

AGATA PUŚCIKOWSKA
Lotniczka
Opowieść o JANINIE LEWANDOWSKIEJ, jedynej kobiecie
zamordowanej w Katyniu
Wydawnictwo Znak
Kraków 2026
Projekt okładki
Eliza Luty
Zdjęcie wykorzystane na okładce
dzięki uprzejmości Muzeum Powstańców Wielkopolskich w Lusowie
Fotografia autorki na skrzydełku
Henryk Przondziono
Konsultacja naukowa
dr Ewa Kowalska, Biuro Poszukiwań i Identyfikacji IPN
Grzegorz Jazdon, Muzeum Powstańców Wielkopolskich w Lusowie
Redaktorka nabywająca i prowadząca
Marta Brzezińska-Waleszczyk
Promocja
Kinga Wojnicka
Adiustacja
Katarzyna Mach
Korekta
Barbara Gąsiorowska
Justyna Jagódka
Łamanie
CreoLibro
Copyright © by Agata Puścikowska
© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-062-2
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37
Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl
Wydanie I, Kraków 2026. Printed in EU
WSTĘP
Kilkanaście lat temu zobaczyłam JĄ. Szła ulicami Warszawy w mundurze polskiego lotnika. Pośród dziesiątków polskich żołnierzy, oficerów. Wyprostowana, z zaciętym wyrazem pięknej twarzy, ciemnowłosa. To był wstrząs. Nie wiedziałam wcześniej o jej istnieniu. Katyń? Zbrodnia katyńska? Kojarzyły mi się wyłącznie z polskimi oficerami –mężczyznami. Zobaczyłam ją na Katyńskim Marszu Cieni. Pochodzie-pomniku, pochodzie-hołdzie dla dwudziestu dwóch tysięcy polskich oficerów, zamordowanych przez Sowietów w 1940 roku w Katyniu i innych miejscach kaźni. Marsz, organizowany w Warszawie od 2008 roku z okazji Dnia Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej między innymi przez IPN i grupy rekonstrukcyjne, przechodzi ulicami stolicy w ciszy. Rekonstruktorzy, w historycznych mundurach polskich oficerów oraz pilnujących ich funkcjonariuszy NKWD, idą od Muzeum Wojska Polskiego przez Krakowskie Przedmieście do Placu Zamkowego, Rynku Starego Miasta, Bonifraterską aż pod Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie. Idą, by o nich przypomnieć. Jest i ona: Janina Lewandowska. Pierwszy raz dostrzegłam ją pod pomnikiem szczególnie mi bliskim i poprzez jego wymowę i dlatego że w 1999 roku, podczas pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, czekałyśmy w tym miejscu z moją Babcią od wczesnego ranka na przyjazd Ojca Świętego. Był z nami ksiądz Zdzisław Peszkowski, który modlił się z wiernymi za ofiary Wschodu. Gdy pojawił się Jan Paweł II, prałat pokazywał mu pomnik symbolizujący tak wiele
miejsc kaźni Polaków. Sam ksiądz Peszkowski, o czym wiedziałam, uniknął śmierci w Katyniu. Nie miałam jednak pojęcia, że przecież młody wówczas oficer znał Janinę. Pamiętał lotniczkę z Kozielska i po wielu latach wspominał…
Mijały lata. Istnienie Janiny Lewandowskiej, prawdopodobnie jedynej kobiety zamordowanej w Katyniu, zaczynało przebijać się do społecznej świadomości. Powoli. Bardzo powoli. Istniejące publikacje mówiły jednocześnie wiele i niewiele: córka generała, lotniczka, porucznik Wojska Polskiego. Inspirowały i pobudzały wyobraźnię. Zdradzały jakiś ciąg dalszy, ludzką, głęboką historię o życiu i śmierci. Odkrytą do końca? Stanowczo nie. Tylko czy da się ją odkryć? Dopiero po latach się dowiedziałam, że zbrodnia katyńska to nie tylko martyrologia dorosłych mężczyzn: to też historia kobiet i dzieci więzionych w obozach specjalnych i zabijanych na nieludzkiej ziemi. Po latach dowiedziałam się zresztą, że Janina została odnaleziona w katyńskim dole śmierci... wraz z małym chłopcem. To był dla mnie wstrząs. Lewandowska była jedyną kobietą zamordowaną w Katyniu, ale nie jedyną kobietą więzioną w obozach specjalnych NKWD.
Janina czekała na swój czas. Czekała, by rozpoczął się żmudny, a jednocześnie piękny proces odkrywania tej niezwykłej, ale i bardzo zwyczajnej kobiety.
Kim naprawdę była? Dostępne opracowania, również książkowe, przedstawiały jej historię dość podobnie. Pochodziła z kochającej się patriotycznej rodziny, skakała na spadochronie, osiągała niewyobrażalne wyniki (pięć tysięcy metrów!), miała uprawnienia pilota motorowego, a potem zginęła w Katyniu. To oczywiście mocny skrót i uproszczenie, ale… biografie Janiny Lewandowskiej, takie odnosiłam wrażenie, spłaszczały jej życie. Prócz wciąż powtarzanych, tych samych i chyba średnio weryfikowanych informacji pojawiały się jedynie różnice w narracji, zapewne zależne od wrażliwości autora.
Albo obraz był przesłodzony (szczególnie relacji rodzinnych Janiny, ojca i rodzeństwa), albo wręcz przeciwnie: wyostrzony i nacechowany
negatywnie, w którym generał jawił się niemal jako skrajny despota. Która wersja jest prawdziwa: kochająca i bezpamiętnie zapatrzona w ojca córka czy córka uciekająca od tyrana? A może jednak prawda jest gdzieś pośrodku? Tylko czy istnieje możliwość, by przy braku wspomnień samych zainteresowanych zrekonstruować dzieciństwo, młodość i wybory życiowe Janiny tak, by jak najbardziej przybliżyć się do prawdy? Czas międzywojenny bywa mitologizowany. Ludzie wychowani w międzywojniu jawią się niekiedy jako „pokolenie Kolumbów”, na które patrzymy wyłącznie przez pryzmat walki, patriotyzmu, wyborów i – jakże często – przez perspektywę śmierci. Wojenna martyrologia to ważny, ale jednak moment w życiu. Dopełnienie, nie jego całość. Co było wcześniej, jak wyglądała codzienność, zwykłe życie, rodzina, nauka, radości, smutki, a nawet błędy młodości? Każdy przecież je miał!
Pokolenie Janiny przywykło do pisania pamiętników. Dlatego do dziś sporo informacji przetrwało. Jednak wspomnienia samej Janiny, jeśli w ogóle istniały, albo się nie zachowały, albo nadal czekają na odkrycie. Jak dojść do prawdy? Jak się do niej chociaż przybliżyć? Przemiany po 1945 roku to czas niszczenia pamięci i archiwów. A także ciszy wynikającej ze strachu, jej rodzina zawieruchy wojennej przecież nie przetrwała. O zbrodni katyńskiej dalszym znajomym i krewnym, którzy wojnę przeżyli, nie wolno było mówić. Ważny świadek życia Janiny, jej mąż Mieczysław, po wojnie zamieszkał w Wielkiej Brytanii…
Trudno dziś w pełni odtworzyć nie tylko wygląd domu rodzinnego Dowbór-Muśnickich, pałacu w Lusowie, ale i poszczególne lata, czas szkolny, okres dojrzewania i wzrastania, dorosłe wybory Janiny. Czasy te trzeba było rekonstruować, niemal odtwarzać ze skrawków wspomnień, opowieści ludzi, którzy znali Dowbór- Muśnickich. Krok po kroku, kartka po kartce, rozmowa po rozmowie.
Jak poznać człowieka, który odszedł wiele lat temu i nie pozostawił po sobie wspomnień? Można próbować z okruchów, z niewielkich obrazków z jego życia, które zebrane w całość, zaczynają przypominać
kolorową mozaikę ludzkiego życia. Nie jest to obraz stuprocentowo realny, ale przybliża do prawdy.
Mozolnie zbierałam okruchy tamtej rzeczywistości, porządkowałam je, dopełniałam, szukałam gdzie się da… i gdzie się nie da.
W przypadku rodziny Dowbór-Muśnickich starałam się oprzeć na dokumentach, wspomnieniach, ograniczając niepewne opracowania.
W kwestiach dotyczących życia w dwudziestoleciu, czasów wojny, zbrodni katyńskiej korzystałam z istniejących pewnych źródeł. Odwiedzałam też miejsca związane z rodziną Janiny, jej życiem, ale i miejscami pamięci o Katyniu.
Na szczęście pomagali mi ludzie zaangażowani w pamięć o Katyniu i Janinie Lewandowskiej. Co więcej, ku mojemu zdziwieniu się okazało, że chociaż opracowania o niej ukazywały się od jakiegoś czasu, to nie obejmowały jakże ważnych wspomnień jej ojca! Istnieją bowiem niepublikowane listy generała Józefa Dowbór-Muśnickiego, które czytałam ze wzruszeniem i wręcz drżeniem rąk, a które przenosiły wprost do generalskiej rodziny. Było to doświadczenie i piękne, i wzruszające, choć niejednokrotnie trudne. To trochę tak, jakby wejść nieproszonym w cudze życie, a wręcz poznawać jego intymne szczegóły. Jak przekazać je subtelnie, ale prawdziwie? Wszak minęło już tyle lat, prawda jest istotna, jednak szacunek i godność tych, którzy mówić już o sobie nie mogą, są najważniejsze. Generał w listach do Stefanii Wańkowiczowej wprost, choć częściej między wierszami, opisywał całą rodzinę, w dużym stopniu właśnie Jankę – najstarszą córkę. I to stąd się dowiedziałam, że Janina ciężko zachorowała, miała trudny charakter, a relacje w rodzinie były specyficzne. Nie różowe, ale i nie czarne. Może po prostu takie jak w innych rodzinach?
Nieocenionymi skarbcami wiedzy o Janinie okazała się też przedwojenna prasa, która chętnie opisywała jej – generalskiej przecież córki – poczynania.
Kim była Janina? W trakcie zbierania materiałów – szukania prawdy w dokumentach, listach, wspomnieniach (w dużym stopniu
niepublikowanych, a szkoda!), okazywało się jakże często, że dotychczasowe ustalenia o życiu Lewandowskiej mijają się z prawdą. Mitów dotyczących jej biografii jest wiele – począwszy od dzieciństwa, poprzez młodość, na wojnie i śmierci kończąc. Dlaczego te półprawdy, a czasem bajki były i są nadal powielane? Może ich powtarzanie i przepisywanie jest po prostu łatwiejsze niż próba dotarcia do sedna, do autentycznych wydarzeń z życia tej zwykłej i niezwykłej jednocześnie kobiety. Bo to właśnie prawda jest ciekawa. Opisywałam ją, świadomie wybierając w jednej książce dwa gatunki: beletrystykę i dokument.
Liczę, że będzie to dla czytelnika ciekawe doświadczenie, umożliwiające tak zanurzenie się w losy, psychikę i wybory fascynującej kobiety, jak też pogłębienie wiedzy historycznej.
Przekonają się Państwo, mam nadzieję, jak ciekawa jest Janina: zarówno w swoim zagubieniu, jak i ambicjach, w poszukiwaniu siebie, w walce o zdrowie, o przyszłość, w niejednoznacznych relacjach z bliskimi, w przeróżnych zdolnościach, ale i… ich braku. Zapewniam, że jest dużo bardziej inspirująca niż Janina ze spiżu, postawiona na pomniku, zakurzona i nieprzystępna. Podobnie zresztą jak jej siostra, Agnieszka. Ciekawe jest to, że choć tak różne i bynajmniej niepałające do siebie siostrzaną miłością, gdy Ojczyzna potrzebowała obrony, obie niezależnie i w wolności stanęły do walki. Osobno, a przecież razem. Walczyły tak, jak potrafiły i jak mogły. Obie poniosły za to najwyższą cenę – zamordowane, jakże to symboliczne, przez dwa straszliwe totalitaryzmy…
Zniknęła wielka rodzina…
Pamiętajmy o nich.
Pamiętajmy też o wielkiej historii i wszystkich ofiarach zbrodni katyńskiej. Pamiętajmy o Kozielsku, Starobielsku, Ostaszkowie i wielu innych miejscach kaźni. Pamiętajmy o tragicznym wydarzeniu w dziejach Polski, wprost wymierzonym w elitę Drugiej Rzeczypospolitej. Nie wolno nigdy zapomnieć o śmierci dzielnych, walecznych, pięknych ludzi, która była narzędziem walki z całym
narodem i jego przyszłością. Niech ta świadomość nigdy nie spowszednieje, a losy jednostki, konkretnej rodziny przypominają o tym najlepiej. Nie liczby, lecz konkretne historie, losy ludzi, którym przyszło zmagać się z dramatem wojny, przenikają do świadomości. Jednocześnie pokazują przeszłość, punktują teraźniejszość i mogą oświetlać przyszłość. Skutki wydarzeń z 1940 roku odczuwamy do dziś.
Zginęło tak wielu i tak wielkich. Zostały osierocone rodziny i osierocony naród. Jak wyglądałaby Polska, gdyby nie wojna, gdyby nie zbrodniczy, bestialski system i mord na tysiącach? I w końcu: jakie byłyby losy Janiny Lewandowskiej z domu Dowbór-Muśnickiej, gdyby nie ta wojna? ▶ Janina Lewandowska w kombinezonie lotniczym, ze spadochronem. Lotnisko Ławica, Poznań, ok. 1939.

Poznań, wiosna 1919
Kąt służący do ćwiczeń, część wydzielona z większego pokoju, był – jak na mieszkanie w centrum miasta – dość przestronny. Pianino ustawiono tyłem do jednej ze ścian, a przodem do okna, tak aby nuty były jak najlepiej doświetlone dziennym światłem. Matka dbała, by jej mali uczniowie mieli dobre warunki gry i nie przeciążali oczu. Chodziło też o oszczędność. Przy pianinie stał dostosowany do instrumentu obrotowy taboret z regulowaną wysokością. Nawet mama, dość w sumie drobna i niewysoka, siadała wygodnie do gry, pięknie układając ręce. Ręce – jak na pianistkę przystało – szczupłe i kościste, a przy tym spracowane, zmęczone, zapewne nie tak już biegłe w grze jak niegdyś…
Jej dziewięcioletnia uczennica jednak, choć wysoka jak na swój wiek, musiała nieco przekręcać obrotowe siedzisko, by zachować idealną postawę podczas gry i aby łokcie mogły się układać pod idealnym kątem, paluszki zaś swobodnie operować po klawiaturze.
Gdy trwały lekcje, małą uczennicę obserwowały oczy ojca. Ze ściany, z niewielkiego obrazu. Lekko już łysiejący, dość postawny, w galowym mundurze – tak jak żołnierzowi wypadało. Na portrecie, przewożonym z miejsca na miejsce, z tymczasowego domu do tymczasowego mieszkania, na twarzy ojca generała maluje się powaga, ale przy tym jest on pogodny. Patrzy z góry na córkę, żonę, na ten
świat, gdzie przyszło mu od tylu lat walczyć, zmagać się z samym sobą i przeciwnościami.
Ten obraz towarzyszył rodzinie wszędzie tam, gdzie na krócej lub dłużej zamieszkiwała, i wydawał się stałym elementem jej rodzinnego, ale i żołnierskiego – a więc tułaczego – życia. Był bardziej stabilny niż jej codzienność. I dzieci częściej widziały ten obraz niż ojca na żywo. Matkę miały na co dzień. Jednak historii swojej rodziny nie znały tak dobrze jak te szczęśliwe dzieci, które od dnia narodzin mieszkały w jednym miejscu i miały święty spokój.
Początek znajomości mamy i taty? Nikt o tym nie opowiadał. Ich ślub – Józefa i Agnieszki – odbył się pod koniec 1905 roku, a potem rozpoczęło się wspólne życie pary: żołnierskie mężczyzny, służącego w carskiej armii, i tułacze kobiety, która podążała za nim. Rodziły się dzieci, w miejscach dość przypadkowych, czyli tam, gdzie kierowały Józefa historia i żołnierskie powołanie. Najstarszy Gedymin urodził się w lipcu 1906 roku w Buhedu, stacji położonej na trasie Kolei Wschodniochińskiej, w rosyjskiej enklawie w Chinach, gdzie wówczas służył ojciec. Będą mówić na niego zdrobniale – „Dimba”. Janina, właśnie przy fortepianie, urodziła się dwa lata później – 22 kwietnia w Charkowie – gdzie rodzina udała się za ojcem. Najmłodszy Olgierd – w 1914 roku w Woroneżu. Rodzina nazywała go „Gerdzio”.
Przez piętnaście lat parze rodziły się dzieci, mimo że pułkownik wpadał do domu nieregularnie i – jak to żołnierz – wiele czasu spędzał w swoim pułku zarówno na ćwiczeniach, jak i w walce, a czasami na odpoczynku, bo i z żołnierzami najlepiej odpoczywał. Agnieszka zachodziła w kolejną ciążę, rodziła, wychowywała. Czekała. I wciąż drżała o małżonka: co z nim? Gdzie jest? Zdrów? Przeżyje?…
Dzieci oraz matka latami dostosowywały swoje życie, rytm dnia i potrzeby do pracy ojca. Maluchy nie znały niczego innego. Ciągłe przeprowadzki jednak nie stanowiły z ich dziecięcej perspektywy,
pozbawionej obowiązków i trosk z nimi związanych, większego wyzwania. Ot, niewiele własnych rzeczy, zabawki trzeba włożyć do kuferków i przenieść się dalej. Z mamą, za ojcem. Kilkuletni maluch nie rozumie, że można inaczej.
Matka jednak, choć zwykle nie skarżyła się głośno, czuła coraz większe zmęczenie. Jej życie, małżonki wojskowego, wielkiego generała, to nie tylko wieczna szarpanina związana z kolejnymi (i nie swoimi) mieszkaniami, przeprowadzkami i tułaczką, ale przede wszystkim wieczna obawa o przyszłość całej rodziny. Nie zdawała sobie z tego sprawy, gdy jako dwudziestotrzylatka stawała na ślubnym kobiercu. Była wówczas młoda i zakochana w dużo starszym, poważnym i przystojnym oficerze. Nie zastanawiała się, jak to wszystko będzie wyglądać. Kilkanaście lat później czuła i odpowiedzialność, i pewnie rodzaj znużenia, do którego kobiecie dojrzałej i na poziomie nie wypadało się przyznawać.
Poznań, w którym mieszkali od niedawna, był – a przynajmniej taką miała nadzieję – namiastką stabilizacji. Oto wszystko przecież się zmieniło: Polska się odrodziła, więc wraz z dziećmi zjechali – oby na stałe – ze Wschodu. W styczniu 1919 roku jej mąż objął stanowisko naczelnego dowódcy powstania wielkopolskiego.
A potem? Wszystko toczyło się tak szybko, że Agnieszka nawet nie próbowała wchodzić w szczegóły. Szczególnie że mąż nie ustalał z nią większości spraw. Józef, gdy wpadał do domu, raz czy dwa rzucił coś o większym lokum, o kupnie ziemi, o „powrocie do korzeni” – ale już na nowym miejscu. Ufała mężowi. Wyjścia zresztą innego nie miała. Na Mylnej 15 było zresztą ciasno, dzieci potrzebowały przestrzeni. Miasto, mimo że miało wiele plusów, choćby sklepy, szkoły, parki, przytłaczało swoim rytmem i szybkością życia. Może na wsi, jak twierdził Józef, będzie im naprawdę dobrze?

Janina Dowbór-Muśnicka w młodości.
Na razie jednak trwa lekcja pianina. Cała trójka generalskich dzieci uczyła się grać, nawet i pięcioletni Olgierd potrafił wystukać palcem proste melodyjki. Mimo ciągłego przemieszczania się rodziny i związanych z tym trudności mali Dowbór-Muśniccy grali od dziecka i w miarę regularnie, bo matka – sama wykształcona muzycznie, świetnie grająca i dobrze śpiewająca – nie widziała innej możliwości. Muzyka według niej była jedną z podstaw dobrej formacji dzieci. Dlatego na każdym nowym miejscu, o ile była taka możliwość, starała się o wypożyczenie pianina.
Jednak to Janina, którą ojciec nazywał Janią, miała najlepszy słuch i była najbardziej muzykalna. Warunki miała odpowiednie: począwszy od długich, drobnych palców, poprzez zwykłą radość z gry, na umiejętności skupienia przez długi czas skończywszy. To skupienie nad klawiaturą, niegdyś piętnastominutowe, potem półgodzinne, teraz już, gdy miała jedenaście lat, dochodziło i do dwóch godzin. Bez przerw. A bywało, że dłużej. Dziewczynka zdradzała silny charakter, umiejętność pracy mimo zmęczenia i determinację w dążeniu do celu. W tym przypadku – do jeszcze lepszej gry. Dobry to prognostyk na przyszłość…
Janina lubiła grać z wielu powodów.
Czas spędzony przy klawiaturze należał tylko do nich obu: matki i córki. Wówczas nawet energiczny, wręcz łobuzujący Gedymin nie przeszkadzał i znikał gdzieś niepostrzeżenie lub po prostu siedział cicho, czytał albo rozwiązywał trudne zadania matematyczne – z czego był znany. A młodszy Olgierd – spokojniejszy, ale nadal wymagający uwagi – też znajdował sobie zajęcie: siedział zatopiony w książkach z obrazkami, które lubił, albo bawił się z chłopcami z sąsiedztwa. Do pokoju ćwiczeń, gdy grała Jania wraz z mamą, zwykle nikt nie zaglądał. Były tylko we dwie.
Gdy Janka odbierała lekcję gry, matka siedziała tuż przy niej na wygodnym krześle z oparciem. Obok, na drewnianym stoliku, zwykle stała porcelanowa filiżanka z herbatą osłodzoną (w lepszych
latach) miodem, konfiturą z róży lub zwykłym cukrem. Matka upijała nieco, delikatnie odstawiała parujący napar, a aromat czarnej herbaty wypełniał cały pokoik. Ten zapach będzie się już zawsze kojarzył Jance z tamtym czasem i matką. A był to rytuał niezależny od tego, gdzie wtedy przebywali – w Charkowie, gdzie się urodziła, w Łucku czy w Woroneżu.
Gdy się ma jedenaście lat, niewiele się jeszcze rozumie z życia. Ale wiele się czuje. No i trochę pamięta – również poprzez obrazy czy zapachy. Janina zapamiętała swoje dzieciństwo jako drogę: ze wschodu na zachód. Tysiące i tysiące kilometrów w rytmie ciągłych zmian, tysiące nowych twarzy i miejsc. Nawet nie wiedziała, czy się cieszy, że to już koniec, że w końcu wreszcie znaleźli się w Polsce. Tym bardziej że początek życia w kraju również był tułaczy: generał Józef Dowbór-Muśnicki musiał swoją rodzinę powierzać życzliwym ludziom i znajdować jej coraz to nowsze lokum. Krótko mieszkali więc w Sandomierzu, następnie w Staszowie u księcia Macieja Radziwiłła, by wraz z kolejnymi zadaniami wojskowymi ojca zmienić miejsce pobytu i sprowadzić się właśnie do Poznania.
Teraz, od niedawna, państwo Dowbór-Muśniccy z dziećmi rezydowali w stolicy Wielkopolski. Właściwie to Agnieszka z dziećmi mieszkały w Poznaniu. Ojciec nadal wojował – tym razem o polskość Wielkopolski. Szczęściem każdy tydzień, każdy kolejny miesiąc przynosił wymierne sukcesy: Poznań i kolejne miasta, wsie i miasteczka przechodziły w polskie ręce.
Janina słuchała o tym wszystkim mimochodem. Nie do końca wszystko rozumiała, choć starała się bardzo. Czuła, że dzieje się coś wyjątkowego, że coś wokół mocno się zmienia. Podobnie jak historia jej rodziny. Zmieniają się dzieje kilku osób, wplecionych, a może rzuconych w wir dziejów narodu. Co będzie dalej? Tego nie wiedzieli i mała Janka, i samotna matka, a może nawet i ojciec żołnierz.
Tymczasem w niewielkim poznańskim mieszkaniu Janina pobierała lekcje u wymagającej nauczycielki, kochającej i skupionej na jedynej córce mamy.
Dziś „egzamin” z sonatiny B-dur Beethovena i walca a-moll Chopina, tego łatwiejszego. Janina, w beżowej sukience za kolano, drapowanej przy staniczku i luźno puszczonej ku dołowi, ozdobionej tylko paskiem koronki przy dole i na rękawkach, w jasnych podkolanówkach i skórzanych brązowych półbutach, chyba już przyciasnych, siada pewnie przy klawiaturze. Najpierw rozgrywa się na gamach – D-dur i a-moll; następnie dziecięce palce w szybkim tempie ćwiczą kilka pasaży. Wystarczy tej rozgrzewki, żeby w końcu pokazać mamie, co potrafi. Beethoven idzie jej dość poprawnie, chociaż bez większego polotu. Lubi tę sonatinę, ale nie czuje jej tak bardzo, by zachwycić. Za to walc a-moll brzmi tak, jakby został napisany specjalnie dla niej. Janina gra lekko, drobne palce dają radę nawet w trudniejszych momentach. Bo niby ten walc taki prosty – ale wymaga jednak wyczucia. Bez wrażliwości na muzykę, bez wrażliwości w ogóle wyszedłby blado i nudno. Mama zawsze mówi, że biegłość techniczna to jedno, ale biegłość interpretacyjna jest najważniejsza. A to wymaga czegoś więcej: serca i zrozumienia. Janina czuje ten utwór, więc opowiada historię, biega palcami po klawiaturze tak, jakby uczestniczyła w jakimś dawnym, pięknym wydarzeniu, a dzięki muzyce była z ludźmi, którzy dawno przeminęli, tymi sprzed lat.
Dzieje się to, co od zawsze tłumaczy jej matka – nie tyle nawet słowem, co postawą, towarzyszeniem na co dzień, własną grą i życiowymi wyborami. Umiejętność gry, sama muzyka to nie tylko nuty, struktura utworu, rytm i tonacja. To nawet nie techniczna, wręcz małpia zręczność, którą przy odrobinie wysiłku i pracy można opanować. To dużo, dużo więcej. To rozmowa z fortepianem, a przy tym komunikacja z tymi, dla których się gra. Przekaz emocji, nastroju, dziejów rodziny. Teraz Janina gra tę samą melodię, którą niegdyś
grała jej matka. Prezentuje nie tylko sprawność techniczną, a nawet nie tylko dobrą interpretację, ale także ogładę, smak, te same umiejętności i melodie, które zapewne mieli jej przodkowie po ojcu: szlachetny ród Dauborów z litewskich Muśnik.
„Egzamin”, czy raczej prezentacja nowych umiejętności mamie, przebiega pomyślnie. Agnieszka się uśmiecha, kiwa głową. Jest zadowolona z postępów Janiny. A ta doskonale wie, co to oznacza: ćwiczenie czyni mistrza, a gdy już się coś umie, można się – czy nawet trzeba – zaprezentować szerszej publiczności. Może w końcu mama pozwoli na mazurki Chopina, oczywiście te łatwiejsze? Na razie mama mówi, że jeszcze za wcześnie, bo do tej muzyki – na wskroś polskiej, ale i trudnej interpretacyjnie – Janka musi dojrzeć.
– Zagrasz nam, Janko, walca po południu? Mam nadzieję. –Uśmiecha się.
Oczywiście, że Janka zagra: i braciom, i wszystkim, którzy będą chcieli słuchać. Kucharce i pannie pokojowej, które nie mieszkają z rodziną na stałe, ale przychodzą na kilka godzin dziennie do pracy, bo mama ostatnio jakaś słabsza i tata najął „kobiety” do pomocy.
I gościom, jeśli tacy zjawią się na podwieczorku, a przecież czasami to się zdarzało, i to nawet w dzień powszedni. Chciałaby zagrać i ojcu, przed którym zawsze pragnęła wypaść dobrze, pochwalić się czymś nowym, by był z niej dumny, by w jego oczach zobaczyć radość i aprobatę. Jednak ojciec na razie wpada do domu bardzo rzadko i na chwilę. Musi być z żołnierzami. Dowodzi.
Janina miała jedenaście lat, a ojciec był dla niej wówczas wzorcem i męstwa, i człowieczeństwa. Choć, rzecz jasna, zupełnie by tak o tym nie mówiła czy nawet nie myślała. Jej dziecięce serce po prostu go kochało – i jako człowieka, pana tego domu, i jako silnego mężczyznę, ale coraz częściej i jako wielkiego Polaka, którego wcześniejsze dzieje i dokonania zaczynała stopniowo poznawać. Poza tym – choć tego też sobie nie potrafiła jeszcze uświadomić, ale z tym uczuciem żyła i było ono bardzo mocno w nią samą wpisane – za
ojcem tęskniła od dziecka. Bo niemal nigdy go nie było. Tęskniła, kochała, podziwiała. Gdy się ma jedenaście lat, nawet skomplikowany świat i nie zawsze idealni ludzie jawią się prosto i ładnie. Dysonansów się nie wyczuwa, więc i trudniejsze dźwięki brzmią jak proste chopinowskie brzmienia: bez fałszu i czysto.
– Mamusiu, a w naszym nowym domu będziemy mieli fortepian? Prawda? – Dziewczynka popatrzyła na matkę.
– Prawda, Janiu. Papa kiedyś nam obiecał, a jak coś obieca, to dotrzyma. Będzie u nas dobry fortepian i postawimy go w pięknym salonie. – Uśmiechnęła się do córki. – I z dobrą akustyką – dodała już bardziej do siebie.
Dziewczynka podskoczyła, przytuliła się do matki.
– To będziemy robić koncerty! I tatuś będzie się też cieszyć…
Matka przytuliła ją mocno i popatrzyła w szafirowe oczy dziecka: – I będziemy robić koncerty, i będziemy cię oklaskiwać. Na pewno. Dość już na dziś, biegnij się bawić. A ja chwilę odpocznę… –dodała pani Agnieszka i przytrzymując się oparcia, wstała z fotela.
Blada, podeszła do okna. Chwilę patrzyła na ulicę, by potem ciężko opaść na kanapę. Tak, musiała odpocząć. I teraz, i w ogóle. Janina wróciła bawić się z braćmi. Gdy się ma jedenaście lat i nawet jeśli jest się bardzo wrażliwą dziewczynką, nie wszystkie sprawy się rozumie i nie wszystkie widzi. Bardzo wiele natomiast się z lękiem odczuwa…
OKIEM DOKUMENTALISTY
Generał Józef Dowbór-Muśnicki urodził się 25 października 1867 roku w Garbowie w ziemi sandomierskiej, w rodzinie Romana i Antoniny z Wierzbickich. Po ukończeniu czterech klas gimnazjum w Radomiu w 1884 roku rozpoczął naukę w Mikołajewskim Korpusie Kadetów w Petersburgu. Aby umożliwić sobie
naukę i karierę w carskiej armii, formalnie zmienił wyznanie: z katolickiego na ewangelicko-reformowane (kalwinizm). (Formalnie wróci do katolicyzmu, wraz z całą rodziną, już w wolnej Polsce).
Dwa lata później został przyjęty do Konstantynowskiej Szkoły Wojskowej w Petersburgu, stając się żołnierzem armii carskiej. Po ukończeniu nauki w 1888 roku został awansowany na podporucznika i rozpoczął regularną służbę w różnych oddziałach armii carskiej. W 1899 roku zdał bardzo trudne egzaminy i trafił do Akademii Sztabu Generalnego w Petersburgu. Ukończył tę elitarną uczelnię ze znakomitą – drugą – lokatą w swoim roczniku.
W armii rosyjskiej doszedł do stopnia generała lejtnanta. Jako młody oficer wziął udział w wojnie japońsko-rosyjskiej (1904–1905), ale dużo większą rolę odegrał podczas pierwszej wojny światowej, podczas której dowodził różnymi formacjami wojskowymi walczącymi na terenach dzisiejszej Polski, Turcji, Białorusi, a także państw bałtyckich. Po rewolucji lutowej został dowódcą
I Korpusu Polskiego w Rosji, tworzonej w porozumieniu z demokratycznym rządem Rosji formacji, która miała walczyć z Niemcami. Po rewolucji październikowej I Korpus wszedł w konflikt z bolszewikami, co doprowadziło do usamodzielnienia się generała Dowbór-Muśnickiego jako osoby realnie rządzącej kontrolowanym przez jego żołnierzy obszarem wschodniej Białorusi z centrum w Bobrujsku. Zmuszony do walki na dwa fronty (z bolszewikami i wojskami niemieckimi) generał, chcący ocalić swoich podwładnych, zawarł porozumienie z Niemcami. Zgodnie z jego ustaleniami żołnierze I Korpusu, zwani dowborczykami, zostali rozbrojeni i przewiezieni na teren dawnego Królestwa Polskiego, ale ich nie internowano. Dlatego już w listopadzie 1918 roku wielu z nich włączyło się w odzyskanie niepodległości i budowę Wojska Polskiego.
Sam generał po zakończeniu ewakuacji z Bobrujska w lipcu 1918 roku osiadł w majątku księcia Macieja Radziwiłła w Staszowie.
Po wybuchu powstania wielkopolskiego został przez Komisariat
Naczelnej Rady Ludowej (ówczesny rząd Wielkopolski) mianowany naczelnym dowódcą Polskich Sił Zbrojnych w byłym zaborze pruskim. Po przyjeździe do Poznania w połowie stycznia
1919 roku na bazie ochotniczych oddziałów powstańczych stworzył stutysięczne Wojsko Wielkopolskie, świetnie wyszkoloną i uzbrojoną armię, która pomogła w doprowadzeniu do zwycięskiego końca powstania, a następnie odegrała kluczową rolę w walkach pod Lwowem i wojnie polsko-bolszewickiej.
Dowbor czy Dowbór?
Rodzina Dowbór-Muśnickich miała korzenie litewskie. Dowbor pochodzi od litewskiego Daubor, zaś Muśnicki od Muśnik, miasteczka na Wileńszczyżnie. Od XV wieku pieczętowali się herbem Przyjaciel i zamieszkiwali Kiernów i Muśniki – dziś obie
miejscowości leżą w okręgu wileńskim. Jedna gałąź drugi człon nazwiska wzięła właśnie od rodowej posiadłości. W XVIII wieku
Dowbór-Muśniccy osiedli na ziemi sandomierskiej. Językoznawcy twierdzą, że z racji na litewskie pochodzenie nazwiska bardziej prawidłową formą jest Dowbor. Sam generał, niezgodnie z dzisiejszą normą językową, podpisywał się jako „Dowbor Muśnicki”, bez użycia dywizu między członami nazwiska. Ale gdy przeglądamy źródła z epoki, odkrywamy, że już wtedy było z zapisem nazwiska spore zamieszanie…
W książce przyjęto zapis nazwiska rodu za Nową encyklopedią powszechną PWN, Warszawa 1998.
SPIS TREŚCI
WSTĘP . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5
ROZDZIAŁ 1 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 13
Okiem dokumentalisty 21
ROZDZIAŁ 2 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Okiem dokumentalisty . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 31
ROZDZIAŁ 3 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Okiem dokumentalisty . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 44
ROZDZIAŁ 4 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
ROZDZIAŁ 5 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
ROZDZIAŁ 6
ROZDZIAŁ
ROZDZIAŁ
ROZDZIAŁ 10
ROZDZIAŁ 11
Okiem dokumentalisty
ROZDZIAŁ 14
PODZIĘKOWANIA
