Hanna Malewska
O
POWIADANIA
wstęp Andrzej Sulikowski
Wydawnictwo Znak kraków 2015
RODZINA
Wiatr był pomyślny. Smukła triera królewska płynęła pod pełnymi żaglami. Leciały za nią dwa długie, pieniste war kocze, jak za dziewczyną w tańcu. Wojownicy z Epiru obojętnie śledzili sprawną krzątaninę marynarzy alek sandryjskich i dziwili się, że król Pyrrus rozmawia z nimi o tych rzeczach, jakby sam był marynarzem. Co prawda król ich przebiegł kawał świata i z niejednego pieca jadał chleb przeróżnej doli. Jeszcze więcej dziwiliby się, gdy by wiedzieli, że ten ich wspaniały oszczepnik i jeździec napisał w Aleksandrii traktat o okrętach wojennych; nie chwalił się nim w Epirze, bo ziomkowie i tak nie umieli by go przeczytać. W każdym razie na okręcie Pyrrus czuł się równie pew nie jak na koniu. A ten skrzydlaty rumak dzisiaj niósł go w przyszłość zdolną przyspieszyć bicie serca w piersi męża. Tym bardziej w piersi siostrzeńca Aleksandra Wiel kiego. Zawieja wzmagała się i okręt zaczął mozolnie wspi nać się i gwałtownie przerzucać z fali na falę. Król Epiru nie ocierał z twarzy bryzgów pian. Był młody i cieszyło go, 27
że oto już walczy. Obraz przyszłości, przytomnej oczom nadziei, przybierał przez to rzeczywistsze barwy. Przez całe życie nawykł do walki. Był w „bitwie królów”, w któ rej padł Antigonos, najznakomitszy z wodzów Aleksandra, jego, Pyrrusowy mistrz, który powiedział o nim w przed dzień rozprawy: – Lat tylko jeszcze nie dostaje Pyrrusowi, żeby był pierwszym wojownikiem swego czasu. – Jakkol wiek nazajutrz Pyrrus wszystko obalił przed sobą, ta bitwa była porażką. Jako zakładnik trafił po niej na dwór Ptole majosa egipskiego, a wyszedł z tego dworu – królewskim zięciem. Diadochowie Aleksandra wykroili sobie każdy po wspaniałym królestwie z największego spadku w dzie jach. Jemu pozostawał już tylko Zachód. I triera pomykała rączo z zachodnim wiatrem. Piękne kształty tego okrętu, który był właśnie darem Ptolemajosa, kształty jakie na dać umieją cedrowym deskom mistrzowie greccy, i Syre na na dziobie, przypomniały mu uroki Aleksandrii, piękny dwór, piękną królową, która nie była dla niego obojętna – jak i tyle innych w owym młodym i wspaniałym mieście, gdzie kobiety podczerniają sobie oczy na błękitno, a pa znokcie barwią szkarłatem. Kochały go, może właśnie dla tego, że on zawsze wolał błękitną stal i purpurową krew. Na trierze aleksandryjskiej miał przy sobie niewie lu druhów – inne okręty pośpieszały w trop – ale to byli najwierniejsi Epiroci i Macedończycy, którzy go ratowali dzieckiem od morderców stryja, pacholęciem osadzili na tronie – ludzie kochający starodawną wierność, dumni rycerze, którzy wzrastali od dziecka u boku królewiczów, by pozostać im wierni jak braciom. To, co Pyrrus zostawiał za sobą, za pienistymi bruzdami triery, to był nie tylko mały, spokojny Epir, który go darzył 28
białorogimi wołami w doroczne święto, czołobitnością i przywiązaniem – ale i burzliwe dzieje tułacza, zdobyw cy, znów tułacza, króla Macedonii i znów tylko króla Epi ru. Zostawała za nim krew brata zdradzieckiego, którego musiał stracić, i wyrachowana życzliwość teścia, który na to ofiarowywał mu okręty, by go uniosły jak najszybciej i jak najdalej, i całe splątane wężowisko zamysłów i pod stępów monarchów lub rycerzy szczęścia Wschodu. Nie, Pyrrus z Epiru wolał patrzeć przed siebie, ku tej Italii, któ ra jeszcze nie wydźwignęła się z morskiego widnokręgu. Kiedyś, młodemu chłopcu jeszcze, przyśnił się Aleksan der Macedoński i powiedział mu: – Będę cię wspomagał. – Ale jak, o panie? widzę cię chorego w łożu i bez broni? – Wesprę cię moim imieniem. – Król Pyrrus śnił nieczęsto, a wróżby cenił nade wszystko takie, jak Aleksander właś nie, który mieczem rozciął święty węzeł w Gordium. Ale zapamiętał tę twarz we śnie, znaną tylko z posągów, tę twarz tak piękną, że Aleksander nie przesłaniał jej wąsa mi ani brodą i odtąd także jego towarzysze przyuczyli się mieć gładkie lica, jakie widuje się na posągach dawnych herosów. W żyłach Pyrrusa płynęła nie tylko krew królów macedońskich, ale i krew Achillesa, od niego wywodził się jego ród i dlatego po wsze czasy uważany był za grecki. Ale królowie Epiru podobni się czuli nie do dzisiejszych miękkich, mądrych i kłótliwych Ateńczyków, lecz do sta rych Eacydów: Achillesa i Ajasa Telamończyka. Pod wieczór wybuchła burza i szalała całą noc, nie zwykła o tej porze roku i na tych wodach. Nad ranem, gdy już majtkowie upadali ze znużenia, skołatany okręt, zmyliwszy widać kierunek, uderzył w dru gi niewidoczny i zaczął zanurzać się. 29
– Bogowie powołali nas na tamtą ziemię i oni też nas przywiodą – powtarzał Pyrrus. Był zupełnie spokojny. Ile kroć w życiu spoglądał w oczy śmiertelnemu niebezpie czeństwu, tylekroć czuł ten rozpalający się w nim żar od wagi, który aż łuną bił na jego groźne rysy wojownika. Myśl była wtedy jasna, ramiona sprawne, serce uderza ło równo i potężnie, tak jakby pędziło w nim krew dzie sięciu mężów. Wichura przycichła, ale musieli przesiąść się na ło dzie. Majaczył świt za nimi, gdzieś zza niewidocznego już dawno rodzinnego wybrzeża, a na zachodzie powstawał z wolna z morza skalisty widnokrąg Italii, do której pę dziły ich naprzód górne zamysły, a teraz wzburzone fale. W łodzi miał Pyrrus trzech wioślarzy aleksandryjskich i dwóch druhów Epirotów. Uśmiechając się, powiedział do nich: – Za tę żeglugę obiecuję wam dwa porty: Syrakuzy i Tarent. – A sobie co zostawiasz, panie? – Sobie? Nadzieję! Sterował sam, ale ster niewiele mógł przeciwko nawał nicy. Wszyscy odrzucili zwierzchnią odzież i broń. Fala ich niosła prosto na mielizny, potem cofała się i miotała nimi bez kierunku, drwiąc z ludzkich wysiłków, jak nieodgad nione Przeznaczenia. Pyrrus przez całą młodość musiał się przebijać przez podobne fale, a jego przyjaciele czy nili to w jego ślady. Skałę podwodną zobaczył w ostatniej chwili: runął całym ciężarem na ster, ale łupina trzasnęła głucho, zajęczało darte drzewo. Król cisnął precz strzas kany rudel i zrzucił chiton: – Wpław, przyjaciele! Na wznak – nie utrudzajmy przed czasem ramion! To poniesie nas do brzegu. A jednak była to tak zawzięta walka z żywiołem, że nie wierzył prawie sobie, kiedy poczuł stały grunt pod 30
stopą. Nadbiegła następna fala, zabrała go, rzuciła dalej. Podpełzł po żwirowym upłazie i legł bez tchu. Nagi i ura towany spoczywał długo, potem dźwignął się na kolano i zmierzył oczyma ziemię i żwir, skalny przylądek, dalej kępy niskie krzewów, dalej pola. Dniało. Nie dostrzegał jeszcze nigdzie druhów. Ziemia italska... Ta, którą zdobędzie sobie. Jego kró lestwo. Nagi i bezbronny patrzył na nią Pyrrus, praprawnuk Achillesa, oczyma zdobywcy.
II W domu Gnejusza Juniusza Avitusa najpierwsza, przed świtem jeszcze, budziła się jego żona Claudia. Właściwie nie spała już od drugich kurów. Dokuczały jej odleżyny, chciało się pić. Przywykła jednak od lat do tej klątwy bo gów, choroby, która nie tylko przykuła ją do łoża, ale i jej ręce przykuła do ciała. Żyła przede wszystkim słuchem, wyostrzonym, przenikającym ten dom i obejście. Była to dla niej jakby jedna osoba: nie tylko cała „familia” Juniu szów, ale i wypełnione przez nią ściany i opłotki. Rozróż niała naprzód ciężkie człapanie Gurry, najstarszej nie wolnicy, która szła rzucić świniom kaczany kukurydziane. Potem cichutkie, sprawne krzątanie córki, wtedy już mog ła się odezwać i Junia przychodziła dać jej wody z mio dem, z gorzkawym leśnym miodem, który najlepiej gasił jej pragnienie. – Całowała ją przy tym gorącymi jeszcze ze snu, świeżymi ustami i już jej nie było. Junii prawie nie sły chać w domu, ale to dzięki niej idzie wszystko jak należy. 31
Potem słyszała dreptanie i gderanie babki, matki Gnejusza, rozkazującej niewolnikom i niewolnicom, przestawiającej sprzęty i biorącej się do tego i owego – jak zwykle niewie le z tego wychodziło. Potem, przed śniadaniem słyszała kroki męża. Zatrzymywał się przed ogniskiem w atrium, pozdrawiając Lary, potem przychodził powitać ją, zatro skany, raz jakąś stratą w polu, to kłopotami w sądzie, to w ogóle ciężkimi czasami – ta rozmowa poranna uspo kajała jednak Claudię – wiedziała, słysząc te rzeczy, że właściwie wszystko po staremu. Później z tego lub owe go kierunku, najczęściej z ławy przed domem, dobiegać zaczynała przemowa dziadka, wyraźna i mocno akcento wana, jak przemowa pretora. Dziadek był kiedyś pretorem, tak jak i Gnejusz, i wykładał każdemu, kto chciał słuchać, swoje poglądy prawne, a także opinie o zepsuciu młode go pokolenia, głównie z powodu zrównania i przemiesza nia patrycjuszów z plebejuszami, nie mającymi, jak wia domo, udziału w błogosławieństwie bogów dla Romulusa. Dziś jednak Claudia oczekiwała z miłym uciszeniem serca na prędkie, wojskowe kroki syna. Niestety, rozbrzmiewały tak rzadko i na tak krótko. Kobieta należy do domu, dom do kobiety – ale jego mężczyźni nie należą do niej. – Cóż, póki Rzymu, póty wojny – mawiał do niej Gnejusz. – Bo gowie dali nam niepewnych sprzymierzeńców, niespokoj nych poddanych i bardzo złych sąsiadów. – Domyślała się, że kończąc, myślał także o swym własnym sąsiedzie, Fa brycjuszu za strumieniem. Od samego rana z daleka i z bliska dobiegał prze nikliwy głosik dziecinny Tertii, ale tej nie mogła dowo łać się. Jedyny sposób, by ją zobaczyć, to przywabić Corvusa-Kruczka, który kręcąc ogonem, zjawi się po ką 32
sek ze śniadania pani – a Tertia wkrótce wpadnie poszukać go. Kroków Publiusza nie dosłuchała się matka tym ra zem, wyszedł cicho, bo bardzo wcześnie. Ostatniego dnia w domu chciał raz jeszcze wszystko obejść sobie sam. Konsul na krótko puścił go spod znaku. Klepał i skrobał po szyi pięknie wyrośniętego źróbka na koszarze. – Wiesz – mówił mu. – Wiesz, kogo ty niedługo bę dziesz nosił? Trybuna. I to wcale nie najgorszego trybuna w drugim legionie. Myślisz sobie, że nie każdy centurion zostaje trybunem. Słusznie. Ale dlatego właśnie ja nim zo stanę. – Naraz spostrzegł, że nie jest sam. Pod kupą sło my orkiszowej siedział stary człowiek, bardzo wynędznia ły, obdarty i patrzył na niego pełen obawy. – To ty jesteś mój nowy niewolnik? Pretor odesłał cię? – zapytał Publiusz. Była to pierwsza jego zdobycz wojenna, więc w spojrzeniu jego było nieco dumy, jakkolwiek zdo bycz wyglądała mizernie. Tarentyjczyk słuchał z natężeniem i zrozumiawszy, od powiedział, z namysłem dobierając łacińskie słowa: – Tak jest, panie. Nazywam się Kallinikos. Podsłuchana przemowa młodzieńca do konia uspo koiła go, nie wiedział sam dlaczego, więc ośmielił się do dać: – To ty, panie, kazałeś w drodze zdjąć nam kajdany? – Hm, niektórzy dziesiętnicy pilnujący jeńców sami nie wiedzą, co zrobić z gorliwości – mruknął Publiusz i odszedł, gwizdnąwszy na psy. Tacy jeńcy toż nie Sam nici, na których łańcucha mało. Konsul odesłał nawet wolno najznakomitszych Tarentczyków, zagarniętych w potyczkach, bo jakkolwiek ich miasto obraziło ciężko 33
Rzym, ojcowie chcieli pokoju z Tarentem, mając już na głowie Etrusków i Samnitów z całą sforą sprzymierzeń ców na dobitkę. A teraz pono tego jakiegoś Pyrrusa, któ rego miasta greckie wezwały na pomoc. Innych brańców pretor rozlosował między żołnierzy i jemu przypadł ten tu człowiek, uczony, czy coś takiego. Ruszył dalej, obejść wokół pola. – Kiepski mają jęczmień – mówił Gnejusz synowi, pa trząc na drugi brzeg strumienia z takim zadowoleniem, że młodzieniec roześmiał się: – Boję się, że nasz nie pójdzie jeszcze przez to w cenie! – Tobie tak nie zalazł za skórę ten stary jak mnie... Obiad dnia tego nie był wystawniejszy niż zwyczajnie, bo przezorność Juniusza Avitusa graniczyła ze skąpstwem. Ale starego dziadka nawet zwykła baranina bez sosu wprawiała w dobry humor. Opowiadał o wojnie z Sam nitami, która za jego czasów wojskowych trwała dwa dzieścia lat. – To długo – mruknął Publiusz, a ojciec zgromił go spojrzeniem. – Pancerza nie popuszczaliśmy z grzbietu, a na rano, południe i wieczór jadło się bób. – Tylko bób? – zawołała Tertia, dławiąc się kęsem, z okrągłymi oczyma. – Tylko bób! – stwierdził dziadek z triumfem. Tertia była jego najwdzięczniejszą słuchaczką i nieustannym podziwem wyprowadzała go zwykle poza istotne gra nice wspomnień. Gnejusz słuchał opowiadań ojca z nie jasnym niepokojem: o tych ciężkich, strasznych, a nigdy nie zakończonych sprawach – takie bowiem są sprawy rzeczypospolitej – mówił on tak, jakby to było – trudno 34
powiedzieć co, ale w każdym razie nie to, co jest naprawdę. A Publiusz spoglądał od czasu do czasu spod brwi, jakby chciał powiedzieć: – Jest się też czym chwalić. Junia teraz umiała już to wszystko na pamięć, ale jako dziecko rozpromieniała się, słysząc od dziadka, że kiedyś, dawniej, były jeszcze lepsze czasy. Do tego właśnie wniosku zmierzały jego opowiadania i były pewnego rodzaju odwetem na Gnejuszu, nieograni czonym panu domu i domowników, jakkolwiek wedle pra wa – które Rzymianin znał od maleńkiego dziecka – i dom, i on sam był aż do śmierci własnością starego ojca. – Cóż, za późno, nie wezmę się przecież do kija – mówił czasem staruszek, sapiąc, do starej małżonki. Ale sama myśl, że mógłby jednak wziąć za kij, była mu przyjemna. – Więc nie byłeś niewolnikiem? – pytał Gnejusz. Mu siał powtórzyć to jeszcze raz, bo stary człowiek znów był strwożony i z trudem dobierał słowa. To, co go spotkało w cichym wiejskim domu pod Ta rentem: potężny cios w głowę – dotąd nie wiedział, czym zadany, wędrówka w pętach pod okiem potężnego jak byk i jak byk gburowatego dziesiętnika – nie pozwoliło mu do tychczas należycie zebrać myśli. Gnejusz jednak dopy tywał cierpliwie. Tak, Kallinik był człowiekiem wolnym. Czym się trudnił? Grek zawahał się. Jak wyłuszczyć bar barzyńcy, czym właściwie był: patrzał, myślał, czytał, pi sał, był obywatelem tego pięknego i często nierozsądne go miasta Tarentu, lektorem, czasem poetą – jego Muzy oddawały go filozofii, filozofia – Muzom. Ale Gnejusz już mniej więcej wiedział, z kim ma do czynienia, i zatroskany powiedział Publiuszowi: – Nale żałoby go sprzedać. 35
Syn zmarszczył brwi z namysłem. Był to piękny chło pak, czarny jak żuk, czysty i gładki nawet w obozie, i jego widok – z tą dumną zmarszczką między brwiami – przy prawił ojca o ucisk w dołku, albowiem kojarzył się z myślą: jutro go tutaj nie będzie. Niewolnik był własnością Pub liusza, jedynym prawie „peculium”, które prawo przyzna je synom – tak jak przyznaje pewną własność i niewolni kom. Był poza tym pierwszą jego zdobyczą. Kallinik nie wiedział, co to jest „peculium”, ale zrozu miał, że Publiusz nie chce go sprzedać, i poczuł dla niego wdzięczność, bo przerażała go myśl o targowisku. W tej chwili też przypomniał sobie, co mógłby powiedzieć temu Rzymianinowi: – Znam także rachunki i potrafię leczyć. – No i warto może, żebym się poduczył greczyzny, bo poselstwa zamorskie mówią tylko po grecku. Gnejusz strzepnął palcami dość wzgardliwie, lecz zna czyło to, że Kallinik pozostaje. Ojciec sam dojrzał siodłania konia. Potem pozdrowił z Publiuszem Lary domowe i wypił z nim, strącając krople dla Marsa Kwiryna, Publiusz dociągnął rzemień swej tar czy u siodła i skoczył równymi nogami z ziemi na grzbiet wierzchowca. Gniady apulijczyk miał długiego kłusa i już ten krok sprężysty przeniósł Publiusza w jego świat wojskowy. Uśmiechnął się. W domu niejedno drażniło go, w woj sku podobało mu się wszystko. Zwykłe zdawanie spra wy przed dowódcą ze spełnienia rozkazu było czymś zupełnie innym niż wszystko, co mogło mu się przyda rzyć w domu. A rozkazywanie setce ludzi – od trąbki porannej aż do wieczornego podania hasła – w niczym 36
nie przypominało doglądania niewolników. A cóż do piero będzie, jeżeli kiedyś... Nie byłoby w tym nic dziw nego! Woskowe wizerunki przodków w niskim i cias nym tablinum Juniuszów nosiły znaki konsularne i wieńce triumfatorów. A teraz zanosiło się przecież na prawdziwą wojnę. Zajechał w obejście małego domku bez ogrodu tuż przy drodze i wywołał Quintusa Rufusa, swego kolegę cen turiona, z którym mieli jechać razem. Młodzian pociągnął raz jeszcze zgrzebłem po lśniącym zadzie wierzchowca, pożegnał ojca, który przyszedł z pola, rzucając widły, po kłonił się Larom domowym i ruszyli razem.
37
Spis treści
Andrzej Sulikowski, Wstęp . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5 Rodzina . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 25 Sir Tomasz More odmawia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 121 Koniec Cranmera . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 157 Czyste mieszkanie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 243