Zanim wyjedziesz w
Kazimierz Nóżka Marcin Scelina Maciej Kozłowski
Kraków 2019
Spis treści Zanim ruszymy • 7 Wstęp • 10 CZĘŚĆ PIERWSZA • 17 Droga do leśniczówki • 19 Lasy na Fb • 26 Dawno temu w Bieszczadach • 55 Zagraj to jeszcze raz • 107 CZĘŚĆ DRUGA • 135 Smak poziomek z ciepłym mlekiem • 137 Czy zwierzęta mają słupy ogłoszeniowe? • 177 Mikroskop z NRD • 208 Czy rośliny lubią pozować do zdjęć? • 247 Szukali wolności czy samotności? • 285 CZĘŚĆ TRZECIA • 311 Adres • 313 Piwnica • 327 Kuchnia • 342 Sklep • 358
Droga do leśniczówki Wrzucam do plecaka klucze do domu i ruszam w Bieszczady. Spotkanie z Kazimierzem Nóżką i Marcinem Sceliną mamy dograne od kilku tygodni. Jeszcze krótki postój na opłotkach Krakowa na tankowanie, a potem rejs przez świat ekranów akustycznych, barierek i ogromnych prędkości. Te wszystkie zasieki sprawiają, że krajobraz wokół autostrady wydaje się niedostępny, wręcz nierealny. Nuda. Do samego Rzeszowa ziewam jak kocur. Na obwodnicy Rzeszowa trwają prace budowlane. Czerwono‑białe słupki wymuszają slalom gigant. Kierowcy meandrują między pasami, raz w prawo, raz w lewo. Kierunkowskaz na Barwinek traktuję jako dobry znak, ale pewności nabieram dopiero po kilkudziesięciu
kilometrach, kiedy pojawia się skręt w lewo, na Sanok. Niby Google Maps podpowiada męskim głosem jak postępować, czy zakręty pokonywać łagodnie, czy ostro, ale co znak to znak. Dwójka traci zasięg, za to Radio Rzeszów informuje, że minęło południe. Ze szkół wybiegają dzieci. Chodnikiem truchta dziewczynka ściskająca pod pachą pluszową sowę. W przeciwnym kierunku jedzie traktor z przyczepą po brzegi wypełnioną tłumikami wymontowanymi z samochodów. Krajobraz płynie i niepostrzeżenie zmienia się z każdym zakrętem. Przy średniej prędkości 80 km/h łatwiej docenić łagodny pagórkowaty krajobraz pogórza. Pogoda dopisuje. Ciekawie zaczyna się robić we wsi Humniska. Co chwilę migają drewniane, szalowane domki z gankami. Kiedyś tak typowe dla wiejskiej architektury, teraz stają się atrakcją. Jeśli stoją na uboczu, mogą nawet służyć jako nocleg dla letników. Sanok pojawia się trochę z zaskoczenia. Zapowiada go podwójny pas, ślad przemysłowych ambicji. Lepiej jechać przez centrum, jest bardziej klimatycznie. Krajobraz zwęża się do historycznej siatki galicyjskiego miasteczka, ciasne ulice i kameralne kamieniczki przywołują przeszłość. Jedno, góra dwa piętra i parter. Kiedyś to wystarczało, żeby pomieścić meble, ubrania i rodzinne życie mieszkańców. Resztę można było znaleźć na ulicach. Gazety, sklepy, plotki, procesje. Spacerowano chętnie. Teraz chętnie spogląda się w telefony komórkowe, w których też można znaleźć wszystko, a nawet jeszcze więcej. W zamku, wyglądającym jak zawieszony na skarpie, mieszkała Zofia Holszańska, ostatnia żona Władysława Jagiełły. Z królowych prawdopodobnie bywała tu Bona Sforza. Teraz króluje Zbigniew Beksiński. Malarzowi pośmiertnie przyznano całe nowiutkie skrzydło, odbudowane z kamienia i betonu. W środku galeria obrazów, sprzęty z pracowni. Dla artysty to chyba najlepsza forma uznania. – 20 –
Do ośrodka, w którym mam spotkać się z leśnikami, zostaje 46 kilometrów, a więc jakieś 50 minut jazdy. Czas zdaje się przyspieszać swój bieg. Teraz wystarczy przejechać przez Lesko uznawane za bramę Bieszczadów, a potem będzie już z górki – a właściwie to lekko pod górkę. San przekracza się tu żelaznym, nitowanym mostem, który powstał jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym i miał symbolicznie oraz praktycznie wzmocnić połączenie z Kresami, leżącymi na wschód od Sanu. Długo to nie trwało. W 1939 roku most przestał scalać, a rzeka zamieniła się w granicę między niemiecką a sowiecką strefą okupacyjną. Teraz San ponownie rozdziela tylko grunty sąsiednich miejscowości. Dwóch rybaków ubranych w wodery, flanelowe koszule i kamizelki łowi ryby. Z gracją uprawiają swoją pantomimę, brodzą w rzece, szukając powodów do radości. Rzeka płynie spokojnym nurtem, a w powietrzu wisi magnetyzm. Producenci HBO też go poczuli, skoro ten kultowy zielony most stał się scenerią jednej ze scen kręconych do serialu Wataha, kryminału opowiadającego o pracy bieszczadzkich pograniczników. To tutaj główny bohater, kapitan Wiktor Rebrow, mierzy się wzrokiem z samotnym wilkiem, tak jakby miał w tych zwierzęcych oczach odgadnąć wszystkie swoje lęki. Aleksander Fredro również miał okazję sprawdzić w tym miejscu wytrzymałość swojej psychiki. Gdy był dzieckiem, w rodzinnej podróży do Cisnej przeprawiał się przez San, konno. Jechał sam na kucu. Trochę spanikował. To dawne czasy. Początek XIX wieku. Nie było mostu, nie było HBO, cywilizacja techniczna dopiero raczkowała. Most powstał ponad sto lat po tym, jak przeprawiał się tu Fredro. Udaje mi się jakoś przedrzeć przez te wszystkie historyczne warstwy, choć podróżuję sfatygowanym fiatem. Zaraz za mostem na Sanie wpada się w objęcia miejscowości Huzele. – 21 –
Tam czeka kolejny ostry zakręt, wskaźnik prędkościomierza pikuje w stronę czterdziestki. Coraz mniej domów, coraz więcej drzew. Przypominam sobie, że w plecaku mam tekturową teczkę z pytaniami do baligrodzkich leśników, po raz kolejny postanawiam prześledzić je w pamięci i próbuję przewidzieć, jak potoczy się rozmowa. Miejsce spotkania wybrał pan Kazimierz, jest lokalnym patriotą, zasugerował więc obiad w zaprzyjaźnionym ośrodku w Bukowcu, swojej małej ojczyźnie. Na mapach samorządowych wieś leży w granicach gminy Solina. W administracji leśników to teren Nadleśnictwa Baligród. A w kategoriach geograficznych – Bieszczady Zachodnie. Wieś ma dwie osie, jedna to Mała Pętla Bieszczadzka, która biegnie do Czarnej Górnej, by spotkać się tam z Wielką Pętlą Bieszczadzką. Druga to rzeka Solinka. Jeśli spojrzy się na mapę, obydwie osie wiją się jak występujący w tych rejonach niejadowity i ponoć całkiem sympatyczny wąż Eskulapa. Ośrodek znajduje się dokładnie między Pętlą a Solinką. Dookoła lasy, cisza, spokój. Słychać tylko dźwięki wsi, co jakiś czas ktoś przywali młotkiem albo odpali samochód. Ja dla odmiany parkuję, wyłączam silnik, wchodzę do restauracji i rozglądam się za wolnym stolikiem. Pastelowe kolory na ścianach, pastelowe dźwięki w głośnikach. Po chwili dostrzegam między kolumnami Kazimierza Nóżkę i Marcina Scelinę. Nie mam wątpliwości, że to oni, przecież zdążyłem się naoglądać filmików. Ubrani w służbową zieleń mocno wyróżniają się na tle hotelowego towarzystwa. Wchodzą żwawym krokiem, wzbudzając mimowolnie respekt. Męski uścisk dłoni i szybko zajmujemy miejsca przy stoliku, równie szybko zaczynamy mówić sobie po imieniu. Kazimierz stara się mnie ostrożnie wybadać. Marcin wpada od razu w wesoły nastrój, zaczyna żartować i opowiadać anegdoty z przeszłości Nadleśnictwa Baligród. Na stole – 22 –
lądują nasze zamówienia. Zupa, drugie, potem deser i kawa. Marcin pałaszuje z apetytem, Kazimierz dzióbie widelcem, testuje potrawy. Dzieli ich 21 lat różnicy, ale sprawiają wrażenie, jakby nigdy nie było to dla nich problemem. Przypominam sobie filmik, który nagrali kiedyś na Facebooka w Technikum Leśnym, w Lesku. Dwaj absolwenci w murach szkoły, która zdefiniowała ich przyszłość. Filmik ma rozpoznawalny styl: ujęcie z ręki. Panorama na pomieszczenie szkolnej stołówki i głos Kazimierza, który wciela się jednocześnie w operatora i narratora. Atmosfera lekko sentymentalna. W tym momencie w kadr wchodzi Marcin i dworuje sobie ze znanej z dawnych internatów praktyki doprawiania herbaty bromem. Koniec. Często Kaziu w swoich filmikach wypowiada sakramentalne „OK”, chyba w ramach napisów końcowych. Kazimierz Nóżka i Marcin Scelina są państwowcami, zakładają czasami mundury, ale nie przesadzają z akcentowaniem swojej pozycji społecznej, jakby chcieli uniknąć bufonady, w którą przecież łatwo popaść, dostając stanowisko. Podczas rozmowy potrafią zachować ludzki ton. Kiedy spędzają wspólnie czas, nieustannie drą koty, rywalizują, ale jednocześnie podzielają wiele poglądów. Łączy ich też poczucie humoru. I spoiwo każdej przyjaźni: mają sobie czego pozazdrościć. Marcin to typ naukowca. Jest botanikiem, ma analityczny umysł, do tego szybko mówi. Przypomina mi trochę serialowego Sherlocka Holmesa, którego usta nie nadążają z przekazywaniem tego, co układa się w myślach. O roślinach opowiada tak, jakby streszczał jakąś sensacyjną fabułę. Kazimierz ma życiową swadę i jest mistrzem konwersacji. To typ gawędziarza, lubi opowiadać o licznych spotkaniach z leśną zwierzyną. Nosi wąsa, chyba od zawsze. – 23 –
Ten wąs pomaga mu lepiej dobierać słowa, jest pierwszym cenzorem każdej jego wypowiedzi. Czasami kiedy ma coś przekazać ludziom, zaczyna zacierać ręce. Zwróciłem na to uwagę, bo robię tak samo. Kończymy nasz obiad i umawiamy się na kolejny dzień. Dostałem zaproszenie na wycieczkę po leśnictwie.
Lasy na Fb
S kąd
w B ieszczadach srebrniki judasza ?
S tatystyki idą jak burza „L as bliżej nas ” – przygoda z TVP O górki kiszone z kieleckiego J ak M arcin traktuje trolle ? H istoria pewnej turystki i 300 zdjęć z l at 50. N ikifor z L eska G dzie
podziały się kalifornijskie cytryny
K azia ?
Bywają śmieszności – godne szacunku. A leksander F redro 1
– Teraz mamy okres złotej jesieni, nie zawsze jest tak kolorowo, pięknie. Za miesiąc będzie już mniej pięknie, mniej kolorowo. Będzie szaro, buro. To słowa Kazimierza Nóżki. Kiedy wypowiadał je na początku października 2018 roku, nie mógł wiedzieć, że czekała nas jeszcze długa piękna jesień z rekordem temperatur. Historyczny wynik, ponad 26 stopni Celsjusza, zarejestrowała stacja pomiarowa w Polanie, tuż przy granicy z Ukrainą. Warto dodać, że to listopadowy rekord dla całej Polski, nie tylko dla Bieszczadów. W sumie nie powinno nas to dziwić – co prawda to góry, ale również najdalej wysunięty na południe skrawek Polski. Ciepłe wiatry od strony rozgrzanych Bałkanów muszą się tu jakoś przedzierać. Mamy słoneczny poranek. Jedziemy kilkunastoletnim fordem, prowadzi Marcin, ja siedzę obok, a Kaziu z tyłu, z ręką na oparciu. Na dywanikach widać sporo zaschniętego błota. Zmierzamy w kierunku polany widokowej i oddajemy się konwersacji. – Kaziu ma takie leśnictwo bardziej w typie parku narodowego – wyjaśnia Marcin. – Tak. Ja mam bliższe sercu leśnictwo, dlatego jak widzisz, Marcin lubi przyjechać do mnie. U mnie las ma duszę – mówi Kaziu.
1)
A. Fredro, Przysłowia, [w:] Proza, cz. 1, Warszawa 1968.
– 29 –
– Kaziu to jest taki typ człowieka, który lubi innymi orać, czyli podleśniczego wysyła do roboty, a mnie odciąga od ważnych obowiązków służbowych. – Przekornie skarży się Marcin. – Odbieram takie telefony: „Marcin, warunki są rewelacyjne. Weź, przyjeżdżaj, wszystko kwitnie”. A ja muszę rzucać swoje zajęcia. – Marcin lubi sobie pogadać i z tego wychodzą takie właśnie tasiemce, natomiast jeśli nagramy filmik na nasz profil, to ludzie posłuchają 10 sekund maksymalnie – mówi Kaziu. – A jak go stłamszę, to od razu się uruchamia jakiś Komitet Obrony Marcina Sceliny, złożony ze starszych pań, które Marcina uwielbiają z jakichś powodów. Kazia też uwielbiają, tylko pewnie inna grupa. Jeden z najlepiej sprzedających się w Polsce dwutygodników, „Przyjaciółka”, opublikował jesienią 2018 roku na prośbę czytelniczek reportaż zatytułowany Kazimierz – wielki szczęściarz do zwierząt. Sesja zdjęciowa prezentuje go z kompaktowym aparatem fotograficznym, który zawsze nosi ze sobą, laptopem i w trakcie edukacyjnego spotkania z młodymi harcerzami. – Tu parkujemy, Kaziu, co nie? – rzuca Marcin i zatrzymuje wóz na skraju szutrówki. Panowie wyciągają z bagażnika sprzęt fotograficzny i ruszamy polną drogą wzdłuż ściany lasu. Kusi nas z krzaków jakaś błyszcząca roślina. Marcin wyciąga rękę w jej stronę, jakby się chciał przywitać, drugą ręką podpiera się na kolanie. – Miesiącznica trwała, potocznie zwana srebrnikami Judasza – wyjaśnia Marcin. – Bardzo fajna roślina, ładnie kwitnie, ładnie pachnie. Owoce w łuszczynach, tu już opadły. Została taka błona ze środka. Tutaj widać miejsca po takich dużych płaskich nasionkach. – Przypominają monety? – dopytuje Kaziu. – Te eliptyczne łuszczyny się tak srebrzą, stąd ta nazwa – dodaje Marcin. – Roślina wieloletnia. Natomiast w ogrodach – 30 –
uprawiana jest bardzo podobna miesiącznica roczna, rośnie dziko trochę bardziej na południe. Sukcesywnie pojawiają się coraz liczniejsze tropy i ślady zwierząt. Najpierw dowiaduję się od Marcina, dlaczego pomyliłem żubra z krową, a potem wyjaśnia mi różnicę między sarnimi a jelenimi tropami. Te pozostawione przez jelenie są większe. Kaziu, który przystanął wcześniej, żeby zrobić zdjęcie, znów do nas dołącza. – Dobrze by było, Marcin, jakbyś faunę sobie odpuścił całkowicie. On będzie próbował ci opowiadać coś o faunie, wtedy możesz dyktafon wyłączyć, to jest strata czasu. Nie ma chłop drygu do tego i koniec. Kaziu pilnuje swojego, czekam zatem cierpliwie na jakąś soczystą opowieść o zwierzynie w jego wykonaniu. Zostało nam dosłownie kilka kroków do najwyższego punktu polany. Powoli odsłania się widok na całą okolicę i zaczynam rozumieć, dlaczego naszą rozmowę o Bieszczadach zaczynamy od tego właśnie miejsca. Gdybym był generałem wojsk w czasie I wojny światowej, to na tym wzgórzu umiejscowiłbym swój sztab. Widać wszystko jak na dłoni. Tym razem dowodzi Kazimierz. – Chciałbym, żebyś sobie wyobraził, że w takich okolicznościach przyrody pracuję – mówi Kaziu. – Marcin jeśli cię weźmie u siebie na spacer, to pewnie nie zobaczysz takiej panoramy. Ta osada leśna, którą widać tam w oddali, to dawna leśniczówka, gajówka i hotel robotniczy w Polankach. Ostatnia zabudowa, praktycznie za wioską. W tym budynku z zielonym dachem mieszkałem przez osiem lat, na przełomie lat 80. i 90. Ożeniłem się po wojsku i tam zamieszkaliśmy. Okres młodego leśniczowania, początek mojej kariery. Prąd już był. Telefon był, to trzeba przyznać, taki na korbkę. Jedyne czego brakowało, to zasięgu telewizji. Radio jeszcze jakiś jeden program łapało, ale telewizja nie docierała. To co widzisz, to w większości – 31 –
są lasy powojenne. Tamta część była uprawiana rolniczo, a tu przeganiali bydło na wypas. Rankiem stąd są piękne widoki, można zastać żubry na tej łące. Pytam, czy Kaziu robi z tego punktu zdjęcia na Facebooka. – Zwykle trzeba patrzeć, jak słońce wschodzi. Ja potrafię wstać na taki spektakl, w przeciwieństwie do Marcina. Widziałeś jakąś jego fotkę ze wschodu słońca? Nie! – Marcin wybucha śmiechem. – Piąta? Wcześniej? – dopytuję. – Dzisiaj słońce wstało wpół do siódmej – precyzuje Kaziu. – To zależy wszystko od pory roku. – Mównicę przejmuje Marcin. – Najlepsze zdjęcia robi się od września do maja. Słońce jest w tym czasie dość nisko i światło uplastycznia krajobraz. W lecie, wiadomo, jest chwila rano i chwila wieczorem, bo jak ci w południe wali lampa z góry, to takie zdjęcie szału nie zrobi.
1
Każdego dnia na Facebooka wgrywanych jest 300 milionów zdjęć, średnio od pięciu do piętnastu z nich publikuje Nadleśnictwo Baligród. W kwietniu 2019 roku statystyki pokazywały, że amerykański serwis ma 2,38 miliarda aktywnych użytkowników. Zbiorcze dane robią wrażenie, jednak wcale nie oznacza to, że przez Facebooka łatwo dotrzeć do pozostałych internautów zalogowanych w serwisie. Żeby to osiągnąć, trzeba być oryginalnym i rozumieć odbiorcę. A ludzie unikają wszelkiej sztampy i szukają… no właśnie, czego szukają? Rozrywki? Informacji? Przerwy od obowiązków? A może powodu do zaangażowania? Facebook odniósł sukces, dostarczając poręczne narzędzie, natomiast jego puls bije dzięki aktywności – 32 –
użytkowników w najdziwniejszych zakątkach całego świata. Na przykład takich jak Baligród. Profil Baligrodu, jeśli nie daliśmy się zmylić pozorom, to tylko po części reprezentant marki Lasy Państwowe. Marcin Scelina podkreśla, że ich fanpage to inicjatywa oddolna. I faktycznie, widać tu rękę naturszczyków i wyrazisty, osobisty styl. Czegoś takiego nie da się zrobić w ramach poleceń służbowych. Wystarczy porównać zasięg Baligrodu z innymi nadleśnictwami, żeby zrozumieć, że to nie instytucja przykuwa uwagę zdjęciami, chociażby tymi wykonanymi z punktu widokowego w leśnictwie Polanki. Społeczność, którą wokół tematów przyrodniczych zebrali Kazimierz Nóżka i Marcin Scelina, to pewnie efekt odrobiny szczęścia, ale przede wszystkim wytrwałej, regularnej aktywności i tego czegoś, co przesądza o sukcesie.
2
Siedzimy w trójkę w leśniczówce Kazimierza Nóżki, a ja próbuję dociec, na czym polega ten fenomen, co tak lubimy w profilu Nadleśnictwa Baligród? – Idąc leśną ścieżką, widzimy, że roślin jest wkoło ogrom, ale potrafimy rozpoznać może jedną, może dwie, a ich są setki, tysiące – tłumaczy Kazimierz Nóżka. – Mijamy je na każdym kroku i ja już ignoruję te najrzadsze, bo Marcin pewnie by chciał mówić tylko o tych wyjątkowych, a ja zawsze mówię: „Marcin, trzeba pokazać te rośliny, które ludzie mijają, dotykają, to co ich ukłuje, poparzy, z tymi roślinami mamy problem”. Nie chcemy tworzyć kolejnej wąskiej grupy botaników, która się będzie podniecać tylko takim storczykiem, którego 95% populacji nigdy nie widziało i nie zobaczy. Są ludzie, którzy mają potrzebę wejść w naturalną przestrzeń i chcieliby wiedzieć, jak ten oset – 33 –
pieroński się nazywa albo co im się właśnie przykleiło do spodni. Marcin by mnie chętnie wywiózł na Kretę i tam molestował jakąś roślinką wielkości dwóch centymetrów, która jest tak rzadka, że aż cię boli, że zaraz wyginie całkowicie. Trochę wyprzedzę fakty i zdradzę wam, że Kaziu to typowy zwierz kanapowy, nie lubi ruszać się zbyt daleko od swojej okolicy. Marcina natomiast nosi po całym świecie. A wracając do roślin, to Kaziu ma rację – przestaliśmy rozumieć świat roślin i musimy je poznawać na nowo. Tylko jak prezentować przyrodę, tak żeby nie zanudzić często przypadkowych odbiorców, takich jak ja? – Założyliśmy, że będę zadawał proste, nawet płytkie, czasem głupkowate pytania, bo po takim wprowadzeniu łatwiej taką roślinę zapamiętać – mówi Kaziu. – Nie chodzi o to, żeby ludzi onieśmielać. Jeżeli jestem sam, chodzę po lesie i widzę roślinę, która ładnie kwitnie i robię filmik, to niekoniecznie wiem, jak się nazywa, bo powiem szczerze, że nie rajcuje mnie botanika jako wiedza. Męczy mnie ta mnogość nazw, co nie przeszkadza mi zachwycić się rośliną. Jak nie ma Marcina pod ręką, to zapodaję filmik w formie zagadki i niech się tam ludzie wykazują wiedzą. Też mają coś ciekawego do powiedzenia. Następuje wymiana. I przyznam, że to świetnie działa, bo ludzie piszą do nas, że w końcu wiedzą, jak się nazywa ten kwiatek, niebieski, który można spotkać przy wszystkich polskich drogach. Też długo nie wiedziałem, teraz już wiem, że to jest cykoria podróżnik. Nie ma drogi, nie ma szlaku, gdzie by nie rósł ten kwiat, a jest piękny, niebieściutki. Przy okazji sam się wiele nauczyłem, sporo łyknąłem. Marcin mnie męczy ciągle tymi nazwami, jeśli mówimy o jakiejś roślinie sto razy, to w końcu zapamiętam. Marcin dorzucił trochę od siebie, opowiadając o początkach znajomości. Bo leśnicy zdążyli się poznać dużo wcześniej, – 34 –
zanim uruchomili wspólnie profil i zaczęli nagrywać zabawne dialogi. – Pierwsze takie bliższe spotkanie mieliśmy w trakcie inwentaryzacji przyrodniczej, zaraz po tym, jak zacząłem pracę w Baligrodzie w 2007 roku – wyjaśnia Marcin. – Jest kilku takich leśniczych, którzy, jak to się mówi, potrafią o siebie zadbać. Jak czegoś nie potrafią zrobić, to staną na głowie, żeby ściągnąć kogoś, kto im to fachowo opracuje. Inwentaryzacja przyrodnicza to była w tamtych czasach nowość dla leśniczych. Przez lata liczyło się drewno i nasadzanie drzewek, a nie jakieś tam siedliska przyrodnicze, drobne roślinki, które trzeba wypatrywać. Nic dziwnego, że to wywołało lekką konsternację. Byłem w biurze referentem do spraw tej inwentaryzacji. Kaziu, który zarządza w leśnictwie Polanki, i leśniczy Staszek Staruch z Rajskiego byli takimi aktywnymi leśniczymi, więc od razu zaprosili mnie do siebie, żeby mieć jak najszybciej sprawę załatwioną. Zresztą mają bardzo fajne lasy, w trudnym, za to bardzo bogatym przyrodniczo terenie i w dodatku o ciekawej historii. W dużej mierze mają grunty porolne, dawne pastwiska, które naturalnie obsiały się olchą, ale wśród nich lasy wyjątkowego kalibru. Nigdy o tym nie myślałem, że lasy mają różną rangę. Oczywiście miałem świadomość, że parki narodowe, które w Polsce zajmują zaledwie 1% powierzchni kraju, to unikaty. Ale jak się okazuje, lasy gospodarcze także się różnią pod względem historii i przyrodniczej specyfiki. Las lasowi nierówny. – Kaziu ma rezerwat Sine Wiry, ma lasy w dolinie Solinki – kontynuuje Marcin. – Miejsca, w których widoczna jest ciągłość leśna, których nigdy nikt w pień nie wyciął i nie zamienił w pola. Wróćmy do tamtego pierwszego spotkania leśników. – Kaziu mnie zaintrygował – mówi Marcin. – Miał jakiś badziewny aparacik, nawet mniejszy od paczki papierosów. Wtedy jeszcze popalał, zresztą odciągałem go od tego palenia od – 35 –
początku, jak się tylko poznaliśmy. Miał wtedy ładę nivę, podjechaliśmy w kilka miejsc, przyjrzałem się leśnictwu. Później zasiedliśmy w domu i rozpoznawaliśmy rośliny na ekranie telewizora. Tak podpinał aparat. Jeszcze nie wiedział, że można zgrać zdjęcia do komputera. Oglądaliśmy też setki roślinek położonych na masce samochodu i tak sfotografowanych. Miło mnie zaskoczył, bo mało było powtórzeń, widać było, że rozróżnia byty, choć niekoniecznie umiał je nazwać. Ale miał taką potrzebę, żeby coś zrobić, znaleźć i się nauczyć. Zeszło nam z tym rozpoznaniem do późnych godzin nocnych. Piliśmy nie tylko kawę i herbatę, ale też jogurt, kefir, który Kaziu lubi. Zaprzyjaźniliśmy się. Z leśniczym Staruchem przeszliśmy to samo, tylko inaczej. Rozpoznanie zostawił mnie, ale zadbał, żebyśmy głodni nie chodzili. Jego żona robi przepyszne pierogi, które w dawnych czasach pewnie niejedną kontrolę mu uratowały. Te pierogi słyną na całą Polskę. Zresztą podobnie u Kazia. Konkurowali między sobą, u kogo w domu robi się pyszniejsze pierogi. To zasługa ich żon, ale wszyscy się śmieją, że te pierogi lepią Kaziu i Staruch. Mimo że Marcin koordynował prace rozpoznawcze w całym nadleśnictwie, z czasem coraz częściej wracał do leśnictwa Polanki. Co go tam przyciągało? – Kaziu od początku miał cięty język – tłumaczy Marcin. – Trafiliśmy na siebie. Chłopaki już wcześniej dawali w pióra równo. Organizowali jakieś kabareciki w nadleśnictwie przy różnych okazjach, zawsze coś się działo ciekawego w tej materii. A Kaziu jest społecznikiem, jak coś ciekawego się działo, to on tam był pierwszy, a przy okazji jest wybitnym leśnikiem. To rzadkie połączenie. No i chwyciło. Panowie zdążyli się dobrze poznać. Powstała strona na Facebooku. Ledwie się zaczęło, a już profil zaczął dynamicznie rosnąć. Efekt kuli śniegowej. – 36 –
Projekt okładki i grafiki wewnątrz książki Sebastian Komorowski Hoppers Fotografie na okładce Las – fot. Marcin Scelina Niedźwiadki – fot. Grzegorz Leśniewski Leśnicy – fot. Piotr Świtek Fotografie wewnątrz książki Mr_Incognito_ /pixabay.com – s. 11 Domena publiczna – s. 6, 54, 94, 96, 106 Fot. Andrzej Sidor / FORUM – s. 284 Fot. Ewa Wydrzyńska-Scelina – s. 343 Fot. Grzegorz Leśniewski – s. 176, 246 Fot. Marcin Scelina – s. 18, 136, 209, 283, 312, 326, 359, 383 Fot. Wojciech Drzyżdżyk – s. 26 Opieka redakcyjna Krzysztof Chaba Maciej Pietrzyk Wybór ilustracji Krzysztof Chaba Maciej Kozłowski Maciej Pietrzyk Adiustacja Martyna Tondera-Łepkowska Korekta Agnieszka Mańko Katarzyna Bielewicz Projekt typograficzny i łamanie DAKA – Studio Graficzne Dawid Kwoka © Copyright © by Maciej Kozłowski © Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2019 ISBN 978-83-240-5719-1 Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2019. Printed in EU