Magdalena
Kordel
CZAS
MALOWNICZE
Wydawnictwo Znak
Krak贸w 2014
Rozdział I
M
arta z niedowierzaniem patrzyła na stojącego przed nią mężczyznę. Czuła się tak, jakby zobaczyła d ucha. – Wróciłem – powiedział, wnikliwie się jej przygląda jąc. Nie potrafił ukryć rozczarowania. Chyba spodziewał się przerażenia, histerii… – Widzę – odparła sucho. – Czego chcesz? – O, jak obcesowo i niegrzecznie. Nie zapytasz, co u mnie? Jakim cudem się tu znalazłem? – W jego oczach zapaliły się niebezpieczne błyski. – Bo przecież się mnie nie spodziewałaś. Z trudem przełknęła ślinę. Wiedziała, że cokolwiek się stanie, za nic na świecie nie może mu pokazać, że znów za czyna się bać. Tak naprawdę to pierwsze obezwładniające zdumienie było błogosławieństwem. Dało jej czas na ukry cie ogarniającego ją powoli przerażenia.
•5•
Z tego właśnie czerpał siłę. Przypomniała sobie słowa le karki, do której chodziły z Zosią na terapię: „Im bardziej się bałaś, tym bardziej on czuł się wszechwładny. Miał nad tobą władzę”. – Nie będę z tobą rozmawiać. Nie wiem, jak sobie to załatwiłeś… Ale jedno jest pewne, nakaz sądowy nadal obowiązuje i jeżeli nie chcesz wrócić, skąd przyszedłeś, to się stąd wynoś – celowo podniosła głos i usłyszała dobie gające z głębi mieszkania stuknięcie. Oby to było to, na co czekała. Oby Zosia się nie obudziła… W tej samej chwili na nogach poczuła ciepłe muśnięcie sierści i przedpokój wypełniło głuche warczenie. Z satysfakcją spostrzegła, że mężczyzna cofnął się aż pod drzwi. – Sprawiłaś sobie ochroniarza. A wiesz, że mi to na wet pochlebia… Widać nieźle trzęsiesz się ze strachu, sko ro zdecydowałaś się na posiadanie tego zlepku kłaków. Ale to i tak ci nie pomoże. Dzisiaj przyszedłem tylko po to, by ci powiedzieć, że wróciłem. I tym razem już zostanę. I za biorę ci Zośkę. A potem zniszczę ciebie. Nigdy się mnie nie pozbędziesz. Do końca życia będę twoim najgorszym koszmarem, rozumiesz? – wycedził. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo w tej samej chwili pies z głuchym warkotem skoczył i powalił go na ziemię. Marta przez moment przyglądała się osłaniającemu twarz
•6•
mężczyźnie i wyobrażała sobie, jak by to było cudownie zobaczyć jego rozszarpane gardło. – Teraz masz dwa wyjścia. Pierwsze: zawołam Nikifora, a ty w ciągu sekundy znikniesz. Drugie: każę mu cię pil nować i zadzwonię po policję. Co wolisz? To pytanie czysto retoryczne, więc nie musisz odpowiadać, tym bar dziej że chyba trochę się obawiasz mówić – powiedziała, patrząc na wyszczerzone zęby Nikifora i jego wielką łapę położoną na gardle leżącego. – Nikifor, zostaw – poleciła. Pies z niechęcią porzucił zdobycz i usiadł pomiędzy gra molącym się na kolana mężczyzną a swoją panią. – To nie koniec – wychrypiał. – Wynoś się – odparowała, kładąc uspokajająco dłoń na głowie owczarka. Bez słowa patrzyła na zamykające się za mężczyzną drzwi. Przez moment stała bez ruchu i nasłuchiwała od głosów z klatki schodowej. Celowo nie ruszyła się z miej sca. Znała go. Pójdzie dopiero, kiedy przekona się, że naprawdę ją przeraził. Będzie czekał, aż podbiegnie do drzwi i zamknie je na wszystkie zamki. I choć każda czą steczka jej ciała chciała właśnie tak zrobić, trwała bez ruchu. Dopiero po chwili, gdy usłyszała, jak zbiega po schodach, podeszła spokojnie do drzwi i przekręciła za suwę. Potem podbiegła do okna i przez szparę w zasłonie
•7•
patrzyła za nim tak długo, aż zniknął za rogiem sąsied niego bloku. Gdy upewniła się, że pochłonęła go noc, zrozpaczonym spojrzeniem ogarnęła pokój. Wszystko w nim zmieniła. Wszystko po to, by nawet najdrobniej szy szczegół nie przypominał jej o koszmarze, który prze żyły razem z córką. W tej chwili dotarło do niej, że tak naprawdę nic to nie dało. Nowy wystrój, kolor ścian, bi beloty – nic nie miało znaczenia. Równie dobrze i one mogły zostać milczącymi świadkami kolejnego horroru. To, co innym kojarzyło się z bezpieczeństwem i ostoją, dla niej oznaczało ból, cierpienie i strach. Ściany domu, ten azyl, do którego się tęskni, dla niej były miejscem kaźni. Wszystko, o czym starała się nie myśleć i zapo mnieć, teraz wróciło. Zaczęła drżeć i odruchowo ciaśniej otuliła się szlafrokiem. – Boże, nie przeżyję tego wszystkiego jeszcze raz – szep nęła do siebie. – Nie dam rady… W głowie miała pustkę. Czuła, jak ogarnia ją parali żujące przerażenie. Osunęła się na podłogę i schowała twarz w dłoniach. Zdezorientowany jej zachowaniem pies usiadł przed nią i trącił jej ręce wilgotnym nosem. Gdy to zawiodło, pobiegł do przedpokoju i przyniósł w zębach obrożę i smycz. Zwykle propozycja spaceru działała. I, jak się okazało, tym razem również. Marta zapatrzyła się na złożoną na swoich kolanach smycz.
•8•
– Mówisz, że to nam pomoże? – zapytała, patrząc w wierne psie oczy. – Może to nie jest taki zły pomysł… Szykuj się, Nikifor, bo to będzie naprawdę długa wędrów ka – dodała, podnosząc się z podłogi i sięgając po leżące na szafie walizki.
Rozdział II
D
opiero nastał koniec sierpnia, a już nieubłagalnie czuć było pierwsze oznaki zbliżającej się jesieni. Wpraw dzie popołudniami żar wciąż lał się z nieba, ale poranki przynosiły ze sobą chłód i mgły, które znikając, odsłania ły zbocza gór otulone ciemną zielenią. Jej odcień też był dowodem na to, że lato się kończy. Jeszcze niedawno ta sama zieleń była soczysta i świeża. Teraz jakby spoważnia ła, nadając górom statecznego wyrazu. Słoneczniki, które wysiały się same tuż przy werandzie, zrzuciły żółty pióro pusz płatków i schylały w zadumie ciężkie od ziaren głowy. Madeleine pomyślała, że na wiosnę koniecznie musi rozsiać ich więcej. I dodatkowo posadzić małe, które potem zetnie i porozstawia w wazonach po całym domu. – Dużych, ciężkich wazonach, których nie da rady prze wrócić rozbrykana kotka – mruknęła pod nosem, patrząc
• 10 •
na rozciągnięte na poręczy werandy czarne lśniące kocisko z rudą pręgą pośrodku grzbietu. Swoją drogą, zadziwiające, że tak niewinnie wygląda jący zwierzak jest w stanie narobić tyle szkód. Teraz, gdy spał, wyglądał na uosobienie niewinności. Ale wystarczy ło, by otworzył oczy, a wszystko wokół niego było w nie bezpieczeństwie. Magda już nawet zdążyła przywyknąć do budzącego ją łoskotu, kiedy Katastrofa przechadzająca się właśnie po regale zrzucała z niego z wielkim hukiem książ ki albo wyglądała przez okno, zwalając przy okazji z pa rapetu wszystkie kwiatki. Kotka niewątpliwie miała dar destrukcji i właśnie z tego powodu została przechrzczo na ze słodko brzmiącej Kici na Katastrofę. Magda uwa żała, że to imię pasuje do niej jak ulał, choć Łucja cały czas przekonywała ją, że zwierzęta powinny mieć krót kie imiona. Jej zdaniem najlepszym imieniem dla kotki, a przy tym zwięzłym i sugestywnym było „Won”, tym bar dziej że w domu są dzieci i nie można używać brzydszych słów, które dużo bardziej oddawałyby istotę rzeczy. Made leine z westchnieniem sięgnęła po kubek z parującą kawą i przysiadła na schodkach werandy. Właściwie w tej chwili, miast oddawać się lenistwu, powinna zacząć skrupulatnie realizować długaśną listę rzeczy do natychmiastowego zro bienia. Ale słońce grzało rozleniwiająco, kotka mrucza ła, świerszcze w trawie grały tak kusząco, że postanowiła
• 11 •
jeszcze przez moment posiedzieć i skorzystać z tego, że jest zupełnie sama. Ostatnimi czasy takie chwile zdarzały jej się niezmiernie rzadko. Zwykle od rana w domu buszowa ły Marcysia i Ania, w kuchni tłukł się Jazzman, który od kąd pani Basia wróciła do Warszawy, przejął rolę kuchcika i ku zaskoczeniu Magdy sprawdzał się w niej całkiem nie źle. Wpadali też znajomi Julki i Tymka, wieczorami zaglą dała do niej Krysia i prawie codziennie pojawiał się Michał, który czasami zostawał na noc, ale potem uparcie wracał do walącej się i podszytej wiatrem chaty. Jednym słowem, w domu panował nieustanny rozgardiasz. I takie ciche po ranki jak ten zdarzały się bardzo rzadko. Madeleine lubiła bardzo to swoje całkiem nowe życie i dom pełen ludzi, ale siedząc i wsłuchując się w ciszę, doszła do wniosku, że raz na jakiś czas taka odmiana też jest przyjemna. W sumie dlaczego mam z tego nie skorzystać, pomyśla ła, rozpierając się na schodkach. Ostatecznie zakupy, sprzą tanie i te wszystkie ważne zaplanowane rzeczy nie uciekną. A poza tym, co tam plan! Ostatecznie już Tuwim powie dział, że plan to coś, co potem wygląda zupełnie inaczej. Nie miała pojęcia, że tym razem słowa Tuwima trafiły w sedno i zmiana jej planów nie ograniczy się tylko do drobnej ko rekty na liście rzeczy do zrobienia, ale rozciągnie się na wie le dni i zaważy na życiu osób, o których siedząc na zalanych słońcem schodkach, zupełnie nie pamiętała.
Rozdział III
P
óźniej, gdy pani Leontyna wspominała tamten dzień, zwykła mówić, że to ani chybi opatrzność natchnęła ją, by właśnie tego ranka zmienić wystrój witryny sklepu. Zwy kle zajmowała się tym na początku miesiąca i teraz też zamie rzała to zrobić dopiero we wrześniu, jednak po wejściu do sklepu opętała ją myśl o konieczności wymiany tego i owe go. I tylko dzięki temu zwróciła uwagę na stojącą po dru giej stronie ulicy kobietę z dzieckiem i psem. Stała pośrodku chodnika otoczona walizkami i torbami, rozglądając się bez radnie dookoła. Wyglądała na zagubioną. Leontyna, marku jąc ustawianie bibelotów, dyskretnie przyglądała się kobie cie. Właściwie sama nie wiedziała, co przyciągnęło jej uwagę. W końcu był sierpień, lato trwało, turyści nadal przewijali się przez Malownicze. Na pierwszy rzut oka nie różniła się ni czym od każdego innego przyjezdnego. Dziecko, pies, torby
• 13 •
podróżne… Jednym słowem, standard. Jednak coś w jej syl wetce i wyrazie twarzy nie dawało Leontynie spokoju. Star sza pani cały czas miała wrażenie, że choć widzi ją po raz pierwszy, dostrzega w niej coś znajomego. W końcu znie cierpliwiona sama sobą, energicznie wytarła ręce w ścierecz kę i wyszła na zewnątrz. Kobieta nadal tkwiła na środku chodnika. Dziewczynka z wyrazem znużenia przysiadła na jednej z toreb. Pies wywalił jęzor i ciężko dyszał. Sierpnio wa rześkość poranka zaczęła ustępować przedpołudniowemu upałowi. Najwyraźniej pies jako pierwszy zaczął odczuwać jego skutki. Zerkając na niego, Leontyna zawahała się. Lu biła psy wszelkiej maści i rasy, poza jednym jedynym wyjąt kiem. Nie przepadała za owczarkami. Wspomnienia wojny atakują w przeróżny sposób. Nic nie mogła poradzić na to, że na widok psów tej rasy zawsze przed oczami pojawiali się jej Niemcy w mundurach wpadający do sklepu ojca. Jeden z nich miał ze sobą właśnie takiego psa. Szczerzącego zęby tuż nad jej twarzą. Niewiele brakowało, a byłby to ostatni widok w jej życiu. Ale zdarzył się cud i pozwolono im odejść. Leontyna z trudem otrząsnęła się ze wspomnień. W koń cu to należało do przeszłości, a najważniejsze było tu i teraz. – Nie bądź głupia, w końcu pies nie jest niczemu winien – mruknęła do siebie, decydując się jednak na przekroczenie ulicy. – Może on też wolałby urodzić się pudlem albo jam nikiem… – przekonywała siebie, nie spuszczając go z oczu.
• 14 •
Owczarek odwzajemnił się podobnym czujnym spoj rzeniem. Jednak nie ruszył się z miejsca, nie zawarczał ani nie pokazał zębów. Po prostu siedział i patrzył. Leontyna poczuła na czole krople potu i pomyślała, że jednak pew ne rzeczy siedzą w człowieku i zostaną w nim do końca ży cia. Na wszelki wypadek zatrzymała się przy stojącej najda lej torbie. Psisko zastrzygło uszami i nieznacznie poruszyło ogonem. Leontyna z głośnym świstem wypuściła powie trze i w końcu odważyła się oderwać oczy od psa i zauwa żyła wbite w siebie dwie pary identycznych oczu. – Przepraszam, czy pani się dobrze czuje? – zapytała ko bieta. – Mogę w czymś pomóc? – Nie, nie. Nic mi nie jest. Po prostu upał i starość to nie najlepsze połączenie – uśmiechnęła się uspokajająco. Nie miała zamiaru opowiadać dopiero co spotkanym lu dziom o wojennych traumach. – Tak naprawdę chciałam zapytać o to samo. – O moje samopoczucie? – zdziwiła się, miętosząc w dłoni małą mapę. – Nie, o to, czy mogę w czymś pomóc. Od jakiegoś cza su patrzę na was ze swojego sklepu i wydawało mi się, że jesteście nieco zagubione… – Nieco to za mało powiedziane – westchnęła. – Ale nie sądzę, żeby mogła mi pani pomóc. To sprawa z cy klu niemożliwych do rozwiązania… Sama nie wiem, co
• 15 •
ja właściwie sobie myślałam, jadąc tutaj – dodała jakby do siebie. – Bez żadnego planu, bez konkretów… – Skoro tak, to może chociaż wstąpi pani do mnie na herbatę? Zawsze to lepsze niż stanie w kurzu i upale na chodniku – zaproponowała impulsywnie Leontyna, po niewczasie zastanawiając się, jak zniesie obecność psa na małym zapleczu. – Bardzo pani dziękuję, ale nie możemy… – Kobieta jakby się wzdrygnęła. Leontyna nie była z natury wścibska. Nie zależało jej na wtykaniu nosa w nie swoje sprawy. Wyczuwając niepo kój podszyty wręcz wrogością, stwierdziła, że najlepiej bę dzie, jeśli powstrzyma swoje samarytańskie zapędy. Nic na siłę. Sumienie miała czyste. W końcu chciała pomóc. Już miała odejść, gdy jej wzrok zahaczył o dziewczynkę. Wy glądała na wycieńczoną. Oczy jej się zamykały, buzię mia ła bledziutką, ciemne cienie pod oczami. – Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale pani córka nie wy gląda najlepiej. Myślę, że przydałoby się jej coś ciepłego… – A skąd pani wie, że to moja córka?! Kim pani jest i dlaczego nas szpieguje?! – kobieta z każdym słowem pod nosiła coraz bardziej głos. Pies zjeżył sierść, a mała skuliła się na torbie. – Przepraszam, chciałam tylko pomóc. – Leontyna pa trzyła na nią ze zdumieniem pomieszanym z niechęcią. – Nie
• 16 •
znam pani ani tego dziecka, jesteście po prostu podobne, tak mi się tylko powiedziało. Ale rzeczywiście powinnam posłuchać. W końcu wyraźnie pani powiedziała, że nie po trzebujecie pomocy. Jeszcze raz przepraszam i już mnie nie ma – dodała, odwracając się na pięcie. Była już po drugiej stronie ulicy, gdy usłyszała za sobą nerwowe wołanie. Obejrzała się. Kobieta przebiegała właś nie przez jezdnię, w ogóle nie patrząc, czy coś jedzie. Na całe szczęście szosa była pusta. – Bardzo przepraszam – wyjąkała zdyszanym głosem. – Naprawdę, bardzo. Nie chciałam być nieprzyjemna. Tyl ko, widzi pani, sytuacja mnie przerosła. I nerwy wzięły górę… – w jej oczach zalśniły łzy. – Dobrze, już dobrze, moje dziecko. – Leontyna uspo kajająco ścisnęła jej rękę. – Każdemu może się zdarzyć. – Przyjechałam tutaj prosto z Warszawy. Szukam kogoś, kto podobno tu mieszka. Nie wiem, ale jakoś tak wydawa ło mi się, że to będzie mała wieś. Kilka chałup, gdzie wszy scy się znają, a zastałam spore miasteczko. Namierzenie mojej znajomej to jak poszukiwanie igły w stogu siana… – Rzeczywiście, Malownicze to nie wieś, ale też nie War szawa. Może jednak ta twoja koleżanka jakoś się z najdzie. – Jak? Nie znam jej adresu, nie wiem, czy przypadkiem nie wyszła za mąż i nie zmieniła nazwiska, nie wiem nic poza tym, że jakiś czas temu tu przyjechała…
• 17 •
– To rzeczywiście niewiele punktów zaczepienia. – Leon tyna z niepokojem patrzyła na dwie duże łzy spływające po twarzy nieznajomej. – Posłuchaj, dziecko, jak ty masz właś ciwie na imię? – Marta. – No więc, Marto, opowiedz coś o dziewczynie, której szukasz. Może coś przyjdzie mi do głowy – zaproponowa ła Leontyna, myśląc, że dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby jednak Marta przyjęła zaproszenie na herbatę. Mając jed nak żywo w pamięci jej reakcję, nie ponawiała propozycji. – Przecież sama pani w to nie wierzy. To nic nie da. Będę musiała zmienić plany… Teraz muszę wrócić do córki i znaleźć nam jakiś nocleg. Rzeczywiście mała pada z nóg. Nie wiem, dlaczego wydawało mi się, że po prostu przyjadę i z miejsca wpadnę na Madeleine… – Na kogo? – Po twarzy Leontyny przemknął cień oży wienia. – Na Madeleine, znaczy Magdę. Zależy, jak kto ją nazy wa. Na studiach francuskie imię budziło spore zaintereso wanie, tym bardziej że studiowała romanistykę. Można by z tego wysnuć wniosek, że imię ma jednak wpływ na czło wieka. Albo że to zadziwiający zbieg okoliczności. – No, z tym ostatnim trudno mi się nie zgodzić – wtrą ciła nagle rozpromieniona pani Leontyna. – Jak ujęłaś to na początku naszej rozmowy? Że to, z czym przyjechałaś,
• 18 •
jest niemożliwe do załatwienia? To ja ci właśnie pokażę, że u nas w Malowniczem rzeczy niemożliwe załatwia się od ręki. Tylko na cuda trzeba chwilę poczekać… – Nie wiem, o czym pani mówi – wyjąkała speszona kobieta. – O tym, że teraz już nie masz wyjścia i musisz przy targać do mnie te swoje walizki i przyprowadzić córkę… I psa – dodała po chwili wahania. – Bo chyba się zgodzisz, że wygodniej będzie poczekać na Magdę w cywilizowa nych warunkach. Przy herbacie i ciastkach. – Ale jak to? Nie rozumiem… – Zdezorientowana Marta patrzyła na Leontynę ze zdumieniem. – Widzisz, dziecko, Magd to mamy tutaj dużo, ale z tego, co wiem, Madeleine jest tylko jedna. Myślę, że to właśnie ten zadziwiający zbieg okoliczności sprawił, że wspomniałaś jej francuskie imię. To co, ty idź po córeczkę, a ja zadzwo nię po Magdę. – I nie czekając na odpowiedź, szybkim kro kiem weszła do sklepu, myśląc, że intuicja i tym razem jej nie zawiodła i że już zawsze będzie słuchać wewnętrznego głosu. Nawet jeżeli będzie ją namawiał do tak niedorzecz nych rzeczy jak zagadywanie zupełnie nieznajomych ludzi.
spis treści
Rozdział I . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5
Rozdział II . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 10 Rozdział III . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 13 Rozdział IV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 20 Rozdział V . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 23 Rozdział VI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 31 Rozdział VII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 43 Rozdział VIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 64 Rozdział IX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 68 Rozdział X . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 83 Rozdział XI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 96 Rozdział XII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 105 Rozdział XIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 115 Rozdział XIV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 129 Rozdział XV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 152
• 347 •
Rozdział XVI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 155 Rozdział XVII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 164 Rozdział XVIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 169 Rozdział XIX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 174 Rozdział XX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 182 Rozdział XXI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 187 Rozdział XXII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 200 Rozdział XXIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 204 Rozdział XXIV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 214 Rozdział XXV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 219 Rozdział XXVI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 224 Rozdział XXVII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 227 Rozdział XXVIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 236 Rozdział XXIX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 243 Rozdział XXX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 253 Rozdział XXXI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 255 Rozdział XXXII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 260 Rozdział XXXIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 272 Rozdział XXXIV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 282 Rozdział XXXV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 293 Rozdział XXXVI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 296 Rozdział XXXVII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 308 Rozdział XXXVIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 313 Rozdział XXXIX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 316 Rozdział XL . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 321
• 348 •
Rozdział XLI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 325 Rozdział XLII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 335 Rozdział XLIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 338 Rozdział XLIV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 340 Rozdział XLV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 343