ski ń a r io z e J k a w o N n a J
Znak Horyzont Kraków 2014
Spis treści
Edward Raczyński, Przedmowa ..........................................................................
11
Od Autora ..........................................................................................................
13
CZĘŚĆ PIERWSZA I. W domu i w szkole. Ostatnie echa 1863. Osiem dwój za Sienkiewicza. Piłsudski z bliska. E. Kwiatkowski – bohater pozytywny. Harcerska inwazja Zaolzia. Ojcowski dukat otwiera przyszłość .............................. II. Rozstanie z pracą naukową. Wrześniowy koszmar. Bitwa pod Uściługiem. W niewoli z Cyrankiewiczem. Ucieczka ................................... III. W Warszawie po kapitulacji. Niedoszły zamach na Hitlera. Pierwsze kroki w podziemiu: TAP i ZNAK. W roli szmuglera nafty i bimbru. Zaprzysiężenie w ZWZ ..................................................................... CZĘŚĆ DRUGA IV. Nieudane początki w BIP. Spotkanie z Horbowym. W Akcji „N”. „Żbik”. Pierwsza wyprawa przez granicę. W Kutnie i w Poznaniu ....... V. Przygody „kolejarza”. W Sonderzugach. Bibuła „N”. W krzyżackim Malborku .......................................................................................... VI. „Kowalik”. Wielka wsypa. Śmierć Klimka. Kurier „Wosio”. Na Śląsku i w Łodzi. W poszukiwaniu niemieckiego podziemia. Psychologiczne bombardowanie Reichu ..................................................................... VII. Podwójne życie. Szkot nauczycielem angielskiego. W kuchni pani Goetlowej. Polska Podziemna w przekroju. Spełnione przekleństwo ......... CZĘŚĆ TRZECIA VIII. Odkrycie drogi do Szwecji. Sztokholm czy Londyn? Kurierka „Hilda”. Papieros od gen. „Grota”. Na statku „Szwenger” nie było kuriera „Zycha” .............................................................................................. IX. Dwie doby w luku z węglem. Przymusowe lądowanie na Gotlandzie. W gościnie u policjanta. U mety – w poselstwie RP ........................... X. Sztokholm – centrum wojennego szpiegostwa. Angielska reakcja na Katyń. Polski wywiadowca w japońskiej służbie. Jak sztandar „Miłość żąda ofiary” wydostał się na wolność .................................................. XI. Droga powrotna. Białe noce w Luleo. W obozie beachcomberów. Rozstanie z Franciszkiem Klappem ..........................................................
19 30 46
65 83 94 117
131 140 157 165
8
Spis treści XII. „Drabant” zmienia kurs na Szczecin. Siedem dni i nocy w węglu. Aresztowanie „Hildy” i „Tadeusza”. SOS, które nie dotarło. Gestapo poszukuje Jana Kwiatkowskiego. Przez Szczecin do Gdyni .......................... XIII. Wsypa w Poznaniu. Powrót do Warszawy. „Żbik” i „Wosio” w więzieniu. Męczeńska droga kuriera „Tadeusza” ..........................................
CZĘŚĆ CZWARTA XIV. „Czarny tydzień”. Śmierć Sikorskiego. Aresztowanie „Grota”. Rozmowa z „Prezesem”. Rozkaz wyprawy do Londynu. Spotkanie z „Gretą” – szczęśliwa trzynastka. Przygoda na Piusa. Komunistyczna dywersja .... XV. Rozmowy w BIP-ie. U Romana Knolla. Radiostacja „Świt”. Hazard i fiasko ............................................................................................... XVI. Gryps od „Żbika”. W poszukiwaniu angielskiego włosa. Śledztwo i wyrok. „Żbik” uwodzi kalefaktora Alfonsa. Ucieczka spod szubienicy .... XVII. Na odprawie u Dowódcy AK. Triumwirat: „Bór”–„Grzegorz”–„Prezes” przekazuje czteropunktowy meldunek Naczelnemu Wodzowi. Katastrofa w Gdyni. Podejrzenia emisariusza „Górala” .............................. XVIII. Zostaję Janem Nowakiem. Prezent dla Churchilla. W Gdyni bez dachu nad głową. Przez Bałtyk po raz drugi. W więzieniu w Malmö. „Admirał Hipper” przychodzi z pomocą. W bombowniku „Mosquito” do Szkocji .............................................................................................. CZĘŚĆ PIąTA XIX. W „Patriotic School” i w Oddziale Specjalnym Sztabu NW. Raport u Naczelnego Wodza ......................................................................... XX. Polityczna geografia polskiego Londynu. Noc wigilijna u państwa Sosn kowskich. Premier i Naczelny Wódz – porównanie. Sprawa polska po Teheranie ........................................................................................... XXI. Rozmowa z Prezydentem RP. Podział na strefy okupacyjne przesądza los kraju. „Bór” przesyła plan „Burzy”. Polemika z Sosnkowskim. Ang licy wstrzymują zrzuty broni. Premier wytycza zadanie ...................... XXII. Rozmowy z Anglikami. Dalton i Bevin upominają Polaków. Archibald Sinclair oblewa zimną wodą. Polscy dyplomaci w walce. Kardynał Griffin obiecuje modlitwy. Arcybiskup Canterbury obiecuje pomoc. U Edena ............................................................................................ XXIII. Wywiad i lunch w redakcji „Timesa”. Przemówienie w Izbie Gmin. Sprawa Misji Brytyjskiej w Polsce. Mikołajczyk przerzuca decyzje na kraj .... XXIV. Intryga mjr. Mortona. Churchill oddaje pół Polski Stalinowi. Spotkanie z Józefem Retingerem .................................................................. XXV. Cenzura w BBC i w Polskim Radio. Postscript after 9 o’clock news. Na polskich stacjach lotniczych. Lord Vansittart krytykuje Churchilla. Tajna audiencja u Premiera Wielkiej Brytanii ....................................
172 181
195 206 216 223
234
251 259 272
282 299 311 324
Spis treści CZĘŚĆ SZÓSTA XXVI. Fatalny skok spadochronowy przekreśla plany powrotu. Prowokator „Jarach” zdradza sieć łączności. Pierwszy „Most”. Apel dwóch emisariuszy. Zdobycz w Sarnakach otwiera drogę do kraju ......................... XXVII. Gen. Tatar utrudnia powrót, Sosnkowski przychodzi w sukurs. Przedwyjazdowe rozmowy. Ostatnie spotkanie z Mikołajczykiem. Koncepcje Premiera ratowania Polski. Tajemnicze słowa pożegnania ............. XXVIII. W Gibraltarze z Naczelnym Wodzem. Ostatnia rozmowa z Sosnkowskim w Algierze. Instrukcje dla Dowódcy AK. Nagłe rozstanie w Casercie .... CZĘŚĆ SIÓDMA XXIX. W bazie „Jutrzenka”. Burza idzie ku Warszawie. Trzeci „Most”. Dramatyczna noc pod Tarnowem. Z powrotem na polskiej ziemi ................. XXX. Powrót do stolicy. Melina na Żoliborzu. Znajomy z portretu. Warszawa przed burzą .................................................................................. XXXI. Spóźniony raport emisariusza. Spotkanie z Delegatem Rządu. Początek dyskusji nad Powstaniem. Godzina „W” na Jasnej ....................... XXXII. Hotel „Victoria” – kwatera „Montera”. Echo z Londynu. Wolność na Świętokrzyskiej. Egzekucja gestapowca. Spotkanie z Pużakiem w fabryce Kamlera ........................................................................................ XXXIII. „Grzegorz” udaremnia zamiar opuszczenia miasta. Przydział do „Błyskawicy”. Mówimy do ściany. John Ward – angielskim korespondentem wojennym. Londyn usłyszał „Błyskawicę”.................................... XXXIV. Śmierć „Juli”. Sewastopolski pocisk w „Adrii”. Warszawa pozdrawia walczący Paryż. Z „Monterem” na Grzybowskiej. Tragiczna noc ........ XXXV. Przeprowadzka do Ericssona. Barykada na Nowym Świecie. Przeprawa przez Aleje. Ślub z „Gretą” w Przytulisku. Na tyłach frontu .......... XXXVI. Zostaję emisariuszem po raz trzeci. Odprawa u „Niedźwiadka”. Droga kanałami przecięta. Kapitulacja. Wielkie i małe tragedie. Losy psa Robaka. Pożegnanie z Warszawą ............................................................ CZĘŚĆ ÓSMA XXXVII. Komendant Obszaru Warszawskiego wypowiada posłuszeństwo „Niedźwiadkowi”. W Kielcach. Omyłka. Spotkanie z „Gardą”. „Straciliśmy córkę – witamy syna”. Z „Niedźwiadkiem” w Częstochowie .............. XXXVIII. Na osi Kraków–Częstochowa–Pruszków. Delegat Rządu przyjmuje odpowiedzialność za Powstanie. Wytyczne „Niedźwiadka”. Okulicki o „Bitwie Warszawskiej” .................................................................... XXXIX. W Jasnogórskiej Kaplicy. Pod Piotrkowem. Czwarty „Most” odwołany. Witos z bliska. „Zo” przeciera szlak na Szwajcarię. Jeszcze raz w drogę .........................................................................................
9
345 356 371
383 395 404 415 426 436 449 459
469 477 489
10
Spis treści
CZĘŚĆ DZIEWIĄTA XL. Przez Trzecią Rzeszę. Najdłuższy tunel świata. „Grüsse für Brunhilde”. Wigilia w Górach Schwarzwaldu. Komsomolcy spod Orła. „Tam jest wasza ojczyzna” ................................................................................. XLI. Długi marsz. Porzuceni przez przewodników. Przygody na granicy. „Z tobą wszędzie”. Aresztowanie. Między wolnością a zgubą. Azyl w Bazylei. Ucieczka z Elisabethstrasse. U mety w Bernie. Wsypa w willi La Vierzonne ..................................................................................... XLII. Szwajcarskie śledztwo. We wspólnej celi z sowieckim szpiegiem. Przez Lyon i Paryż do Londynu. U celu ...................................................... XLIII. Raport z Warszawy w prasie światowej. Druga intryga mjr. Mortona. Spotkanie i rozstanie z Mikołajczykiem ............................................. XLIV. Powojenne rozmowy z głównymi aktorami dramatu. Gen. Komorowski i jego wspomnienia. Wyjaśnienia gen. Sosnkowskiego. Depesze przeznaczone dla historii ..........................................................................
540
Epilog .................................................................................................................
551
Dokumenty: depesze, raporty, opracowania ........................................................
561
Posłowie do trzeciego wydania Kuriera z Warszawy przez Znak ...........................
658
Indeks osobowy ..................................................................................................
661
Spis dokumentów ...............................................................................................
669
Spis ilustracji ......................................................................................................
670
503
511 525 532
I
W
piętnaście lat po wojnie jeden z moich szkolnych kolegów przysłał mi z kraju niewielką broszurkę pt. Młody las. Zawierała materiały ze Zjazdu Wychowanków Gimnazjum Adama Mickiewicza w Warszawie. Po raz pierwszy od 1939 roku zjechali się przedstawiciele roczników przeważnie urodzonych i wychowanych w okresie dwudziestolecia niepodległości. Wzajemna wymiana wieści o losach kolegów zamieniła ten zjazd w jeden wielki apel poległych. Na końcu książeczki umieszczono ich długą listę. Odnajdywałem znajome nazwiska towarzyszy szczenięcych lat, którzy rozbiegli się na wszystkie strony ze starego budynku na Sewerynówku po ostatnim, pożegnalnym, maturalnym przyjęciu. Teraz stawały mi przed oczyma ich młode twarze, gdy odczytywałem nazwiska, przy których jak w litanii powtarzały się te same słowa: rozstrzelany na Pawiaku, powieszony w Oświęcimiu, zginął w Powstaniu na Woli, zginął w ataku na PASTĘ, zginął w bitwie pod Kutnem, zginął na morzu, zginął śmiercią lotnika, zamordowany przez gestapo... zginął w Katyniu... rozstrzelany... powieszony... ścięty... zakatowany... zmarł w obozie... zmarł z ran... zaginął... Po raz pierwszy uświadomiłem sobie wtedy w pełni, jak straszliwie wytrzebione zostały przez wojnę moje roczniki. W życiu człowieka jak w mikrokosmosie odbijają się losy całego pokolenia. Tym, którzy przyjdą po nas, trudno będzie znaleźć klucz do historii naszych lat, jeśli nie wczują się w psychikę poprzedników, tak lekko i ochotnie rzucających „na szaniec” własne życie. Szare Szeregi, Kedyw, „Zośka”, „Parasol”, Akcja „N”..., Powstanie Warszawskie – leśne boje – to wszystko miało wspólny rodowód wywodzący się z klimatu, w jakim wyrastał „młody las”, który pokotem położyła wielka wojenna burza. ***
Jak daleko sięga pamięć dziecka? Trudno ustalić, jeśli brakuje daty zapamiętanego wydarzenia, które mogłoby posłużyć za punkt zaczepienia. W moim życiu taką datą była noc z Wielkiego Piątku na Sobotę 28 marca 1918, kiedy umarł ojciec. Pamięć czteroletniego dziecka utrwaliła jego obraz, jak zdjęcia
20
Kurier z Warszawy
z pietyzmem przechowywane w starym albumie. Kiedy zamknę mocno oczy, widzę go przy stole, gdy trzyma mnie na kolanach, a ja zabawiam się jego długimi wąsami. Widzę, jak rano przed wyjściem do pracy staje w drzwiach dziecinnego pokoiku i, używając zabawnego zdrobnienia imienia Zdzisław, woła: jak się masz, Sisiu! Widzę go rano przy goleniu, widzę go we fraku, jak wraca z matką z jakiegoś balu. Nikt nie przyprowadził mnie do niego, gdy ciężko zachorował i gdy umierał. A jednak wyczuwałem, że tej nocy dzieje się coś strasznego: paliły się wszystkie światła, w mieszkaniu panowała niespokojna krzątanina, później usłyszałem okropny płacz matki. Pamięć dziecka utrwaliła także niektóre historyczne wydarzenia. A więc pamiętam spasionych żołnierzy niemieckich w okrągłych, miękkich czapkach bez daszków, którzy przy wyjściu na peron wystawiali na Dworcu Wiedeńskim przepustki pasażerom wyjeżdżającym z Warszawy; pamiętam oddział w pikielhaubach maszerujący Alejami Ujazdowskimi i balon nad miastem, żołnierzy polskiego wermachtu w ciemnopopielatych mundurach i czapkach z orzełkami. Z okna balkonu naszego mieszkania na Pięknej, w pobliżu Marszałkowskiej, oglądałem pochód 3 Maja w 1918 roku. Wzruszenie i przejęcie dorosłych sprawiło być może, że pamięć dziecka utrwaliła i ten obraz. Gdy bolszewicy zbliżali się do Warszawy w 1920 roku, miałem już lat siedem. Pamiętam błagalną procesję na Krakowskim Przedmieściu i zawodzący śpiew ludzkich tłumów. A później tę noc, kiedy spod Radzymina dochodził niepokojący pomruk bitwy. Dalekim odgłosom ognia artylerii odpowiadały cichutkim pobrzękiwaniem kryształowe żyrandole w salonie i szept matki odmawiającej zdrowaśki. Nikt nie spał tej nocy. Atmosfera grozy i niepokoju udzielała się nawet dzieciom. W chwili śmierci ojca, matka była osobą zamożną, ale zupełnie życiowo niezaradną. Nie umiała sobie poradzić z majątkiem, który składał się z dużej kamienicy na Pięknej i ogromnego placu na Targówku. W czasie inflacji sprzedała jedno i drugie. A ponieważ jedyny sposób utrwalenia kapitału przed spadkiem wartości pieniądza – kupno dolarów – był czynem niepatriotycznym, więc wszystko, co miała, ulokowała w polskich akcjach, które już po roku tyle były warte, że można było co najwyżej ściany nimi wytapetować. Nagle znaleźliśmy się w biedzie. Matka i babka utrzymywały siebie i nas – dwóch braci, z wynajmowania pokoi i wyprzedawania rzeczy
CZĘŚĆ pierwsza
21
nagromadzonych przez dobre kilka pokoleń. Odbywało się to w ten sposób, że pewien „zaufany” antykwariusz z ulicy Żurawiej, nazwiskiem Celmaister, wiedziony nieomylnym instynktem zjawiał się zawsze w momencie, kiedy był potrzebny. Po długich i męczących targach kupował za bezcen i wynosił stare szkła, porcelanę, srebra, zegary i obrazy. Starczyło tego na jakiś czas. W późniejszych latach bieda coraz dotkliwiej dawała się we znaki. Poglądy polityczne starszego pokolenia kształtował „Kurier Warszawski”, czytany z nabożeństwem od deski do deski, poczynając od artykułów Strońskiego, a kończąc na nekrologach. Babka i matka głosowały na listę endecką, chociaż ich nacjonalizm, niepozbawiony wprawdzie uprzedzeń, był łagodny i liberalny, wolny na szczęście od wszelkiego fanatyzmu i nienawiści. Środowisko rodzinne różniło się zasadniczo od endeków pod jednym względem. Obóz Dmowskiego potępiał surowo powstania narodowe, a u nas w domu panował kult i tradycja powstań, zwłaszcza Styczniowego. Od dziecka wbijano nam w głowę, że we wszystkich bez wyjątku powstańczych zrywach brali udział jacyś Jeziorańscy, a za czasów Kościuszki prapradziadek sprzedał nawet nieruchomości na Solcu i ufundował oddział jazdy, w którym sam służył. W Pierwszej Brygadzie żadnego Jeziorańskiego nie było, ale za to w armii Hallera jeden z kuzynów, Tadeusz Jeziorański, zdobył Virtuti Militari. Każdy ze starszych miał coś do opowiedzenia z czasów Powstania Styczniowego. Babka od strony matki wspominała ze zgrozą, jak to w zimie 1863 roku, kiedy miała lat siedem, kozacy wpadli w nocy do dworu pod Suchedniowem i wypędziwszy mieszkańców, spalili go na ich oczach. Babka od strony ojca, jako kilkunastoletnia panienka, siedziała na balkonie kamienicy Zamoyskich na Nowym Świecie i na swoje nieszczęście wyciągnęła chustkę do nosa w chwili, gdy na przejeżdżającego ulicą generała-gubernatora Berga rzucono bombę. Jakiś Moskal z jego świty przekonany był, że wyciągnięcie białej chusteczki stanowiło sygnał dla zamachowca. Przerażoną dziewczynkę wywleczono z mieszkania. Przesiedziała kilka dni w Cytadeli. Ojcu jej, Józefowi Kurzenieckiemu, władze rosyjskie skonfiskowały rodzinny majątek na grodzieńszczyźnie za ukrywanie powstańców. Na szczęście był całe życie sknerą, który nie pozwalał w swojej obecności zapalić papierosa zapałką, jeśli na stole paliła się lampa naftowa. Za uciułane grosze kupił sobie po Powstaniu mały folwarczek Piaski pod Łęczycą, gdzie urodził się mój ojciec. Od małego dziecka uczono mnie zdejmować czapkę na widok weterana 1863 roku. Niektórych, jak Aleksandra Kraushara, Bolesława Limanowskiego
22
Kurier z Warszawy
czy Siehenia, znałem z widzenia. Kiedyś u znajomych matka pokazała mi dziewięćdziesięcioletniego starca ze wspaniałą, długą siwą brodą i szepnęła do ucha: „pamiętaj synku, pan Rudomina-Dusiacki był w Powstaniu dowódcą partii na Litwie”. Ledwo nauczyłem się czytać, gdy jedna z ciotek zaprowadziła mnie pod Krzyż na stokach Cytadeli, gdzie z dumą pokazano mi nazwisko Jana Jeziorańskiego, wyryte obok nazwisk członków Rządu Narodowego z Trauguttem na czele, straconych w tym miejscu na szubienicy. U tej samej ciotki spotykałem córkę powieszonego, Bronisławę z Jeziorańskich Romeyko. Nie pamiętała ojca, który zginął, gdy miała rok, ale przez całe życie nie rozstawała się z grubym wielkim pugilaresem, w którym przechowywała kilkadziesiąt grypsów pisanych przez Jeziorańskiego na bibułkach od papierosów i przemycanych do żony z Cytadeli. Po stronie ojca matki nikt wprawdzie nie walczył w Powstaniu Styczniowym, ale matka wspominała zawsze z dumą, że jej dziadek i jego brat należeli do „deputacji” obywateli miasta Warszawy, która rządziła stolicą w okresie przedpowstańczych manifestacji i niepokojów. O Legionach i dawnych walkach o niepodległość mówiło się w domu rzadziej niż o Powstaniu. Mając lat dziesięć przeczytałem książeczkę dla młodzieży Dzieci Lwowa. Byłem zafascynowany autentyczną postacią Adama Kalinowskiego, który jako trzynastoletni chłopiec już był żołnierzem, bił się o Lwów i zginął za Ojczyznę. Dzieci Lwowa uważałem za najważniejszą książeczkę, jaką przeczytałem, dopóki nie dorwałem się do Sienkiewiczowskiej Trylogii. Czytałem ukradkiem w nocy, pod kołdrą przy latarce, a w dzień w godzinach przeznaczonych na odrabianie lekcji. Czytałem w tramwaju i w klasie szkolnej, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, co się działo dookoła. Rezultat był katastrofalny. Na półrocze przyniosłem świadectwo, na którym na jedenaście przedmiotów było aż osiem dwój. Chodziłem wtedy do Gimnazjum im. Batorego, które miało być szkołą wzorową, wyróżniającą się nie tylko wszelkimi nowoczesnymi urządzeniami, ale także elitarnym poziomem uczniów. Aby zapewnić sobie selekcję tej elity, dyrektor Zdzisław Rudzki zastosował osobliwą i niezbyt pedagogiczną metodę. W ciągu pierwszych trzech lat tych „gorszych” przesuwał z klasy A do klasy B, a „lepszych” w kierunku odwrotnym. Po trzech latach klasa B ulegała rozwiązaniu i „gorsi” musieli szukać sobie „gorszej” szkoły. Sienkiewiczowi mam do zawdzięczenia, że znalazłem się wśród „gorszych”
CZĘŚĆ pierwsza
23
i przeniesiony zostałem do Gimnazjum Adama Mickiewicza, dawniej Konopczyńskiego. Nie było chyba w Warszawie innej szkoły o takich tradycjach. Założył ją w latach rusyfikacji w roku 1897 emerytowany nauczyciel Emilian Konopczyński. Za moich czasów szkolnych wśród kadry profesorskiej przeważali wciąż weterani, którzy – z dyrektorem Janem Juraszyńskim na czele – stoczyli w początkach stulecia zwycięską walkę o polski język nauczania. Uwielbiany przez młodzież wychowawca naszej klasy, matematyk Jan Wysocki – „Jasio”, jak go pieszczotliwie nazywano – wychował pięćdziesiąt sześć roczników. Zaczynał po strajku szkolnym, w 1907 roku, uczył i wychowywał w ostatnich latach zaboru rosyjskiego, w czasie pierwszej wojny, w okresie niepodległości, w tajnej szkole w czasie okupacji hitlerowskiej, a po drugiej wojnie – w Polsce Ludowej aż do 1963 roku. Zmarł sześć lat później. Zaraz u wejścia do budynku na Sewerynówku na marmurowej tablicy wyryte były złotymi literami nazwiska profesorów i uczniów poległych w latach 1919–1920. Nauczyciele nie tylko uczyli, ale wychowywali, a niektórzy, jak polonista Jan Zakrzewski, przezwany nie wiadomo dlaczego „matadorem”, albo Zdzisław Wilusz, historyk, syn chłopski, umieli budzić zainteresowanie, nawet pasję do przedmiotów ojczystych. Nie całe grono nauczycielskie było na tym samym poziomie. W niższych klasach uczył polskiego niejaki Romuald Mańkowski. W trzeciej klasie tematem wypracowania domowego miała być wiosna. Jeden z uczniów zerżnął dosłownie opis wiosny z Chłopów Reymonta. Wychodził ze słusznego założenia, że nikt nie mógł tego lepiej napisać. Wykazał tym samym niezłą znajomość literatury ojczystej. Gorzej było z profesorem. Zeszyt z wypracowaniem powrócił pełen skreśleń i sarkastycznych dopisków, wytykających na marginesie napuszony i sztuczny styl. Ogólna ocena niedostatecznie. W kilka dni później fotografia zmaltretowanego wypracowania ukazała się w warszawskim czerwoniaku pod wymownym tytułem: „Reymont z Chłopów dostał dwójkę”. Gimnazjum Mickiewicza szczyciło się wychowankami, których nazwiska stały się później głośne. Do naszej „budy” chodził Stefan Starzyński. Na rozkaz policji carskiej musiał ją opuścić w roku 1912 za kolportaż bibuły przemycanej z Galicji. Jako prezydent Warszawy przemianował uroczyście Sewerynówek na ulicę Konopczyńskiego. Gimnazjum Konopczyńskiego, później Mickiewicza, kończył Leszek Serafinowicz, znany jako Jan Lechoń.
24
Kurier z Warszawy
Już w szkole zapowiadał się jako wybitny poeta, za to uczniem był kiepskim, a z matematyką i fizyką po prostu nie umiał sobie dać rady. Na dodatek od najmłodszych lat zdradzał skłonności neurasteniczne. W czasie pisemnej matury z matematyki wpadł w panikę – siedział nad otwartym zeszytem, nie wiedząc od czego zacząć. Ocalił go późniejszy dyrektor szkoły Jan Juraszyński, który nachylając się nad najlepszym uczniem matematyki w klasie, szepnął mu do ucha: „Daj Serafinowiczowi ściągaczkę”. Wychowankowie Mickiewicza z moich roczników zapisali się po wojnie bardzo rozmaicie. Przewodniczącym „kółka historycznego” był starszy ode mnie o kilka lat Adam Rapacki, przyszły minister PRL, syn pioniera polskiej spółdzielczości. Jako uczeń gimnazjalny miał już skrystalizowane poglądy polityczne. Przedstawiał się jak zwolennik syndykalizmu sorellowskiego i mawiał, że jest na lewo od PPS. Odcinał się jednak stanowczo od komunizmu w wydaniu stalinowskim. W mojej klasie zawiązała się piątka przyjaciół złożona z Rysia Matuszewskiego, Jana Kotta, Jerzego Lenczowskiego, Janka Kwiatkowskiego (syna ówczesnego ministra przemysłu i handlu) i mnie. Wojna dziwnie pokierowała naszymi drogami. Kwiatkowski poległ we wrześniu, Lenczowski, który chciał być dyplomatą, został po wojnie profesorem w Berkeley, czołowym ekspertem amerykańskim od spraw Bliskiego Wschodu i doradcą wielkich amerykańskich koncernów naftowych. Kott i Matuszewski wybili się w PRL w partii. W październiku 1956 roku Kott stał się jednym z bardziej aktywnych prowodyrów zbuntowanych intelektualistów i studentów i w dziesięć lat później znalazł się na emigracji. Matuszewski, znany krytyk literacki, oddał legitymację partyjną po roku 1968. Z mojego gimnazjum wyszli także założyciele harcerstwa, wśród nich znany adwokat Czesław Jankowski, rozstrzelany w Palmirach przez Niemców w 1940 roku, ojciec inżyniera Stanisława Jankowskiego, słynnego „Agatona” z AK. Nasza drużyna, warszawska „Trójka”, jedna z najstarszych w Polsce, która obrała sobie za patrona księcia Józefa Poniatowskiego, odegrała także poważną rolę w naszym wychowaniu. To właśnie z tej „Trójki” od Mickiewicza wywodziły się późniejsze kadry Szarych Szeregów, Kedywu, batalionów „Zośki” i „Parasola”. Harcerzem z „Trójki” był mój daleki kuzyn Stanisław Broniewski, przyszły naczelnik Szarych Szeregów, który jako „Stefan Orsza” dowodził słynną akcją pod Arsenałem. Z szeregów „Trójki” wyszedł Stanisław Sosabowski, który jako porucznik „Stasinek” brał udział w udanej
CZĘŚĆ pierwsza
25
akcji zniszczenia składów benzyny na Gniewkowskiej. Harcerzem z „Trójki” był także najmłodszy dowódca „Parasola” – porucznik „Jeremi” (Jerzy Zborowski), ranny w Powstaniu na Czerniakowie, zamordowany później przez Niemców. Można by tę listę długo jeszcze ciągnąć. Dziś, kiedy my, ludzie pierwszego pokolenia niepodległej Polski, „wielką przygodę” mamy już za sobą, nasuwają się refleksje, jak wiele zawdzięczam tej warszawskiej „Trójce”. Kto mógł wtedy przewidzieć, że sądzone mi będzie jeszcze tylko kilkanaście lat przeżyć w Polsce. O ile uboższa byłaby znajomość własnego kraju wyniesiona na obczyznę, na całe dalsze życie, gdyby nie coroczne wędrowne obozy harcerskie. Żaden opis nie zastąpi bezpośredniego zetknięcia z ludźmi i z krajobrazem. Inaczej ten kraj wygląda z okna pociągu albo z podręcznika geografii, a inaczej, gdy się go przemierza na własnych nogach, wędrując całymi tygodniami z wioski do wioski. Gdyby nie harcerstwo, później służba w wojsku i wreszcie wędrówki po kraju w latach Podziemia – obraz Polski, poznany w bezpośrednim przeżyciu, byłby zawężony do mieszczańskiej inteligencji warszawskiej oraz do wiejskich dworów i dworków bliższych i dalszych krewnych. Szlak jednej z harcerskich wędrówek prowadził poza granice Polski. Zaczęło się od Zlotu Skautów Słowiańskich w Pradze. Pamiętam, jak oklaskiwani przez tłumy śpiewaliśmy Wizję Szyldwacha, maszerując ulicami Pragi, i pamiętam wielkie ognisko, przy którym około tysiąca harcerzy słuchało gawędy Michała Grażyńskiego. Ówczesny przewodniczący ZHP przypominał, że w tym samym miejscu nad Wełtawą rozpalały swe ogniska blisko tysiąc lat temu wojska Chrobrego. Wprawdzie nie było w tym przypomnieniu żadnych zaborczych aluzji wobec południowego sąsiada – niemniej jednak Grażyński, który nie lubił Czechów, postanowił – niewątpliwie za zgodą ministra Becka – spłatać im politycznego figla. Po zlocie, w drodze powrotnej, wydzielono grupę około trzystu harcerzy i kazano nam opuścić pociąg Praga–Kraków w Morawskiej Ostrawie. Na dziedzińcu konsulatu RP odbyło się coś w rodzaju wojskowej odprawy. W krótkich słowach przypomniano nam całą historię Zaolzia. „Jesteście na ziemi – mówił konsul – zamieszkanej od wieków przez ludność polską. Tym ludziom, odciętym od Macierzy kordonem granicznym, macie świadczyć waszą obecnością, że Polska o nich nie zapomniała”. Z Morawskiej Ostrawy w małych grupach po kilkunastu rozeszliśmy się na całe Zaolzie. A szlaki nasze tak zostały wytyczone, że żadne miasteczko,
26
Kurier z Warszawy
nawet najmniejsza wioska i osada górnicza nie zostały pominięte. Entuzjazm, z jakim nas witano, ogniska harcerskie, które ściągały dosłownie wszystkich – od starców do małych dzieci – wspólny śpiew, wszystko to utkwiło mocno w pamięci. Grażyński działał przez zaskoczenie. Czesi nie byli uszczęśliwieni, jednak nie bardzo wiedzieli, co robić z całą tą harcerską inwazją. Czescy żandarmi obserwowali nas nieufnie, ale z przyzwoitej odległości. Do żadnych incydentów z władzami nie doszło. W Pradze napisałem pierwszy w życiu reportaż i byłem dumny jak paw, gdy ogłosił go tygodnik ilustrowany „Siedem Dni”. Zachęcony sukcesem wysłałem po „Operacji Zaolzie” utrzymane w sensacyjnej formie sprawozdanie do krakowskiego „IKC” i znacznie poważniejszy artykuł poświęcony Polakom na Śląsku Zaolziańskim do warszawskiego „Tygodnika Ilustrowanego”. Tak wyglądały moje dziennikarskie debiuty. Inny obóz wędrowny prowadził przez Podkarpacie. W pogodne noce spaliśmy pod namiotami, a w czasie deszczu w chłopskich stodołach. Po raz pierwszy zetknęliśmy się oko w oko z nędzą małopolskiej wsi. Pamiętam, jak zaszliśmy pewnego skwarnego popołudnia do chłopskiej chałupy napić się mleka. Gospodyni podała nam całą bańkę, a dzieci – było tego drobiazgu chyba sześcioro – zaczęły się drzeć w niebogłosy i płakać. – Co się stało, dlaczego dzieciaki płaczą? – Nie będą miały mleka na kolację – odmruknęła kobiecina. – Dlaczego sprzedajecie mleko, zamiast dać je dzieciom? – Bo nie mam na zapałki. Jak nie zarobię tych kilku groszy, też będą głodne. Mleko nagle nabrało gorzkiego smaku. Posypały się z uczniowskich portmonetek złotówki, choć dużo ich sami nie mieliśmy. Kobiecina dziękowała, pochlipując i wycierając oczy fartuchem. Po powrocie do Warszawy zacząłem rozmyślać. Ile jest takich chłopskich chałup w Polsce, gdzie brakuje mleka i kartofli dla dzieci? Jałmużną nie rozwiąże się problemu. A przecież chodzi o dużą większość ludności, której my, miejska inteligencja, nie dostrzegamy, nie wiemy w ogóle o jej istnieniu. Pod wpływem tych rozmyślań zacząłem snuć pierwsze w życiu społeczno-polityczne, bardzo jeszcze młodzieńcze koncepcje. W wolnych godzinach chodziłem do Biblioteki Publicznej na Koszykowej i zagłębiałem się w lekturze książek poświęconych ruchowi spółdzielczości wiejskiej w Danii.
CZĘŚĆ pierwsza
27
Zbliżała się matura i trzeba było powziąć zasadnicze decyzje, które przesądzą o całym przyszłym życiu. Rozumowałem wtedy mniej więcej tak: udziałem starszego pokolenia było wywalczenie niepodległości i granic. To była ich „wielka przygoda”, ale to się już nie powtórzy. Zadaniem młodych jest podniesienie Polski z niżu cywilizacyjnego, który oglądałem w czasie naszych harcerskich wędrówek. Polska potrzebuje kadry nowoczesnych, wysoko wykwalifikowanych ekonomistów, a wzorem do naśladowania powinni być tacy ludzie jak Drucki-Lubecki albo – w naszych czasach – Eugeniusz Kwiatkowski. Kwiatkowski był moim „pozytywnym bohaterem” już od czwartej klasy gimnazjalnej. Z jego synem Jontkiem (tak go zdrobniale w domu nazywano) siedziałem w jednej ławce. Z czasem staliśmy się nierozłącznymi przyjaciółmi. Jego ojca poznałem wkrótce po tym, gdy został ministrem przemysłu i handlu. Miał wtedy lat 38, a ja 13. Od pierwszej chwili imponował mi niesłychanie. Zdobywał sobie ludzi, zwłaszcza młodych, porywającym entuzjazmem, żywością umysłu i cudownym darem wysłowienia. Schlebiało mi niesłychanie, że oto wielki dygnitarz, członek rządu, o którym głośno w prasie i w radiu, potrafi mnie, szczeniakowi, cierpliwie tłumaczyć, dlaczego na przykład nie należy dewaluować złotego. Jednego tylko nie mogłem u Kwiatkowskiego zrozumieć. Jego bałwochwalczego stosunku do Piłsudskiego. Niechęć do Marszałka, wyniesiona z domu, pogłębiła się po słynnym epitecie „fajdanitis poslinis” w przemówieniu przeciwko opozycji poselskiej. Uważałem, że obraził nim cały naród. Zrozumiałem lepiej stosunek piłsudczyków do ich Komendanta, gdy po raz pierwszy zobaczyłem go z bliska. Państwo Kwiatkowscy zabrali mnie kilka razy na trybunę rządową w czasie rewii 11 Listopada, najprzód na placu Saskim (po latach dopiero przemianowanym na plac Piłsudskiego), później na Polu Mokotowskim, i do Filharmonii na premierę filmu Pan Tadeusz, na którą przybył Marszałek. Wrażenie, gdy zobaczyłem po raz pierwszy z odległości kilku kroków Piłsudskiego i usłyszałem jego głos, było ogromne. Stałem w pobliżu grupy ludzi, wśród których znajdowali się ministrowie, generalicja, marszałkowie sejmu i senatu. Przed nami defilada świetnie prezentujących się oddziałów kawalerii, piechoty, artylerii. Tego wszystkiego nie widziałem. Dla mnie istniała w tym momencie tylko ta jedna, raczej drobna postać stojąca na wysuniętym do przodu podwyższeniu. Nie odrywałem od Piłsudskiego wzroku ani na chwilę, a gdy wmieszał się po rewii w tłum dygnitarzy, starałem
28
Kurier z Warszawy
się uchwycić każde jego słowo. I to urzeczenie powtarzało się później, ilekroć widziałem go z bliska. Skąd się to wzięło? Czy sprawiła to legenda otaczająca Marszałka, który bardzo rzadko pokazywał się ludziom publicznie? Czy może niezwykłość stroju – strzelecki, szaroniebieski mundur i maciejówka? Zdjęcia i podobizny Piłsudskiego widziało się na każdym kroku. Patrzył z nich człowiek o marsowym obliczu i ściągniętych brwiach. A tu z odległości kilku kroków widziałem Piłsudskiego, który miał jasnoniebieskie, pogodnie patrzące oczy, często się uśmiechał, mówił zabawnym wileńskim akcentem i przejawiał w swoim sposobie bycia jakąś dziwną miękkość, właściwą ludziom z naszych dalekich kresów. Miękkość być może pozorną, lecz zniewalającą. *** Wychowanek Gimnazjum Mickiewicza Jan Dobraczyński tak w swoich wspomnieniach opisał nastrój maturzysty opuszczającego progi swojej szkoły: Majowy wonny zmrok otulał Sewerynówek, gdy wychodząc, zatrzymałem się na kamiennych schodkach. Z sąsiednich ogródków, ciągnących się aż do Wisły, biły odurzające zapachy kwitnących drzew. Od Kopernika klekotały kopyta końskie i czasem sapiąc, przejechał samochód. Dławiąc się radością, myślałem o najdłuższych wakacjach, jakie miałem rozpocząć...1
Nie można było lepiej oddać tego nastroju, w którym i ja także opuszczałem po maturze starą, kochaną budę na Sewerynówku. Przede mną były nie tylko te najdłuższe wakacje, ale całe życie. Przyszłość nęciła wielką niewiadomą, którą przyniosą późniejsze lata. Wszystko wtedy wydawało się możliwe. Zacząłem pomaturalne wakacje od wizyty u Kwiatkowskich w Mościcach pod Tarnowem. Twórca Gdyni wycofał się na kilka lat z rządu i objął dyrekcję nowej, największej i najnowocześniejszej fabryki związków azotowych. Powiedziałem mu, że chcę studiować ekonomię polityczną. – W takim razie – doradzał – niech pan jedzie na studia do Taylora w Poznaniu. 1
Jan Dobraczyński, Tylko w jednym życiu, Warszawa 1970, s. 50.
CZĘŚĆ pierwsza
29
Miałem w ministerstwie kilku młodych ekonomistów, którzy wyszli z jego szkoły. Niestety jedyny wydział, a raczej podwydział, ekonomiczny istnieje w Poznaniu. Za mało na nasze potrzeby. Zastosowanie się do tej rady, którą natychmiast przyjąłem, napotkało nieoczekiwane trudności. Matka i babka wyprzedały się już ze wszystkiego, co miały, by przepchnąć starszego brata przez studia, a mnie przez szkołę. Pod koniec zabrakło już nawet na wykupienie z zastawu rodzicielskich obrączek. Nie było żadnych środków na wyższe studia w Poznaniu. Działo się to w roku 1932, Polska osiągnęła dno kryzysu gospodarczego i szczytowy punkt bezrobocia. Zdobycie pracy zarobkowej przez świeżo upieczonego maturzystę w obcym mieście wydawało się prawie niemożliwe. Na razie jednak chodziło o to, by zdobyć pieniądze na wyjazd do Poznania, zarejestrowanie się w dziekanacie, zapłacenie wpisowego i powrót do Warszawy. O pracę zarobkową w Poznaniu można było martwić się później. Tymczasem zbliżał się ostateczny termin wpisu na uniwersytet. Wyliczyłem z ołówkiem w ręku, że na bilet, wpisowe i nocleg w Domu Akademickim potrzebuję 48 złotych. Tych 48 złotych znikąd jakoś nie mogłem zdobyć. A tymczasem do 16 września pozostały tylko trzy dni. Ambicja nie pozwalała zwracać się do ludzi o pożyczkę, która w gruncie rzeczy musiała być darowizną. Telefonuję więc do stryja, jedynego człowieka, którego mogłem o to prosić. Odpowiada służąca: „Pana nie ma, wraca za tydzień”. Odkładam słuchawkę zrezygnowany. Nici z moich planów. W tych dniach właśnie przeprowadzaliśmy się z ulicy Wilczej na Okólnik. Jak to zwykle bywa przy przeprowadzkach, różne rupiecie powyciągane z głębi szuflad, zapomniane i nigdy nieoglądane, walały się dookoła. Zatrzymałem wzrok na pudełku od cygar zabitym gwoździkami. Zerwałem wieko. W środku były pamiątki po ojcu: pędzel do golenia i brzytwa, scyzoryk, binokle, pióro i cała masa innych bezwartościowych drobiazgów. Uwagę moją zwrócił jednak mały płócienny woreczek. Biorę go do ręki. Jest zaszyty. Pod palcami wyczuwam coś nieforemnego. Szybko rozrywam płótno... znajduję w środku wyschniętą na kamień grudkę chleba, grudkę soli i... Jezus Maria – spory dukat z Matką Boską, tradycyjny prezent, który rodzice panny młodej ofiarowywali każdemu z młodożeńców. Bez sekundy namysłu wylatuję z domu, przeskakując po kilka schodów naraz. Pędzę do najbliższego banku. Wiem, że banki skupują każdą zaoferowaną ilość złota. Dopadam
30
Kurier z Warszawy
okienka. Flegmatyczny urzędnik rzuca dukata ojcowskiego na wagę, po czym informuje: – Czterdzieści osiem złotych! O mało nie zemdlałem ze wzruszenia. To chyba ojciec pomógł mi w ostatniej chwili. Już następnego dnia meldowałem się u dziekana i załatwiałem formalności na Uniwersytecie Poznańskim.
II
O
d chwili gdy ojcowski dukat opłacił mi podróż do Poznania i umożliwił studia w obranym kierunku, wydawało się, że jakaś niewidzialna ręka otwiera przede mną po kolei wszystkie drzwi. Młodym maturzystą, który mając na miejscu w stolicy wyższe uczelnie, wyprawia się na naukę do innego miasta, by studiować ekonomię, zainteresował się z miejsca Edward Taylor. Profesor pochodził ze szkockiej rodziny, która podobnie jak Sienkiewiczowski Ketling osiedliła się w Polsce w XVII wieku. W którymś tam pokoleniu zachował jeszcze typową powierzchowność angielskiego squira. Jego sucha, pociągła twarz przypominała portrety Anglików z początku ubiegłego wieku. Był nie tylko najwybitniejszym z naszych żyjących teoretyków ekonomii, ale także głębokim myślicielem i świetnym pedagogiem. Przed uczniami, którzy umieli zdobyć się na wysiłek przedarcia się przez jego niełatwy styl – odsłaniały się nagle nowe i dalekie horyzonty, jak po wspinaczce na stromy szczyt górski. Taylor zaopiekował się mną od pierwszej chwili i od początku namawiał, by sposobić się do kariery naukowej. Przez pierwszy rok musiałem sam dawać sobie radę, zarabiając na życie w kancelarii notariusza Jarosława Garlińskiego, ojca Józefa, późniejszego żołnierza i historyka AK. Przez dalsze lata studiów przeszedłem dzięki stypendium państwowemu, o które wystarał się profesor. Po otrzymaniu przeze mnie dyplomu i odbyciu służby wojskowej Taylor zrobił mnie swoim starszym asystentem. Zaraz po uzyskaniu doktoratu miałem iść w ślady mego poprzednika w seminarium ekonomicznym Witolda Trąmpczyńskiego – i wyjechać na studia
CZĘŚĆ pierwsza
31
na Zachód jako stypendysta Rockefellera. Dalszym etapem miała być docentura i wykłady. Nic nie wskazywało, by na tej drodze mogły się wyłonić jakieś przeszkody. W końcu sierpnia 1939, w momencie gdy z wezwaniem mobilizacyjnym w kieszeni zamykałem na klucz szufladę, na której dnie spoczywały pierwsze rozdziały pracy doktorskiej „Cykl koniunktury gospodarczej w Polsce 1929–1936”, i opuszczałem dawny budynek Raiffeisena, mieszczący Seminarium Ekonomiczne, nie przyszło mi w ogóle na myśl, że to na zawsze i że ten rozdział życia, zapowiadający się tak obiecująco, nie będzie miał w ogóle dalszego ciągu. Owszem, odczuwało się przyjemne podniecenie na myśl o tym, co się zbliża, ale miał to być tylko krótszy albo dłuższy burzliwy epizod, po którym wszystko wróci na dawne tory i przerwany bieg życia będzie można podjąć dalej. Z profesorem żegnałem się jak przed wyjazdem na ćwiczenia wojskowe. W pociągu Poznań–Warszawa i w samej stolicy panowało prawie radosne podniecenie. Miałem dosyć czasu, by zatrzymać się na jeden dzień w Warszawie, pożegnać się z matką, babką i bratem. Wszyscy byli dobrej myśli, nikt się nie martwił. Zaszedłem do pałacu Myślewickiego w Łazienkach, gdzie mieszkał ówczesny wicepremier i minister Skarbu – Eugeniusz Kwiatkowski. Jego syn Jontek, student ostatniego roku Politechniki, odbywał właśnie służbę w 1. Pułku Artylerii Najcięższej w Górze Kalwarii. Był także w domu na przepustce. Ku memu zdziwieniu nastrój Wicepremiera, którego zaraźliwy entuzjazm szedł zawsze w parze z radosnym optymizmem – tym razem odbiegał od ogólnej atmosfery i sloganów oficjalnej propagandy w rodzaju: „Swego nie damy – napastnika odeprzemy”. Kwiatkowski mówił zwykle chętnie i dużo, ale zawsze uważał, by nie zdradzić tajemnic państwowych. Tym razem zaskoczył otwartością, z jaką oceniał sytuację. – Jeżeli dojdzie do agresji – mówił – pierwsze tygodnie będą ciężkie. Utracimy znaczną część terytorium, zanim nas odciąży ofensywa na zachodzie. Chodzi głównie o to, by wokół napaści na Polskę rozpętać taniec ogólnoeuropejski. Lepiej znaleźć się w położeniu Belgii w roku 1914 niż Czechosłowacji w 1938. Na dłuższą metę Niemcy nie wytrzymają naporu Anglii i Francji wspartych potęgą przemysłową Stanów Zjednoczonych.