Skip to main content

Byłam katolickim księdzem. Historia Ludmiły Javorovej, kobiety wyświęconej w Czechach

Page 1

TOMASZ MAĆKOWIAK

HISTORIA LUDMILY JAVOROVEJ, KOBIETY WYŚWIĘCONEJ W CZECHACH

WYDAWNICTWO ZNAK KRAKÓW 2022


Projekt okładki Paweł Panczakiewicz PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN Fotografia na okładce Rawpixel.com / Adobe Stock Fotografie w książce s. 222 – fot. Vít Kobza; pozostałe – z archiwum Ludmily Javorovej Redaktor prowadzący Adam Gutkowski Opieka redakcyjna i adiustacja Katarzyna Węglarczyk Korekta Barbara Gąsiorowska Katarzyna Onderka

Copyright © by Tomasz Maćkowiak © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2022 ISBN 978-83-240-6192-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2022. Printed in EU


ROZDZIAŁ I

Idą głosować prosto z kościoła na mszę idą z głosowania Po co tu ten Syjon I po co góra Horeb stała? O, święty Janie Husie To chrześcijaństwo zbrzydło mi się Ivan Martin Jirous (tłum. Tomasz Maćkowiak)


Było to lato srogich upałów, rok pewnie 1997, może 1998. W weekendy Praga pustoszała, bo ludzie uciekali za miasto, byle do cienia, byle nie siedzieć między rozpalonymi ścianami kamienic. Ja nie wyjechałem, bo w niedzielę pracowałem, jak wszyscy dziennikarze. W sobotę koło południa, solidnie spocony, człapałem kamiennym chodnikiem pod górkę i miałem wrażenie, że obok na jezdni roztopiony asfalt powoli płynie w przeciwnym kierunku, w dół ulicy Heřmanovej. Między wysokimi kamienicami całych Holeszowic powietrze śmierdziało tym rozgrzanym asfaltem, śmieciami z rozpalonych plastikowych śmietników i masoxem – przyprawą, którą w gospodach sypie się do wszystkiego, być może poza lodami. Nie czuć było spalin; wzdłuż ulic, w normalnym czasie pozastawianych samochodami, stało teraz ledwie parę pojazdów. Cała reszta dzień wcześniej wywiozła swoich

17


właścicieli na chalupu – czyli, jak to mówią Polacy, na działkę. Było pusto i głucho, powietrze drgało z gorąca. Gdyby nie kamienne domy wokół mnie, mógłbym nabrać wrażenia, że jestem na pustyni – samotność, pustka i ja, krok za krokiem, idę przez piaski. Szedłem na piwo. Minąłem ledwie otwarte gospody w okolicy mojego mieszkania, bo nie chciało mi się z nikim gadać, a tam znali mnie wszyscy, od brodatego, łysego kelnera na rogu, który zawsze mi musiał opowiedzieć o ostatnim meczu Sparty, po śliczną Simonę z barku w suterenie, która z kolei jakoś dziwnie szeroko się do mnie szczerzyła, a ja się bałem odpowiedzieć uśmiechem, bo obok z ponurą miną siedział na łyso ostrzyżony, cyborgowaty z wyglądu narzeczony dziewczyny. Jak to w dużym czeskim mieście, knajp w okolicy było sporo. Szedłem do takiej wybranej, specjalnej, w której – jak sądziłem – nikt nie będzie mnie zmuszał do wysłuchiwania opowieści o dośrodkowaniach i rzutach rożnych. Liczyłem, że znajdę tam święty spokój. Albo przynajmniej będę miał szansę obronić swoją wypielęgnowaną samotność, pustkę, której – sparaliżowany upałem – nie naruszał nawet strumień świadomości. Słowo vyčep początkowo oznaczało najprostszy rodzaj miejskiej przedsiębiorczości w kraju, który od końca dziewiętnastego wieku gwałtownie się bogacił i urbanizował. Mieszkańcy czynszowych kamienic, których

18


nie stać było na otwarcie sklepu, o własnej knajpce nie wspominając, kupowali z pobliskiego browaru beczkę piwa, stawiali ją na drewnianych koziołkach w bramie, w cieniu, żeby się nie nagrzało – i ją „wyczepiali”, czyli wybijali drewniany czop, w jego miejsce wkładając prosty kurek. Sąsiedzi kupowali od nich piwo, które następnie zabierali w dzbankach, żeby wypić w domu. Czasem ktoś przystanął obok z własnym kuflem, czasem właściciel beczki kupił kilka dużych szklanek i zbił z desek ławkę, na której spragnieni mogli przycupnąć. W latach dziewięćdziesiątych już o takiej formie podawania piwa nikt nie słyszał, ale wyczep przetrwał. Były to maluśkie, ciasne barki z napojami, czasem też z drobnymi przekąskami typu parówki czy utopence. I tyle. Bar – ale nie do jedzenia, tylko do picia. Ten, o którym mówię, był kilka uliczek od mojego mieszkania. Chodziłem tam rzadko, bo w takiej ciasnej przestrzeni ludzie zawsze zaczynają szukać towarzystwa i zagadują. Ale w weekendy, szczególnie tak upalne jak ten, wiedziałem, że bar będzie świecił pustkami. Przepiękne secesyjne, frezowane drzwi były pomalowane niebieską olejną farbą, otwierało się je klamką – też starą i stylową. W środku na podłodze leżały białe kafelki, umeblowanie składało się z aluminiowego bufetu z kolumną do nalewania piwa oraz paru okrągłych stolików i wysokich stołków. Pusto – poza brzuchatym facetem za barem nie było nikogo. Odetchnąłem z ulgą i zasiadłem w kącie oddalonym jak się tylko dało od barmana.

19


Kończyłem pierwsze piwo, kiedy drzwi stęknęły i do chłodnego wnętrza wleciał snop rozgrzanego powietrza, a za nim weszło małżeństwo z nastoletnią córką. Sąsiedzi, przyszli świętować urodziny taty. Wprawdzie nie próbowali nawiązywać kontaktu, ale ich paplanina o upale, o whisky, którą chcieli koniecznie zmrożoną, o urodzinach – wszystko to rozpraszało moją pieczołowicie zadbaną pustkę. A co gorsza, po chwili od drzwi znowu poczułem gorący powiew i we wnętrzu pojawiła się starsza para. Pani siadła sobie skromnie przy stoliku nad kawą, jej partner – potężna broda, długie włosy, wojskowa kurtka US Army, ciężkie buty i pet w zębach – zamówił piwo. Niestety, pomieszczenie było ciasne, więc siedzieliśmy wszyscy bardzo blisko siebie. Brodaty štamgast w ogóle nie zwracał uwagi na swoją towarzyszkę i w milczeniu pił piwo, łypiąc na mnie raz po raz znad kufla z wyraźnym zainteresowaniem. A może przesadzam – nie tyle był zainteresowany, ile szukał ofiary, kogoś, komu może brutalnie odebrać jego splendid isolation, zatruć nastrój swoją nachalną towarzyskością, napleść standardowych opowieści o piłce nożnej, hokeju albo polityce, w zamian wymagając entuzjastycznego potakiwania i przede wszystkim – uwagi. Spotykałem takich facetów setkami w rozmaitych knajpach, które regularnie odwiedzałem w czasie swojego kilkuletniego pomieszkiwania w Pradze. Ubierali się podobnie, z charakterystycznym sznytem wyleniałych hippisów po pięćdziesiątce. Odpalali papierosa od

20


papierosa, pili i gadali. Banalne opowieści pozbawione niespodzianki, napięcia, z oczywistą już od samego początku pointą, dotyczące futbolu lub (czego nienawidziłem jeszcze bardziej) polityki – to było ostatnie, czego wtedy oczekiwałem od losu. Niestety, facet w końcu mnie zagadnął. Może spytał, czy wytrzymuję ten upał, a może pożyczył zapalniczkę. Po kilku minutach już siedział przy moim stoliku i gadał z ogromnym ożywieniem, raz po raz zawieszając głos, żeby dać mi szansę na obowiązkowe w tej sytuacji „aha” czy „bardzo ciekawe!”, które mruczałem z udawanym zainteresowaniem. Ględa! – To najłagodniejsze wyzwisko, jakie mi przychodziło do głowy. Zmęczył mnie niemal natychmiast, w dodatku błyskawicznie przeszedł do wspomnień. Zaczął narzekać, że za komuny był „polityczny”, więc zamiast porządnej roboty musiał pracował jako stróż nocny lub palacz w kotłowni. Lekko się zainteresowałem. Po najeździe wojsk Układu Warszawskiego na kraj w 1968 roku wielu czeskich opozycjonistów antykomunistycznych wykonywało podrzędne prace, bo władza nie dopuszczała ich do stanowisk na uczelniach ani w biurach. W końcu udało mi się mu przerwać i zapytałem, z jakiego to powodu był „polityczny”. – Ja jestem wierzący! – odpowiedział. – Wywalili mnie ze studiów, a potem z roboty, bo organizowałem

21


spotkania i wykłady po domach na temat teologii, religii. – Wierzący? – zapytałem. – No, rzymski katolik! Czescy katolicy zawsze tak odpowiadają. Nie mówią o sobie „jestem katolikiem”, tylko właśnie „rzymskim katolikiem” – całkiem jakby tę „rzymskość”, w Polsce niejako oczywistą, oni, Czesi, musieli podkreślić. Do teraz nie wiem, z jakiego powodu tak robią, ale pewnie jeszcze do tej rzymskości przyjdzie mi wrócić. Pokiwałem głową, powiedziałem, że jestem Polakiem, mieszkam w Pradze i wiem, iż prześladowania Kościoła w komunistycznej Czechosłowacji były znacznie bardziej brutalne niż w Polsce. Sztamgast pokiwał głową z zadowoleniem. Robił już takie głupawe miny, po których poznaje się postępujące upojenie alkoholowe, i paplał coraz szybciej. Mówił jednak wyraźnie, nie bełkotał. I zupełnie nie budził zaufania, bo te jego opowieści były kompletnie wyprane z konkretów i dziwnie stereotypowe. Mówiąc wprost – brzmiały jak konfabulacja, jak wymysły, które ludzie powtarzają po to, żeby przed obcymi wypaść na bardziej interesujących, niż w rzeczywistości są. Z potoku słów wyłowiłem jednak zdanie, które mnie otrzeźwiło: „A święcenia przyjąłem w siedemdziesiątym dziewiątym”. Święcenia? – Tak jest, święcenia! – rozkręcał się.

22


Ja też byłem już lekko pijany, ale alkohol działał na mnie raczej tak, że zapadałem się w sobie i milczałem. Idealny słuchacz dla takiego knajpianego kaznodziei jak ten mój. Gdyby tylko nie musieć mu potakiwać bez końca… – Święcenia, bo księża byli potrzebni. Mało było księży – opowiadał. – U nas święcili żonatych mężczyzn. Innych chętnych nie było, a poza tym nieżonaty, samotny facet budził zainteresowanie milicji. Opowiadał jeszcze chwilę o tym, jak potajemnie chrzcił dzieci i odprawiał msze w prywatnych mieszkaniach, a jego żona uczyła małe dzieci religii. – A potem wyświęcili mnie na biskupa! – palnął. Z trudem się opanowałem i jednak nie parsknąłem śmiechem. – Jestem rzymskokatolickim biskupem! I to prawdziwym, nie jak ten Vlk – mówił dalej. Ówczesnego arcybiskupa i prymasa Czech Miloslava Vlka akurat miałem okazję wcześniej poznać i wiedziałem, że to ciężko doświadczony przez poprzednią władzę, ale bardzo pobożny i porządny człowiek. W dodatku ujmował mocno nieformalnym stylem życia. Dlatego spytałem, co jest nie tak z tym nieszablonowym, sympatycznym arcybiskupem. – Przecież to Żyd i mason! Jak większość tych nowych biskupów – zawołał mój rozmówca. Nagle zatęskniłem do swojej pustki, w głowie i na ulicy. Rzuciłem okiem na komórkę i oznajmiłem, że

23


wzywają mnie obowiązki. Muszę iść. Pożegnałem się jednak grzecznie. Nigdy nie umiałem się porządnie kłócić i takich paranoików zwyczajnie unikałem. A może w tym wypadku raczej się bałem, że jak zaprotestuję, to wywiąże się sprzeczka i będę tam musiał siedzieć, tęsknie spoglądając na drzwi, za którymi czekała na mnie upragniona pustynia. Do dziś nie wiem, ile było prawdy w tych knajpianych wynurzeniach brodatego sztamgasta. Faktem jednak pozostaje, że po raz pierwszy spotkałem wtedy kogoś, kto twierdził, że jest żonatym księdzem katolickim. O tym, że w podziemnym Kościele za komunizmu sięgano do takich praktyk, słyszałem już nieco wcześniej, ale było to zbyt niekonkretne, żeby się tym zainteresować. A przecież potem dowiedziałem się jeszcze, że zdarzało się także święcenie kobiet.


ROZDZIAŁ II

Zwołuję żywych budzę uśpionych rozbijam gromy rozpędzam wichry głuchnę od wojny przeklinam ogień uzdrawiam chorych biję na trwogę płaczę po zmarłych po nocach milczę Miloš Doležal, Dzwon (tłum. Zbigniew Machej)


W latach dziewięćdziesiątych, po upadku komunizmu, Czesi – jak wszystkie inne nacje Europy Środkowej – zaczęli się zastanawiać nad tym, kim są, ile wiedzą o sobie, skąd przyszli i na ile ich wiedza o historii wyniesiona z komunistycznych szkół jest zgodna z prawdą. Jeszcze w roku 1988/1989 w rządzonym przez dyktaturę kraju nieśmiało pojawił się w oficjalnych mediach aktor dotąd milczący – Kościół katolicki. Jesienią 1989 roku, tuż przed studenckimi demonstracjami w Pradze, które wkrótce potem doprowadziły do upadku komuniz­ mu, w Watykanie kanonizowano Agnieszkę Czeską – i na te uroczystości słabnący reżim pozwolił wyjechać nie tylko biskupom, ale też paru tysiącom zwykłych ludzi. Ponadto – co chyba najważniejsze – wydarzenie to relacjonowała komunistyczna telewizja. Oglądali je wszyscy, wierzący i niewierzący, bo jeszcze kilka miesięcy

27


wcześniej coś podobnego w państwowej telewizji nie było możliwe. A każdy chciał zobaczyć, jak też taka wielka uroczystość w tym dalekim, tajemniczym Watykanie naprawdę wygląda. To wtedy Czesi zaczęli się zastanawiać nad własną historią. Tak narodził się ruch powrotu do Kościoła. Dość powiedzieć, że w połowie lat dziewięćdziesiątych spisy powszechne wykazywały, iż w Czechach jest około czterdziestu procent katolików. To bardzo dużo jak na ten kraj, z jego antykatolicką kulturą i tradycją, które komunizm wykorzystał do wyjątkowo brutalnej rozprawy z Kościołem. W następnych latach ta liczba spadała, aby osiągnąć dzisiejsze dziesięć procent – ale to zupełnie inna historia. W latach dziewięćdziesiątych katolicyzm czeski się rozwijał. Pierwsze książki wydaje i zyskuje uznanie także za granicą ksiądz Tomáš Halík – niebanalny teolog, nieszablonowy kapłan, wrażliwy i przenikliwy pisarz. Msze i nabożeństwa pojawiają się w telewizji i radiu, w państwowych mediach powstają redakcje katolickie. No i zaczyna działać prasa katolicka. „Katolický týdeník” wychodzi do dziś, to pismo renomowane i szacowne, ale bynajmniej nie klerykalne. Właśnie tam poznałem pierwszych czeskich katolic­ kich dziennikarzy. Sytuację z „biskupem” w wyczepie na Holeszowicach zapamiętałem jako jedno z licznych spotkań z oryginałami czy wręcz dziwakami, których pełne są knajpy na całym świecie. Kiedy jednak zaszedłem nieco później do

28


redakcji „Katolickiego týdeníka”, zagadnąłem siedzących tam kolegów, czy to możliwe, żeby taki brodaty sztamgast był biskupem. Zaśmiali się z sytuacji, zatroskali się trochę antysemickim wyskokiem, ale odpowiedzieli serio. To wtedy, w tamtej rozmowie zrozumiałem, że Kościół podziemny w komunistycznej Czechosłowacji to nie była po prostu grupa ukrywających się przed policją księży. To był społeczny ruch – jednak raczej bym go nie nazwał ruchem oporu. Społeczna, samoistnie powstała instytucja, religijna, kulturalna i duchowa, ze swoimi masami wiernych, rytuałami, programem, systemem. No i własną historią, często – czy może raczej zazwyczaj – dramatyczną. Nie tylko dlatego, że naznaczoną represjami i szykanami ze strony komunistów. Dramatyczną także dlatego, że kompletnie niezrozumianą i brutalnie odrzuconą, wyszydzoną i poniżoną już po upadku komunizmu. Słowo „Kościół” po polsku kojarzy się od razu z instytucją czy też organizacją: wierni, parafie, wikariusze, proboszczowie, biskupi, wszyscy podlegają Rzymowi. Zajmują się bardzo określonym rodzajem działalności, zwraca się do nich w specjalny sposób, potrzebni są przy rozmaitych życiowych okazjach, typu ślub czy pogrzeb. Tymczasem Kościół w Czechach był przecież zupełnie inny. Ksiądz Tomáš Halík już na początku lat dziewięćdziesiątych opowiadał w swojej książce Radziłem się dróg o tym, jak wyjeżdżał do NRD potajemnie przyjąć tam święcenia kapłańskie, i o tym, jak pracował jako terapeuta

29


w poradni antyalkoholowej, a po kryjomu w domu studiował teologię z przemycanych książek. Takich historii jak jego jest wiele, a to tylko jedne z licznych ziarenek prawdy, które składają się na Kościół podziemny – bo było to coś tak skomplikowanego i niezwykłego, że nie mogą tego opisać żadne pojedyncze losy, nawet najbardziej dramatyczne i nawet tak ciekawych intelektualistów jak Halík. Zresztą on sam przestrzegał wielokrotnie przed prostym założeniem, że w czasach komunizmu w Czechosłowacji dobrzy księża byli w podziemiu, a w oficjalnym Kościele zostali tylko płatni agenci. Koledzy dziennikarze, głównie nieżyjący już Petr Příhoda, psychiatra i jednocześnie publicysta katolicki, opowiedzieli mi – krótko i dlatego ogólnikowo – o tym, że w zasadzie struktura tego Kościoła przypominała raczej obraz impresjonisty niż schemat sieci kolejowej. Były to setki, tysiące drobnych, różnobarwnych kropek. Każda inna, każda namalowana w swoim czasie, często zamalowywana kolejną, sąsiadująca z jeszcze inną, wzajemnie o sobie często nawet nie wiedziały. Dopiero jak się odsunąć i spojrzeć z dystansu, widać pełny, precyzyjny obraz, który widza porusza i wzrusza. Zatem – tak, w Kościele podziemnym księża byli święceni tajnie, ale nie było jednej, wspólnej struktury, która by nad procesem edukacji i święceń czuwała. Był to raczej spontaniczny proces, w którym każdy uczestnik dokładał swoją kropkę czy też kilka kropek do całego obrazu. Poszczególne środowiska powstawały samoistnie,

30


z potrzeby chwili – jeśli gdzieś się okazywało, że nie ma szans na porządne katolickie wychowanie dzieci albo że nawet na mszę nie ma gdzie w okolicy pójść, prędzej czy później pojawiali się zaangażowani, wierzący ludzie, którzy starali się organizować i wspierać tak, aby to, co niemożliwe, stało się jednak możliwe. „Kościół” Polakom kojarzy się – owszem – z wiarą, ale kolejne kroki na drodze wiary potwierdzają nam urzędy, dokumenty, pieczątki. Kartki od spowiedzi, metryki, zaświadczenia od bierzmowania, świadectwa ślubu. Bez tych dokumentów człowiek znajduje się poza Kościołem. Ich obiegiem sterują księża, oni też organizują pieniądze, lekcje i rekolekcje. Zajmują się wszystkim. Dlatego pisanie o Kościele podziemnym „Kościół” w pewien sposób umniejsza tamto środowisko. Kościół podziemny opierał się bowiem na samoorganizacji świec­ kich i w tym sensie przypominał – choćby to brzmiało nie wiadomo jak patetycznie – gminy pierwszych chrześcijan. Jeśli cokolwiek miało się w nim wydarzyć, zaangażować się w to musieli nie tylko księża. Księży było zwyczajnie za mało, żeby dali radę tym ruchem kierować. To nie działało tak jak w tradycyjnej kościelnej strukturze, gdzie proboszcz w niedzielę mówi: „A we wtorek na roraty śpiew przygotują dzieci z klasy trzeciej” – i te dzieci przychodzą potem na próby, i śpiewają wybrane przez proboszcza pieśni. To „dzianie się” w Kościele podziemnym zapewniali wszyscy, także świeccy. Wszyscy, którym na tym zależało. A właściwie tylko tacy, którym

31


zależało bardzo – tak bardzo, że ryzykowali prześladowaniami, uwięzieniem, a czasem także życiem. Petr Příhoda jako pierwszy opowiedział mi o księżach, którzy w tamtym czasie wykonywali świeckie zawody – byli inżynierami, nauczycielami, ale też palaczami w kotłowniach. Po godzinach zajmowali się potajemnie duszpasterstwem, finansując je z własnej kieszeni. O tym, że są księżmi, nie wiedział nikt. Halík przyjął święcenia, ale nie powiedział o tym nawet własnym rodzicom. Podobnie żyli w tamtym Kościele biskupi: zamiast pałaców bloki z wielkiej płyty; zamiast mitry i ornatu – sweter i flanelowa koszula. Příhoda wspomniał też o kłopotach z dyscypliną. Struktura rozrastała się spontanicznie, oddolnie, w warunkach utajnienia. Nic dziwnego, że pojawiały się w niej pomysły i działania dziwne, bardzo dziwne, czasem nawet szokujące. Nie dało się kontrolować, kto z kim co konkretnie robi czy planuje zrobić, bo nie prowadzono systematycznie żadnej dokumentacji. Nie było kontroli. Ludzie zaangażowani znali możliwie najmniejszy krąg osób, rządziła zasada „mniej będziesz wiedział, krócej będziesz siedział”. Czyli jeśli ktoś widział, że ksiądz się źle prowadzi albo ma głupie pomysły duszpasterskie, to nie było biskupa, do którego można było pojechać na skargę czy choćby wysłać list. Biskupa nikt po prostu nie znał i nie wiedział, gdzie go szukać. Te tajemnice sięgały naprawdę głęboko. Przyjdzie to jeszcze opisać dokładniej. Tu warto wspomnieć, że nie ma archiwum, w którym by

32


się dało wyszukać na przykład wszystkich wyświęconych potajemnie księży. Tak naprawdę nie wiadomo, ilu ich było. Takie archiwum, takie zapiski nigdy nie powstały ze strachu przed wpadką. Gdyby dostały się w ręce tajnej milicji, cała struktura byłaby narażona na represje i prawdopodobnie błyskawicznie zostałaby rozbita. Dlatego mam wrażenie, że pisząc o podziemnym Kościele, poruszam się we mgle. W historiach, które się udaje z tej mgły wyłuskać, pełno jest dziur, wyrw, a nawet potężnych przepaści. W praktyce wygląda to tak, iż wiemy, że X był tajnie wyświęconym księdzem, który działał w miasteczku Y, kilka osób wspomina spotkania z nim, nabożeństwa czy prowadzone przez niego seminaria samokształceniowe. Ale kto mu dał święcenia? Kto sprawdzał jego wiedzę z niezbędnych dziedzin? Kiedy święcenia przyjął? Tego się często ustalić nie da. Albo przynajmniej jest kilka wersji wydarzeń, czasem mocno się od siebie różniących. Kłopot z pisaniem o Kościele podziemnym jest i taki, że – jak wszystko, co utajnione – budził on także niezdrowe zainteresowanie. W efekcie oprócz historii i historyjek, opowieści bardziej czy mniej pewnych, krąży na temat jego uczestników cała masa plotek. Niektóre są tak naiwne, że można je zbyć wzruszeniem ramion, bo wiadomo, że to bujda. Jeden z moich rozmówców przekonywał mnie, że biskup Felix Davídek księży święcił po gospodach, między trzecim a czwartym piwem. Wszyscy inni mówią, że to nieprawda, a święcenia w najbardziej skrajnych wypadkach odbywały się w prywatnych

33


mieszkaniach – czyli w miejscach, gdzie w ogóle toczyło się życie tej wspólnoty religijnej. Ale i tak wielu miesza fikcję z prawdą, wymysły z historią, legendy z faktami. Sprawa budzi emocje, bo jak świat światem, parafianie zawsze lubili plotkować o proboszczu, a do ulubionych należały dowcipy o zakonnicach, i to te bardziej pieprzne. O Kościele podziemnym powstały całe opowieści, które są niemożliwe do rozwikłania, nie da się ustalić, co w nich jest prawdą, a co nie. Z tego powodu czasem lepiej nie szukać na siłę jednoznacznych rozstrzygnięć, jasnych prawd, prostego „tak” czy „nie”. Uczciwiej rozłożyć ręce i przyznać: „nie wiem”. Petr Příhoda był człowiekiem wielkiej wiedzy, ale operował nią bardzo ostrożnie, na pewno nie szerzył plotek. W jego ogólnych informacjach o Kościele podziemnym nie było sensacji. Mówił o tym, o czym wiedział. Jeśli nie znał szczegółów, przyznawał to otwarcie. Gdzieś pod koniec rozmowy opowiedział mi o jednym z podziemnych biskupów, który na Morawach zaczął święcić żonatych mężczyzn. „No i wyświęcili też kilka kobiet” – powiedział. Otworzyłem usta ze zdziwienia: kobieta – księdzem? Przypomniał mi się zabawny sztamgast, ten żonaty, który twierdził, że jest biskupem. Uśmiechnąłem się w przekonaniu, że chodzi o kolejne zabawne dziwactwo. Kobieta ksiądz? Czego to ci ludzie nie wymyślą… W taki sposób pierwszy raz w życiu usłyszałem o Ludmile Javorovej.


SPIS TREŚCI

Wstęp . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

7

Prolog . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

11

ROZDZIAŁ I . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

15

ROZDZIAŁ II . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

25

ROZDZIAŁ III . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

35

ROZDZIAŁ IV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

55

ROZDZIAŁ V . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

85

ROZDZIAŁ VI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 101 ROZDZIAŁ VII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 115 ROZDZIAŁ VIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 131 ROZDZIAŁ IX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 145 ROZDZIAŁ X . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 163 ROZDZIAŁ XI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 169 ROZDZIAŁ XII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 181

233


ROZDZIAŁ XIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 195 ROZDZIAŁ XIV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 205 ROZDZIAŁ XV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 213 Posłowie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 225 Bibliografia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 231


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Byłam katolickim księdzem. Historia Ludmiły Javorovej, kobiety wyświęconej w Czechach by SIW Znak - Issuu