Przekład Ewa Mikulska-Frindo
Znak Horyzont KRAKÓW
2021
Tytuł oryginału Madame Piaf und das Lied der Liebe Copyright © Aufbau Verlag GmbH & Co. KG, Berlin 2019 (Published with Aufbau Taschenbuch; »Aufbau Taschenbuch« is a trademark of Aufbau Verlag GmbH & Co. KG) Projekt okładki Mariusz Banachowicz Zdjęcia Edith Piaf na okładce Gettyimages Opieka redakcyjna Natalia Gawron-Hońca Pamela Bosak Adiustacja Ewa Penksyk-Kluczkowska Korekta Joanna Kłos Justyna Kukian Łamanie Monika Drobnik-Słocińska © Copyright for the translation by SIW Znak sp. z o.o., 2021. Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2021 ISBN 978-83-240-7994-0
Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2021. Printed in EU
ROZDZIAŁ 1
Paryż Miasto nie promieniało wprawdzie jeszcze jasnym blaskiem przedwojennych czasów, ale zaciemnienie w znacznej mierze zniesiono. Żółte światła latarni padały na ulice stolicy, którymi nie maszerowało już szykujące się do ataku czy obrony wojsko, przebrzmiały ostatnie wystrzały niemieckich snajperów, a letni wietrzyk przegnał zapach krwi i śmierci. Jedynymi żołnierzami, którzy teraz bawili się między Montmartre’em a Montparnasse’em, byli Francuzi lub pozostali alianci, przede wszystkim Amerykanie z 4 Dywizji Piechoty, która wyzwoliła Paryż. Stopniowo otwierały się lokale rozrywkowe. Z większości teatrów muzycznych, kabaretów i varietés dobiegały dźwięki big-bandów grających w stylu Glenna Millera. Młodzi paryżanie nucili amerykańskie hity zamiast francuskich piosenek, a w kąciku ust trzymali papierosy z jasnego tytoniu zamiast typowych francuskich gauloises’ów. W cieniu wieży Eiffla rozpoczynała się nowa epoka. W teatrze muzycznym ABC właśnie podniosła się kurtyna, ukazując młodego, dwudziestokilkuletniego mężczyznę. Stojąc na brzegu sceny w świetle reflektora, wyglądał jak nieudana kopia kowboja. Miał ciemne włosy, które przykrył kapeluszem panama, za dużym w stosunku do jego wąskiej twarzy, a koszula i spodnie były za szerokie w stosunku do szczupłego, niezgrabnego ciała. Artysta nie 23
MICHELLE MARLY
stał prosto podczas występu, jak przystało na szansonistę najwyższej klasy, lecz pochylał się lekko niczym trzecioligowy śpiewak nocnego klubu, puszczając oko do publiczności. Jego szeroki uśmiech był tak samo nie na miejscu jak okrzyki: „Jupi jej”, którymi okraszał piosenkę Dans les plaines du Far West. – Mon Dieu! Edith wyprostowała się na krześle, rozglądając się dookoła ze zdziwieniem, że od strony publiczności nie poleciały gwizdy ani okrzyki niezadowolenia. Czy to możliwe, że ten oburzający występ oczarował niemal tysiąc dwieście osób wypełniających widownię po brzegi? Ludzie siedzieli spokojnie na swoich miejscach, w półmroku Edith widziała nawet na niektórych twarzach uśmiechy zadowolenia. Czy rzeczywiście była jedyną osobą, której coś – a właściwie wszystko – się nie podobało? Wdzięczność paryżan i związane z nią uwielbienie dla wszystkiego, co amerykańskie, nie mogły przybrać aż tak przesadnej formy! Mimo najszczerszych chęci i poczucia humoru nie potrafiła oklaskiwać Francuza, który na scenie najbardziej prestiżowego teatru muzycznego w tym mieście robił z siebie błazna. – On jest Włochem. – Proszę? – Edith się wzdrygnęła. Czyżby wyraziła swoją krytykę na głos? Kto oprócz jej towarzyszy ją usłyszał? Nie żeby kiedykolwiek owijała w bawełnę albo przejmowała się tym, co o niej mówią. Ale dopiero co okazało się, że ma wrogów, którzy uprzykrzali jej życie. Brakowałoby jeszcze, żeby przeczytała w jutrzejszej gazecie, co Edith Piaf sądzi o tak zwanym talencie tego szansonisty wykonującego ckliwe piosenki. Nie mogła sobie pozwolić, aby prasa zinterpretowała jej opinię jako antyamerykańską albo i antyfrancuską. Mimowolnie skuliła się, stając się jeszcze drobniejsza. 24
MADAME PIAF I PIEŚŃ O MIŁOŚCI
– Jest Włochem – powiedział znów Louis Barrier ściszonym głosem. Jej nowy impresario siedział po prawej stronie przy jednym ze stolików z przodu sali, gdzie nie musieli się gnieść z innymi w rzędach krzeseł, a widoczność i akustyka były wyjątkowo dobre. – To przecież bez znaczenia – odparła oburzona. – Yves Montand to pseudonim – wyjaśnił cicho siedzący po lewej stronie Henri Contet, dziennikarz i tekściarz, jakby jej nie słyszał: – Jego ojciec uciekł przed faszystami do Marsylii. Nasz przyjaciel naprawdę nazywa się Ivo Livi. – Przyjaciel? – Edith uniosła brwi. Kilkukrotnie przenosiła wzrok z szansonisty na Henriego i z powrotem. Mimo najszczerszych chęci nie mogła pojąć, co on widział w tym Yvie Montandzie czy Ivo Livim, czy jak mu tam było. Chociaż właśnie tego wieczoru wolałaby się upić w jakimś barze na Montmartrze, wbrew sobie przyjęła zaproszenie Henriego, które, jak się okazało, uzgodnił z Louisem. Prawie zawsze robiła to, o co prosili ją przyjaciele, miała taką słabość. Czasem na to narzekała, bo niekiedy nie były to korzystne przysługi, lecz zazwyczaj ustępowała. W tym przypadku nie chodziło o sprawy finansowe, lecz o zbliżający się występ z okazji ponownego otwarcia legendarnego Moulin Rouge. Najpierw pomyślała, że najlepszym partnerem byłby Roger Dann, ale ten nie mógł przyjechać do Paryża. Dlatego obaj towarzysze chcieli dziś wieczorem przedstawić jej śpiewaka, który nie tylko potrafiłby go zastąpić, lecz także był od niego dużo lepszy. W każdym razie tak twierdzili. Pomysł, żeby stanąć na scenie z tym beztalenciem, wydał się Edith groteskowy. Taki błazen jak ten facet zdecydowanie do niej nie pasował i ściśle rzecz biorąc, do ABC też się nie nadawał. Im dłużej mu się przyglądała, tym bardziej chciała odmówić. 25
MICHELLE MARLY
Zmiana kostiumu nic nie pomogła. Śpiewak włożył białą koszulę i marynarkę w idiotyczną kratę. Teraz już nie tylko sprawiał wrażenie klauna, lecz naprawdę tak wyglądał, nadal jednak próbował grać rolę uwodziciela. Nieudolnie naśladował wspaniałego Charles’a Treneta, wykonując jego utwór Swing troubadour. Jakby nie było to wystarczająco żenujące, ten półgłówek próbował jeszcze stepować jak Fred Astaire. A tańczył równie słabo, jak śpiewał. Ten występ nie tylko działał Edith na nerwy, uznała go dosłownie za osobistą zniewagę. ABC wciąż jeszcze był najznamienitszym teatrem muzycznym w Paryżu. Jego renoma nie ucierpiała mimo zmiany dyrekcji, wojny i okupacji, największe gwiazdy przez lata święciły tu triumfy. Przede wszystkim jednak było to miejsce, w którym Piaf zadebiutowała jako piosenkarka, tak jak próbował to właśnie zrobić ten Yves Montand. Miała trzydzieści minut, mniej niż on teraz. Wyszła na scenę przed głównym wykonawcą, a zeszła z niej jako gwiazda. Niepozorna osóbka o wielkim głosie, wtedy zaledwie dwudziestojednoletnia, w prostej czarnej sukience z białym koronkowym kołnierzykiem, bezpretensjonalna do granic możliwości. Po jej pierwszym występie publiczność domagała się kolejnych bisów, a następnego dnia krytycy wychwalali ją pod niebiosa. Ciężko na to pracowała, przez wiele tygodni prawie nie spała, ucząc się, jak być osobowością sceniczną. Opłaciło się, ponieważ od pamiętnego dwudziestego szóstego marca tysiąc dziewięćset trzydziestego siódmego roku wszyscy w Paryżu znali Edith Piaf. Nie była już małym wróbelkiem, dziwacznym podlotkiem, a dorosłą kobietą, która wiedziała, jak się należy zachować i co powiedzieć. Co od tamtej pory zmieniło się w jej życiu? Nie tylko to, że umiała właściwie posługiwać się nożem 26
MADAME PIAF I PIEŚŃ O MIŁOŚCI
i widelcem oraz przestała się ubierać jak cyrkówka. Stała się wykształconą młodą kobietą, oczytaną erudytką ceniącą sobie intelektualne dyskusje, a jej sposób wysławiania w niczym nie przypominał ulicznej mowy. Stworzył ją Raymond Asso. Jej Pigmalion, podobnie jak profesor Higgins w sztuce Georga’a Bernarda Shawa opartej na antycznej historii Owidiusza, zrobił wszystko jak należy – i w końcu ją stracił, w przeciwieństwie do literackiego pierwowzoru. Edith stwierdziła z ulgą, że aplauz dla dzisiejszego debiutanta jest umiarkowany. Odczuwalna była pewna przychylność, może nawet zachwyt u niektórych kobiet, lecz zwolenniczek ckliwego szansonisty nie było zbyt wiele, a pojedyncze głosy domagające się bisów szybko umilkły. A więc jednak nie straciłam instynktu, przeszło Edith przez głowę, gdy na widowni powoli zapalały się światła i czuć było niepokój typowy dla ostatnich chwil przed antraktem. – Yves Montand doskonale nadaje się, aby wystąpić przed panią – powiedział Louis Barrier, którego Edith nazywała poufale Loulou, choć on uparcie nie chciał przejść na ty. – Czy pan zwariował? – Kiedy się denerwowała, jej głos w pierwszej chwili brzmiał krzykliwie, a potem z każdym słowem obniżał się o oktawę, a w końcu stawał się ochrypły jak u nałogowego palacza żłopiącego whisky. – Ten facet źle śpiewa, fatalnie tańczy i nie ma poczucia rytmu. – Odniósł spory sukces w Marsylii. Występował również w Nicei, Tulonie i Aix-en-Provence. Louis sięgnął po kieliszek, w którym znajdowało się już tylko trochę wina. – Yves Montand! – powtórzyła z pogardą w głosie. – Jak można wymyślić sobie taki pseudonim? W muzyce słowo 27
MICHELLE MARLY
montant oznacza wznoszące się dźwięki. Czy ten facet uważa się za wschodzącą gwiazdę? On jest zerem! Louis rzucił Henriemu bezradne spojrzenie, lecz ten w milczeniu dopił wino. Sprawiał wrażenie zrozpaczonego. – Chcę wystąpić z Rogerem Dannem. – Wiem. – Henri z trzaskiem odstawił kieliszek. – Ale Roger Dann siedzi na wsi i nie może przyjechać do Paryża. W tych czasach to nie takie proste. Musiała mu przyznać rację. Czyż sama nie wiedziała o tym najlepiej? Uśmiechnęła się smutno. Nawet gdyby Ivo Livi przybrał inny, mniej arogancki pseudonim i w ogóle był mniej żałosny, nie chciałaby go wziąć pod swoje skrzydła. Pomijając image tego młodego człowieka, zwyczajnie nie podobał jej się jego repertuar. W entuzjazmie dla wszystkiego, co amerykańskie, paryżanie mogli zachwycać się takimi piosenkami, mogli nawet żuć gumę, lecz to wszystko nie miało przecież nic wspólnego z francuską tożsamością. Jak długo jej rodacy będą się tej tożsamości wypierać? Czy nie należało się spodziewać, że gust publiczności wkrótce się zmieni? Paryż wyzwolono zaledwie kilka tygodni temu, wojna szalała jeszcze na północy i wschodzie kraju. Nowe, często sprzeczne, przekazywane z ust do ust informacje, wpływały na codzienność Francuzów. Panowała atmosfera napięcia. Pokój był kruchy i niestabilny. Żeby zapomnieć o minionych okropnościach, bawiono się tak, jakby jutra nie było. Nic nie jest pewne, pomyślała. Nawet mój angaż w Moulin Rouge. Ale o tym nie mógł wiedzieć ani Loulou, ani jej kochanek Henri. Dopiero dzisiaj na horyzoncie pojawiła się katastrofa… – Najdroższa – przymilał się Henri – proszę, posłuchaj go jeszcze raz. Może podczas próby. – A co niby miałoby się zmienić? 28
MADAME PIAF I PIEŚŃ O MIŁOŚCI
– Jego ubiór. Powiem mu, żeby zaśpiewał starą piosenkę. – Nie zna nowych? – Edith traciła cierpliwość. Henri westchnął, bawił się pustym kieliszkiem, przesuwając go wciąż w jedną i drugą stronę. Może musiał czymś zająć ręce, żeby powstrzymać się przed natychmiastowym zawleczeniem Edith do garderoby tego Francuza z południa. – Nie miałam dziś szczególnie dobrego dnia – wyznała, uśmiechając się do niego ze skruchą. Henri był nie tylko jej kochankiem, którego porzucała równie często, jak przyjmowała z powrotem, lecz przede wszystkim przyjacielem, który zawsze dobrze jej życzył i dlatego mógł na nią liczyć. Z Louisem Barrierem było tak samo. Nie chodziła z nim wprawdzie do łóżka, ale doceniała jego lojalność i odpłacała mu się tym samym. Dlatego w końcu odrzekła łagodnie: – Jeśli tak wam zależy, jeszcze raz posłucham pana Montanda. – I będę żałować każdego taktu, dodała w myślach. Henri promieniał. – Nie pożałujesz. On naprawdę ma potencjał. – Już jutro… – dorzucił z zapałem Loulou. – Nie – przerwała mu. – Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie chcę ustalać konkretnego terminu, nie teraz. Poza tym mam już plany na jutro. – Powiedziała to tak lekko, jakby chodziło o nieistotną randkę. A przecież w wezwaniu na przesłuchanie nie było ani krzty romantyzmu. Louis otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zamknął je i patrzył na Edith ze zdziwieniem. Zazwyczaj znał jej terminarz i nawet kiedy sam go nie ustalał, ona informowała go o spotkaniach. Widać było wyraźnie, że teraz czuje się zdezorientowany. Z pewnością irytował go również fakt, że właściwie nie spotykała się z nikim przed południem. Poranne godziny 29
MICHELLE MARLY
zwykle przeznaczała na sen, ponieważ prowadziła nocny tryb życia. Jeśli ktoś chciał zastać ją w dobrym nastroju, nie powinien do niej dzwonić ani przychodzić przed drugą po południu. Policja oczywiście na to nie zważała. Pisemne wezwania dostarczano przed południem, przesłuchania odbywały się o tej samej porze. Mężczyźni we francuskich mundurach byli – podobnie jak Szkopy – równie zawzięci i pozbawieni fantazji. Wielu artystów padło w ostatnich tygodniach ofiarą czystek. Nowa władza w prefekturze szybko reagowała na zarzuty rzekomej lub udokumentowanej kolaboracji, nikt nie badał dokładnie przyczyn, wystarczyło posądzenie, żeby Komisja do spraw oczyszczenia zawodów artystycznych wszczęła dochodzenie. Wśród znajomych Edith mówiło się, że znakomita aktorka Arletty została aresztowana i siedzi w więzieniu Conciergerie jak niegdyś Maria Antonina. Mistinguett i Maurice Chevalier również popadli w niełaskę, podobnie jak przyjaciel Edith, Jean Cocteau, od którego dowiedziała się, że projektantka mody Coco Chanel uciekła do Szwajcarii. Represje często dotykały kobiet, ale dlaczego u diabła właśnie jej, zastanawiała się kolejny raz, kiedy dostarczono jej wezwanie na przesłuchanie poprzez posłańca z hotelu Alsina, w którym w tamtym czasie zatrzymała się z przyjaciółką Simone Berteaut. Owszem, nie przyłączyła się do ruchu oporu, ale robiła, co w jej mocy, i pomogła wielu ludziom. Nie miała nawet pojęcia, przez jaki występek znalazła się na czarnej liście. Ta bezsilność była prawie równie trudna do zniesienia jak obawa przed możliwymi konsekwencjami. – O co chodzi, ma chère? – Delikatny, ale i natarczywy ton Henriego wyrwał ją z zamyślenia. Zastanawiała się, czy ma powiedzieć obu najważniejszym w jej życiu mężczyznom o spotkaniu następnego 30
MADAME PIAF I PIEŚŃ O MIŁOŚCI
dnia, zdecydowała jednak, że tego nie zrobi. Z przesądności wolała mówić o tym jak najmniej. Sądziła, że im bardziej będzie się zajmować ewentualnymi represjami, tym bardziej prawdopodobne staną się jej obawy. Przeszła już tak wiele trudnych, nawet jeszcze groźniejszych sytuacji. Najlepiej będzie, jeśli najpierw wysłucha, co jej zarzucają. Potem będzie mogła porozmawiać z przyjaciółmi i zastanowić się, jak odpowiedzieć na oskarżenia. – O nic – odparła. – Jestem po prostu zmęczona. Po sceptycznym spojrzeniu Henriego rozpoznała, że jej nie uwierzył. Uniosła kieliszek, w którym od dawna nie było ani kropli. – Zamówisz nam jeszcze butelkę wina? Za chwilę zacznie się druga część, a jeśli śpiewacy są tak kiepscy jak Yves Montand, koniecznie będę musiała się napić. – Henri chciał zaprotestować, ale z uśmiechem machnęła ręką: – Wiem, że go lubisz. Loulou go polecił. Poczekajmy, może pewnego dnia również odkryję w nim coś pozytywnego. Kiedy Henri rozglądał się za kelnerką, dzwonek obwieścił koniec przerwy. Zamyślona Edith patrzyła, jak sala powoli się zapełnia. Przed jutrzejszą wizytą na wyspie Île de la Cité koniecznie chciała wstąpić do bazyliki Sacré-Cœur, żeby zapalić świeczkę w intencji świętej Teresy z Lisieux. Orędowniczka w niebie nie mogła przecież zaszkodzić, ta święta pomagała jej, kiedy Edith była jeszcze małą dziewczynką. – Chciałam zapomnieć o sobie, żeby sprawić przyjemność innym. Wtedy byłam szczęśliwa. W Louisa jakby uderzył piorun. – Słucham? Nie usłyszałem, co pani mówi. Edith poczuła się przyłapana drugi raz. Znów nie zauważyła, że wypowiedziała na głos swoje myśli. Dotknęła ręką czoła, pocierając skroń w zamyśleniu. 31
MICHELLE MARLY
– Nic takiego. Tylko pewna myśl, bez znaczenia. – Przytaczała słowa pewnej świętej, które stały się jej życiowym mottem. Louis Barrier był jej impresariem od niedawna, nie mógł zatem wszystkiego o niej wiedzieć. Parę miesięcy temu po prostu stanął pod jej drzwiami, oferując swe usługi, a ona przyjęła go do grona oddanych współpracowników. Wyglądał chłopięco, Edith chciałaby mieć takiego brata. Był inteligentny i znał się na swoim fachu. Zawdzięczała mu angaż w Moulin Rouge, a był to dobry początek, żeby od nowa rozpocząć karierę po okresie okupacji. O ile jej sukcesu nie zniszczą ludzie, którzy nie rozumieją, że nie pragnie niczego innego, niż sprawiać przyjemność publiczności. To jej wystarczy do szczęścia.
ROZDZIAŁ 2
– Nazwisko? Policjant, rozpaczliwie walcząc o autorytet, próbował nadać swojemu głosowi głęboki ton. Był jeszcze bardzo młody, na ramieniu nosił opaskę Francuskiej Partii Komunistycznej. Od wyzwolenia komuniści obsadzali kluczowe stanowiska w paryskiej administracji mimo okazywanego publicznie niezadowolenia generała de Gaulle’a. Lewicy przynajmniej nikt nie mógł przypisać powiązań z faszystami z rządu Vichy, a w tej chwili nikt dokładnie nie wiedział, kto rzeczywiście z kim kolaborował. Członkowie politycznego ramienia ruchu oporu również byli bez zarzutu, mimo to lewica zyskiwała przewagę. Jednakże ci w większości młodzi mężczyźni nie poznali w życiu zbyt wiele poza walką o wolność i byli tak samo słabo przygotowani do przesłuchania gwiazdy estrady jak do życia w czasie pokoju. – Edith Giovanna Gassion. Z gorzką ironią śledziła reakcję rozmówcy. Dało się odczuć jego zdenerwowanie. Jej nazwisko rodowe wywołało taką dezorientację, że nie potrafiła powstrzymać śmiechu. Chciała coś powiedzieć, ale ugryzła się w język. Faceci tego pokroju obsesyjnie starali się nie sprawiać wrażenia słabych ani co gorsza głupich. Czy brała udział w czystkach przeciw kobietom, którym zarzucano, że 33
MICHELLE MARLY
uprawiały „kolaborację horyzontalną”? Mężczyźni robią czasem straszne rzeczy, żeby zachować wizerunek twardziela. W młodości na placu Pigalle obserwowała aż nadto takich kogucich walk. Najwyraźniej chodziło o to, żeby poniżać kobiety, golić im głowy, odzierać je z ubrań, opluwać, bić i gwałcić. W dwóch pierwszych dniach po wyzwoleniu Paryża motłoch szalał i mścił się przede wszystkim na kobietach jak bez mała jakobini po rewolucji. Tacy byli mężczyźni, kiedy czuli żądzę krwi. Jak dobrze, że ona zdołała się od tego uchronić. Do teraz. Szukała spojrzenia rozmówcy. – Nazywam się Edith Giovanna Gassion – powtórzyła. Młody mężczyzna wskazywał żółtym od nikotyny palcem na wezwanie, które wręczyła mu przy wejściu. Właśnie ten dokument dostarczono jej do hotelu Alsina. Teraz leżał między nimi na stole. – Dlaczego tu jest napisane madame Edith Piaf? Znajdowali się w małym, prawie nieumeblowanym i skąpo oświetlonym pomieszczeniu. Maleńkiego okienka pewnie nie myto od lat, panował tu taki zaduch, że może nawet przez ten czas nawet nikt go nie otworzył. Edith zastanawiała się, dlaczego jest takie brudne, przecież Niemcy uchodzili za przesadnie czystych i porządnych. Może Szkopy wykorzystywały atmosferę w tym pokoju przesłuchań, żeby wywierać presję na oskarżonych lub żeby przynajmniej pozbawić ich pewności siebie, a może nawet wykończyć. Bez wątpienia próbowano to zrobić z nią. – Edith Piaf to mój pseudonim artystyczny – wyjaśniła, walcząc o oddech. – Wymyślił go dla mnie siedem lat temu tekściarz Raymond Asso. Moje rodowe nazwisko brzmi Edith Giovanna Gassion. – Data i miejsce urodzenia? 34
MADAME PIAF I PIEŚŃ O MIŁOŚCI
– Dziewiętnasty grudnia tysiąc dziewięćset piętnastego roku w Paryżu. Policjant sporządzał notatki w świetle, które okrągła lampa rzucała na dokumenty. – Rodzice? – Co proszę? Podniósł na chwilę wzrok. – Jak nazywają się pani rodzice? Kim są? Czym się zajmują? Gdzie mieszkają? O co chodzi? Jestem za stara, żeby pytano mnie o rodziców, i mam dość troszczenia się o nich, robię dla nich więcej, niż oni kiedykolwiek zrobili dla mnie. Mimo niechęci odpowiedziała na zadawane pytania: – Mój ojciec nazywał się Louis Alphonse Gassion, był artystą cyrkowym, a poza tym służył w osiemdziesiątym dziewiątym Pułku Piechoty w Sens. – Nieważne, czy miał dla armii jakieś specjalne zasługi, bo nie miał, po prostu uznała, że w tej sytuacji wojskowa przeszłość ojca może jej pomóc. – Umarł w marcu tego roku na raka płuc. – Przełknęła ślinę, ponieważ śmierć ojca nagle ją dotknęła. Mimo wszystko. Był przecież jej ojcem i dbał o nią lepiej niż matka. Właściwie był całkiem zabawny, przynajmniej dopóki wystarczająco dobrze zarabiał na jej występach. Aż do końca. O pogrzeb zatroszczył się w jej imieniu Henri Contet, rachunki opłaciła sama. Jej rozmówca kiwnął głową, notując. Potem spojrzał na nią wyczekująco. – Moja matka Annetta Giovanna Maillard urodziła się czterdzieści dziewięć lat temu we włoskim portowym mieście Livorno. Kiedy śpiewa, nazywa się Line Marsa. Ale z tego, co wiem, nie robi już tego zbyt często. Niektórzy ludzie twierdzili, że głos ma jeszcze piękniejszy niż córka, ale tego Edith nie powiedziała. 35
MICHELLE MARLY
– Mieszkacie razem? Z jej gardła wydobył się gorzki śmiech. Nie był skierowany do młodego policjanta. – Nie mam pojęcia, gdzie mieszka moja matka. Może pan jej szukać w schroniskach dla bezdomnych albo w więzieniu. Gdzieś tam musi być. Zazwyczaj dowiaduję się przez policję, gdzie jest. Znów narobiła kłopotów, za dużo wypiła lub wzięła narkotyki. Czasami pojawia się, kiedy potrzebuje pieniędzy, ale tego już dawno nie robiła. Urzędnik pisał, nie śpieszył się. Najchętniej przerwałaby mu tę czynność i zapytała o powód wezwania, lecz wewnętrzny głos przypomniał jej, że powinna zachować ostrożność. Kiedyś była już w podobnej sytuacji, gdy policja przesłuchiwała ją godzinami z powodu zabójstwa Louisa Lepléego i trzymała w areszcie przez dwa dni. Była wtedy naiwna, szalała i zanosiła się płaczem, choć w ten sposób oczywiście nie mogła dowieść swojej niewinności. Mimo że wypuszczono ją z braku dowodów, sprawa przykleiła się do niej jak listek do mokrej podeszwy. Teraz chciała być mądrzejsza i zachować się spokojniej. Co oznaczało, że musi wykazać się cierpliwością, nawet jeśli przychodziło to z cholernym trudem. – A mąż? Odpowiedź była prosta: – Jestem niezamężna. – Dzieci? – drążył dalej, jakby jej nie słyszał. Z tym pytaniem się nie liczyła, bolało dużo bardziej niż wspomnienia o śmierci ojca i zaniedbania ze strony matki. Od prawie dwunastu lat był w jej życiu człowiek, o którym nigdy nie mówiła, a który wrył się w jej serce na zawsze.
36
MADAME PIAF I PIEŚŃ O MIŁOŚCI
Śpiewała na placu Pigalle, oczywiście Montmartre był dużo lepszym otoczeniem niż robotnicze i imigranckie Belleville, z którego pochodziła. Chłopiec na posyłki Louis Dupont był przyzwoitszy niż inni związani z półświatkiem chłopcy, z którymi Edith zazwyczaj się zadawała. Szczupły i śliczny jak z obrazka. A do tego wierny. Zakochali się w sobie, zamieszkali razem, mimo że jego matka, właścicielka sklepu, od początku była przeciwna dziewczynie z ulicy. Kiedy Edith zaszła w ciążę, nie dopuściła do ich ślubu. Sytuacja była tak napięta, że Edith musiała uciec, przede wszystkim od teściowej, ale również od ukochanego i jego nudnej, zbyt przewidywalnej codzienności. Z jej decyzją wiązało się również to, że musiała zostawić córkę z ojcem i babcią. W końcu w ten sposób sama dorastała. Przysięgła sobie, że kiedyś, kiedy będzie się jej lepiej powodzić, weźmie małą do siebie. Lecz dziecko po dwóch latach umarło na zapalenie opon mózgowych, a Edith rozpaczliwie się modliła, żeby również umrzeć, aby na zawsze połączyć się z córeczką. Jej modlitwy nie zostały wysłuchane.
– Nie. – Jej głos zabrzmiał ostro. – Nie, nie mam dzieci. – Rosła w niej chęć, żeby napić się wina. Do ukojenia nerwów potrzebna by była prawdopodobnie cała butelka koniaku. Urzędnik uderzał w dokumenty palcem żółtym od nikotyny. – Mówiła pani o niejakim Raymondzie Asso. Kim on jest? – Dobrym przyjacielem i tekściarzem. Nie widziałam go od początku wojny. Nasze drogi rozeszły się, kiedy wcielono go do wojska. 37
MICHELLE MARLY
Zastanawiała się, czy dodać, że Raymond z pochodzenia jest Żydem. Może jej rozmówca nie lubi Żydów podobnie jak piosenkarek. Chociaż jest Francuzem. Wzięła głęboki oddech. – Chciałabym wiedzieć, co mi się zarzuca. W wezwaniu nie ma o tym ani słowa. Zniecierpliwienie było błędem. Zrozumiała to, zanim wypowiedziała ostatnie słowa. – Merde – zaklęła rozeźlona. Jak się można było spodziewać, funkcjonariusz zareagował natychmiast, jeszcze bardziej zwalniając. Przesuwał wezwanie w jedną i drugą stronę, otworzył leżącą pod papierami cienką tekturową teczkę ze sporządzonymi ręcznie notatkami, przyglądał się w zamyśleniu ich treści. Ze swojego miejsca Edith nie mogła rozpoznać, co tak przykuło uwagę młodego człowieka. Ponieważ nie chciała mu zrobić przyjemności, okazując ciekawość, zapadła się w sobie. Zacisnęła zęby, zmuszając się do rozmyślań nad zaletami burgunda na tle innych szczepów. Może alkohol działał kojąco już wtedy, kiedy się tylko o nim pomyślało. Po chwili urzędnik zamknął teczkę, spojrzał na nią, potem znów na wezwanie i ponownie na nią. Tym razem zmierzył ją dokładnie wzrokiem. – Myślę, że na tym poprzestaniemy, madame Piaf. Z ogromnym trudem zachowała spokój i prawie niezauważalnie skinęła głową. Funkcjonariusz ponownie otworzył i zaczął wertować akta, jakby czuł, że od środka rozsadza ją niepokój. Najwyraźniej miał dużo czasu i niezłomne postanowienie, że udowodni jej, że ma mocniejsze nerwy niż ona. W końcu rzucił mimochodem: – Jest pani piosenkarką, występowała pani w Rzeszy Niemieckiej… – urwał. 38
MADAME PIAF I PIEŚŃ O MIŁOŚCI
Nie mam sobie nic do zarzucenia, pomyślała Edith. – Lubię podróżować – powiedziała na głos. – Do Szkopów? Madame, występowała pani w Rzeszy Niemieckiej! – Nie zaprzeczam. Śpiewałam dla francuskich jeńców wojennych. – W Niemczech! – Słuchali mnie francuscy jeńcy wojenni – upierała się. Mężczyzna, którego nazwiska nie znała, wyjął z dokumentów zdjęcie. Przesunął je w jej stronę. Nic nie mówiąc, czekał na jej reakcję. Co miała na to powiedzieć? Nie zaprzeczała przecież, że występowała w kraju wroga. Na zdjęciu stała w dużej grupie młodych Francuzów, którzy z powodu gorąca i ze względu na ciężką pracę w Stalagu III B w południowo-wschodniej Brandenburgii ściągnęli koszule. Wszyscy byli dobrze zbudowani, ale wyraźnie wychudzeni, wręcz wynędzniali. Wielu z nich pracowało w fabryce zbrojeniowej albo zakładach chemicznych w niewielkim Fürstenbergu, jednak większość harowała przy Kanale Odra-Sprewa, żeby zbudować basen portowy. Edith organizowała zbiórki i własnoręcznie przygotowywała paczki z produktami spożywczymi i higienicznymi dla francuskich żołnierzy, którzy przebywali w niemiec kich obozach. Miała nadzieję, że występując przed jeńcami wojennymi, złagodzi ich tęsknotę i przede wszystkim da im choć trochę nadziei. Z tego nie dało się zrobić zarzutu. A może jednak? Edith miała coraz więcej wątpliwości. Ogarniała ją niepewność. Zaczynała panikować. Zauważyła ponure spojrzenie rozmówcy. W świetle lampy pojawiło się drugie zdjęcie. Przedstawiało rozbawionych, dobrze odżywionych i elegancko ubranych francuskich artystów pozujących przed Bramą 39
MICHELLE MARLY
Brandenburską w Berlinie, Edith w środku, w tle flaga ze swastyką. Wspomnienie z podróży, pasowałoby do albumu, a nie do policyjnych akt. – Madame Piaf, dostała pani angaż u Szkopów i jest pani winna kolaboracji! – Głos młodego mężczyzny zrobił się nagle piskliwy, jakby funkcjonariusz przechodził mutację. To oskarżenie najwyraźniej nim wzburzyło. – Według paragrafu siedemdziesiąt pięć kodeksu karnego przekazywanie informacji wrogowi jest zagrożone karą. Edith usłyszała, że według prawa kolaboracja horyzontalna jest karalna. W tych dniach mówiono o tym w całym Paryżu. Ale Edith czuła, że jej to nie dotyczy. Podczas okupacji miała wprawdzie kilka romansów, ale nawet najdrobniejszy flirt nawiązywała z mężczyzną o tym samym obywatelstwie. Żaden ze Szkopów nie był w jej typie. W jaki sposób miała wyjaśnić swojemu rozmówcy, że woli facetów o ciemnej karnacji podobnych do jej ojca? Jasnowłosy Henri Contet stanowił wyjątek, ale ich romans nabrał szybciej niż zwykle przyjacielskiego charakteru. Zresztą to nie miało nic wspólnego z tą sprawą. W przeciwieństwie do konstatacji, że na przedstawionych fotografiach uwieczniono wyłącznie Francuzów. – Och, Boże drogi! – wykrzyknęła. – Nie dotknęłam żadnego Niemca! – Teraz wszystkie tak mówią – sucho odpowiedział policjant. Zabrał te rzekomo obciążające zdjęcia i wsunął je z powrotem do tekturowej teczki. – Nie jest moim zadaniem decydować, co z panią zrobić, madame Piaf. Jestem odpowiedzialny za wstępne przesłuchanie. Pani dokumenty zostaną przekazane Komisji do spraw oczyszczania zawodów artystycznych. Zajmie się pani przy padkiem. – Jestem przypadkiem? 40
MADAME PIAF I PIEŚŃ O MIŁOŚCI
Stopniowo traciła panowanie nad sobą, nie mogła nic poradzić, że w jej głos wkradła się ironia i oburzenie. Znudzony policjant wzruszył ramionami. Jego zachowanie ją złościło. – Nie byłam w ruchu oporu – obruszyła się – ale pomagałam naszym żołnierzom. Dzięki samym koncertom charytatywnym, które dawałam w Paryżu, zebrałam miliony dla naszych jeńców. Przejęłam patronat nad obozem w Berlinie-Lichterfelde. Pieniądze, które dostawałam za występy w Niemczech, od razu przekazywałam. – To mnie nie interesuje – wszedł jej w słowo. – Jak już powiedziałem, prowadzę tylko wstępne dochodzenie. Proszę opowiedzieć komisji, co ma pani na swoją obronę. Radzę, żeby przyznać się do wszystkiego. To ułatwi sprawę. Fakty są jednoznaczne. Edith zabrakło powietrza. – Fakty? Jakie fakty? – Przekażę komisji sugestię długoterminowego zakazu występów, madame Piaf. Będzie miała pani dużo czasu, żeby zastanowić się nad zdradą narodu francuskiego.
SPIS TR EŚCI
PROLOG 1937 Mon légionnaire (Mój legionista) . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 CZĘŚĆ PIERWSZA 1944 Padam, padam . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 21 CZĘŚĆ DRUGA 1945 La vie en rose (Życie na różowo) . . . . . . . . . . . . . . . . . . 229 CZĘŚĆ TRZECIA 1945/46 Les feuilles mortes (Martwe liście) . . . . . . . . . . . . . . . . . 307 EPILOG 1947 Hymne à l’amour (Hymn miłości) . . . . . . . . . . . . . . . . . 325 POSŁOWIE Non, je ne regrette rien (Nie, niczego nie żałuję) . . . . . 337