Maybe Someday.indd 2
2015-04-20 11:07:37
Colleen hoover
MAYBE
SOMEDAY Tłumaczenie Piotr Grzegorzewski
KRAKÓW 2016
Tytuł oryginału: Maybe Someday Copyright © 2014 by Colleen Hoover. First published by Atria Books in paperback edition, 2014 Copyright © for the translation by Piotr Grzegorzewski Przekład tekstów piosenek: Marcin Wróbel Opieka redakcyjna: Agnieszka Urbanowska, Natalia Karolak Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Adiustacja: Anastazja Oleśkiewicz / Wydawnictwo JAK Korekta: Maria Armata / Wydawnictwo JAK, Joanna Hołdys / Wydawnictwo JAK Łamanie: Andrzej Choczewski / Wydawnictwo JAK Projekt okładki: Eliza Luty Fotografie na okładce: pościel – © William Potter / Shutterstock.com, kobieta – © iStockphoto.com / Chris Gramly Fotografia autorki: Jen Sterling ISBN 978-83-7515-419-1
www.otwarte.eu Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl
PROLOG
Sydney Właśnie dałam dziewczynie w twarz. Nie jakiejś pierwszej lepszej dziewczynie. Mojej najlepszej przyjaciółce i zarazem współlokatorce. Choć biorąc pod uwagę to, co zdarzyło się pięć minut temu, powinnam była chyba powiedzieć: byłej współlokatorce. Zaczął jej krwawić nos i już po chwili pożałowałam tego, że ją uderzyłam. Potem jednak przypomniałam sobie, jaką jest wredną i kłamliwą suką, i zapragnęłam znów jej przywalić. I zrobiłabym to, gdyby nie odciągnął mnie od niej Hunter. Więc z braku laku walnęłam jego. Niestety, nic mu nie zrobiłam. Czego się nie da powiedzieć o mojej ręce. Nie wiedziałam, że bicie kogoś może być aż tak bolesne. Nie żebym jakoś szczególnie się zastanawiała nad tym, jak to jest kogoś bić. A jednak znów nabrałam na to ochoty, kiedy popatrzyłam na SMS-a, którego przysłał mi Ridge. Następny, z którym muszę się policzyć. Wiem, że właściwie nie miał nic wspólnego z tym wszystkim, ale mógłby przysłać mi tę wiadomość nieco wcześniej. Dlatego jemu też bym z chęcią przyłożyła. 9
Maybe Someday.indd 9
2015-04-20 11:07:39
Ridge: Wszystko gra? Może chcesz u mnie przeczekać deszcz?
Oczywiście, że nie chcę. Pięść boli mnie wystarczająco mocno i bez wizyty u niego. Odwracam się i patrzę na jego balkon. Opiera się o przesuwne drzwi, trzyma w dłoni telefon i patrzy na mnie. Jest już prawie ciemno, ale światła latarni stojących na dziedzińcu padają na jego twarz. Wpatruje się we mnie swoimi ciemnymi oczami i uśmiecha się do mnie z żalem, a ja z miejsca zapominam, dlaczego byłam na niego zła. Przeczesuje dłonią włosy opadające na czoło i wygląda na jeszcze bardziej zmartwionego. A może jest mu wstyd. W sumie powinno. Postanawiam nie odbierać i pokazuję mu środkowy palec. Kręci głową i wzrusza ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Jak sobie chcesz”, a potem wraca do mieszkania i zasuwa za sobą drzwi. Wkładam komórkę z powrotem do kieszeni, żeby nie zmokła, i rozglądam się po dziedzińcu osiedla, na którym mieszkam od dwóch miesięcy. Kiedy się tu wprowadzałyśmy, gorące teksańskie lato właśnie pochłonęło ostatnie oznaki wiosny, dziedziniec jednak wciąż był pełen życia. Jaskrawoniebieskie i fioletowe hortensje rosły wzdłuż chodników prowadzących do klatek schodowych i do fontanny na środku dziedzińca. Teraz lato wkroczyło w najmniej atrakcyjny okres i od dawna nie ma wody w fontannie. Hortensje natomiast są żałosnym przypomnieniem radości, jaką czułam, kiedy wprowadziłyśmy się tutaj z Tori. W tej chwili dziedziniec dziwnie przypomina stan, w jakim się znajduję. Pokonana i smutna. Siadam na krawędzi pustej betonowej fontanny, opieram się łokciami o dwie walizki skrywające większość moich rzeczy i czekam na taksówkę. Nie mam pojęcia, dokąd jechać, ale wiem, że wszędzie będzie mi lepiej niż tutaj. Nawet gdyby oznaczało to bezdomność. 10
Maybe Someday.indd 10
2015-04-20 11:07:39
W sumie mogłabym zadzwonić do rodziców, lecz od razu zaczęłoby się gadanie, w którym jak refren powtarzałyby się słowa: „A nie mówiliśmy?”. A nie mówiliśmy, że to nie najlepszy pomysł, żebyś wyjeżdżała tak daleko, Sydney? A nie mówiliśmy, żebyś nie zadawała się z tym chłopakiem? A nie mówiliśmy, żebyś wybrała prawo zamiast muzyki? Sfinansowalibyśmy ci studia. A nie mówiliśmy, żebyś uważała na kciuk, kiedy kogoś bijesz? No dobra, może nigdy nie mówili o właściwych technikach uderzania, ale skoro są tacy mądrzy, to powinni. Zaciskam pięść, potem rozprostowuję palce, w końcu znów zaciskam. Ręka straszliwie mnie boli. Powinnam do niej przyłożyć lód. Współczuję facetom. Bicie kogoś jest do bani. Wiecie, co jeszcze jest do bani? Deszcz. Zawsze pada w najmniej odpowiednim momencie, tak jak teraz, kiedy jestem bezdomna. W końcu przyjeżdża taksówka, więc wstaję i ciągnę za sobą walizki na kółkach. Taksówkarz wysiada i otwiera bagażnik. A ja nagle uświadamiam sobie, że nie mam przy sobie torebki. O kurde. Odwracam się i patrzę na miejsce, gdzie siedziałam, a potem spoglądam na ramię, jakbym liczyła na to, że torebka w magiczny sposób się na nim pojawi. Już wiem, gdzie jest. Rzuciłam ją na podłogę, zanim walnęłam Tori w ten jej sztuczny nosek à la Cameron Diaz (nawiasem mówiąc, zdecydowanie za niego przepłaciła). Wzdycham ciężko. A potem zanoszę się śmiechem. To, że nie wezmę torebki, było do przewidzenia. Gdybym ją wzięła, mój pierwszy dzień bezdomności byłby zdecydowanie zbyt łatwy. – Przepraszam – mówię do taksówkarza, który ładuje do bagażnika już drugą walizkę. – Rozmyśliłam się. Odwołuję kurs. Wiem, że jakiś kilometr stąd znajduje się hotel. Gdybym zebrała się na odwagę, żeby wrócić po torebkę, mogłabym pójść 11
Maybe Someday.indd 11
2015-04-20 11:07:39
tam na piechotę i wynająć pokój, dopóki nie wymyślę, co dalej. I tak już bardziej nie przemoknę. Taksówkarz wyjmuje walizki z bagażnika, stawia je przede mną na krawężniku, po czym bez słowa wsiada z powrotem do auta i odjeżdża. Mam wrażenie, że mu ulżyło. Naprawdę wyglądam aż tak żałośnie? Biorę walizki i podchodzę z powrotem do fontanny. Patrzę na swoje mieszkanie i zastanawiam się, co by się stało, gdybym poszła po torebkę. Narobiłam niezłego zamieszania. Chyba jednak wolę moknąć na deszczu, niż wrócić. Siadam na walizce i zastanawiam się nad tą sytuacją. Mog łabym zapłacić komuś, żeby poszedł tam za mnie. Ale komu? Na dworze nikogo nie ma, a poza tym skąd pewność, że Hunter i Tori oddadzą nieznajomej osobie moją torebkę? Wszystko do dupy. Wiem, że ostatecznie zadzwonię do którejś ze swoich przyjaciółek, ale na razie jeszcze za bardzo się wstydzę, żeby się przyznać którejś z nich, że przez ostatnie dwa lata nie wiedziałam, co się święci. Byłam ślepa. Już teraz nie podoba mi się bycie dwudziestodwulatką, a będę nią jeszcze przez 364 dni. To wszystko jest tak bardzo do dupy, że aż... płaczę? Świetnie. Jeszcze na dodatek płaczę. Nie mam torebki, płaczę, mam problem z agresją i jestem bezdomna. I chociaż nie chcę się do tego przyznać, chyba również jestem załamana. No tak. Teraz płacz przeszedł w szloch. Właśnie tak zachowują się załamani ludzie. – Strasznie leje. Lepiej się pospiesz. Podnoszę wzrok i widzę przed sobą jakąś dziewczynę. Trzyma w ręce parasolkę i patrzy na mnie z niepokojem, równocześnie przestępując z nogi na nogę i czekając, aż coś zrobię. – Zaraz zmoknę. Szybciej. Mówi znudzonym tonem, zupełnie jakby wyświadczała mi Bóg wie jaką przysługę, a ja okazywałabym jej skrajną niewdzięczność. Unoszę ze zdziwieniem brwi i patrzę na nią, osłaniając dłonią 12
Maybe Someday.indd 12
2015-04-20 11:07:39
oczy przed deszczem. Nie mam pojęcia, dlaczego tak bardzo przejmuje się tym, że zmoknie, skoro ma na sobie tak skąpy strój. Spoglądam na koszulkę, która ledwo zakrywa jej pępek, i nagle uświadamiam sobie, że to mundurek sieci restauracji Hooters. Czy tego dnia coś jeszcze jest mnie w stanie zdziwić? Oto w strugach deszczu siedzę na walizkach, w których mam prawie cały swój dobytek, i pozwalam, żeby mną pomiatała jędzowata kelnerka z Hooters. Ciągle jeszcze gapię się na jej koszulkę, kiedy chwyta mnie za rękę i podciąga na nogi. – Ridge uprzedzał mnie, że się tak zachowasz. Spieszę się do pracy. Chodź ze mną, pokażę ci mieszkanie. Chwyta jedną z moich walizek, wyciąga rączkę i popycha w moim kierunku. Sama bierze drugą, po czym szybko ucieka do budynku. Ruszam za nią, w sumie tylko dlatego, że chcę odzyskać bagaż, który mi zabrała. Zaczyna iść po schodach. W pewnym momencie odwraca się do mnie i krzyczy: – Nie wiem, jak długo u nas będziesz, ale powiem ci jedno: trzymaj się z dala od mojego pokoju. Dociera do mieszkania i otwiera drzwi, nawet nie patrząc, czy za nią idę. Dochodzę do szczytu schodów, zatrzymuję się i przyglądam paproci rosnącej w doniczce przy drzwiach. Najwyraźniej gorąco jej nie zaszkodziło. Liście ma bujne i zielone, zupełnie jakby pokazywała latu środkowy palec. Uśmiecham się do roślinki. Jestem z niej dumna. W następnej chwili jednak czuję ukłucie zazdrości. Szkoda, że nie jestem tak odporna jak ona. Odwracam wzrok, po czym kręcę głową i z wahaniem wchodzę do nieznanego mi mieszkania. Jego rozkład jest podobny do naszego, tyle że mieszkanie Tori i moje ma tylko dwie sypialnie, a tutaj są cztery. Natomiast salon z aneksem kuchennym jest takiej samej wielkości. Jedyną rzucającą się w oczy różnicą jest to, że nie ma tu żadnej kłamliwej, podstępnej suki z zakrwawionym nosem. 13
Maybe Someday.indd 13
2015-04-20 11:07:39
Nie widać również brudnych naczyń i ubrań Tori walających się wokół. Dziewczyna stawia moją walizkę przy drzwiach, a potem odsuwa się i czeka, aż... Cóż, właściwie to nie wiem, na co czeka. Przewraca oczami, chwyta mnie za rękę i odciąga od drzwi. – Co jest? Umiesz w ogóle mówić? Zaczyna zamykać drzwi, ale nagle zamiera, po czym odwraca się i patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. – Zaraz... Ty chyba nie jesteś... – Uderza się nagle dłonią w czoło. – Jezu, ty jesteś głucha! Co takiego? Pogięło ją? Chcę zaprzeczyć, ale nie daje mi dojść do słowa. – Boże, Bridgette – mamrocze pod nosem do siebie. Pociera dłońmi policzki i jęczy, zupełnie nie zwracając na mnie uwagi. – Czasami brakuje ci wrażliwości. O rany. Ta dziewczyna ma prawdziwy problem z relacjami z ludźmi. Zachowuje się strasznie jędzowato, chociaż wyraźnie tego nie chce. Myśli, że jestem głucha. Nawet nie wiem, jak na to zareagować. Kelnerka kręci głową, jakby była zawiedziona swoją postawą, a potem patrzy mi prosto w oczy. – MUSZĘ... ZARAZ... IŚĆ... DO... PRACY! – mówi donośnie i przeraźliwie wolno. Krzywię się i odsuwam o krok. Mam nadzieję, że zrozumie dzięki temu, że ją doskonale słyszę, ona jednak nic nie zauważa. Pokazuje na drzwi na końcu korytarza. – RIDGE... JEST... U... SIEBIE! Zanim udaje mi się wydukać, żeby przestała się drzeć, wychodzi. Nie mam pojęcia, co o tym myśleć. Ani co robić. Stoję przemoknięta do suchej nitki pośrodku nieznanego mi mieszkania, a w sąsiednim pokoju znajduje się jedyna osoba poza Hunterem i Tori, której mam ochotę przywalić. Skoro już o Ridge’u mowa, dlaczego właściwie wysłał po mnie swoją stukniętą dziewczynę? Wyjmuję komórkę i zaczynam pisać do niego SMS-a, kiedy nagle drzwi jego pokoju się otwierają. 14
Maybe Someday.indd 14
2015-04-20 11:07:39
Wychodzi na korytarz z naręczem koców i poduszką. Patrzy mi prosto w oczy, a ja wciągam gwałtownie powietrze. Mam nadzieję, że tego nie zauważył. Po prostu nigdy jeszcze nie widziałam go z bliska. Z odległości kilku kroków jest jeszcze przystojniejszy niż widziany z balkonu po drugiej stronie dziedzińca. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam równie sugestywnego spojrzenia. Mam wrażenie, że wystarczy, że tylko na mnie zerknie tymi swoimi ciemnymi oczami, a już będę na jego rozkazy. To spojrzenie jest tak przenikliwe i intensywne, że... Jezu, muszę przestać się na niego gapić! Uśmiecha się znacząco, po czym mija mnie i podchodzi do kanapy. Mimo jego przystojnej i nieco niewinnej twarzy chcę na niego nawrzeszczeć za to, że mnie oszukiwał. Nie powinien był czekać ponad dwa tygodnie na to, żeby mi powiedzieć. Mogłabym wtedy lepiej to wszystko zaplanować. Nie rozumiem, jak przez dwa tygodnie mogliśmy tyle ze sobą gadać, a on nie zdobył się na to, żeby mi powiedzieć, że mój chłopak i najlepsza kumpela się pieprzą. Ridge rzuca koce i poduszkę na kanapę. – Nie zostanę tutaj – mówię, chcąc oszczędzić mu czasu. Wiem, że mi współczuje, ale ledwie go znam i będę się czuła o niebo lepiej w hotelowym pokoju, niż śpiąc na obcej kanapie. Tyle że na hotelowy pokój potrzeba pieniędzy. A tak się składa, że w tej chwili ich nie mam. Są w mojej torebce, a ta leży w mieszkaniu po drugiej stronie dziedzińca, gdzie znajdują się jedyne osoby na świecie, których nie mam ochoty więcej widzieć. Może jednak ta kanapa to nie taki zły pomysł. Ridge zaściela kanapę, a potem się odwraca i przygląda moim przemoczonym ciuchom. Patrzę na malutką kałużę, która powstała na środku pokoju. – Przepraszam – mruczę pod nosem. Włosy przykleiły mi się do twarzy, a mokra koszulka prześwituje, tak że widać pod nią wyraźnie różowy stanik. – Gdzie łazienka? 15
Maybe Someday.indd 15
2015-04-20 11:07:39
Kiwa głową w kierunku najbliższych drzwi. Odwracam się, otwieram walizkę i zaczynam ją przeszukiwać, a Ridge wraca do swojej sypialni. Cieszę się, że nie wypytuje mnie o to, co się stało po naszej wcześniejszej rozmowie. Nie jestem w nastroju, żeby o tym mówić. Wyjmuję legginsy, bluzkę na ramiączkach i kosmetyczkę, po czym idę do łazienki. Trochę mnie uwiera, że to mieszkanie jest tak bardzo podobne do mojego, różnic tu naprawdę niewiele. Łazienka jest dokładnie taka sama, drzwi po prawej prowadzą do jednej sypialni, drzwi po lewej do drugiej. Jedna z nich na pewno należy do Ridge’a. Ciekawi mnie, kto zajmuje drugą, ale nie na tyle, żeby otworzyć drzwi. Kelnerka z Hooters wyraźnie powiedziała, że mam trzymać się z dala od jej pokoju. Coś mi się wydaje, że nie żartowała. Zamykam na zasuwkę drzwi wiodące do salonu, a potem podobnie postępuję z drzwiami do obu sypialni, żeby mieć pewność, że nikt nie wejdzie. Nie mam pojęcia, kto tu mieszka poza Ridge’em i kelnerką, ale ktokolwiek to jest, nie chcę, żeby na mnie wpadł. Zdejmuję przemoczone ciuchy i wrzucam je do umywalki, żeby nie zamoczyć podłogi. Odkręcam prysznic i czekam, aż zacznie lecieć ciepła woda. Dopiero wtedy pod niego wchodzę. Stoję pod strumieniem z zamkniętymi oczami, ciesząc się, że już nie moknę na dworze. Równocześnie jednak wcale mnie nie cieszy to, gdzie jestem. W życiu się nie spodziewałam, że dzień moich dwudziestych drugich urodzin zwieńczą prysznic w obcym mieszkaniu i spanie na kanapie należącej do chłopaka, którego znam zaledwie od dwóch tygodni. A wszystko to przez dwie osoby, na których zależało mi najbardziej na świecie i którym najbardziej na świecie ufałam.
Maybe Someday.indd 16
2015-04-20 11:07:39
1 Dwa tygodnie wcześniej
Sydney Przesuwam drzwi i wychodzę na balkon, ciesząc się, że słońce skryło się za budynkiem naprzeciwko, dzięki czemu temperatura powietrza spadła do poziomu, który można uznać za idealny dla jesieni. Jakby na sygnał z drugiej strony dziedzińca zaczynają dobiegać dźwięki gitary. Rozpieram się wygodnie na krześle. Wmówiłam Tori, że piszę pracę zaliczeniową, bo nie chciałam się przyznać, że codziennie, punktualnie o ósmej wieczorem, wychodzę na balkon tylko po to, żeby posłuchać gitary. Od kilku tygodni chłopak z mieszkania naprzeciwko siada na balkonie i gra co najmniej przez godzinę. Co wieczór wychodzę na nasz balkon i go słucham. Zauważyłam, że inni sąsiedzi również pojawiają się na balkonach o tej porze, nikt jednak nie jest tak wiernym słuchaczem jak ja. Nie rozumiem, jak ktoś, kto choć raz słyszał jego piosenki, może nie chcieć ich słuchać codziennie. Tyle że muzyka zawsze była moją pasją, więc może dlatego trochę bardziej uzależniłam się od dźwięków jego gitary niż inni. Od dzieciństwa gram na pianinie i uwielbiam komponować, chociaż z nikim jeszcze nie 17
Maybe Someday.indd 17
2015-04-20 11:07:39
dzieliłam się tym, co napisałam. Dwa lata temu nawet zmieniłam kierunek studiów na wychowanie muzyczne. Zamierzam zostać nauczycielką muzyki, chociaż gdyby to tylko zależało od mojego ojca, dalej studiowałabym prawo. – Mierne życie jest zmarnowanym życiem – powiedział mi, kiedy przyznałam się do zmiany kierunku. Mierne życie... Bardziej mnie to śmieszy, niż oburza, ponieważ ojciec jest najbardziej niezadowoloną z życia osobą, jaką znam. A do tego prawnikiem. I gdzie tu sens? Znany mi już utwór kończy się i chłopak zaczyna grać kawałek, którego jeszcze nie grał. Znam już na pamięć jego nieoficjalną playlistę, ponieważ co wieczór ćwiczy te same utwory w takiej samej kolejności. Nigdy jednak nie słyszałam tej piosenki. To, że powtarza określone akordy, przekonuje mnie, że utwór powstaje właśnie teraz, na gorąco. Cieszę się, że mam okazję być świadkiem procesu twórczego – zwłaszcza że chociaż zagrał tylko kilka akordów, ten kawałek już zdążył się stać moim ulubionym. Wszystkie te utwory sprawiają wrażenie jego własnych. Ciekawe, czy gdzieś występuje, czy pisze je ot tak, dla zabawy. Pochylam się, opieram ręce na barierce i patrzę na niego. Jego balkon znajduje się dokładnie po drugiej stronie dziedzińca, na tyle daleko, że nie czuję się niezręcznie, a jednocześnie na tyle blisko, że mam pewność, iż nigdy nie patrzę na niego, kiedy w pobliżu znajduje się Hunter. Coś mi się nie wydaje, by mu się spodobało, że jestem pod tak dużym wrażeniem talentu tego gościa. Mimo to nie jestem w stanie z tego zrezygnować. Każdy, kto choć raz obserwował, z jaką pasją gra ten chłopak, musi być pod wrażeniem. Podoba mi się, że cały czas ma zamknięte oczy, skupiając się na każdym uderzeniu strun. Najbardziej lubię, kiedy siedzi po turecku, trzymając gitarę pionowo między nogami. Przyciska ją do piersi i gra niczym kontrabasista, cały czas z zamkniętymi oczami. Ten widok jest tak hipnotyzujący, 18
Maybe Someday.indd 18
2015-04-20 11:07:39
że czasami wstrzymuję powietrze i zdaję sobie z tego sprawę dopiero w chwili, gdy zaczyna mi go brakować. I do tego jest zabójczo przystojny. A przynajmniej wygląda na takiego z tej odległości. Jego niesforne jasnobrązowe włosy opadają mu na czoło za każdym razem, gdy patrzy na gitarę. Jest za daleko, żebym dostrzegła kolor oczu czy rysy twarzy, ale szczegóły nie mają znaczenia w zestawieniu z pasją, z jaką podchodzi do swojej muzyki. Ma w sobie pewność siebie, której nie sposób się oprzeć. Zawsze podziwiałam muzyków, którzy są w stanie całkowicie zawładnąć publicznością. Marzyłam, że też mi się to kiedyś uda, ale chyba nie mam tego czegoś. Natomiast ten gość to ma. Jest pewny siebie i utalentowany. Zawsze miałam słabość do muzyków, ale jestem realistką. Są ulepieni z innej gliny. Rzadko stanowią dobry materiał na chłopaka. Patrzy na mnie tak, jakby umiał czytać w myślach, i na jego twarzy pojawia się uśmiech. Nie przerywa grania. Jego wzrok sprawia, że czerwienieję. Opuszczam ramiona, kładę zeszyt na kolanach i wbijam w niego wzrok. Strasznie mi wstyd, że przyłapał mnie na tym, że się na niego gapię. Nie żebym robiła coś złego, po prostu dziwnie się czuję, wiedząc, że chłopak zdaje sobie sprawę, że mu się przypatrywałam. Kiedy podnoszę wzrok, okazuje się, że wciąż na mnie patrzy, tyle że już się nie uśmiecha. Jego spojrzenie sprawia, że serce zaczyna mi szybciej bić, dlatego ponownie koncentruję się na swoich notatkach. Weź się w garść, Sydney, bo skończysz jako stalker. – A, tu jesteś – rozlega się za mną pogodny głos. Odwracam się i widzę wchodzącego właśnie na balkon Huntera. Usiłuję ukryć to, że jestem zdziwiona na jego widok, bo przecież powinnam pamiętać, że przyjedzie. Na wypadek gdyby mój gitarzysta wciąż patrzył, postanawiam uraczyć Huntera powitalnym pocałunkiem. Mam nadzieję, że dzięki temu już nie będę tak bardzo wyglądać na stalkera, a trochę bardziej na zwykłą dziewczynę, która odpoczywa na 19
Maybe Someday.indd 19
2015-04-20 11:07:39
balkonie. Kiedy chłopak pochyla się nade mną, żeby mnie pocałować, przyciągam go do siebie, kładąc mu dłoń na karku. – Zrób mi miejsce – mówi Hunter. Spełniam jego prośbę i wstaję z krzesła, a on siada za mną, po czym przyciąga mnie do siebie i otacza ramionami. Dźwięki gitary raptownie się urywają. Kiedy spoglądam na drugi koniec dziedzińca, gitarzysta przeszywa nas gniewnym spojrzeniem, a potem wstaje i znika w swoim mieszkaniu. Miał dziwny wyraz twarzy. Zupełnie jakby się wkurzył. – Jak zajęcia? – pyta Hunter. – Nuda, nie ma o czym gadać. A co u ciebie? Jak w pracy? – Ciekawie – odpowiada, odgarniając mi włosy z karku. Po chwili czuję tam dotyk jego ust. Wytycza pocałunkami szlak do mojego obojczyka. – To znaczy? Ściska mnie mocniej, a potem opiera brodę na moim ramieniu i ciągnie mnie do tyłu. – W czasie lunchu wydarzyło się coś dziwnego – mówi. – Byliśmy z jednym z chłopaków we włoskiej restauracji. Jedliśmy na tarasie. Właśnie miałem zapytać kelnera, co proponuje na deser, kiedy zza rogu wyjechał radiowóz. Zatrzymał się przed restauracją i wyskoczyło z niego dwóch policjantów z wyciągniętą bronią. Zaczęli krzyczeć coś w naszym kierunku, a kelner wymamrotał tylko: „O kurde”. Powoli podniósł ręce, policjanci wskoczyli na taras, przewrócili go na ziemię i zakuli w kajdanki dosłownie u naszych stóp. Potem przeczytali mu jego prawa, podciągnęli na nogi i zaprowadzili do radiowozu. Przy samych drzwiach kelner odwrócił się do mnie i krzyknął: „Polecam tiramisu!”. Wepchnęli go do samochodu i odjechali. Odwracam się do niego i patrzę mu prosto w oczy. – Poważnie? Nie wymyśliłeś sobie tego? – Przysięgam, Syd – odpowiada ze śmiechem. – To było po prostu szaleństwo. 20
Maybe Someday.indd 20
2015-04-20 11:07:40
– I co? Zamówiliście to tiramisu? – Pewnie, że tak. Tak dobrego jeszcze nie jadłem. – Całuje mnie w policzek i odsuwa od siebie. – Skoro już o tym mowa, to umieram z głodu. – Wstaje, po czym podaje mi rękę i podciąga mnie na nogi. – Upichciłaś coś dzisiaj? – Dopiero co jadłyśmy sałatkę, zaraz ci zrobię. Wchodzimy do mieszkania i Hunter siada na kanapie obok Tori. Moja współlokatorka trzyma na kolanach otwarty podręcznik, usiłując równocześnie uczyć się i oglądać telewizję. Wyjmuję z lodówki składniki i przyrządzam sałatkę. Mam wyrzuty sumienia, że zapomniałam, że Hunter ma dzisiaj przyjść. Zwykle coś z tej okazji gotuję. Chodzimy ze sobą od prawie dwóch lat. Kiedy się poznaliśmy, ja byłam na drugim roku college’u, a on na ostatnim. Od lat przyjaźnił się z Tori. Gdy zamieszkałyśmy razem i się zakumplowałyśmy, zaczęła nalegać, żebym go poznała. Jej zdaniem pasowalibyśmy do siebie. Miała rację. Po zaledwie dwóch randkach staliśmy się oficjalnie parą i odtąd świetnie nam się układa. Oczywiście mamy lepsze i gorsze chwile, zwłaszcza odkąd Hunter się przeprowadził i dojazd do niego zajmuje ponad godzinę. Kiedy w ostatnim semestrze znalazł pracę w biurze rachunkowym, zaproponował, żebyśmy zamieszkali razem. Odmówiłam, tłumacząc, że zanim zrobię tak poważny krok, muszę zdobyć licencjat, jednak szczerze mówiąc, po prostu się tego boję. Zamieszkanie z nim wydaje mi się czymś ostatecznym, przypieczętowującym mój los. Wiem, że następnym krokiem będzie małżeństwo i przez to zaprzepaszczę szansę na to, żeby pomieszkać trochę sama. Zawsze miałam jakąś współlokatorkę, a odkąd stać mnie na wynajmowanie mieszkania, mieszkam z Tori. Nie powiedziałam jeszcze Hunterowi o swoich zamiarach. Obiecałam sobie jednak, że zrobię to, zanim wyjdę za mąż. Za dwa 21
Maybe Someday.indd 21
2015-04-20 11:07:40
tygodnie kończę dopiero dwadzieścia dwa lata, więc nie muszę się spieszyć. Przynoszę talerz z sałatką do salonu. – Po cholerę to oglądasz? – pyta Hunter moją przyjaciółkę. – Jedyne, co robią te wszystkie laski, to pieprzą głupoty na swój temat. – I właśnie dlatego to oglądam – odpowiada Tori, nie odrywając wzroku od telewizora. Hunter mruga do mnie porozumiewawczo, a potem bierze talerz i kładzie nogi na stoliku. – Dzięki, kotku. – Odwraca się do telewizora i zaczyna jeść. – Skoczysz jeszcze po piwo? Kiwam głową i wracam do kuchni. Otwieram lodówkę i patrzę na półkę, na której Hunter przechowuje swoje piwa. Nagle uświadamiam sobie, że tak to się właśnie zaczyna. Najpierw ma swoją półkę w lodówce. Potem będzie miał swoją szczoteczkę w łazience, a następnie szufladę w komodzie. W końcu jego rzeczy tak bardzo pomieszają się z moimi, że nigdy nie uda mi się zacząć żyć na własną rękę. Masuję ramiona, próbując odegnać zakłopotanie. Czuję się tak, jakbym właśnie zobaczyła przed sobą swoją przyszłość. Nie jestem pewna, czy mi się ten widok podoba. Czy naprawdę jestem na to gotowa? Czy naprawdę jestem gotowa na to, żeby codziennie czekać na niego z kolacją? Czy jestem gotowa na to, żeby wieść z nim codzienne życie? Uczyłabym cały dzień muzyki, a on prowadziłby czyjeś księgi rachunkowe, następnie wracalibyśmy do domu i ja przygotowywałabym kolację i „skakała po piwo”, a on kładłby nogi na stoliku i mówił do mnie „kotku”. Potem kładlibyśmy się do łóżka i kochali do jakiejś dziewiątej wieczorem, żebyśmy nazajutrz nie byli zmęczeni, obudzili się na czas, ubrali i poszli do pracy. I tak w kółko, dzień za dniem. 22
Maybe Someday.indd 22
2015-04-20 11:07:40
– Ziemia do Sydney! – woła Hunter i dwukrotnie pstryka palcami. – Piwo, kotku. Szybko biorę puszkę, wracam do salonu, podaję mu piwo, a potem idę do łazienki. Odkręcam prysznic, zamykam drzwi i siadam na podłodze. Nasz związek należy uznać za udany. Hunter jest dla mnie dobry i mnie kocha. Nie mam pojęcia, dlaczego za każdym razem gdy myślę o naszej wspólnej przyszłości, ogarnia mnie zniechęcenie.
23
Maybe Someday.indd 23
2015-04-20 11:07:40