało się do Iranu, potem do pakistańskiej Kwety i indyjskiego Pendżabu. Na Kaukazie i w Afganistanie z kolei pracowałem jako reporter, tak że znam dobrze cały region, do którego się wybieramy. Od dawna skręcało mnie, żeby odwiedzić jeszcze raz te wszystkie magiczne miejsca we własnym domu na kółkach, by jechać przed siebie z poczuciem wolności i spać tam, gdzie akurat zastanie nas noc.
8
Z Elą poznaliśmy się dziesięć lat temu na Sri Lance, gdzie opisywałem konflikt Kolombo z Tamilskimi Tygrysami, a Ela była na wakacjach, bo na południu wyspy było spokojnie. Kiedy nasze losy się splotły, Ela miała już za sobą wielokrotne podróże do Azji. W pewnym momencie rzuciła wszystko w Petersburgu i postanowiła radykalnie odmienić swoje życie. Pojechała do Indii, znalazła pracę, organizowała festiwale muzyczne, otworzyła klub i zdała sobie sprawę, że można żyć inaczej, że nie trzeba robić kariery tylko po to, żeby pędzić jak chomik w klatce w jednej czy drugiej metropolii. Przezwyciężanie lęków, poznawanie siebie, nowych krain, kultur, ludzi i dróg było jej zawsze bliskie. Choć na początku Ela nie była zachwycona pomysłem podróży kamperem. – Kampery są dla emerytów. Pojedziemy nim dokądś, kiedy będziemy starzy – powtarzała. – Lepiej wybrać się z plecakami, jak zawsze. Nie pociągał jej też niestabilny świat muzułmańskiego wschodu. Ciągnęło ją do Chin. Od lat zajmuje się chińską metafizyką, ciekawi ją tradycyjna medycyna. Chciała odwiedzić Tuwę i Ałtaj, gdzie żyją szamani i w rytm bębnów krążą duchy. Zaczęła jednak poznawać świat, o którym jej opowiadałem. Karawaning pokochała prawie do razu, natomiast o regionie czytała, oglądała filmy i jeszcze przed wyjazdem wiele jej obaw się rozwiało. Jedynym znakiem zapytania pozostawał nieprzewidywalny i niebezpieczny Afganistan, ale stopniowo zaczął ją przyciągać jak magnes. Zresztą wcale nie jest powiedziane, że uda nam się tam dotrzeć. Nie wiemy nawet, czy dostaniemy wizy.
Warszawa
UKRAINA SŁOWACJA
WĘGRY
MOŁDAWIA RUMUNIA Bukareszt
BUŁGARIA Stambuł
Hacı Konya
CZĘŚĆ I Warszawa – Bukareszt – Stambuł – Konya – Hacıbektaş – İskenderun – Urfa – przejście graniczne Ibrahim Khalil – Silopi – Ararat, 4553 kilometry
GRUZJA GRUZJA
Ararat TURCJA TURCJA
ıbektaşHacıbektaş Urfa
jezioro Wanjezioro Wan Urfa
İskenderunİskenderun
SYRIA
Ararat
SYRIA
przejście graniczne przejście graniczne Ibrahim KhalilIbrahim Khalil
STIWI WCHODZI DO GRY
Rok przed wyjazdem jadę kupić Stiwiego. Samochód musi być prosty, nierzucający się w oczy, taki, żeby – jakby co – naprawił go obcęgami i łomem nawet napruty kowal gdzieś pod Nur-Sułtanem. Wybór pada na dwudziestopięcioletniego mercedesa, model MB 100. Imię nadaje mu Ela – ot tak, choć mnie kojarzy się z ojcem Stefanem i z tą pierwszą kamperową podróżą. Polacy złośliwie nazywają ten model „100 Małych Błędów”, ale wolałbym sobie język uciąć niż tak go oczerniać. Stiwi wielokrotnie da świadectwo niezawodności. Ma 2,4-litrowy silnik Diesla i 75 koni mechanicznych. Może gnać 125 kilometrów na godzinę. Niektórzy twierdzą, że te silniki przestano produkować, bo Mercedes by po prostu zbankrutował. Ich miłośnicy żartują, że docierają się dopiero po milionie kilometrów. Są mało dynamiczne, ale za to potrzebują 8, a czasem 9 litrów na 100 kilometrów. Wadą jest to, że co 5000 kilometrów trzeba smarować zawieszenie specjalną smarowalnicą.
13
Model ten produkowano od 1981 do 1996 roku w hiszpańskiej fabryce Vitoria-Gasteiz jako furgon, brygadówkę, minibus, a przede wszystkim samochód dostawczy. Nawet kolega spytał się po zakupie: „Masz zamiar wozić nim meble na giełdę w Broniszach?”. W ogóle często odnosiłem wrażenie, że nasze otoczenie dawało słabą wiarę w powodzenie wyprawy tym starym weteranem szos. Przy pierwszym spotkaniu Stiwi jest zapyziały, żre go korozja, nie działają pompa instalacji wodnej ani piec – widać, że długo stał bezczynnie. Czas dać mu drugą starość albo trzecią młodość i dawkę adrenaliny, której nie poznał w rękach – jak sobie niejednokrotnie wyobrażam – długowłosego pana Uvego, starego hippisa spod Monachium, który raczej nie płakał, jak go sprzedawał. Wydaje mi się bardziej kwadratowy od kostki Rubika, ale ma w sobie tę prostotę potrzebną do afgańskiej wyprawy. Na jednym z azjatyckich wyjazdów widzę, że pół bezdrożnej Kambodży porusza się obecnie południowokoreańską wersją Stiwiego, którego zwą tam MB 140. Dwa dni główkuję, czekając w przygranicznym motelu Las Vegas, by krępy handlarz, który ugina się od złotego kajdana na krótkiej szyi, zszedł z ceny. W końcu wymieniam złote polskie na wehikuł. W środku zimy wracam nocą spod niemieckiej granicy do Warszawy. Szyba otwarta do końca, a mimo to krople potu turlają mi się z nerwów po zmarszczonym czole. Samochód wydaje się ogromny, wysoki i nie ma lusterka wstecznego. Po 100 kilometrach lęk odpuszcza, bo mercedes MB 100 okazuje się bardzo zwrotny i wygodny w prowadzeniu.
14
Jeździmy Stiwim parę razy nad Biebrzę i do Stilo nad Bałtykiem, a latem 2018 roku robimy próbną pętlę przez Bałkany do Stambułu i wracamy przez Peloponez do Warszawy. Licznik pokazuje 6600 kilometrów. To dobry znak. Dwa miesiące przed wyjazdem Stiwi wędruje do zakładu Tomka Skarżyńskiego przy Wale Miedzeszyńskim. Słowiańska dusza, niemieckie ręce. Tomek z ekipą przygotują wiarusa na wertepy, góry, pustynie i bezdroża. Namawia mnie na zamontowanie dodatkowego pióra z tyłu i podwyższenie zawieszenia. Dzięki temu Stiwi rośnie z tyłu o 10, a z przodu o 8 centymetrów. Tomek robi też ręcznie obudowę miski olejowej i silnika. Gdyby nie ona, już w Turcji, klucząc między anatolijskimi wulkanami, mielibyśmy problemy. – Musi dojechać i wrócić do domu – mówi Tomek i na pożegnanie wręcza mi kompresor do opon. – Mam nadzieję, że nigdy nie będziesz go musiał użyć. Oddasz, jak wrócisz – dodaje właściciel serwisu i robi mi jeszcze szybkie szkolenie ze zmiany filtrów benzyny i oleju. W czasie wyprawy będę mógł się odzywać do Tomka z każdą duperelą. To ważne dla automaniaka z dwiema lewymi rękami takiego jak ja. Na wiele dni przed wyjazdem zaczynamy do salonu znosić kasze, puszki, zupki błyskawiczne, pasty wegetariańskie, chrupkie pieczywo. Ela bierze sporo ziół do zaparzania i przypraw. To zestaw, który ma nas po drodze leczyć, naturalna apteczka z szałwią, dziką różą, pędami sosny, rumiankiem, kurkumą i imbirem. Jest też jej magiczne pudełko na drogę,
15
a w nim – kadzidło palo santo, dzwonek koshi, piołun z Rosji, kora brzozy i kamyki znad Bajkału, buddyjska szarfa z klasztoru żywej mumii mnicha Itigełowa, lawa, którą przywiozłem z Kamczatki, świece z cerkwi Petersburga i parę innych ważnych dla Eli drobiazgów, które mają nas chronić jak amulety. Ela nagrywa też gigabajty orientalnej muzyki medytacyjnej, dzięki której będziemy się relaksować w trasie. Pakuje parę płócien do malowania, farby, pędzle i niewielką sztalugę. Na bieżąco będą powstawać ilustracje do książki. Mamy ciepłe ubrania, kurtki puchowe i śpiwory, letnich ubrań bierzemy mało. Jeśli coś będzie potrzebne, to dokupimy. Mamy też mocniejsze buty, gdybyśmy chcieli wybrać się w góry, a także zwykłe adidasy do chodzenia i klapki. Na wszelki wypadek pakujemy mały namiot i karimaty. Tuż przed wyjazdem podpisuję umowę z Polskim Radiem Koszalin i z Audioteką na relacje z podróży, zarobimy parę groszy. Pieniądze będą wpływać na konto także z wynajętego mieszkania i od sponsora – firmy, dla której wożę turystów między innymi do Wietnamu. Zakładamy, że na miesiąc takiej podróży potrzeba 3000–4000 złotych, większość wydatków pójdzie na paliwo. 18 lutego pakujemy się równe pięć godzin i wyjeżdżamy ze sporym opóźnieniem około czternastej. Odwiedzam jeszcze Tomka, bo coś ze Stiwiego cieknie. Bardzo źle. Instalacja wodna musi być nieszczelna albo pompę szlag trafił. Stresuje mnie to, tym bardziej że od paru dni mam dość wysoką gorączkę, a trzeba już jechać. Za chwilę do naszego
16
domu wprowadzi się lokator i nie będziemy mieli gdzie mieszkać. Trzeba ruszać, by jak najszybciej uciec od mrozu i by zdążyć do Iranu przed największymi upałami. Do Afganistanu też warto się spieszyć, zanim przedwyborcza maszynka do mięsa zacznie mielić pasami szahida prowincje tego biednego kraju, który Bóg już dawno wygumkował sobie z mapy świata. Ruszamy powoli na południe w stronę beskidzkich Ropek, gdzie na nocleg zaprosili nas znajomi Kubkowie. Żyją zakopani w górach. Kubka nie widziałem całe wieki, ale późną jesienią poznałem go po chodzie, kiedy zamaszystym krokiem maszerował Nowym Światem skryty pod kaszkiecikiem. Zaprosił nas na Boże Narodzenie i od nowa się zaprzyjaźniliśmy, tak jakby nie było prawie dwudziestu lat przerwy w kontaktach. Tej nocy ma być pełnia w Pannie, ale zanim się ściemni, nad Radomiem rozpoczyna się mistyczny spektakl jak na bliskowschodniej pustyni. Ela puszcza perską muzykę i w milczeniu obserwujemy ogromny zachód słońca, które przypomina monstrualną pomarańczę polewaną sokiem z granatów. Bezlitosna łapa nocy ciągnie pulsującą tarczę za widnokrąg. Pierwszej nocy śpimy na parkingu pod supermarketem w Chmielniku. Jestem bardzo przeziębiony, Ela ratuje mnie, zaparzając swoje ziółka.
JEDwa BN y M S ZL A K iEM DO a FG A NiS ta Nu Świetna książka! Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek czytał coś tak dobrego, odważnego i zabawnego. Reportaż Eli i Andrzeja to ekscytująca, a jednocześnie wzruszająca opowieść o podróży pełnej przygód oraz niezwykłych spotkań z ludźmi, historią i kulturą Azji – tej znanej i tej jeszcze nie do końca odkrytej. Vincent V. Severski, pisarz i były oficer wywiadu Andrzej Meller zaczął jeździć na Wschód jako nastolatek. Gdy trzy dekady później wraca na hippisowski szlak z żoną Eleonorą, wciąż nie przypomina statecznego pana w średnim wieku. Ich paromiesięczna rajza przez Turcję, Kaukaz i Iran to radość życia, junacka fantazja i sztubackie wygłupy na postojach. Poważniej robi się w Afganistanie, a epilog to już jazda bez trzymanki. Wojciech Górecki, reporter, analityk i historyk
partnerzy podróży :
Cena 54,99 zł