Vera_Za zadne skarby.indd 2
2015-03-19 19:10:08
Tytuł oryginału: Die Mondspielerin © 2010 by Nina George, originally published by Knaur Verlag Copyright © for the translation by Daria Kuczyńska-Szymala Opieka redakcyjna: Małgorzata Pasicka-Siekanka Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Adiustacja, korekta i łamanie: zespół – Wydawnictwo PLUS Projekt okładki: Eliza Luty Fotografie na okładce: wybrzeże Bretanii – © iStockphoto.com / j-wildman, księżyc – © iStockphoto.com / Charles Schug, kobieta – © iStockphoto.com / coloroftime Fotografia autorki: © Maurice Kohl ISBN 978-83-7515-339-2
www.otwarte.eu Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków, tel. (12) 61 99 569 Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak, w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl
Jensowi, ukochanemu, mężowi i przyjacielowi Wolfgangowi Georgemu (20.03.1938–4.04.2011), najlepszemu ojcu na świecie
1
Była to pierwsza decyzja, którą podjęła samodzielnie. To był właściwie pierwszy raz, gdy to ona postanowiła, co trzeba zrobić. Marianne postanowiła umrzeć. Teraz. Tam w dole. W nurcie Sekwany. Pod koniec szarego dnia. Nie świeciła ani jedna gwiazda. Wieżę Eiffla przesłaniał mglisty smog. Paryż nieustannie wydawał z siebie dźwięki: szum skuterów i aut, pomruk metra dochodzący z głębi trzewi miasta. Woda była chłodna, czarna, delikatna. Sekwana przyjmie ją, poniesie swoim wypełnionym ciszą i wolnością korytem aż do morza. Łzy spłynęły jej po policzkach, sznury pereł z soli. Marianne się uśmiechnęła. Nigdy dotąd nie czuła się tak lekka. Tak wolna. Tak szczęśliwa. – Moja sprawa – szepnęła. – To moja sprawa. Zdjęła wielokrotnie zelowane buty, które kupiła przed piętnastu laty. Potajemnie, nie na wyprzedaży, za co Lothar ją zrugał, gdy się dowiedział. A potem podarował jej pasującą 7
do nich sukienkę. Drugiego gatunku, błąd tkacki, obniżka. Szara sukienka w szare kwiaty. Ją też miała dzisiaj na sobie. Ostatnie dzisiaj. Gdy miała jeszcze przed sobą te wszystkie lata, dziesiątki lat, wydawało jej się, że czas nie ma końca. Niczym książka, która czeka na to, by ją napisano – takie zdawało jej się życie, które miała przed sobą, gdy była młodą dziewczyną. A teraz miała sześćdziesiąt lat i strony były puste. Nieskończoność minęła niczym jeden długi szary dzień. Ustawiła buty równo obok siebie na ławce. Po chwili zastanowienia przeniosła je jednak na ziemię. Nie chciała, żeby ławka była brudna, żeby jakaś piękna kobieta poplamiła sobie spódnicę i wpadła w zakłopotanie. Spróbowała zdjąć obrączkę. Nie udało się. Wsunęła palec do ust, żeby go poślinić, i w końcu obrączka się zsunęła. Skóra pod nią była biała. Po drugiej stronie mostu Pont Neuf spał na ławce jakiś mężczyzna. Miał na sobie koszulę w drobniutkie paski, taką, jaką noszą rybacy, a Marianne ucieszyła się, że jest odwrócony do niej plecami. Dołożyła obrączkę do butów. Ktoś ją w końcu znajdzie i na trochę mu wystarczy, jeśli zastawi ją w lombardzie. Na bagietkę, pastis1, kawałek boczku. Coś świeżego. Nie ze śmietnika. Może jeszcze na gazetę, która go ogrzeje. – Koniec z przeterminowaną żywnością – powiedziała. Lothar zakreślał jej promocje w ulotkach dodawanych do gazety. Tak jak inni zaznaczają audycje w programie telewizyjnym. Sobota: Na miejscu zbrodni. Niedziela: Załóż się. Budyń z przekroczonym terminem ważności. Jedli to, co zostało zaznaczone. Marianne przymknęła oczy.
1
Anyżówka [przypisy pochodzą od tłumaczki].
8
Lothar. Dla przyjaciół Lotto. Starszy sierżant sztabowy artylerii, bardzo odpowiedzialne stanowisko w kompanii. Lothar Messmann, zamieszkały w Celle, w ostatnim domu przy ślepej uliczce, osiedle niczym z makiety, idealnie równy płotek wokół zatoczki. Mężczyzna, który ładnie się starzał. Lothar. Uwielbiał swoją pracę. I swój samochód. I uwielbiał telewizję. Zawsze siedział na kanapie przed telewizorem, z tacą z jedzeniem przed sobą na wyłożonym kafelkami stoliku, z pilotem w lewej dłoni, widelcem w prawej, i z głośnością ustawioną na maksimum, jak na artylerzystę przystało. – Koniec z Lotharem – szepnęła Marianne. Przyłożyła dłoń do ust. Czy ktoś ją usłyszał? Rozpięła płaszcz. Może jeszcze kogoś ogrzeje, nawet jeśli podszewkę cerowała tyle razy, że pokrył ją niespokojny, wielobarwny wzór. Lothar zawsze przywoził jej z podróży do Bonn i do Berlina, do głównego kwatermistrzostwa, buteleczki z szamponem i zestawy do szycia z hoteli. Malutkie teczuszki z tektury. Szara nitka, czarna, biała, czerwona. A na co komu czerwona? – pomyślała Marianne, składając równo jasnobrązowy płaszcz. Tak jak składała chusteczki Lothara albo wyprasowane ręczniki, brzeg równiutko do brzegu. Nigdy w życiu nie ubrała się na czerwono. – Kolor dla dziwek – syknęła matka i spoliczkowała ją, gdy Marianne jako jedenastolatka wróciła do domu z czerwoną apaszką. Znalazła ją, pachniała kwiatowymi perfumami. Na Montmartre jakaś kobieta przykucnęła na krawężniku. Miała wysoko podciągniętą spódnicę i czerwone buty. Na zapłakanych oczach roztarł się cień do powiek. – To tylko pijana dziwka – powiedział ktoś z wycieczki. Gdy Marianne chciała do niej podejść, Lothar ją przytrzymał: – Nie ośmieszaj się, Annilein, sama jest sobie winna. 9
Nie pozwolił jej pomóc nieznajomej i zaciągnął ją do restauracji, w której na wycieczkę czekał zarezerwowany stół. Marianne zerkała przez ramię, dopóki francuska przewodniczka nie wyjaśniła jej, kręcąc przy tym głową: – Je connais la chanson, wiecznie ta sama śpiewka, a to przecież jej własna wina. Lothar pokiwał głową, a Marianne zobaczyła wtedy w tym rynsztoku samą siebie. To był początek, a teraz znalazła się tutaj. Wyszła jeszcze przed przystawkami, bo nie mogła już dłużej wytrzymać, siedząc i milcząc. Lothar nawet nie zauważył, tak był pochłonięty rozmową, którą prowadził od dwunastu godzin. Z pewną panią z Burgdorfu, wesołą wdówką. Co chwila piszczała: „incroyable!”, niewiarygodne! Bez względu na to, co Lothar powiedział. Pod białą bluzką miała czerwony biustonosz. Marianne nawet nie była zazdrosna. Tylko zmęczona. Wyszła z restauracji i szła przed siebie, aż zatrzymała się pośrodku Pont Neuf. Lothar. Byłoby łatwiej przypisać całą winę jemu. Ale to nie było takie proste. – Sama jesteś sobie winna, Annilein – wyszeptała Marianne. Przypomniała sobie swoje wesele, w maju przed czterdziestu jeden laty. Ojciec, oparty o laskę, patrzył, jak ona godzinę za godziną czeka, aż mąż w końcu poprosi ją do tańca. – Moja dzielna dziewczynka – powiedział głosem osłabionym przez nowotwór. Marzła w cienkiej białej sukience, ale nie odważyła się poruszyć. Jakby to wszystko było snem i mogło się nagle skończyć, gdy tylko zrobi fałszywy krok. – Obiecasz mi, że będziesz szczęśliwa? – zapytał ojciec, a Marianne odpowiedziała „tak”. Miała dziewiętnaście lat. 10
Okazało się, że było to jedno wielkie kłamstwo. Ojciec umarł dwa dni po ślubie. Marianne rozłożyła poskładany już płaszcz, rozpostarła go na ziemi i zaczęła po nim energicznie deptać. – To koniec! Wreszcie koniec! Koniec ze mną! Ostatni raz przydeptała płaszcz i wydała się samej sobie zbyt zuchwała. Wzburzenie minęło równie szybko, jak się pojawiło. Podniosła płaszcz i przewiesiła go przez oparcie ławki. Sama jesteś sobie winna – pomyślała Marianne. Nie było już nic, co mogłaby odłożyć. Nie miała biżuterii. Ani kapelusza. Niczego nie posiadała. Do butów i obrączki dołożyła jeszcze tylko znoszoną torebkę, w której trzymała przewodnik po Paryżu, kilka papierowych saszetek z solą i pieprzem, spinkę do włosów, dowód osobisty i portfel. Zaczęła wspinać się na balustradę. Najpierw położyła się na brzuchu, podciągnęła nogi i omal nie zsunęła się na drugą stronę. Serce mocno jej biło, tętno przyśpieszyło, obtarła kolano o szorstki piaskowiec. Czubkami palców trafiła na szparę w murze, podciągnęła się do góry. Udało się. Usiadła i spuściła stopy. Tylko odepchnąć się i spaść, tutaj nic nie można zepsuć. Marianne pomyślała o ujściu Sekwany przy Honfleur, gdzie jej ciało, minąwszy przeróżne nabrzeża i wszystkie śluzy, dotrze do morza. Wyobraziła sobie, jak będzie się kręcić wśród fal wokół własnej osi – jakby tańczyła do melodii, którą słyszeć będą tylko ona i morze. Honfleur. Tam urodził się Erik Satie. Uwielbiała jego muzykę, uwielbiała każdy rodzaj muzyki. Muzyka jest niczym film, który ogląda się z zamkniętymi oczami, a u Satiego widziała morze, choć nigdy nad morzem nie była. – Kocham cię, Eriku. Kocham cię – wyszeptała Marianne. Nigdy nie powiedziała tego żadnemu innemu mężczyźnie, tylko Lotharowi. 11
Kiedy on ostatni raz powiedział, że ją kocha? Czy kiedykolwiek to powiedział? Marianne czekała na lęk, ale on nie nadchodził. Śmierć nie jest za darmo. Płaci się życiem. Ile moje jest warte? Nic. Dla diabła, to niezbyt uczciwa transakcja. Sama jesteś sobie winna. Gdy podparła się mocno rękoma na kamiennej balustradzie i pochyliła do przodu, zawahała się i pomyślała o storczyku, który znalazła w śmieciach. Że po pół roku jego pielęgnowania i śpiewania mu, nie zobaczy otwierających się pąków. A potem odepchnęła się obiema rękami. Skok przeszedł w upadek i porwał jej ręce do góry. Spadając, pomyślała o ubezpieczeniu na życie, którego nie wypłaca się w razie samobójstwa. Sto dwadzieścia cztery tysiące pięćset sześćdziesiąt euro poszło w diabły. Lothar będzie wściekły. Mimo wszystko uczciwa transakcja. Z tą myślą Marianne wpadła do lodowatej Sekwany. Uczucie dzikiej radości zmieniło się w głęboki wstyd, kiedy szara sukienka w kwiaty otoczyła jej głowę, gdy tonęła. Rozpaczliwie próbowała ściągnąć ją w dół, żeby nikt nie zobaczył jej gołych nóg. W którymś momencie poddała się i rozpostarła ramiona, otworzyła usta i zaczęła wdychać wodę, najgłębiej jak potrafiła.
2
Umieranie przypominało kołysanie. Marianne odchyliła się do tyłu. Było tak pięknie. Niekończące się szczęście, które można łykać. Marianne wypiła wszystko. Widzisz, tato, dotrzymałam obietnicy. Ujrzała orchideę o fioletowych kwiatach, a w uszach słyszała muzykę. Gdy pochylił się nad nią jakiś cień, rozpoznała śmierć. Miała jej twarz – twarz postarzałej dziewczynki o jasnych oczach i z krótkimi, brązowymi warkoczykami. Jej usta były ciepłe. Broda drapała, gdy raz po raz przytykała swoje wargi do jej warg. Marianne poczuła zupę cebulową i czerwone wino, papierosy i cynamon. Śmierć zaciągała się nią, wysysała, była jej głodna. Marianne zaczęła wierzgać. Dwie silne dłonie przywarły do jej piersi. Starała się odtrącić te zimne palce, które próbowały wedrzeć się do jej klatki piersiowej, pchnięcie za pchnięciem. Pocałunek. Poczuła w gardle coś zimnego. 13
Marianne gwałtownie rozwarła oczy, szeroko otworzyła usta i wypluła ciemną, brudną wodę, podniosła się z jękiem, a gdy zaczerpnęła powietrza, ból uderzył ją niczym bezlitosne ostrze, tnąc jej płuca na strzępy. I jak tu jest głośno! Jak okropnie głośno! Gdzie się podziała muzyka? Gdzie dziewczynka? Gdzie szczęście? Czyżby je wypluła? Marianne z powrotem opadła na twardy grunt. Śmierć uderzyła ją w twarz. Spojrzała w górę i zobaczyła oczy w kolorze nieba. Zakasłała, z trudem łapiąc powietrze. Powoli uniosła rękę i z plaśnięciem oddała śmierci policzek. Śmierć zaczęła do niej mówić, szybkim, melodyjnym francuskim, zmuszając ją jednocześnie, żeby usiadła. Marianne wymierzyła jej kolejny policzek. Śmierć natychmiast oddała. Tym razem nie tak mocno. Nie, właściwie to pogładziła ją po twarzy. Chwyciła się za twarz. Dlaczego to czuje? – Jak to? – Jej głos przypominał głuchy pisk. Było tak zimno. I ten szum! Spojrzała w lewo. I w prawo. I na dłonie zielone od trawy, na której się zacisnęły. Pont Neuf znajdował się kilka metrów obok. Leżała obok jakiegoś namiotu na rive droite1, a Paryż huczał. Nie była martwa. Nie. Martwa. Bolał ją żołądek, płuca, wszystko ją bolało, nawet włosy, które mokre, szare i ciężkie opadały jej na ramiona. Serce, głowa, dusza, brzuch, policzki, wszystko. – Nie martwa? – sapnęła z rozpaczą. Mężczyzna w koszuli rybaka uśmiechnął się, ale zaraz potem jego uśmiech przesłonił cień gniewu. Wskazał na rzekę, postukał się w czoło i pokazał swoje gołe stopy. 1 Prawy brzeg (fr.) [ponieważ większość wtrąceń obcojęzycznych to zwroty francuskie, w kolejnych przypisach pominięto skrót nazwy tego języka].
14
– Dlaczego? – chciała na niego krzyknąć, ale wydała z siebie tylko ochrypły szept. – Dlaczego pan to zrobił? Wyciągnął w górę ramiona i zamarkował skok na główkę. Wskazał na Marianne, na Sekwanę i siebie. Wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Co innego miałem zrobić?”. – Ja... ja miałam powód. Wiele powodów! Nie miał pan prawa odbierać mi śmierci. Czy pan jest Bogiem? Nie, nie jest pan, bo wtedy byłabym martwa! Mężczyzna o błękitnych oczach pod czarnymi, gęstymi brwiami popatrzył na Marianne tak, jakby ją rozumiał. Ściągnął mokrą koszulę przez głowę i wycisnął z niej wodę. Jego wzrok padł na znamię na lewej piersi Marianne, które widać było przez rozpięty dekolt. Jego brwi szybko uniosły się w wyrazie zdziwienia. Natychmiast ściągnęła ręką sukienkę. Okropne znamię – rzadkie zaburzenie pigmentacyjne w kształcie płomieni ognia. Przez całe życie chowała je pod zapiętymi pod szyję bluzkami i wysoko zabudowanymi sukienkami. Pływać chodziła tylko nocą, gdy nikt nie mógł jej zobaczyć. Znamię, które jej matka nazywała czarcią plamą, a Lothar diabelskim znakiem. Nigdy go nie dotknął i zawsze zamykał oczy, gdy do niej przychodził, żeby sobie ulżyć. Nigdy nie trwało to dłużej niż pięć minut. Wtedy Marianne zauważyła swoje odsłonięte nogi. Rozpaczliwie próbowała zsunąć przemoczoną sukienkę w dół, zapinając jednocześnie guziki dekoltu. Odepchnęła wyciągniętą rękę mężczyzny, który chciał jej pomóc, i wstała. Wygładziła sukienkę, która zwisała z niej mokra i ciężka. Jej włosy cuchnęły zgnilizną. Niepewnym krokiem ruszyła ku murkowi nadbrzeża. Nie wystarczy. Za nisko, żeby skoczyć, porani się, ale nie umrze. – Madame! – zawołał mężczyzna donośnym głosem, chwytając ją za ramię. Znów odepchnęła jego rękę. Zaczęła 15
obiema dłońmi bić go, uderzać w jego twarz, ramiona, na oślep, ale trafiała tylko w powietrze. A potem zaczęła go kopać. Uchylił się, nie cofając. To musiało wyglądać tak, jakby tańczyli jakiś tragikomiczny miłosny taniec. – Moja! – wrzasnęła, kopiąc raz za razem. – To była moja śmierć, moja i nikogo innego! Panu nie wolno było mi jej odbierać! – Madame – poprosił ponownie, obejmując ją obiema rękami. Przytrzymał ją mocno, aż przestała kopać, i w końcu wyczerpana oparła się o jego nagie ramię. Odsunął jej mokre włosy z twarzy, opuszki palców miał szorstkie jak tarki. Pachniał nieprzespaną nocą i Sekwaną, pachniał też jabłkami na ogrzanej słońcem drewnianej półce. Zaczął kołysać ją w swoich ramionach, tak delikatnie, jak jeszcze nikt nigdy jej nie kołysał. Marianne zaczęła płakać. Schroniła się w ramionach nieznajomego, on cały czas obejmował ją i kołysał, a ona płakała, nad swoim życiem i nad swoją śmiercią. – Mais non. Non1. – Mężczyzna odsunął ją nieco od siebie, uniósł jej podbródek i powiedział: – Venez avec moi. Venez. On y va. Allez2. Pociągnął ją ze sobą. Marianne czuła, że opuściły ją resztki sił, jej gołe pięty uderzały o twarde kamienie. Mężczyzna nie puszczał jej, prowadząc na Pont Neuf. Gdy weszli na most, nieznajomy gwizdnął, by spłoszyć dwóch kloszardów, którzy pochylali się nad dwiema parami butów – eleganckimi damskimi i o wiele skromniejszymi męskimi. Jeden z nich przyciskał do piersi płaszcz Marianne, drugi, w sfilcowanej wełnianej czapce, skrzywił się właśnie, przygryzając obrączkę. 1 Ależ nie. Nie. 2 Proszę pójść ze mną. Idziemy. Trzeba iść. Dalej.
16
Gdy do nich dotarli, mężczyzna ofuknął obu kloszardów. Ten wyższy wyjął komórkę. Niższy wyciągnął obrączkę ku Marianne. Marianne zaczęła się trząść, dreszcze wychodziły z głębi jej ciała, spływając tętnicami. Wytrąciła kloszardowi obrączkę z ręki i chciała wspiąć się na balustradę, lecz wszyscy trzej mężczyźni skoczyli jednocześnie, żeby ją przytrzymać. W ich oczach Marianne widziała jedynie współczucie i strach, że będą musieli odpowiadać za coś, z czym nie mają nic wspólnego. – Puśćcie mnie! – krzyknęła. Żaden nie posłuchał. Niechętnie usiadła na ławce, wyższy kloszard narzucił na jej ramiona swój ciężki płaszcz, a drugi drapał się po czapce, ale krótko zganiony przyklęknął, żeby wytrzeć jej stopy rękawem swojej kurtki. Jej zbawca rozmawiał przez komórkę. Kloszardzi usiedli na ławce obok Marianne. Delikatnie przytrzymali jej ręce, gdy próbowała przegryźć sobie żyły. Jeden z nich pochylił się i włożył Marianne obrączkę w złożone razem dłonie. Wpatrywała się w matowe, żółtozłote kółko. Nosiła ją przez czterdzieści jeden lat. Tylko raz omal jej nie zdjęła. Omal. W czterdziestą rocznicę ślubu. Wyprasowała szarą sukienkę w kwiaty, włosy uczesała w kok podpatrzony w jakimś czasopiśmie. Czasopiśmie sprzed trzech miesięcy, które wyciągnęła z kontenera na makulaturę. Użyła odrobiny perfum Chanel, próbki dołączonej do wyrzuconej przez kogoś gazety. Pachniały kwiatami, a ona żałowała, że nie ma czerwonej apaszki. Potem otworzyła szampana i czekała na męża. – Jak ty wyglądasz? – takie były jego pierwsze słowa. Podeszła i podała mu szampana. – Za nas – powiedziała. – Za czterdzieści lat małżeństwa. 17
Zanurzył w nim usta, a potem minął ją i podszedł do wyłożonego kafelkami stolika, na którym stała otwarta butelka. – Ten drogi szampan? Musiał być akurat ten? Czy ty wiesz, ile on kosztuje!? – To rocznica naszego ślubu. – To żaden powód do szaleństw. Nie możesz tak po prostu szastać moimi pieniędzmi. Nie rozpłakała się wtedy. Nigdy nie płakała w obecności Lothara. Tylko pod prysznicem, gdzie nie mógł jej usłyszeć. Jego pieniądze. Tak bardzo chciała zarabiać własne. Pracowała, Bóg jeden wie, najpierw w gospodarstwie matki w Wendland, potem jako akuszerka razem z babką, a na koniec jako gosposia, dopóki nie wyszła za Lothara, który zabronił jej prowadzenia domów obcym, miała przecież zająć się swoim. Była jego sprzątaczką, kucharką, ogrodniczką, małżonką, żonką, jego „podpórką”, jak to określał. Dla umierającej matki była pielęgniarką, przez dwadzieścia lat, koniec nastąpił dopiero w czterdzieste drugie urodziny Marianne. Do tamtej pory Marianne wychodziła z domu właściwie tylko po zakupy. Piechotą. Lothar zabronił jej używania samochodu, a matka codziennie robiła do łóżka. Nie umiała sama pójść do ubikacji, ale na Marianne umiała krzyczeć, oj, to akurat umiała, i robiła to codziennie. Lothar coraz częściej nocował w garnizonie albo wyjeżdżał, słał żonce pocztówki z urlopów i kazał serdecznie pozdrowić mamusię. W tym momencie Marianne usłyszała syrenę i zamknęła oczy, aż przenikliwy dźwięk, zbliżający się z głębi miasta, ucichł tuż przed nią. Kloszardów wypłoszyło błękitne migające światło, a gdy dwaj sanitariusze i drobna kobieta z walizką ruszyli w ich stronę, naprzód wystąpił mężczyzna w koszuli rybaka, wskazał na Marianne, pokazał na Sekwanę i znów postukał się w czoło. 18
Uważa mnie za wariatkę – stwierdziła w myślach Marianne. Próbowała zmusić swoją twarz do uśmiechu, który przez dziesiątki lat prezentowała Lotharowi. – Jesteś o wiele ładniejsza, jak się uśmiechasz – powiedział po jednym z ich pierwszych spotkań. Był pierwszym mężczyzną, który powiedział jej, że jest ładna, pomimo znamienia i pomimo wszystkiego innego. Nie była wariatką. O nie. I nie była też martwa. Spojrzała na mężczyznę, który wyciągnął ją z Sekwany, choć go o to nie prosiła. To on był wariatem. Był wystarczająco szalony, by sądzić, że wystarczy przeżyć, żeby żyć. Pozwoliła, by sanitariusze przypięli ją do noszy. Gdy podnieśli ją i pociągnęli nosze na kółkach ku otwartym drzwiom karetki, nieznajomy o oczach jak niebo chwycił Marianne za rękę. Czuła ciepło, ciepło i bliskość. Marianne dostrzegła swoje odbicie w jego wielkich, czarnych źrenicach. Zobaczyła swoje jasne oczy, które zawsze wydawały jej się zbyt duże, nos, który był taki mały, twarz w kształcie serca i popielate włosy, szarobrązowe niczym martwe drewno. Gdy otworzyła dłoń, miała w niej obrączkę. – Przepraszam za kłopot – powiedziała, lecz on pokręcił głową. – Excusez-moi1 – dodała. – Il n’y a pas de quoi2 – odrzekł z powagą, przykładając dłoń do piersi. – Vous avez compris?3 – zapytał. Marianne uśmiechnęła się. Cokolwiek powiedział, na pewno miał rację. 1 Proszę wybaczyć. 2 Nie ma za co. 3 Rozumie pani?
19
– Je m’appelle Eric1. Podał lekarce torebkę Marianne. Chciała mu odpowiedzieć, lecz darowała sobie. Wystarczy, że będzie opowiadać przyjaciołom, że wyciągnął z wody wariatkę. Po co mu imię, imiona nic nie mówią. Jeszcze raz chwyciła go za rękę. – Proszę – powiedziała. – Proszę, niech pan ją zatrzyma. Popatrzył na obrączkę, którą mu oddała. A potem zamknęły się drzwi karetki. – Nienawidzę cię, Ericu – szepnęła Marianne i poczuła, jakby jej policzek znów gładziły jego szorstkie, a zarazem delikatne palce. W trakcie jazdy pasy wpijały jej się w ciało. Lekarka wzięła strzykawkę i wbiła ją Marianne w zgięcie łokcia. A potem wzięła drugą igłę, z zakończeniem w kształcie skrzydełek motyla, i wbiła ją Marianne w wierzch dłoni, by podłączyć kroplówkę. – Przepraszam, że musieliście po mnie jechać – szepnęła Marianne i spojrzała w brązowe oczy lekarki, lecz ta szybko odwróciła wzrok. – Je suis allemande2 – mruknęła Marianne. – Je suis allemande. Zabrzmiało to prawie jak: „Żem szel-mą”. Lekarka przykryła ją kocem i zaczęła coś dyktować. Jej pomocnik z rzadką bródką notował. Silny środek uspokajający zaczął działać. – Jestem szelmą – wymamrotała jeszcze Marianne, a potem zasnęła. 1 Mam na imię Eric. 2 Jestem Niemką.
3
Śniło jej się, że siedzi na Pont Neuf. Zdjęła zegarek, którego przecież wcale nie miała, rozbiła szybkę o kamień, powyginała wskazówki i wrzuciła zegarek do rzeki. Czas nikomu już nie przeszkodzi. Zatrzyma się, gdy tylko skoczy, i nikt nie powstrzyma Marianne przed tańcem aż do morza. Skoczyła, lecz opadała powoli, jakby woda była płynną żywicą. Unosiły się w niej ciała; mijały ją, zmierzając do góry, podczas gdy Marianne spadała. Rozpoznała twarze. Każdą z nich. To byli jej zmarli. Z hospicjum, w którym pracowała po śmierci matki. Do których nikt nie przychodził, ze strachu, że można się tam zarazić śmiercią. Marianne trzymała ich za ręce, gdy nadchodził ten moment, a oni, prowadzeni jej dłońmi, przechodzili do nicości. Niektórzy bronili się, jęcząc i rozpaczając. Inni wstydzili się umierania. Ale wszyscy szukali spojrzenia Marianne i trzymali się go, dopóki ich wzrok nie zgasł. We śnie też szukali jej spojrzenia i chwytali ją za ręce. Głosy żałujące każdego niespełnionego marzenia, niewykonanego kroku, niewypowiedzianego słowa, przede wszystkim 21
tego gniewnego. Skazani na śmierć, nie mogli wybaczyć sobie przede wszystkim tego, co się nie dokonało. Wszyscy wyznawali Marianne na łożu śmierci, czego w życiu nie zrobili, co odważyli się pominąć. Światło było jasne i migotliwe, a gdy otworzyła oczy, Lothar stał w nogach łóżka. W granatowym garniturze ze złotymi guzikami wyglądał, jakby właśnie zeskoczył z jachtu. A obok niego stała odziana na biało kobieta. Anioł? Tutaj też było okropnie głośno, popiskiwały jakieś urządzenia, ludzie rozmawiali, grał telewizor. Marianne zasłoniła uszy dłońmi. – Halo – powiedziała po chwili. Lothar odwrócił się do niej. Nie dostrzegała siebie w jego oczach. Podszedł bliżej i pochylił się nad nią. Przyjrzał się Marianne ponownie, jakby nie był pewien, co widzi. – Co to miało być? – zapytał ją w końcu mąż. – Co? Pokręcił głową. Jakby nie mógł czegoś pojąć. – To przedstawienie. – Chciałam się zabić. Lothar oparł rękę obok jej głowy. – Po co? Od którego kłamstwa powinna zacząć? „Już w porządku”, skoro nic nie było w porządku? A może: „Nie przejmuj się”, skoro najwyraźniej się przejmował? – Ja... Ja... – Ja, ja – mruknął Lothar. – To dopiero dobry powód. Ja. Dlaczego nie odpowiedziała mu: „Już nie chcę. Już nie mogę. Wolę umrzeć, niż dalej z tobą żyć”. Marianne spróbowała raz jeszcze: – Ja... Ja chcę... – Znów utknęła. Czuła, jakby jej usta wypełniał piaskowiec. – Chciałam robić to, co chcę – powiedziała w końcu. 22
Jej mąż usiadł. – Robić co chcesz! Aha. I tyle z tego wychodzi, tak? Tylko na siebie popatrz. Roześmiał się. Spojrzał na pielęgniarkę, która nadal stała obok i obserwowała pacjentkę, i znów się zaśmiał. Wtedy roześmiała się też pielęgniarka, jakby siedzieli w cyrku, a klaun potknął się akurat o własne nogi. Marianne poczuła gorąco na policzkach. Lothar znów przysiadł na krawędzi łóżka, odwracając się do niej plecami. Jego śmiech gwałtownie się urwał. – Gdy zadzwonili, działałem jak automat. Za twoją kolację musiałem oczywiście zapłacić. Kucharza kompletnie nie interesuje, czy popełniłaś samobójstwo. Marianne chciała podciągnąć koc wyżej. Lecz jej mąż siedział na nim, więc ciągnęła daremnie. Poczuła się naga. – Metro jeździ tylko do pierwszej. I to ma być światowa metropolia! Musiałem wziąć taksówkę. Kosztowało to tyle, co autokar za nas oboje z domu do Paryża i z powrotem. Rozumiesz? – Lothar głośno oddychał, jakby zaraz miał zacząć krzyczeć. – Czy ty w ogóle wiesz, co mi zrobiłaś? Chcesz, żebyśmy stali się sobie obcy? Żebym musiał co noc zapalać światło, żeby sprawdzić, co z tobą? – Przykro mi – wydusiła z siebie Marianne. – Ach, przykro. A czyja to wina? Wiesz, jak się ludzie na człowieka gapią, gdy jego żona popełnia samobójstwo? To może zrujnować wszystko, wszystko. O tym nie pomyślałaś, jak chciałaś zrobić to, co chcesz. Jakbyś w ogóle wiedziała, czego chcesz. Lothar spojrzał na zegarek. Roleks. A potem wstał. – Autokar odjeżdża punktualnie o szóstej. Mam już dość tej całej wycieczki. – A... a jak ja dotrę do domu? – Usłyszała swój proszący głos i zawstydziła się. Naprawdę nie miała nic, nawet dumy. 23
– Transport powrotny opłaca kasa chorych. Jutro przyjdzie psycholog, który będzie ci towarzyszyć. Mnie przepadnie bilet, jeśli nie pojadę. Ty skaczesz sama z mostu, ja jadę sam do domu, czyli każdy robi to, co chce. Masz coś przeciwko temu? – Mógłbyś mnie przytulić? – zapytała błagalnym tonem Marianne. Jej mąż wyszedł, nawet na nią nie spojrzawszy. Gdy odwracała głowę, napotkała wzrok kobiety z sąsiedniego łóżka. Patrzyła na Marianne ze współczuciem. – Niedosłyszy – wyjaśniła pośpiesznie Marianne. – Po prostu... nie usłyszał. Nie usłyszał, rozumie pani? A potem naciągnęła sobie koc na głowę.
4
Anioł o głodnych oczach, siostra Nicolette, po godzinie energicznym ruchem ściągnęła jej koc z głowy i z głośnym stukiem postawiła tacę na stoliku obok łóżka. Marianne nie tknęła jedzenia. Wyglądało jak kawałek rozdeptanego zwierzęcia, brejowata krawędź cuchnęła pleśniejącym drewnem. Masło było twarde jak kamień, a zupa cienka, z trzema kostkami marchewki i jednym, dosłownie jednym krążkiem cebulki. Oddała zupę kobiecie z sąsiedniego łóżka. Gdy ta chciała pogładzić ją po ramieniu, Marianne cofnęła się przestraszona. Teraz pchała stojak z kroplówką i przytrzymywała krótką szpitalną koszulkę, która odsłaniała pupę. Podeszwy nagich stóp z plaskiem odrywały się od podłogi. Szła korytarzem, aż dotarła do kolejnego, biegnącego prostopadle. Na rogu znajdował się przeszklony pokój pielęgniarek. Grał mały telewizor. Zdenerwowany Nicolas Sarkozy tłumaczył się przed narodem ze złego humoru, papieros dymił w popielniczce. Nicolette słuchała radia, kartkując gazetę, i rozpakowywała ciastka. 25
Marianne podeszła nieco bliżej. Ta muzyka... Skrzypce. Akordeon. Klarnety. Dudy. Przymknęła oczy, żeby zobaczyć film. Ujrzała mężczyzn tańczących z pięknymi kobietami. Zobaczyła stół, dzieci i jabłonie, słońce oświetlające morze na horyzoncie, błękitne okiennice starego domu z piaskowca, krytego trzciną, i małą kapliczkę. Mężczyźni pozsuwali kapelusze na tył głowy. Nie znała tej melodii, ale chętnie by ją zagrała. Dźwięki akordeonu głęboko wbijały jej się w serce. Umiała grać na akordeonie. Najpierw uczyła się na takim małym, a potem, gdy jej ręce wystarczająco urosły, na dużym. Ojciec podarował go jej na piętnaste urodziny. Matka go nienawidziła i powtarzała w kółko: – Naucz się szyć, przy tym nie ma tyle hałasu. A Lothar... Lothar wyniósł go kiedyś do śmieci. Na tablicy alarmowej rytmicznie pulsowało czerwone światełko z numerem pokoju. Nicolette uniosła zaniepokojona głowę, zobaczyła Marianne, a potem obojętnie się od niej odwróciła. Marianne poczekała, aż Nicolette sobie pójdzie. A potem weszła do pokoju pielęgniarek. Wygłodniała chwyciła leżącą na stole torebkę z magdalenkami, każda była osobno zapakowana. Przy okazji omal nie strąciła kolorowej ceramicznej płytki, która służyła za podstawkę. Usłyszała przytłumiony szczęk zamka, więc pośpieszyła na korytarz i przeszła przez drzwi z symbolem schodów. Cicho je za sobą zamknęła, omal nie przytrzaskując rurki od kroplówki. Usiadła na najniższym schodku i odetchnęła. Dopiero wtedy zauważyła, że wciąż ściska pod pachą ciastka i kafelek. Nasłuchiwała, ale nic nie było słychać. Oparła płytkę o szybę zakratowanego okna, wystawiła nagie palce stóp na światło księżyca i odwinęła ciastko z folii. A więc to tak... A więc tak to jest być w Paryżu. 26
Wbiła zęby w słodką, miękką magdalenkę i przyjrzała się małemu, ręcznie malowanemu kafelkowi. Statki i port. Niekończące się błękitne niebo, tak mocno, intensywnie promieniste, jakby świeżo wymyte. Malarz na maleńkim skrawku płytki stworzył przepiękne niebo. Marianne próbowała odczytać nazwy statków. „Marlin”. „Genever”. „Koakar”. I... „Mariann”. „Mariann” była niedużą, czerwoną łodzią, która kołysała się nieco zapomniana na uboczu z opuszczonymi żaglami. „Mariann”. Jak tam było pięknie! Pasowała do tego muzyka z radia, było tak wesoło i subtelnie. Słonecznie i swobodnie. Gdy Marianne chciała drugi raz ugryźć ciastko, zaszlochała tak gwałtownie, że aż się zakrztusiła. Okruszki, wymieszane ze śliną i łzami, eksplodowały jej z ust. To, co się nie dokonało. To chcieli jej przekazać umarli. To, co się nie dokonało. Marianne w swoim życiu właściwie nic nie przeżyła. Popatrzyła na rurkę wbitą w dłoń, a potem wyciągnęła ją zdecydowanym ruchem. Poleciała krew. Od tego nie umrę, a poza tym mam na sobie nieświeżą bieliznę, to jak bym wyglądała w szufladzie w chłodni prosektorium? – pomyślała trzeźwo. Wierzchem dłoni otarła łzy i zamrugała. Przez ostatnie godziny przepłakała więcej niż przez ostatnie dziesięciolecia. Musiała z tym skończyć, to przecież nic nie dawało. Znów spojrzała na płytkę i uznała widok opuszczonych żagli „Mariann” za trudny do zniesienia. Odwróciła kafelek. Z tyłu widniał napis: „Port de Kerdruc, Fin”. Zjadła ostatnią magdalenkę i wciąż była głodna. Kerdruc. Odwróciła kafelek z powrotem i powąchała go. Czy nie pachniał... morzem? 27
Nigdy nie była w tak pięknym miejscu. Marianne spróbowała sobie wyobrazić, jakby to było, gdyby z Lotharem się tam wybrali. Lecz jedyne, co ujrzała w wyobraźni, to Lothar przy wyłożonym kafelkami stoliku. Zobaczyła stare gazety sąsiada, które układał równolegle do fug pomiędzy płytkami blatu. Idealnie równolegle. Powinna być mu wdzięczna za porządek, który wprowadził do jej życia. To był przecież jej dom. Ostatni dom przy ślepej uliczce. Marianne znów pogładziła kafelek. Przemknęło jej przez myśl, czy Lothar będzie podlewał storczyka. Roześmiała się. Na pewno nie. Kerdruc. Skoro to nad morzem, to... Marianne przeraziła się, gdy nagle otwarły się drzwi. Nicolette. Ofuknęła Marianne i władczym gestem kazała jej iść na górę. Marianne nawet nie spojrzała pielęgniarce w oczy, gdy przeciskała się obok niej z powrotem na oświetlony korytarz, i bez oporu pozwoliła odprowadzić się do sali. Nicolette wprawnie założyła nowy wenflon i wcisnęła jej dwie różowe tabletki do ust. Marianne udała, że posłusznie popija je nieświeżą wodą ze stolika. Sąsiadka z łóżka obok popłakiwała przez sen niczym lamentujące jagnię. Gdy Nicolette zgasiła światło i przymknęła za sobą drzwi, Marianne wypluła tabletki. A potem wyjęła kafelek, który schowała na piersi pod koszulą. Kerdruc. Marianne pogładziła obrazek. To absurdalne, ale miała wrażenie, że poczuła powiew powietrza pod palcami i aż przeszedł ją dreszcz. Wstała i powoli podeszła do okna. Wiał wiatr. Rozległ się grzmot i niebo się rozwarło, a błyskawica na ułamek sekundy rozświetliła szpitalną salę. Zaczął padać deszcz, jego krople uderzały o szyby okien niczym perły z zerwanego sznura. Blask księżyca powiększał je, sprawiając, że tańczyły nad ziemią. Przyklęknęła i przesunęła palcem po podłodze po 28
krawędzi zarysu okna, które światło Luny wycięło z nocy i złożyło u jej stóp. Zagrzmiało tak, jakby burza zawisła tuż nad szpitalem. „Moja mała żonka, która boi się burzy”. Lothar. Nie bała się burz. Udawała, żeby mógł jej dokuczać i wspaniale się przy tym poczuć. Nieustannie dawała się nakłaniać do takich głupstw. Wyjrzała na rozdarte niebo i z wahaniem objęła obiema dłońmi swoje pełne piersi. Lothar był jej pierwszym i jedynym mężczyzną, bez pocałunku przeszła z dziewictwa do małżeństwa. Był jej domem, odkąd opuściła dom rodzinny. Mój mąż ani nie poruszył mojej duszy, ani nie oczarował mojego ciała. Dlaczego na to pozwoliłam? Dlaczego? Podeszła do szafek, w których znalazła swoje ubranie. Pachniało solą. Marianne uprała sukienkę, znalazła dezodorant i spryskała ją nim. Teraz pachniała różami i słoną wodą. Podeszła do umywalki, która znajdowała się pośrodku sali. Czy architekci nie wiedzą, jak komicznie wygląda kobieta podmywająca się pośrodku pokoju? Mimo to umyła się. Gdy poczuła się czysta, stanęła na palcach, by zajrzeć w lustro. Nie. W tej twarzy nie było żadnej dumy. Żadnej godności. Mam teraz więcej lat, niż dożyła moja babka. Zawsze miałam nadzieję, że czeka we mnie stara, mądra kobieta. Cierpliwie czeka wewnątrz mnie, aż się wykluje. Najpierw zjawi się ciało, potem twarz, na koniec kok, a w rękach będzie trzymać gorącą blachę z sernikiem. Marianne spuściła wzrok. Nie patrzyła na nią żadna mądra kobieta, tyko stara, mała żonka o pomarszczonej twarzy dziewczynki, niewiele większa od niej, gdy miała czternaście lat. I tak samo pulchna. 29
Roześmiała się gorzko. Jej babka Nane, którą bardzo szanowała, umarła pewnej jasnej styczniowej nocy w 1961 roku. Wracała z majątku Von Haagów, gdzie odbierała domowy poród, poślizgnęła się i wpadła do rowu z wodą. Nie była w stanie wydostać się z niego o własnych siłach. To Marianne znalazła martwą babcię. Na twarzy Nane widać było złość i zdumienie, że zamarzła z powodu takiej błahostki. Marianne wciąż miała niejasne poczucie winy: tego wieczoru nie asystowała babce jak zwykle przy porodzie, wymigała się. Przyglądała się swojej twarzy. Im dłużej na nią patrzyła, tym trudniej jej się oddychało. Ogarniał ją strach. Całą swoją istotą chłonęła strach, niczym ogród, który chłonie niosący zniszczenie gwałtowny deszcz. Tylko co ja mam zrobić? Kobieta w lustrze nie znała odpowiedzi. Była blada jak śmierć.