Skip to main content

Magdalena Kordel, "Malownicze. Wymarzony czas"

Page 1

Magdalena

Kordel

CZAS

MALOWNICZE

Wydawnictwo Znak

Krak贸w 2014


Rozdział I

M

arta z niedowierzaniem patrzyła na stojącego przed nią mężczyznę. Czuła się tak, jakby zobaczyła d ­ ucha.  – Wróciłem – powiedział, wnikliwie się jej przygląda­ jąc. Nie potrafił ukryć rozczarowania. Chyba spodziewał się przerażenia, histerii…  – Widzę – odparła sucho. – Czego chcesz?  – O, jak obcesowo i niegrzecznie. Nie zapytasz, co u mnie? Jakim cudem się tu znalazłem? – W jego oczach zapaliły się niebezpieczne błyski. – Bo przecież się mnie nie spodziewałaś. Z trudem przełknęła ślinę. Wiedziała, że cokolwiek się stanie, za nic na świecie nie może mu pokazać, że znów za­ czyna się bać. Tak naprawdę to pierwsze obezwładniające zdumienie było błogosławieństwem. Dało jej czas na ukry­ cie ogarniającego ją powoli przerażenia.

•5•


Z tego właśnie czerpał siłę. Przypomniała sobie słowa le­ karki, do której chodziły z Zosią na terapię: „Im bardziej się bałaś, tym bardziej on czuł się wszechwładny. Miał nad tobą władzę”.  – Nie będę z tobą rozmawiać. Nie wiem, jak sobie to załatwiłeś… Ale jedno jest pewne, nakaz sądowy nadal obowiązuje i jeżeli nie chcesz wrócić, skąd przyszedłeś, to się stąd wynoś – celowo podniosła głos i usłyszała dobie­ gające z głębi mieszkania stuknięcie. Oby to było to, na co czekała. Oby Zosia się nie obudziła… W tej samej ­chwili na nogach poczuła ciepłe muśnięcie sierści i przedpokój wypełniło głuche warczenie. Z satysfakcją spostrzegła, że mężczyzna cofnął się aż pod drzwi.  – Sprawiłaś sobie ochroniarza. A wiesz, że mi to na­ wet pochlebia… Widać nieźle trzęsiesz się ze strachu, sko­ ro zdecydowałaś się na posiadanie tego zlepku kłaków. Ale to i tak ci nie pomoże. Dzisiaj przyszedłem tylko po to, by ci powiedzieć, że wróciłem. I tym razem już zostanę. I za­ biorę ci Zośkę. A potem zniszczę ciebie. Nigdy się mnie nie pozbędziesz. Do końca życia będę twoim najgorszym koszmarem, rozumiesz? – wycedził. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo w tej samej ­chwili pies z głuchym warkotem skoczył i powalił go na ziemię. Marta przez moment przyglądała się osłaniającemu twarz

•6•


mężczyźnie i wyobrażała sobie, jak by to było cudownie zobaczyć jego rozszarpane gardło.  –  Teraz masz dwa wyjścia. Pierwsze: zawołam ­Nikifora, a ty w ciągu sekundy znikniesz. Drugie: każę mu cię pil­ nować i zadzwonię po policję. Co wolisz? To pytanie ­czysto retoryczne, więc nie musisz odpowiadać, tym bar­ dziej że chyba trochę się obawiasz mówić – powiedziała, patrząc na wyszczerzone zęby Nikifora i jego wielką łapę poło­żoną na gardle leżącego. – Nikifor, zostaw – poleciła. Pies z niechęcią porzucił zdobycz i usiadł pomiędzy gra­ molącym się na kolana mężczyzną a swoją panią.  –  To nie koniec – wychrypiał.  –  Wynoś się – odparowała, kładąc uspokajająco dłoń na głowie owczarka. Bez słowa patrzyła na zamykające się za mężczyzną drzwi. Przez moment stała bez ruchu i nasłuchiwała od­ głosów z klatki schodowej. Celowo nie ruszyła się z miej­ sca. Znała go. Pójdzie dopiero, kiedy przekona się, że naprawdę ją przeraził. Będzie czekał, aż podbiegnie do drzwi i zamknie je na wszystkie zamki. I choć każda czą­ steczka jej ciała chciała właśnie tak zrobić, trwała bez ruchu. Dopiero po chwili, gdy usłyszała, jak zbiega po schodach, podeszła spokojnie do drzwi i przekręciła za­ suwę. Potem podbiegła do okna i przez szparę w zasłonie

•7•


patrzyła za nim tak długo, aż zniknął za rogiem sąsied­ niego bloku. Gdy upewniła się, że pochłonęła go noc, zrozpaczonym spojrzeniem ogarnęła pokój. Wszystko w nim zmieniła. Wszystko po to, by nawet najdrobniej­ szy szczegół nie przypominał jej o koszmarze, który prze­ żyły razem z córką. W tej chwili dotarło do niej, że tak naprawdę nic to nie dało. Nowy wystrój, kolor ścian, bi­ beloty – nic nie miało znaczenia. Równie dobrze i one mogły zostać milczącymi świadkami kolejnego horroru. To, co innym kojarzyło się z bezpieczeństwem i ostoją, dla niej oznaczało ból, cierpienie i strach. Ściany domu, ten azyl, do którego się tęskni, dla niej były miejscem kaźni. Wszystko, o czym starała się nie myśleć i zapo­ mnieć, teraz wróciło. Zaczęła drżeć i odruchowo ciaśniej otuliła się szlafrokiem.  – Boże, nie przeżyję tego wszystkiego jeszcze raz – szep­ nęła do siebie. – Nie dam rady… W głowie miała pustkę. Czuła, jak ogarnia ją parali­ żujące przerażenie. Osunęła się na podłogę i schowała twarz w dłoniach. Zdezorientowany jej zachowaniem pies usiadł przed nią i trącił jej ręce wilgotnym nosem. Gdy to zawiodło, pobiegł do przedpokoju i przyniósł w zębach obrożę i smycz. Zwykle propozycja spaceru działała. I, jak się okazało, tym razem również. Marta zapatrzyła się na złożoną na swoich kolanach smycz.

•8•


– Mówisz, że to nam pomoże? – zapytała, patrząc w wierne psie oczy. – Może to nie jest taki zły pomysł… Szykuj się, Nikifor, bo to będzie naprawdę długa wędrów­ ka – dodała, podnosząc się z podłogi i sięgając po leżące na szafie walizki.


Rozdział II

D

opiero nastał koniec sierpnia, a już nieubłagalnie czuć było pierwsze oznaki zbliżającej się jesieni. Wpraw­ dzie popołudniami żar wciąż lał się z nieba, ale poranki przynosiły ze sobą chłód i mgły, które znikając, odsłania­ ły zbocza gór otulone ciemną zielenią. Jej odcień też był dowodem na to, że lato się kończy. Jeszcze niedawno ta sama zieleń była soczysta i świeża. Teraz jakby spoważnia­ ła, nadając górom statecznego wyrazu. Słoneczniki, które wysiały się same tuż przy werandzie, zrzuciły żółty pióro­ pusz płatków i schylały w zadumie ciężkie od ziaren głowy. ­Madeleine pomyślała, że na wiosnę koniecznie musi rozsiać ich więcej. I dodatkowo posadzić małe, które potem zetnie i porozstawia w wazonach po całym domu.  – Dużych, ciężkich wazonach, których nie da rady prze­ wrócić rozbrykana kotka – mruknęła pod nosem, patrząc

• 10 •


na rozciągnięte na poręczy werandy czarne lśniące kocisko z rudą pręgą pośrodku grzbietu. Swoją drogą, zadziwiające, że tak niewinnie wygląda­ jący zwierzak jest w stanie narobić tyle szkód. Teraz, gdy spał, wyglądał na uosobienie niewinności. Ale wystarczy­ ło, by otworzył oczy, a wszystko wokół niego było w nie­ bezpieczeństwie. Magda już nawet zdążyła przywyknąć do budzącego ją łoskotu, kiedy Katastrofa przechadzająca się właśnie po regale zrzucała z niego z wielkim hukiem książ­ ki albo wyglądała przez okno, zwalając przy okazji z pa­ rapetu wszystkie kwiatki. Kotka niewątpliwie miała dar destrukcji i właśnie z tego powodu została przechrzczo­ na ze słodko brzmiącej Kici na Katastrofę. Magda uwa­ żała, że to imię pasuje do niej jak ulał, choć Łucja cały czas przekonywała ją, że zwierzęta powinny mieć krót­ kie imiona. Jej zdaniem najlepszym imieniem dla kotki, a przy tym zwięzłym i sugestywnym było „Won”, tym bar­ dziej że w domu są dzieci i nie można używać brzydszych słów, które dużo bardziej oddawałyby istotę rzeczy. Made­ leine z westchnieniem sięgnęła po kubek z parującą kawą i przysiadła na schodkach werandy. Właściwie w tej ­chwili, miast oddawać się lenistwu, powinna zacząć skrupulatnie realizować długaśną listę rzeczy do natychmiastowego zro­ bienia. Ale słońce grzało rozleniwiająco, kotka mrucza­ ła, świerszcze w trawie grały tak kusząco, że postanowiła

• 11 •


jeszcze przez moment posiedzieć i skorzystać z tego, że jest zupełnie sama. Ostatnimi czasy takie chwile zdarzały jej się niezmiernie rzadko. Zwykle od rana w domu buszowa­ ły Marcysia i Ania, w kuchni tłukł się Jazzman, który od­ kąd pani Basia wróciła do Warszawy, przejął rolę kuchcika i ku zaskoczeniu Magdy sprawdzał się w niej całkiem nie­ źle. Wpadali też znajomi Julki i Tymka, wieczorami zaglą­ dała do niej Krysia i prawie codziennie pojawiał się Michał, który czasami zostawał na noc, ale potem uparcie wracał do walącej się i podszytej wiatrem chaty. Jednym słowem, w domu panował nieustanny rozgardiasz. I takie ciche po­ ranki jak ten zdarzały się bardzo rzadko. Madeleine lubiła bardzo to swoje całkiem nowe życie i dom pełen ludzi, ale siedząc i wsłuchując się w ciszę, doszła do wniosku, że raz na jakiś czas taka odmiana też jest przyjemna. W sumie dlaczego mam z tego nie skorzystać, pomyśla­ ła, rozpierając się na schodkach. Ostatecznie zakupy, sprzą­ tanie i te wszystkie ważne zaplanowane rzeczy nie uciekną. A poza tym, co tam plan! Ostatecznie już Tuwim powie­ dział, że plan to coś, co potem wygląda zupełnie inaczej. Nie miała pojęcia, że tym razem słowa Tuwima trafiły w sedno i zmiana jej planów nie ograniczy się tylko do drobnej ko­ rekty na liście rzeczy do zrobienia, ale rozciągnie się na wie­ le dni i zaważy na życiu osób, o których siedząc na zalanych słońcem schodkach, zupełnie nie pamiętała.


Rozdział III

P

óźniej, gdy pani Leontyna wspominała tamten dzień, zwykła mówić, że to ani chybi opatrzność natchnęła ją, by właśnie tego ranka zmienić wystrój witryny sklepu. Zwy­ kle zajmowała się tym na początku miesiąca i teraz też zamie­ rzała to zrobić dopiero we wrześniu, jednak po wejściu do sklepu opętała ją myśl o konieczności wymiany tego i owe­ go. I tylko dzięki temu zwróciła uwagę na stojącą po dru­ giej stronie ulicy kobietę z dzieckiem i psem. Stała pośrodku chodnika otoczona walizkami i torbami, rozglądając się bez­ radnie dookoła. Wyglądała na zagubioną. Leontyna, marku­ jąc ustawianie bibelotów, dyskretnie przyglądała się kobie­ cie. Właściwie sama nie wiedziała, co przyciągnęło jej uwagę. W końcu był sierpień, lato trwało, turyści nadal przewi­jali się przez Malownicze. Na pierwszy rzut oka nie różniła się ni­ czym od każdego innego przyjezdnego. Dziecko, pies, torby

• 13 •


podróżne… Jednym słowem, standard. Jednak coś w jej syl­ wetce i wyrazie twarzy nie dawało Leontynie spokoju. Star­ sza pani cały czas miała wrażenie, że choć widzi ją po raz pierwszy, dostrzega w niej coś znajomego. W końcu znie­ cierpliwiona sama sobą, energicznie wytarła ręce w ścierecz­ kę i wyszła na zewnątrz. Kobieta nadal tkwiła na środku chodnika. Dziewczynka z wyrazem znużenia przysiadła na jednej z toreb. Pies wywalił jęzor i ciężko dyszał. Sierpnio­ wa rześkość poranka zaczęła ustępować przedpołudniowemu upałowi. Najwyraźniej pies jako pierwszy zaczął odczuwać jego skutki. Zerkając na niego, Leontyna zawahała się. Lu­ biła psy wszelkiej maści i rasy, poza jednym jedynym wyjąt­ kiem. Nie przepadała za owczarkami. Wspomnienia wojny atakują w przeróżny sposób. Nic nie mogła poradzić na to, że na widok psów tej rasy zawsze przed oczami pojawiali się jej Niemcy w mundurach wpadający do sklepu ojca. Jeden z nich miał ze sobą właśnie takiego psa. Szczerzącego zęby tuż nad jej twarzą. Niewiele brakowało, a byłby to ostatni widok w jej życiu. Ale zdarzył się cud i pozwolono im odejść. Leon­tyna z trudem otrząsnęła się ze wspomnień. W koń­ cu to należało do przeszłości, a najważniejsze było tu i teraz.  – Nie bądź głupia, w końcu pies nie jest niczemu winien – mruknęła do siebie, decydując się jednak na przekroczenie ulicy. – Może on też wolałby urodzić się pudlem albo jam­ nikiem… – przekonywała siebie, nie spuszczając go z oczu.

• 14 •


Owczarek odwzajemnił się podobnym czujnym spoj­ rzeniem. Jednak nie ruszył się z miejsca, nie zawarczał ani nie pokazał zębów. Po prostu siedział i patrzył. Leontyna poczuła na czole krople potu i pomyślała, że jednak pew­ ne rzeczy siedzą w człowieku i zostaną w nim do końca ży­ cia. Na wszelki wypadek zatrzymała się przy stojącej najda­ lej torbie. Psisko zastrzygło uszami i nieznacznie poruszyło ogonem. Leontyna z głośnym świstem wypuściła powie­ trze i w końcu odważyła się oderwać oczy od psa i zauwa­ żyła wbite w siebie dwie pary identycznych oczu.  – Przepraszam, czy pani się dobrze czuje? – zapytała ko­ bieta. – Mogę w czymś pomóc?  – Nie, nie. Nic mi nie jest. Po prostu upał i starość to nie najlepsze połączenie – uśmiechnęła się uspokajająco. Nie miała zamiaru opowiadać dopiero co spotkanym lu­ dziom o wojennych traumach. – Tak naprawdę chciałam zapytać o to samo.  – O moje samopoczucie? – zdziwiła się, miętosząc w dłoni małą mapę.  – Nie, o to, czy mogę w czymś pomóc. Od jakiegoś cza­ su patrzę na was ze swojego sklepu i wydawało mi się, że jesteście nieco zagubione…  – Nieco to za mało powiedziane – westchnęła. – Ale nie sądzę, żeby mogła mi pani pomóc. To sprawa z cy­ klu niemożliwych do rozwiązania… Sama nie wiem, co

• 15 •


ja właściwie sobie myślałam, jadąc tutaj – dodała jakby do siebie. – Bez żadnego planu, bez konkretów…  – Skoro tak, to może chociaż wstąpi pani do mnie na herbatę? Zawsze to lepsze niż stanie w kurzu i upale na chodniku – zaproponowała impulsywnie Leontyna, po­ niewczasie zastanawiając się, jak zniesie obecność psa na małym zapleczu.  – Bardzo pani dziękuję, ale nie możemy… – Kobieta jakby się wzdrygnęła. Leontyna nie była z natury wścibska. Nie zależało jej na wtykaniu nosa w nie swoje sprawy. Wyczuwając niepo­ kój podszyty wręcz wrogością, stwierdziła, że najlepiej bę­ dzie, jeśli powstrzyma swoje samarytańskie zapędy. Nic na siłę. Sumienie miała czyste. W końcu chciała pomóc. Już ­miała odejść, gdy jej wzrok zahaczył o dziewczynkę. Wy­ glądała na wycieńczoną. Oczy jej się zamykały, buzię mia­ ła bledziutką, ciemne cienie pod oczami.  – Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale pani córka nie wy­ gląda najlepiej. Myślę, że przydałoby się jej coś ­ciepłego…  – A skąd pani wie, że to moja córka?! Kim pani jest i dlaczego nas szpieguje?! – kobieta z każdym słowem pod­ nosiła coraz bardziej głos. Pies zjeżył sierść, a mała skuliła się na torbie.  – Przepraszam, chciałam tylko pomóc. – Leontyna pa­ trzyła na nią ze zdumieniem pomieszanym z niechęcią. – Nie

• 16 •


znam pani ani tego dziecka, jesteście po prostu podobne, tak mi się tylko powiedziało. Ale rzeczywiście powinnam posłuchać. W końcu wyraźnie pani powiedziała, że nie po­ trzebujecie pomocy. Jeszcze raz przepraszam i już mnie nie ma – dodała, odwracając się na pięcie. Była już po drugiej stronie ulicy, gdy usłyszała za sobą nerwowe wołanie. Obejrzała się. Kobieta przebiegała właś­ nie przez jezdnię, w ogóle nie patrząc, czy coś jedzie. Na całe szczęście szosa była pusta.  – Bardzo przepraszam – wyjąkała zdyszanym głosem.  – Naprawdę, bardzo. Nie chciałam być nieprzyjemna. Tyl­ ko, widzi pani, sytuacja mnie przerosła. I nerwy wzięły górę… – w jej oczach zalśniły łzy.  – Dobrze, już dobrze, moje dziecko. – Leontyna uspo­ kajająco ścisnęła jej rękę. – Każdemu może się zdarzyć.  – Przyjechałam tutaj prosto z Warszawy. Szukam kogoś, kto podobno tu mieszka. Nie wiem, ale jakoś tak wydawa­ ło mi się, że to będzie mała wieś. Kilka chałup, gdzie wszy­ scy się znają, a zastałam spore miasteczko. Namierzenie mojej znajomej to jak poszukiwanie igły w stogu siana…  – Rzeczywiście, Malownicze to nie wieś, ale też nie War­ szawa. Może jednak ta twoja koleżanka jakoś się z­ najdzie.  – Jak? Nie znam jej adresu, nie wiem, czy przypadkiem nie wyszła za mąż i nie zmieniła nazwiska, nie wiem nic poza tym, że jakiś czas temu tu przyjechała…

• 17 •


– To rzeczywiście niewiele punktów zaczepienia. – Leon­ tyna z niepokojem patrzyła na dwie duże łzy spływające po twarzy nieznajomej. – Posłuchaj, dziecko, jak ty masz właś­ ciwie na imię?  –  Marta.  – No więc, Marto, opowiedz coś o dziewczynie, której szukasz. Może coś przyjdzie mi do głowy – zaproponowa­ ła Leontyna, myśląc, że dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby jednak Marta przyjęła zaproszenie na herbatę. Mając jed­ nak żywo w pamięci jej reakcję, nie ponawiała propozycji.  – Przecież sama pani w to nie wierzy. To nic nie da. Będę musiała zmienić plany… Teraz muszę wrócić do córki i znaleźć nam jakiś nocleg. Rzeczywiście mała pada z nóg. Nie wiem, dlaczego wydawało mi się, że po prostu przyjadę i z miejsca wpadnę na Madeleine…  – Na kogo? – Po twarzy Leontyny przemknął cień oży­ wienia.  – Na Madeleine, znaczy Magdę. Zależy, jak kto ją nazy­ wa. Na studiach francuskie imię budziło spore zaintereso­ wanie, tym bardziej że studiowała romanistykę. Można by z tego wysnuć wniosek, że imię ma jednak wpływ na czło­ wieka. Albo że to zadziwiający zbieg okoliczności.  – No, z tym ostatnim trudno mi się nie zgodzić – wtrą­ ciła nagle rozpromieniona pani Leontyna. – Jak ujęłaś to na początku naszej rozmowy? Że to, z czym przyjechałaś,

• 18 •


jest niemożliwe do załatwienia? To ja ci właśnie pokażę, że u nas w Malowniczem rzeczy niemożliwe załatwia się od ręki. Tylko na cuda trzeba chwilę poczekać…  – Nie wiem, o czym pani mówi – wyjąkała speszona ­kobieta.  – O tym, że teraz już nie masz wyjścia i musisz przy­ targać do mnie te swoje walizki i przyprowadzić córkę… I psa – dodała po chwili wahania. – Bo chyba się zgodzisz, że wygodniej będzie poczekać na Magdę w cywilizowa­ nych warunkach. Przy herbacie i ciastkach.  – Ale jak to? Nie rozumiem… – Zdezorientowana Marta patrzyła na Leontynę ze zdumieniem.  – Widzisz, dziecko, Magd to mamy tutaj dużo, ale z tego, co wiem, Madeleine jest tylko jedna. Myślę, że to właśnie ten zadziwiający zbieg okoliczności sprawił, że wspomniałaś jej francuskie imię. To co, ty idź po córeczkę, a ja zadzwo­ nię po Magdę. – I nie czekając na odpowiedź, szybkim kro­ kiem weszła do sklepu, myśląc, że intuicja i tym razem jej nie zawiodła i że już zawsze będzie słuchać wewnętrznego głosu. Nawet jeżeli będzie ją namawiał do tak niedorzecz­ nych rzeczy jak zagadywanie zupełnie nieznajomych ludzi.


spis treści

Rozdział I . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5

Rozdział II . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 10 Rozdział III . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 13 Rozdział IV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 20 Rozdział V . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 23 Rozdział VI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 31 Rozdział VII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 43 Rozdział VIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 64 Rozdział IX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 68 Rozdział X . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 83 Rozdział XI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 96 Rozdział XII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 105 Rozdział XIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 115 Rozdział XIV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 129 Rozdział XV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 152

• 347 •


Rozdział XVI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 155 Rozdział XVII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 164 Rozdział XVIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 169 Rozdział XIX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 174 Rozdział XX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 182 Rozdział XXI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 187 Rozdział XXII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 200 Rozdział XXIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 204 Rozdział XXIV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 214 Rozdział XXV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 219 Rozdział XXVI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 224 Rozdział XXVII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 227 Rozdział XXVIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 236 Rozdział XXIX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 243 Rozdział XXX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 253 Rozdział XXXI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 255 Rozdział XXXII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 260 Rozdział XXXIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 272 Rozdział XXXIV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 282 Rozdział XXXV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 293 Rozdział XXXVI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 296 Rozdział XXXVII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 308 Rozdział XXXVIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 313 Rozdział XXXIX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 316 Rozdział XL . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 321

• 348 •


Rozdział XLI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 325 Rozdział XLII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 335 Rozdział XLIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 338 Rozdział XLIV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 340 Rozdział XLV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 343


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Magdalena Kordel, "Malownicze. Wymarzony czas" by SIW Znak - Issuu