Skip to main content

Czerwone Żniwa. Tom 1

Page 1

TOM I

Uderzenie wyprzedzajฤ ce

ZNAK HORYZONT Krakรณw 2019


Projekt okładki Sebastian Komorowski Ilustracja na okładce Mariusz Kozik Opieka redakcyjna Robert Medina Redakcja Robert Medina Maciej Gablankowski Adiustacja Witold Kowalczyk Korekta Joanna Kłos Aneta Iwan Projekt typograficzny i łamanie Edycja

Copyright © by Paweł Majka, Radosław Rusak © Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2019

ISBN 978-83-240-5771-9

Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2019. Printed in EU


Rozdział 1

2 czerwca 1964 roku, godzina 4.24 rano, gdzieś w Niemczech, 3 pluton 1 kompanii rozpoznania 1 Batalionu Szturmowego Kiedy Marek potknął się o niewidoczny w cieniu gęstego lasu korzeń i upadł twarzą w miękki, wilgotny mech, przez chwilę, nie dłuższą niż trzy uderzenia serca, poczuł się niemal błogo. Dobrze było leżeć. Nawet przez moment, w lesie, w ciepłą wiosenną noc. Dobrze było nie biec. Udać, że to wszystko się nie dzieje. Na sekundę. Ale zaraz kapral Wroszyński, zwany Wroną, szarpnął go za parcianą cywilną kurtkę, aż zatrzeszczały szwy na ramionach, i niemal postawił go na nogi. O tym, że Wrona ma piekielną siłę w łapie, Marek przekonał się już trzeciego dnia po przybyciu do jednostki, gdy ustawiono ich wszystkich w dwa szeregi, od najmniejszego do największego w jednym i na odwrót w drugim, i zarządzono „lekcję boksu”. Mierzący prawie sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu Marek sądził, że pozamiata kurduplowatym kapralem podłogę. Zamiast tego uczył się szybować nad stolikami jadalni. 27


CZERWONE ŻNIWA

Dziesięć minut po tym, jak podano mu na obiad szczura. Wtedy sądził, że to dowcip. –   Co jest, Młody? – syknął kapral. – Straciłeś siły? –   Nawet się nie zgrzałem – warknął Marek, podniósł z ziemi pakunek, który upuścił podczas upadku, i ruszył pędem przed siebie. Musiał pokazać tym zadzierającym nosa weteranom, że jest nie gorszy od nich, chociaż do jednostki przybył dopiero przed miesiącem. Sądził wtedy, że będzie musiał jeszcze raz przerabiać wszystkie inicjacje, jakie czekały nowych, ale Pierwszy Szturmowy pod tym względem go zaskoczył. Choć dano mu odczuć, że jest niewiele wartym żółtodziobem i będzie musiał zasłużyć na szacunek kolegów, nikt nie próbował go poniżać. Co innego obicie mordy – to należało do szkolenia. Jednak nawet oficerowie się tutaj nie wywyższali i ćwiczyli wspólnie z szeregowcami i podoficerami. A znalazło się wśród nich paru gości z niezłą historią. Taki sierżant Kaszycki, przezywany za plecami Kaszlem, który jako piętnastolatek wmówił werbunkowym w Siedlcach, że ma dwadzieścia lat, tylko marnie wygląda przez syberyjską dietę. A teraz uczył Pierwszy Szturmowy, jak przeżyć, żrąc wyłącznie dżdżownice i korę z drzew. Dla młodych komandosów był prawie jak bóg. Choć liczył już trzydzieści sześć wiosen i nie mógł mieć nadziei, że weźmie udział w akcji, trzymał się świetnie, potrafił biegać po dziesięć kilometrów dziennie, ścigając się z dwudziestolatkami, i bić się z nimi jak równy z równym. Tylko skakania na spadochronie nie lubił, a szczególnie do morza. Mało kto wiedział tyle co on o walce partyzanckiej i oszukiwaniu głodu. –   A może chcesz mi oddać pamiątkę? – kusił kapral. – Będzie ci lżej, Młody. 28


Rozdział 1

–   Moja! – zaperzył się Marek, jeszcze mocniej zaciskając dłonie na pakunku. Nie odzywali się więcej, by oszczędzać tlen w płucach. Biegli jak cienie, byle jak najdalej od miasta, byle ku granicy. Wiedzieli, że są ścigani. Co pewien czas dochodziło do nich z oddali ujadanie psów, a nawet słychać było pojedyncze strzały. Gdy zbliżali się do dróg, pochylali się, by kryć się w cieniu drzew i krzewów, a jeśli musieli taką drogę pokonać, to prędko, skokami. Bywało, że przypadali do ziemi, gdy mijały ich samochody pełne żołnierzy albo policyjne motocykle. Gdyby zostali wykryci, byłoby po nich. Akcja miała pójść gładko: po zrzucie dotrzeć na lokalny węzeł kolejowy i wysadzić tory w miejscu, gdzie przecinały się dwie linie. Potem zryw i do lasu, ku granicy. Ledwie osiemdziesiąt kilometrów do przejścia; co to dla takich zuchów jak oni. I wszystko w cywilnych ciuchach, właściwie bez zaopatrzenia. Nawet broni im nie wydano. Mieli tylko noże. Wszystko szło dobrze, póki nie pojawili się, zupełnie znikąd, żandarmi. Albo to był pech na skalę kosmiczną, albo ktoś sypnął, wydał grupę dywersyjną. Ładunki udało się podłożyć zgodnie z planem, ale ucieczka nie przebiegła już tak łatwo. Żandarmi wezwali posiłki i teraz Marka z pięcioma towarzyszami ścigały i wojsko, i policja. Cywilne ubrania i to, że każdy szwargotał po niemiecku jak rodzony, nie mogły im wiele pomóc. Tym bardziej że nie mieli żadnych dokumentów. Biegli więc, licząc, że pościgowi szybciej wysiądą płuca i nogi. Niestety, tamci ścigali ich także samochodami i na motorach. Dywersanci słyszeli w oddali ich silniki, dlatego 29


CZERWONE ŻNIWA

trzymali się z dala od dróg. W ciemnościach, między drzewami pozostawali niemal niewidoczni. A że potrafili nawet biegać po cichu, istniała szansa, że wyjdą z tego cało. –    Padnij! – rozkazał nagle półgłosem kapral i Marek rzucił się na ziemię, nie tracąc choćby sekundy na zastanowienie. Wrona mógł być sadystycznym dupkiem, ale trzeba mu było zaufać. Sukinsyn miał jakiś dodatkowy zmysł i słuch jak nietoperz. I tym razem się nie pomylił. Po chwili także Marek usłyszał nadlatujący helikopter. Pilot trzymał maszynę nisko, szperaczami macając ziemię. Ostre białe światło liznęło plecy leżących żołnierzy, ale obserwatorzy ich nie wypatrzyli. Cienie wymieszanych z brzozami sosen tworzyły wściekłą mozaikę, wśród której mógłby się ukryć i cały batalion, gdyby tylko leżał bez ruchu. Marek korzystał z okazji, uspokajał oddech. Miał tylko nadzieję, że nie będą musieli czekać zbyt długo. Lepiej było biec cały czas, niechby i pięćdziesiąt kilometrów, niż zbierać się po odpoczynku. „Z twoim wzrostem i wyglądem trafisz, synku, do kompanii reprezentacyjnej” – prorokowała mu matka, gdy blady ze strachu miął w rękach kartę powołania. Ponad rok temu. Uśmiechnął się na wspomnienie tamtego chłopca. Co za durny szczeniak! Nic nie wiedział o życiu. Zamiast do kompanii reprezentacyjnej trafił do Gryfic, gdzie postanowiono zrobić z niego sapera. Uczył go facet, który zdobywał szlify, macając glebę przed sobą bagnetem, podobno pod ostrzałem. Nadal uważał, że to najlepsza szkoła. Marek ucieszył się, kiedy po dziewięciu miesiącach szkolenia przyszedł do niego obcy porucznik w mundurze wojsk pancernych. „Zauważono, że mówicie 30


Rozdział 1

po niemiecku, jakbyście się tam urodzili. I podobno jesteście silni i sprawni – oznajmił. – I jak mówi wasz sierżant, niegłupi. Wygraliście parę zawodów, wykazaliście się w dowodzeniu drużyną. Mamy dla was propozycję. Przemyślcie ją dobrze”. Nie zastanawiał się długo, gotowy dogadać się choćby z diabłem, byle zmienić przydział. Co mogło być gorsze od służenia pod szalonym saperem? To, że tamten wariat go doceniał, oznaczało tyle, że wysyłał go do najgorszych zadań. Stracił rezon, gdy służby specjalne maglowały go przez miesiąc. Jego, rodziców, kuzynów, siostrę. Nawet nauczycieli z podstawówki. Tajniacy sprawdzali go do piątego pokolenia. Wyciągnięto historię dziadków i pradziadków. Nawet proboszczowi nie odpuszczono. Zastanawiał się, czy od tego wszystkiego nie zwariował i czy nie chcą zrobić z niego szpiega. A teraz, gdy helikopter przelatywał nieznośnie powoli nad jego głową, a ze stanowczo zbyt bliskiej odległości dochodziło ujadanie psów, nie był pewien, czy nie powinien był jednak zaryzykować i zostać w saperach. Tym bardziej że w Pierwszym Szturmowym też kazali mu ćwiczyć na ładunkach wybuchowych. I też pod ogniem. A do tego żreć psy i koty, nurkować w lodowatej wodzie i biegać na dystanse zabójcze nawet dla maratończyków. A jednak nigdy, do tej nocy, nie zastanawiał się, czy czerwony beret był wart tego wszystkiego. Należał do elity i jak sądził, można było za to zapłacić każdą cenę. Jednak dotychczasowe ćwiczenia, nawet te najbardziej mordercze, były zabawą w porównaniu z tą akcją.  – Bieg! – zakomenderował Wrona, ledwie helikopter się oddalił, i natychmiast wszyscy zerwali się na nogi. 31


CZERWONE ŻNIWA

I starszy szeregowy Bruno, blondyn o łagodnym spojrzeniu, kompanijny poeta, bo potrafił składać ze sobą proste rymy, i Zygmunt, ledwie o miesiąc starszy stażem od Marka, ale już zgrywający weterana. I Kicio, ponury, nienawidzący świata dwudziestoczterolatek spod Białegostoku, niezrównany mistrz walenia w gębę tak, że wystarczył jeden cios. I Topór, ustawiony gnojek o niemal wiecznie zaciętym wyrazie twarzy, a uśmiechający się jedynie krzywo i z wyższością, któremu przydział zapewnił ojciec, stary komunista z tych, co to z Berlingiem pijali gorzałę w jednym okopie. I w końcu Marek ściskający w rękach trofeum wyniesione z budynku żandarmerii, do którego włamali się tylko na chwilę, by przycupnąć tam, gdzie nikt nie powinien ich szukać. Nakładli po gębach dwóm szkopom, związali ich, przyczaili się. A Marek zgarnął pamiątkę, bo taka naszła go fantazja. Teraz trochę żałował, ale nie wypuszczał pakunku z rąk. Biegli aż do świtu. Wtedy Wrona kazał im się zatrzymać. Przykucnęli. Kapral sprawdził kompas. –    Na moje oko będzie jeszcze ze dwadzieścia kilometrów do granicy – ocenił. – Teraz zacznie się prawdziwa zabawa. Niedługo potem dotarli do leśnej drogi, co Marek przyjął z ulgą. Według map powinna się znajdować właśnie tutaj, zmierzali więc we właściwym kierunku. Przyczaili się, wypuścili Bruna na zwiad. Przesadził drogę w trzech susach, po paru minutach wrócił, zameldował o zabudowaniach jakieś trzysta metrów na zachód. Zdecydowali się nadłożyć lekko drogi i je ominąć. Kapral zaklął, gdy zerknął na zegarek. Mieli mało czasu. Karą za spóźnienie byłaby paka, ale nie obyłoby się bez wstydu. 32


Rozdział 1

Poruszali się nadal szybko, ale ostrożniej. Częściej musieli się chować przed helikopterami, teraz krążyło ich na niebie pięć, a cienie drzew nie dawały już takiej osłony. Przez megafony nawoływano ich z powietrza, czasem po niemiecku, czasem łamaną polszczyzną. Dranie wiedzieli, z kim mieli do czynienia. Obiecywano łaskę, zapewniano o dobrym traktowaniu. A równocześnie ostrzegano, że zostali otoczeni, psy złapały już ich trop, a wojsko i pogranicznicy mają rozkaz strzelać ostrą amunicją. Że nikt im nie pomoże, bo napadając na żandarmów, zmienili się w zwykłych bandytów. –   A do tego złodziei! – dorzucił Kicio, patrząc znacząco na trofeum Marka po kolejnym przelocie helikoptera.  – Będziemy musieli zaryzykować – odezwał się Bruno. – Ci goście z psami są coraz bliżej. –   Niemcy i ich owczarki – skrzywił się Wrona. – Lata płyną, nic się nie zmienia, nie? No to biegiem! Szczęście opuściło ich dwadzieścia minut później. Tym razem miejsce na szpicy zajmował Kicio. Wczołgał się ostrożnie na niewielki pagórek, z jego wysokości zlustrował okolicę ukryty w kępie wyrośniętych paproci. Zbliżała się szósta rano, drzewa rzucały długie, mocne cienie, jak to o poranku. Kicio przeklął brak lornetki i pomysł, by ruszyli na akcję praktycznie bez zaopatrzenia. To Kaszel wymyślił dla nich takie ćwiczenie. Bez broni, zaopatrzenia, bez sanitariusza i „radzia”, jak nazywali w batalionie każdego radiotelegrafistę. Cholerny staruch uwielbiał wspominać, jak to przedzierał się ku Oce uzbrojony jedynie w ukradziony widelec o wyłamanych dwóch zębach. I zdołał za jego pomocą upolować jakiegoś zbłąkanego kota. 33


CZERWONE ŻNIWA

Zjadania kotów akurat Kicio nienawidził. Kiedy wysłano go na samodzielną misję z workiem rozmiauczanych futrzaków jako zaopatrzeniem, wypuścił wszystkie zwierzaki i żywił się korzonkami. Odsiedział za to potem pięć dni w pace, bo okazało się, że przeklęte czworonogi, jako zwierzęta przywiązane do miejsca, wróciły na teren bazy. Zapłaciły za to życiem, bo zżarł je kto inny, ale i Kiciowi nie było do śmiechu. Musiał zabić jednego, oprawić i zjeść na oczach całej kompanii, żeby dowieść, że potrafi. I był to jego pierwszy i ostatni zjedzony kot w życiu. Zawdzięczał temu wydarzeniu swoją ksywę, ale stosunku do kotów nie zmienił. Psa zjadł bez wstrętu, choć to zwykle zmierzenie się z tym przysmakiem polowej kuchni sprawiało żołnierzom najwięcej problemów. Ale koty to co innego. Zajmowały specjalne miejsce w sercu Kicia, choć sam nie wiedział dlaczego. Z braku lornetki Kicio zdał się na własne oczy. Wiał lekki wiatr, gałęzie sosen poruszały się leniwie. Jakiś bezczelny zając przysiadł u stóp pagórka i gapił się na przyczajonego żołnierza, jakby widok człowieka wylegującego się w paprociach był nie tylko najzwyczajniejszym widokiem pod słońcem, ale też zjawiskiem bezpiecznym. Kicio sklął go w duchu, bo przybycie zwierzaka obudziło w nim głód. Nie jadł nic od zrzutu, nie było kiedy. Wypił tylko jednym haustem filiżankę kawy na posterunku żandarmerii. Potem popijali w leśnych strumieniach, prawie w biegu, i tyle. Bo żarcia przeklęty Kaszel też nie pozwolił im zabrać. Sam żarł śnieg i ziemię, więc i oni tak powinni. Cholerny staruch! Powinni go wreszcie odstawić do jakiegoś muzeum. Dobra, uznał Kicio, spokój i cisza. Nawet zające się nie boją. Dał znak swoim, że teren czysty, i w tym właśnie 34


Rozdział 1

momencie szarak spłoszył się i czmychnął. Podnoszący się już z ziemi Kicio przypadł natychmiast z powrotem w paprocie. Obejrzał się za siebie. Dobrze jest, pozostali zauważyli jego ruch i też się pochowali. Tylko co spłoszyło tego przeklętego zwierzaka? Przekonał się po chwili, gdy ledwie dziesięć–dwanaście metrów przed nim przedefilowało ośmiu żołnierzy Nationale Volksarmee w tych ich maskujących kombinezonach z kapturem, które narzucali na mundury uznawane przez niemieckich oficerów za „zbyt sowieckie”, co Kicio pamiętał ze szkolenia. Na łby pozakładali zabawnie wyglądające, ale całkiem wygodne hełmy wz. M55, mające z jednej strony odróżniać się znacząco od charakterystycznych nocników z czasów wojny, a z drugiej strony podkreślić odrębność od hełmów ZSRR. Zarówno Kicio, jak i pozostali członkowie kompanii „niemieckiej” musieli ćwiczyć w tych uniformach, podobnie zresztą jak w umundurowaniu faszystów z Zachodu i Amerykanów. Znał więc wyposażenie szkopów jak własne. Bardzo mu się nie podobało, że każdy z nich był uzbrojony w AKM, co więcej, trzymali je w rękach gotowe do strzału, a nie przerzucone przez ramię jak na zwyczajnym, bezpiecznym patrolu. A już najmniej mu się spodobało, gdy się zorientował, że dostrzegli jego pagórek i najwyraźniej uznali go za doskonałe miejsce obserwacyjne, bo ruszyli w jego kierunku. Wycofał się pospiesznie. Dał znak swoim, że jest źle, i czym prędzej schował się w kępie krzaków otaczających trzy zrośnięte sosny. Odruchowo dotknął rękojeści noża za pasem. Uśmiechnął się krzywo. Ciekawe, co mógłby zrobić przy jego pomocy tamtym ośmiu. 35


CZERWONE ŻNIWA

Przeklęte szkopy nie tylko wlazły na pagórek, ale i się na nim rozsiadły! Trzeba się było ostrożnie wycofać, a potem ominąć tę lokację. Tyle że to oznaczało po pierwsze zmarnowanie czasu, a po drugie ryzyko wpadnięcia na którąś z grup pościgowych. Kicio obejrzał się na miejsce, w którym ostatnio widział Wronę. Normalnie otoczyliby doskonale widocznych niemiaszków, przycisnęli ich i zmusili do poddania. Nawet byłaby z tego zabawa. Ale przez kaprysy i genialne pomysły Kaszla mogli w szkopów co najwyżej porzucać szyszkami. A jednak Wrona najwyraźniej uważał, że mają szansę, bo Kicio dostrzegł, że chłopaki postanowiły mimo wszystko otoczyć i dorwać Niemców. Poczuł, jak dreszcz przebiega mu po plecach, i naprawdę się uśmiechnął. To było coś! W sześciu rozbroić ósemkę tamtych. Kaszel przestanie się wywyższać, jak o tym usłyszy. O ile im się uda. O ile przeżyją tę zabawę. Jasne, w normalnych warunkach patałachy z Nationale Volksarmee nijak nie mogłyby się równać z zuchami Pierwszego Szturmowego. Nawet gdyby między tamtymi zaplątali się weterani z Wehrmachtu. Jednak tym razem szanse nie były po stronie Polaków. Z drugiej strony, czy tak właśnie nie było podczas ostatniej wojny? Ocenił szanse. Wrona z Młodym i Brunonem zachodzili szkopów od lewej, a Zygmunt i Topór – od prawej. Powinien się przyłączyć do tych drugich, ale jak na złość leżał prawie na wprost Niemców. Każdy jego ruch mógł ich ostrzec, przyciągnąć uwagę. Chyba że… Właśnie tak mógłby się przydać. Odczekał, aż chłopaki osiągną pozycję po obu stronach pagórka. 36


Rozdział 1

Ze szkopów były jednak patałachy, nic nie zobaczyły, choć sosnowy las trudno było uznać za gęsty. A przecież chłopaki nie miały na sobie maskujących mundurów, ale ubrania cywilne! Prawda, że żadne krzykliwe stroje, ale brązowe i bure bluzy, w których łatwiej było się ukryć w lesie. Mimo wszystko postawa Niemców napełniła Kicia pogardą. Kiedy uznał, że koledzy są gotowi, podniósł się i udając, że właśnie wychodzi spomiędzy drzew, zawołał do Niemców w ich języku, z akcentem rodzonego Bawarczyka: –   Przepraszam, chyba się zgubiłem. Którędy do Berlina? Zerwali się na równe nogi, wycelowali w niego swoje AKM-y wszyscy, prócz jednego, najstarszego. Być może rzeczywiście mieli między sobą weterana. Ten rozglądał się na boki. –   Stój! Trzymaj ręce tak, żebym je widział! Kim jesteś?! – krzyknął najniższy, z naramiennikiem unteroffiziera. –   Wybrałem się na grzyby – wyjaśnił Kicio, unosząc ręce nad głowę. – Chyba się zgubiłem. Myślałem, że mi pan pomoże, panie oficerze. –    Nie wiesz, że krążą tu sabotażyści? – zdenerwował się niemiecki kapral. – Wszyscy cywile powinni teraz siedzieć w domach! –   Herr Unteroffizier, to może być jeden z nich. – Weteran najwyraźniej myślał szybciej niż podoficer. Opuszczając lufę, obrócił się ku niemu, by wytłumaczyć mu ryzyko. Tym samym przestał na chwilę lustrować okolicę. I to był moment, na który czekali Polacy. Wyskoczyli na Niemców z obu stron pagórka równocześnie. Kicio nie pomógł im w walce, bo zaskoczeni żołnierze puścili serie prosto przed siebie, akurat w niego. Rzucił się na ziemię, 37


CZERWONE ŻNIWA

przetoczył w lewo, do swojego starego schronienia za trzema zrośniętymi sosnami. Kule rozorały pnie drzew za nim, strzępy kory posypały mu się na plecy. –   Jezu, biją ostrymi! – krzyknął, by ostrzec kolegów. Tylko do niego strzelano podczas tej potyczki. Pozostali zbyt szybko znaleźli się przy przeciwnikach, by ci mogli użyć broni. Pierwszy Wrona, dochowując wierności szarży, trzasnął w gębę niemieckiego kaprala i zaraz zwrócił się ku następnemu szkopowi, pewny, że unteroffizier już nie wstanie. Topór rzucił się na weterana. Chwycił za AKM, szarpnął, unosząc lufę ku niebu. Niemiec nacisnął odruchowo na spust, seria poszła w niebo, siekąc po gałęziach. Topór odchylił głowę i trzasnął czołem w twarz tamtego. Zygmunt skoczył na dwóch, obalił obu na ziemię. Wczepił się w większego i tarzał z nim po ziemi. Młody próbował się popisywać kopniakiem z wyskoku, jakiego nauczyli go ostatnio trenerzy. Wyszło mu z braku wprawy średnio, sierżant Warewski, który prowadził pierwsze szkolenia, miałby dla szczeniaka wiele cierpkich słów. Niemniej podziałało. Ponieważ Niemcy stracili zainteresowanie Kiciem, ten poderwał się, dopadł jeden z porzuconych AKM-ów, nim zdążył go podnieść właściciel. Trzasnął Niemca w gębę kolbą i zaraz przytknął lufę do łba następnego. –   Poddajcie się! – krzyknął. – Albo wszyscy zginiecie! Niewiele w nich było żądzy walki. Tylko weteran próbował się jeszcze stawiać, ale zrezygnował, gdy Wrona i jego potraktował swoim słynnym prawym prostym. –   Pozdejmujcie z nich mundury! – rozkazał. – Szybko! Ta kanonada ściągnie tu pościg. Przebierali się prędko. Wahali się tylko, czy zabrać broń. 38


Rozdział 1

– Nie wiecie, co robicie – jęknął Unteroffizier, który ocknął się, gdy wiązali go pospiesznie z pozostałymi. – Wszystko się zmieniło! To wojna, głupcy! –   Wojnę to sobie mogą wypowiadać nasi pierwsi sekretarze, nie wy, za małe mordobicie. – Kicio zakneblował go i poklepał delikatnie po policzku. – Jak im Kreml pozwoli. Z naszej awanturki wielkiego dymu nie będzie. –   W nogi! – zakomenderował Wrona. – Broń zostawcie! Nie przegniemy aż tak. Do granicy dotarli prawie nieniepokojeni. Raz tylko musieli się zaszyć w zaroślach, gdy przelatywał nad nimi helikopter. Przy samej jednak granicy znów trzeba było się zatrzymać. Helikoptery przelatywały nad nią co dwanaście minut, a z każdego krzyczano po polsku i niemiecku, że muszą się poddać, inaczej zostaną zabici. I jeszcze że nie wiedzą, co czynią, bo wybuchła wojna, więc straż graniczna użyje ostrej amunicji. –   Wojna! – parsknął Topór. – Amerykanie przypuścili desant z Kuby? Chyba byśmy coś wiedzieli, nie? –   Zawsze tak wrzeszczą – zbagatelizował Wrona. – Dla zmyłki. Że wojna albo zagrożenie pożarowe, albo że zamieszki. Wszystko, byle cię wywabić. Jak się damy nabrać, nasi dobiorą nam się do dupy.  – Ale tędy nie przejdziemy – wtrącił się Kicio. – Od cholery wojska postawili. Trzeba będzie wodą. –   Jak ty mówisz, że wodą… – Wrona pokręcił głową. – To znaczy, że naprawdę jest kiepsko. Przejąłeś się tymi szkopami w lesie? –   Nakładliśmy po gębach sojusznikom. –   Niemcom. A ten stary to na pewno był z Wehrmachtu, jak nie gorzej. 39


CZERWONE ŻNIWA

–   Ale są teraz pięć razy bardziej wkurzeni. A już wtedy szyli po nas ostrymi.  – Kaszel będzie zachwycony naszymi przygodami. Dobra, cofamy się trochę na południe, a potem chlup do wody. Te mundury trzeba będzie gdzieś zakopać. Co się krzywisz, Młody? –   Z tym nie popływam. – Marek z żalem popatrzył na zrabowany z posterunku żandarmerii portret Waltera Ulbrichta, pierwszego sekretarza SED, niemieckiego odpowiednika PZPR. Odpakował go ze szmat, w które owinął go wcześniej dla bezpieczeństwa. – Myślałem, że dam Kaszlowi w prezencie. –   Nie porzucimy bezpieczniejszej drogi, żebyś mógł się podlizać staremu. Zakopali mundury z dala od zabudowań razem z ramami portretu. Samą podobiznę Młody zachował, zwinął w rulon i wsadził sobie za pasek. Wrona pokręcił tylko głową, ale nic nie powiedział. –   Trochę tego pływania będzie – ostrzegł, nim weszli do wody. – Trzymamy się blisko. Jak zobaczycie, że któryś nie daje rady, płyniecie do niego. Młody, najmniej trenowałeś z pływaniem, trzymaj się blisko Kicia. On tak się boi wody, że pływa najlepiej ze wszystkich. No, do zobaczenia po drugiej stronie. Gdy słyszeli nadlatujące helikoptery, na wszelki wypadek nurkowali, błogosławiąc w duchu szkolenie obejmujące techniki wstrzymywania oddechu. Po wynurzeniu Wrona sprawdzał, czy wszyscy są. Na brzeg, jak mieli nadzieję, polski, dotarli wyczerpani. Starczyło im sił, by doczołgać się w przybrzeżne krzewy. Tam zalegli w milczeniu. Ciszę przerwał dopiero Kicio. 40


Rozdział 1

–   Jeśli mój podobno wodoszczelny zegarek nie kłamie, mamy tylko półtorej godziny do zbiórki – odezwał się grobowym głosem. – Czyli jesteśmy w dupie. Nie wyjdziemy z ciupy przez lata. –   Może nie. – Marek uniósł się na łokciach, rozejrzał po okolicy. – Jeśli mnie wzrok nie myli, tamten piękny ceglany budynek z wieżą to straż pożarna. Rąbniemy im wóz i zajedziemy do nas na sygnale. –   Na pełnym gazie. – Bruno się uśmiechnął. – Straży ogień się nie ima, nikt jej w drodze nie zatrzyma. –   Tylko najpierw musimy rąbnąć wóz – ostudził ich zapał Kicio. – A strażacy mogą mieć coś przeciw temu. –   Daliśmy bobu szkopom, damy i wiejskim jełopom! – nie tracił entuzjazmu Bruno. –    W tej chwili nie dałbym bobu nawet myszy. Wrona, powiedz im. –   Kicio to baba, mały spacer i parę metrów żabką zabiły w nim bojowego ducha – ochoczo wyjaśnił Wrona. – Ale my jesteśmy prawie spóźnieni. Szeregowy Młody, udzielam wam pochwały za pomysłowość. Kradliście kiedyś samochód? –   Jakoś się nie zdarzyło. –   A Kicio kradł. To artysta w tej dziedzinie. Kicio, mistrzu, pokażesz Młodemu, jak odpalić pożyczaną brykę bez kluczyków. Zygmunt, Topór, ubezpieczacie ich. My z Brunem pozostaniemy w obwodach na wszelki wypadek. Żadnemu ze strażaków, jak się okazało, nie postało w głowie, że ktoś może wpaść na tak absurdalnie niemoralny pomysł, by kraść ich wóz. Nie pilnował go w związku z tym nikt. Kicio jednak niczego w dziedzinie „pożyczania” samochodów Marka nie nauczył, ponieważ 41


CZERWONE ŻNIWA

zapobiegawczy strażacy zostawili kluczyk w stacyjce. Zygmunt z Toporem otworzyli więc prędko bramę na oścież, wskoczyli do ruszającego z rykiem samochodu. Na ulicy Wrona z Brunem wskakiwali już do rozpędzającego się auta. –   Włącz sygnał! – polecił kapral, wychylając się niebezpiecznie ku szoferce. Trzymał się jedną ręką podczepionej z boku drabiny, a drugą uderzał w dach, by przyciągnąć uwagę kierowcy. –   Ale to zaalarmuje straż! – zaprotestował Kicio. –   Już jest zaalarmowana! Istotnie, strażacy, krzycząc jeden przez drugiego i przeklinając na czym świat stoi, wybiegli na ulicę. Kilku próbowało ścigać żołnierzy pieszo, jednak Kicio nie dał im szans. Docisnął gaz do dechy i gnał na sygnale, drąc się, że na pewno wszyscy zginą. Nie zginęli. Most zwodzony, jedyny łączący wyspę Wolin z lądem, był na szczęście opuszczony. Obyło się bez kolejnego pływania. Dotarli przed bramę jednostki na minutę przed południem. Tam drogę zastąpili im bynajmniej nierozbawieni wartownicy pod bronią. –    Wrona, Kicio! – rozpoznał przybyszy dowódca warty, kapral Kondracki. – Obywatelu poruczniku! – zawołał. – Są! O czasie! Porucznik Konaszewski najpierw zerknął na zegarek. Westchnął. Zapisał godzinę przybycia w notatniku. Dopiero potem wyszedł przed bramę, gdzie odebrał meldunek od wyczerpanego, ale bardzo zadowolonego z siebie kaprala ogłaszającego, że trzeci pluton pierwszej kompanii rozpoznania w niepełnym składzie zgodnie z rozkazem wysadził tory, nadprogramowo pobił paru żandarmów i patrol 42


Rozdział 1

Nationale Volksarmee, by następnie bez strat przekroczyć granicę i pozyskawszy pojazd, zdołać dotrzeć do jednostki, kończąc ćwiczenia przed czasem.  – Normalnie bym was, Wroszyński, za tę kradzież opierdolił tak, że jeszcze wasze prawnuki by to wspominały – rzekł porucznik po wysłuchaniu meldunku. – Zdążyliście na czas, ale chyba pół Polski widziało, jak żeście zapierdalali do nas tym kradzionym jebaniutkiej straży wozem. A towarzysze niemieccy zdążyli do nas zadzwonić ze skargą już dwanaście razy, że jacyś polscy bandyci pobili i okradli ich żołnierzy. Uprzednio napadając na posterunek żandarmerii. I że jak znają życie, to robota naszej tajnej, o czym wam, kurwa, nie powinienem musieć przypominać, jednostki. Młody, nie szczerz się. Kicio, stul pysk, nie chcę słyszeć ani pół jebaniutkiego słowa. Normalnie bym was wszystkich zajebał biegami po polu ryżowym choćby za to, żeście przez cały ten czas jechali na pieprzonym sygnale. Ale tak się składa, że wybuchła wojna i będziecie potrzebni socjalistycznej ojczyźnie. Marsz do siebie, przebrać się w mundury i meldować się dowódcy kompanii. Zrozumiano? –    Tak jest! – zawołał odruchowo Wrona. I dopiero potem zapytał: – Wojna? A z kim? Porucznik spojrzał na niego z niepokojącą łagodnością.  – Tego nam jeszcze nie powiedzieli – odparł. – Ale jak tylko zadzwoni do mnie towarzysz Spychalski z wiadomością, niezwłocznie dam wam znać, kapralu. Odmaszerować!


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Czerwone Żniwa. Tom 1 by SIW Znak - Issuu