wydawnictwo znak Krakรณw 2017
Opracowanie graficzne Michał Pawłowski www.kreskaikropka.pl Marek Krajewski na 4 s. okładki – wg fotografii Szymona Szcześniaka Opieka redakcyjna Dorota Gruszka Redakcja Karolina Macios Adiustacja Urszula Horecka Korekta Barbara Gąsiorowska Judyta Wałęga Łamanie Piotr Poniedziałek Copyright © by Marek Krajewski © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017 ISBN 978-83-240-4957-8 (oprawa twarda) ISBN 978-83-240-4968-4 (oprawa broszurowa)
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2017. Printed in EU
Berlin, sobota 2 lutego 1929 roku, godzina siódma wieczór Wokół Dworca Szczecińskiego kłębiło się wielu żebraków i włóczęgów. Jedni tłoczyli się przy małych piecykach na węgiel, które koło postoju dorożek przygotowali dla nich filantropi z pobliskiej ewangelickiej gminy Golgatha. Inni usiłowali przechytrzyć policjantów kolejowych i dostać się na dworzec, co było im surowo zabronione. Jeszcze inni prosili przechodniów o datki, szczerząc do nich przymilnie wybrakowane uzębienie i odsłaniając purpurowe dziąsła. Jeden z żebraków, ubrany w podarty szynel, podbiegł do mężczyzny, który właśnie opuszczał budynek stacji kolejowej. Ujrzawszy jego wzrok, stracił zainteresowanie swym ewentualnym donatorem. Znał takie spojrzenia. Tak patrzyli albo bandyci, albo policjanci – a z żadnym z nich nie chciał mieć do czynienia. 9
Intuicja dobrze podpowiadała żebrakowi. Masywny mężczyzna o spokojnym kamiennym wejrzeniu prawie od dwudziestu lat wykonywał ten drugi zawód. Chlubił się wieloma sukcesami śledczymi oraz brutalnym traktowaniem wyrzutków społecznych, przez co w ciemnych zaułkach jego miasta otaczał go podszyty lękiem respekt. Był średniego wzrostu, a tuszy więcej niż średniej. Starannie dobrany strój – a zwłaszcza drogie galanteryjne dodatki – zdradzał podstarzałego dandysa, a podpuchnięte oczy i świeże zacięcia po goleniu – miłośnika nocnych uciech, który wstaje późno i któremu drżą ręce. Tak było w rzeczywistości. Tego eleganta ciągnęło do nocnych spelunek z niewyszukanym jadłem i mocnymi trunkami oraz do wyuzdanych kobiet – zwłaszcza rudowłosych. Nie były to jednak jego jedyne słabości. Z równym zainteresowaniem reagował na przeznaczone dla mężczyzn wyroby luksusowe. Zatrzymywał się przed każdą wystawą, na której były prezentowane brzytwy – najbardziej mu się podobały te o trzonku z kości słoniowej – krawaty, spinki i meloniki. Żaden pędzel z borsuczego włosia czy też portfel z krokodylej skóry nie umknął badawczemu spojrzeniu jego piwnych oczu. W rodzinnym Wrocławiu znał go każdy pucybut i każdy jubiler oferujący duży wybór sygnetów. W tej dzielnicy Berlina nikt nie żywił do niego żadnych uczuć, bo nikt go tu nie znał. Prostytutki, którym teraz od wieczornego zimna pękały cienkie warstwy szminki na 10
spierzchniętych ustach, od kilku dni widywały go w swym rejonie i wyceniały w myślach jego sobolowe futro i rękawice z foczej skóry. Tupiąc pantoflami o zmarzniętą ziemię, by otrzymać choć złudzenie ciepła, patrzyły z zazdrością na jego śniegowce z futerkiem, dające stopom dodatkową izolację, a wypucowanym czarnym trzewikom ochronę przed piaskiem i solą, którymi posypano oblodzone chodniki. Choć jego zamożność aż biła po oczach, dziewczyny ani razu go nie zaczepiły, gdy w tych dniach parokrotnie mijał zawłaszczony przez nie skwer na rogu Gartenstrasse i Tieckstrasse. Wzbudzał w nich nieufność – podobnie jak w żebraku. Zgadywały, że jest albo policjantem, albo nowym alfonsem, który rozpoznaje swój przyszły teren. Zawsze miały się na baczności przed obcymi, którym – tak jak jemu – wyzierała z oczu pewność siebie. Wbrew opinii cór Koryntu czterdziestosześcioletni radca kryminalny Eberhard Mock nie czuł się tutaj zbyt pewnie. W stolicy był po raz pierwszy w życiu i znał tylko jednego berlińczyka – i to jedynie korespondencyjnie i telefonicznie. Owszem, spędził tu kilka pracowitych dni, które poświęcił na rozpoznanie terenu wokół wokół Dworca Szczecińskiego i Gartenstrasse, oraz – dla odprężenia – jedną upojną noc w luksusowym berlińskim burdelu Admiralsbar, urządzonym na modłę japońską. To było jednak zbyt mało, by przykryć niepokój, który go nie opuszczał w tym obcym mieście od momentu, gdy podjął się swojej osobliwej misji. 11
Była ona na pierwszy rzut oka niezbyt skomplikowana. Miał tylko odnaleźć pewnego dawnego znajomego, podziękować mu, zadać mu jedno pytanie, ostrzec go przed taj nymi służbami i zachęcić do szybkiego powrotu do ojczyzny. To spotkanie byłoby domknięciem śledztwa sprzed piętnastu lat, które drastycznie uświadomiło mu przerażającą prawdę o ludzko-zwierzęcej hybrydzie zwanej Homo sapiens. I na tym kończyła się owa pozorna prostota zadania. Niestety, ów poszukiwany przez niego człowiek był obiektem zainteresowania również wojskowych służb informacyjnych, czyli wszechwładnej abwery kierowanej przez bezwzględnego podpułkownika Günthera Schwantesa. Interesy ludzi wywiadu i Mocka wchodziły zatem w kolizję – oni chcieli ująć tego, kogo on chciał ocalić. Sytuacja była bardzo niebezpieczna, ponieważ informację o tym, że poszukiwany przebywa pod fałszywym nazwiskiem w Berlinie i jest częs tym bywalcem teatrzyku variétés Kolibri, zdradził Mockowi właśnie jeden z bliskich współpracowników Schwantesa, ów berlińczyk, którego wrocławianin znał korespondencyjnie i telefonicznie. Eberhard – wietrzący wszędzie prowokację – porzucił tym razem swoją zwykłą podejrzliwość i mimo wszystko zdecydował się przyjechać do stolicy, choć zdawał sobie sprawę, że w swym działaniu przekracza wszelkie możliwe służbowe kompetencje. Wchodził na cudzy teren, a jego akcja – w razie niepowodzenia i jej wykrycia – skazywała informatora od Schwantesa na sąd wojskowy, a dla 12
samego Mocka oznaczała na pewno usunięcie z szeregów policji, co i tak – zważywszy na długie ręce i mściwość szefa abwery – byłoby dość łagodną karą. Parsknął ze złością, wyrzucił papierosa i plunął gęsto w kratki studzienki kanalizacyjnej, wyobrażając sobie, że pozbywa się w ten sposób swych czarnych myśli. Poprawił kapelusz – jak zawsze, kiedy ruszał do akcji. Do teatrzyku Kolibri, o którym już zdobył wiele informacji w czasie kilkudniowego berlińskiego rozpoznania, dostał się tylnym wejściem. Strażnik, niechętny aroganckim bogaczom, spojrzał na niego nieprzyjaźnie, lecz szybko schował do kieszeni swą niechęć – wraz z dwudziestofenigową monetą, którą otrzymał. Widywał tu takich jak on – zamożnych mężczyzn, często z twarzą zasłoniętą chustką lub szalikiem. Tacy jak on wchodzili do variétés dyskretnie, teatrzyk bowiem dostarczał ludziom wszelkiej rozrywki – tej najbardziej dyskretnej również. Mock wspiął się po schodach na pierwsze piętro i stanął obok garderoby. Boy za ladą, opakowany w ciasny dwurzędowy garniturek, wyszedł do gościa, uśmiechnął się zachęcająco, zdjął okrągłą czapkę bez daszka i przytrzymał przymilnie kotarę wiszącą na drzwiach do sali. Mock wcisnął mu monetę do spoconej dłoni, zzuł śniegowce i na usłużnie wyciągniętym ramieniu powiesił swe futro, do którego kieszeni schował rękawice. – Tylko ma wisieć osobno! – warknął i spojrzał z odrazą na sfatygowane płaszcze innych gości. – Nie wiadomo, jakie 13
to stworzenia mogą przeleźć na moje futro z tych brudnych paltotów! Chłopak poprawił grzebieniem swój nienaganny przedziałek. Wykrzywił twarz w sztucznym uśmiechu, po czym stracił zainteresowanie nowym gościem. Odsunął się od niego, wyciągnął daleko język, zrobił z niego rurkę i lekko splunął przed siebie. Mock chwycił go za kołnierz, przyciągnął ku sobie, po czym ujął palcami za policzek i lekko potarmosił. Boy wcale się nie wyrywał. Wciąż się sztucznie uśmiechał, ale oczy pociemniały mu od nienawiści. Gość sięgnął do kieszeni. Pod wpływem kolejnej monety uśmiech boya stał się naturalny, a oczy jasne. – Oczywiście, szanowny panie! – wykrzyknął z entuzjazmem i wskazał z niechęcią na inne okrycia. – Pańskie futro będzie wisieć z dala od płaszczy tych furmanów i innej hołoty! Mock uwielbiał w krótkich odstępach czasu odgrywać rolę dobrego i złego policjanta. To zawsze dezorientowało złoczyńców, z którymi miał do czynienia. We Wrocławiu ta metoda już nie działała – znał ją cały tamtejszy świat przestępczy. Ale w Berlinie mogła być skuteczna. Nikt go nie znał w tym mieście grzechu, w tym Babilonie, o którego rozpuście opowiadano ze zgorszeniem i podnieceniem w całej Europie. Radca kryminalny poklepał boya lekko po policzku i wszedł do zadymionej sali. W powietrzu mieszały się przeróżne wonie – ostry zapach cygar był łagodzony przez 14
waniliowe i owocowe nuty tytoniu fajkowego. Podniecająca woń świeżo mielonej kawy, perfum i pudru z trudem tłumiła wyziewy ludzkich ciał i gardeł. Przez chwilę stał, jakby był ogłuszony skoczną muzyką wygrywaną przez The Jazzband of Chicago, jak głosił niezdarnie skreślony napis na chorągwi zawieszonej nad sceną. Na deskach podskakiwali czterej muzycy, udając czarnoskórych Amerykanów, i dęli co sił w swoje saksofony, trąbki i puzony. Ten wysiłek obnażał całe ich oszustwo – wyciskał z nich bowiem strużki potu, które rozmazywały szuwaks, jakim były pokryte ich błyszczące twarze. Jedynie piąty członek jazzbandu, perkusista, wyglądał na autentycznego Murzyna, o ile Mock mógł to dobrze ocenić, patrząc z daleka przez siną kurtynę dymu. Dyskretnie, lecz dokładnie, przyjrzał się trzem mężczyznom siedzącym w pobliżu wyjścia, gdzie stanął z papierosem. Dwaj z nich całowali po szyjach swe towarzyszki. Trzeci – siedzący z powodu tuszy aż na dwóch krzesłach – przecierał co chwila łysą głowę i kark układający mu się w dwóch fałdach nad sztywnym kołnierzykiem. Przez zamglone nieco binokle wpatrywał się tępo w młodą kobietę, która uśmiechała się do niego szelmowsko i pocierała znacząco opuszkami palców swe delikatne nozdrza. Dwie pozostałe kobiety – hałaśliwe i podekscytowane – karciły żartobliwie swych towarzyszy, uderzając wachlarzami dłonie obmacujące ich ciepłe dekolty. Mock odwrócił od nich wzrok. Żaden z tych trzech mężczyzn nie był tym, którego wypatrywał – tego był pewien. 15
Poszukiwany był od łysego grubasa szczuplejszy – tak na oko – o jakieś czterdzieści kilogramów, a na publiczne igraszki erotyczne nie pozwoliłby sobie nawet dla zmylenia. Mock, idąc za tą drugą myślą, zaczął się przyglądać tym gościom lokalu, którym nie towarzyszyły żadne kobiety. Były cztery takie czysto męskie stoliki. Do trzech nawet nie podchodził. Dwa z nich – sąsiadujące ze sobą – zajmowali młodzi półnadzy mężczyźni o podmalowanych oczach i ogolonych gładko torsach, wyraźnie okazujący sobie czułość. Jeden zaś stolik, o którym myślał jako o „męs kim”, okupowały – teraz to dokładnie widział – dwie kobiety w smokingach i melonikach, palące papierosy w długich lufkach. Pozostał mu ostatni – siedział przy nim wysoki, potężnie zbudowany dżentelmen w nasuniętym na czoło niemodnym kapeluszu z szerokim rondem, spod którego wypływały mu i osiadały na kołnierzu gęste białe włosy. Mock podszedł do niego i uchylił melonika. – Czy mogę się dosiąść do pana? – zapytał z grzecznym uśmiechem i widząc wahanie, szybko dodał: – Nie chciałbym przeszkadzać, ale tutaj straszny dzisiaj tłok. Mężczyzna w kapeluszu kiwnął głową, a potem pstryknął od dołu w rondo. Wtedy Mock ujrzał jego jasne oczy w ciemnej pobrużdżonej twarzy i odetchnął z ulgą. Siedzący wyciągnął do niego rękę, wrocławianin uścisnął ją bez słowa. Mocno. Serdecznie. Okazało się, że w tym mieście grzechu, w tym Babilonie, jest jeszcze ktoś, kogo Mock zna nie tylko z rozmów telefonicznych i korespondencji.
Okolice miasta Ikang, dżungla na pograniczu kameruńsko-nigeryjskim, czwartek 7 maja 1914 roku, przed zachodem słońca Kobieta krzyczała. Nikt jej nie słyszał. Domostwo stało daleko, na skraju polany, a w wiosce obchodzono hucznie święto czaszek. Kobieta krzyczała. Czuła, jakby w jej podbrzuszu zwijały się i rozprężały grube, śliskie węże. Gwałtownie puchły i przekręcały się w różnych kierunkach, usiłując się wydostać z ciała. Gryzły na oślep jej wnętrzności, strzykały jadem, który z niej wypływał i moczył klepisko. Ukucnęła, trzymając się pala wbitego w środek chaty, a jej wzdęty brzuch znalazł się między drżącymi udami. Rodziła już czwarte dziecko, ale jeszcze nigdy nie czuła takiego bólu i kłucia. Miała wrażenie, że wypycha z siebie jeżozwierza. Załzawionymi oczami spojrzała w górę – w stronę dziurawego dachu z liści bananowca. Patrzyły na nią czaszki ludzi straconych za czary na rozkaz jej męża, wodza i czarownika. 19
Niektóre były stare i okopcone, inne wysmarowane gliną i ludzkimi odchodami. Jedna z nich – świeża i cuchnąca – należała do jej brata. W jego pustych oczach nie dostrzegła śladu otuchy i pocieszenia. Mówiły one: jesteś cudzołożnicą, spółkowałaś ze zwierzęciem i zasłużyłaś na śmierć. Na polanie błagano tańcem i krzykiem duchy zmarłych o to, aby przestały niepokoić swych krewnych. Ale najpierw dostarczono im rozrywki. W ogłuszającym rytmie tam-tamów skakali nadzy młodzi mężczyźni o twarzach pomalowanych do połowy na biało, do połowy na czarno. Na ich głowach tkwiły dziurawe cylindry ozdobione piórami. Wykrzykiwali coś, co sprawiało, że młode kobiety tańczące na brzegu polany zasłaniały oczy i zanosiły się od śmiechu, a ich duże piersi – rozdzielone paskami z lamparciej skóry – trzęsły się i opadały na tłuste brzuchy. Tancerze pochylali się, oddawali wiatry, udawali wzajemne zaloty i miłosne zespolenia. Ich biodra poruszały się rytmicznie w przód i w tył. Młode kobiety biły się z uciechy po udach, a bransoletki, pokrywające ich łydki od kostek do kolan, stukały i brzęczały. Ciszę przerywało tylko monotonne trzaskanie cykad ukrytych po kątach. Ból znikł. Poczuła mokre pacnięcie na ramieniu. Po liściach sufitu przebiegła jaszczurka, która oddała na nią wodnisty kał, muchy pchały się jej do oczu. Nagle wszystko wróciło – ból ściskający jej łono. Podskoczył w nim jeżozwierz. Na podłogę chlusnęły wody płodowe. 20
Na polanie kobiety przebrane za wojowników potrząsały dzidami przy wtórze piszczałek. Podbiegli do nich mężczyźni owinięci zakrwawionymi skórami zdartymi niedawno z zabitych kóz i owiec, które złożono w ofierze duchom przodków. Drewniane maski na głowach mężczyzn szczerzyły się kilkoma rzędami nierównych zębów, pyszniły się powykręcanymi rogami antylop, groziły podwójnymi twarzami i otwartymi w gniewie czarnymi ustami. Niektóre maski zwieńczone były gnijącymi głowami goryli i szympansów. Pomiędzy zębami zwierząt tkwiły kawałki świeżego surowego mięsa. Krew płynąca z niego osiadała kroplami na ludzkich ciałach i na spódnicach z długich suchych łodyg prosa. W tym samym czasie młodzi mężczyźni w cylindrach wrócili do tańczącego zgromadzenia. W złożonych dłoniach trzymali ludzkie czaszki oblane krwią i kozim łajnem. Chlapali tą mazią dokoła. Nagle zapadł zmierzch. Uroczystość osiągnęła punkt kulminacyjny. Nadszedł czas, by złożyć ofiarę z człowieka. Kobieta w chacie patrzyła na płaczące u jej stóp dziecko. To nie był jeżozwierz. To była małpa.
Spis treści d Berlin 1929 | 7 Afryka 1914 | 17 Wrocław 1914 | 23 Afryka 1914 | 299 Berlin 1929 | 375 Posłowie | 389