Magdalena
KORDEL
UROCZYSKO Wydanie drugie poprawione
Wydawnictwo Znak
Krak贸w 2015
Z
ima to najgorsza pora roku, jaką znam. A znam wszyst kie, bo los rzucił mnie w strefę klimatyczną, w której występuje pogoda w każdej postaci. Nie mówię tu rzecz jasna o pięknej, śnieżnej zimie widzianej zza okna porząd nie ogrzewanego domu. Mam na myśli zaś taką, która po woduje, że każde wyjście kończy się zamarzaniem dziu rek w nosie, oraz tę, przez którą w moim domu panuje srogi chłód bez względu na to, ile węgla zużywam. Zimie, przez którą ostatnimi czasy brakowało opału we wszyst kich okolicznych składach węgla, bo ni z tego, ni z owe go postanowiła przypomnieć nam stare dobre lata, gdy minus trzydzieści stopni to była norma. Szczerze mówiąc, nie podobało mi się to, co owa nieprzyjazna pora roku wyczynia, i byłam skłonna obwiniać ją o całe zło – że pies dostał zapalenia uszu i wyłysiał, że wystawiony na noc do
•7•
przedpokoju rosół zamarzł na kość, a temperatura panu jąca w domu zniechęcała do zdejmowania z siebie jakich kolwiek części garderoby, co skutecznie ograniczyło moje życie seksualne do zera. I zapewne między innymi dlate go mój mąż poszedł sobie do innej, młodszej pani, któ ra zajmowała miłe i ciepłe mieszkanko w bloku, więc, jak przypuszczałam, mogła sypiać w skąpych nocnych koszul kach, a nie w dresie z kilkoma bluzami. Jakieś resztki roz sądku mówiły mi wprawdzie, że mój małżonek poszedł by sobie wcześniej czy później niezależnie od panującej temperatury, ale przecież musiałam obarczyć kogoś winą. No i padło na zimę. I tak jestem kobietą porzuconą. Broń Boże, nie samotną! Nie należy mylić tych dwóch pojęć, bo mają diametralnie różne znaczenia. Gdybym była samotna, mogłabym sobie pozwolić na pogrążenie się w bólu, popadnięcie w alko holizm i totalne rozmemłanie. Ewentualnie zaczęłabym prowadzić rozwiązły tryb życia, udowadniając sobie, że nadal jestem atrakcyjna seksualnie, a mój mąż to ślepiec, który nie wie, co stracił. Niestety nie jestem w tak dobrej sytuacji. Mój szanowny małżonek bowiem zostawił mnie z całym naszym przychówkiem, czyli piętnastoletnią cór ką, dwoma psami i jednym kotem. Towarzystwo skutecz nie uniemożliwiające zrealizowanie którejkolwiek z wyżej
•8•
wymienionych opcji. Pozostawił mi także sporo dylema tów, na przykład taki, jak zawiadamia się o tym, że właś nie zostało się porzuconą? Na ślub wysyła się zaproszenia, ale w takim przypadku? Właściwie może pisemne zawia domienie wcale nie byłoby złym rozwiązaniem. Uniknę łabym osobistego opowiadania o tym przykrym wydarze niu. Albo jeszcze lepiej – zamiast listów jedno ogłoszenie w prasie. Nawet mam gotową treść: UPRZEJMIE INFORMUJĘ, ŻE DNIA TEGO I TEGO MÓJ MĄŻ SOBIE POSZEDŁ. NIEUTULONA W ŻALU MAJA W.
Zmęczona snuciem niemożliwych do realizacji planów postanowiłam zadzwonić do przyjaciółki, która jak na złość miesiąc temu wyjechała do Francji, by tam układać sobie życie z ukochanym mężczyzną. Telefon za granicę w tym konkretnym wypadku był niebywałą rozrzutnoś cią, ale wyszłam z założenia, że żyje się raz i do tego nie wiadomo jak długo, bo być może moja krucha psychika nie poradzi sobie z obciążeniem i na przykład popełnię samobójstwo. Ledwo wykręciłam numer, a już ogarnęło mnie zwątpienie. Wprawdzie Jagoda była moją najlepszą przyjaciółką, z nią już beczkę soli zjadłam i konie mogłam
•9•
kraść (aczkolwiek z wrodzonej i wyuczonej uczciwości ni gdy z tego nie skorzystałam), ale co mam jej powiedzieć? Moja świętej pamięci babcia rzekłaby zapewne, że po pro stu prawdę, ale co w sytuacji, kiedy prawda jest skompli kowana i nie do ujęcia w dwóch prostych zdaniach? Już byłam bliska rozłączenia się (zapewne wyszłoby to na do bre mojemu portfelowi), gdy w słuchawce odezwał się lek ko ochrypły głos Jagody. – Cześć – odpowiedziałam ponuro na nieśmiertelne „słucham”. – Maja? To naprawdę ty? – ucieszył się głos w słu chawce. – A co się stało, że dzwonisz? Jak tego dokona łaś, iż twój mąż, miast kazać ci oszczędzać na ocieplenie domu, naprawę dachu oraz opał, zezwolił na telefon? I to za granicę? – Eee, Jagoda, daj spokój… Dzwonię, bo się stęskniłam. – Bardzo nie podoba mi się to, co słyszę – zawiadomi ła mnie moja kochana przyjaciółka. – No a co ci się nie podoba? Tęsknić już nie wolno? Chyba nie wątpisz, że ja też miewam jeszcze jakieś ludz kie uczucia. – Nie chodzi o uczucia, ale o twój ton, Majeczko. Brzmi podobnie jak wtedy, gdy w szóstej klasie rzucił cię ten mały paskudny Grześ z odstającymi uszami. Stało się coś?
• 10 •
– Tak – potwierdziłam i jakoś zabrakło mi odwagi. Prob lem Grzesia wydał mi się nie tylko adekwatny do sytuacji, ale dodatkowo wywołał żal, że mój niebawem były mąż nie chodzi do podstawówki. Mogłabym go wtedy ubezwłasno wolnić albo przekupić batonikiem. Musiałam jednak coś Jagodzie odpowiedzieć. – Toska ma chore uszy i komplet nie wyłysiała na grzbiecie – zwierzyłam się, płacząc rzewnie. – No i chcesz mi powiedzieć – odezwała się po chwili ciszy Jagoda – że dlatego do mnie dzwonisz cała we łzach? Żeby poinformować mnie, że twój pies wyłysiał? – A co, niedobry powód? – wyszlochałam. – Tak bez wstępu mam ci oświadczyć, że zamarzam w tej pieprzo nej ruinie, węgla w składach brakuje, weterynarz kosztu je majątek, a mój mąż wolał ciepłe mieszkanko u jakiejś zdziry?! Sama chciałaś! Ja wolałam jakoś tak delikatnie to powiedzieć, żeby nie wywoływać szoku i niezdrowej eks cytacji. A ty… – Boże, czekaj, czy ja dobrze słyszę? – Nie mów do mnie „Boże”, bo się peszę – odpowie działam, pociągając nosem. – Dobrze usłyszałaś. – Wiesz co, Maja – w głosie Jagody słychać było ukry tą troską – przede wszystkim odłóż słuchawkę. Ja zadzwo nię do ciebie. – Nie przesadzaj, na ten jeden telefon jeszcze mnie stać – odburknęłam.
• 11 •
– Nie wątpię, ale wolałabym mieć świadomość, że po nim stać cię również na jedzenie i opłacenie r achunków. Szkoda czasu na dyskusję. Rozłączam się i zaraz zadzwo nię. – Nie czekając na moją odpowiedź, odłożyła słu chawkę. Po rozmowie z Jagodą stwierdziłam, że telefon do niej był jednym z mądrzejszych pomysłów, na jakie wpadłam przez ostatnie dni. Przede wszystkim Jagódka nie była osobą, która biadoliła. Zaczęła, jak to ona, rzeczowo, od ustalenia niezbędnych faktów. – Jak ten pieprzony gnojek mógł ci coś takiego zro bić? – wybuchła, gdy tylko podniosłam słuchawkę. – Najnormalniej w świecie – stwierdziłam spokojnie, bo czekając na jej telefon (czyli jakieś dwadzieścia sekund), zdążyłam się uspokoić i nawet wyeliminowałam pociąga nie nosem. – Powiedział, że chyba najwyższy czas, żebym się dowiedziała, potem wyjął walizkę, wrzucił tam trochę swoich rzeczy, zadzwonił po taksówkę i, mówiąc obrazo wo, odjechał z mojego życia. – A co ze zwierzakami i utrzymaniem? – No cóż, ostatnio, kiedy się widzieliśmy, stwierdził, że cała ta menażeria to przecież mój pomysł. Nie pytałam, czy Marysię też do niej zalicza, bo jeszcze, nie daj Boże, uzyskałabym odpowiedź twierdzącą.
• 12 •
– A ten dom? – Nie wiesz? – zdobyłam się na ironiczny ton. – To przecież ja zawsze chciałam mieszkać w małym roman tycznym domku. – I ta ruina ma być spełnieniem tego twojego roman tycznego marzenia? – Też się sobie dziwię. I mam niezbite przekonanie, że zwariowałam, bo cały czas wracam w pamięci do tego, jak przed kupnem tego czegoś namawiałam Igora, byśmy jed nak jeszcze się zastanowili. Ale zapewne to też sobie wy myśliłam. – W takim razie obie cierpimy na tę przypadłość, bo byłam przy tej urojonej rozmowie. – W słuchawce usły szałam, że Jagoda bębni palcami o blat. – Moje szaleństwo jest najwidoczniej zaraźliwe – wes tchnęłam. – No dobrze, to co masz zamiar teraz zrobić? I co na to Marysia? – Ja… Cóż, nie będę cię okłamywać, ale jakoś tak spra wy wymknęły mi się spod kontroli i właściwie wszyst ko dzieje się poza mną. To mój mąż w tym związku jest stroną, która cokolwiek zamierza. O ile wiem, w najbliż szych planach ma rozwód. Ze mną, rzecz jasna. A Ma rysia jest na niego wściekła. W pełni się ze mną solidaryzuje.
• 13 •
– Hmm… Ale chyba nie zamierzasz mu odpuścić ali mentów, domu, samochodu… – Samochód już zabrał. Powiedział, że dom mi zosta wia. Alimenty pewnie i tak będą przyznane, bo Marysia jest nieletnia. A tak w ogólne to nie wiem, jak mam teraz z tym żyć – wymknęło mi się. – Maja, no jak to: jak? Nie strasz mnie takimi teks tami. Żałuję, że jestem tak daleko. – Jagoda westchnę ła. – A jak w pracy? – Jeżeli dyplomatycznie chcesz się dowiedzieć, czy jesz cze pracuję, to odpowiedź brzmi: tak. Na całe szczęście zresztą, bo gdybym siedziała bezczynnie w domu, to albo bym zwariowała, albo zamarzła. Nie wiem, która opcja bardziej mi się podoba. Po pracy natomiast staram się nigdzie nie wychodzić z obawy, że spotkam kogoś zna jomego i na pytanie „co słychać?” rzewnie się rozpłaczę albo nie będę wiedziała, co powiedzieć. To ostatnio mój największy dylemat, co mam zrobić, by wszyscy się do wiedzieli, a jednocześnie, żebym nie musiała każdemu z osobna o tym opowiadać. Myślałam już o czymś w ro dzaju nekrologu w gazecie, jakimś pisemnym zawiadomieniu… – Majka, zamknij się wreszcie, bo nie mogę się sku pić, jak tyle gadasz – fuknęła gniewnie Jagoda. – Lepiej mi powiedz, czy jesteś pewna, że to tak już definitywnie?
• 14 •
– Co definitywnie? – Byłam lekko zaniepokojona jej oficjalnym tonem. – No, że on już nie wróci, że to nie jest jakiś głupi wy bryk, a ty na pewno nie chcesz z nim być? – Jagoda – odpowiedziałam po długiej chwili milcze nia, bo pytania, które przed momentem padły, zadawałam sobie już milion razy, ale jakoś nie mogłam znaleźć żadnej satysfakcjonującej odpowiedzi. – Jestem pewna. – Tym razem ku mojemu zaskoczeniu odpowiedź błyskawicznie się pojawiła. – On nie ma zamiaru wracać, o ile mi wia domo, zamierza natomiast złożyć pozew o rozwód. Moje chcenie nie ma tu żadnego znaczenia. Jeśli nawet to tyl ko głupi wybryk, chyba pora, by Igor przekonał się, że za głupotę się płaci. Prędzej czy później. Najbardziej żału ję, że nie ma sposobu, żeby to wszystko ominęło Marysię. Ale na to nic już nie mogę poradzić. Tkwienie w nieuda nym małżeństwie tylko dla dobra dziecka jest bzdurą, co do tego jednego nie mam wątpliwości. – Skoro tak, to coś wymyślę – mruknęła Jagoda. – Mu szę tylko mieć trochę czasu. – A co ty, Jagódko, możesz wymyślić? Czy tego chcemy, czy nie, scenariusz napisał już mój mąż. To jest tak zwana sytuacja bez wyjścia – stwierdziłam gorzko. – Kochana, z całą pewnością nie ma czegoś takiego jak sytuacja bez wyjścia. Zawsze można coś zrobić. Na razie
• 15 •
pomyślę, co wykombinować, żebyś nie musiała każde mu z osobna opowiadać o tym, jaką wredną świnią oka zał się Igor. – Jagoda, czy ty siebie słyszysz? To niewykonalne. Kie dyś będę musiała stawić temu czoła i po prostu oznajmić, że po tylu latach zostałam sama. Kryśka mówi, że powin nam olać innych i myśleć tylko o sobie, ale strasznie się boję, bo ludzie będą się dopytywać, a ja nie mam ochoty opowiadać o swojej sytuacji na prawo i lewo. – To nie opowiadaj – asertywnie stwierdziła Jago da. – A tak w ogóle to pesymistka z ciebie. Jak mówię, że coś wymyślę, to wymyślę. Muszę teraz kończyć. Odezwę się jutro. I pamiętaj, skoro jest tak źle, że gorzej być nie może, to też dobra wiadomość. Kończąc rozmowę, nie miałam pojęcia, że już niedłu go się okaże, iż wbrew pozorom może być gorzej. Ale odkładając słuchawkę, trwałam w przekonaniu, że już nic obrzydliwszego mnie nie spotka. Przecież na zdro wy rozsądek nieszczęścia też powinny mieć jakiś nieprze kraczalny limit. Cóż, jak się miałam przekonać, w moim przypadku prawdziwe było raczej powiedzenie, że rzeczą ludzką jest błądzić… I gorzko się mylić.
G
orzej zaczęło dziać się już w momencie, gdy Mary sia wróciła ze szkoły i nie zdejmując butów, wpadła jak burza do kuchni. – Mamo, będą kłopoty – oznajmiła bez wstępów, jed nocześnie wyplątując się z dwumetrowego szalika. – Jakoś mnie to przesadnie nie dziwi – stwierdziłam, przypatrując się, jak śnieg oblepiający buty mojej cór ki zmienia się w malowniczą błotnistą kałużę. Było to nawet pocieszające, bo wskazywało, że w domu mamy jednak temperaturę dodatnią. – No to co tam się stało, kogo mam bić i za co? – zapytałam, siląc się, by mój głos brzmiał zachęcająco. – Właściwie nie wiem, jak mam ci to powiedzieć. – Ma rysia powoli rozpinała kożuszek, po czym niedbale rzu ciła go na krzesło. – Prawdopodobnie zostaniesz wezwa na do szkoły.
• 17 •
Szczerze mówiąc, tego się nie spodziewałam. Jeszcze nigdy nie byłam wzywana do szkoły. Zwykle małe prze winienia mogły spokojnie poczekać do zebrania lub dnia otwartego. Czyżby już zaczynały się problemy związane z rozstaniem? Wprawdzie się z tym liczyłam, ale nie przy puszczałam, że to się stanie tak szybko. – A co się stało? – zapytałam, w ostatnim momencie rezygnując z pytania „co narozrabiałaś?”. – Nic poza tym, że nie lubię wścibskich nauczycielek – odpowiedziało moje dziecko wyniośle. – Nie wiem jak, ale musiało się roznieść po okolicy, że ojciec się wyniósł. I wyobraź sobie, Klucha podchodzi do mnie na przerwie i pyta, czy to prawda, że tatuś się wyprowadził. Zamarłam. Potem, gdy już odzyskałam zdolność lo gicznego myślenia, pogratulowałam sobie w duchu, że jednak nie wystartowałam z tym „co narozrabiałaś?”. Ład nie bym wyglądała. Tak na marginesie, świetne nauczy cielki uczą te biedne dzieci. Cóż za pedagogiczne podej ście, podchodzić do uczennicy i wypytywać ją o prywatne sprawy rodziców! Sama z wykształcenia byłam nauczyciel ką, miałam za sobą kilka lat praktyki i w głowie mi się nie mieściło, jak można zadać takie pytanie dziecku. Nagle poczułam, że zalewa mnie wściekłość. Z trudem się opa nowałam. – I co? – zapytałam spokojnie.
• 18 •
– No to jej powiedziałam, że się nie wyprowadził, tyl ko mama go wyrzuciła, bo zadawał zbyt wiele pytań – do kończyła triumfalnie Marysia. – Myślę, że Klucha mi tego nie odpuści. Pewnie cię wezwie. – Nie wezwie – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. – Nie będzie musiała. Sama się do niej pofatyguję. Myślę, że obie – ty i ja – mamy prawo do prywatności, a to jest już szczyt wszystkiego. Żeby tak bezczelnie, i to do dziecka… – Mamo, nie mów do mnie dziecko! – Nie do ciebie, lecz o tobie – sprostowałam, z niechę cią zdejmując trzecią z kolei bluzę i czując, jak na rękach zaczyna pojawiać mi się gęsia skórka. Skoro szłam na spot kanie z wychowawczynią mojej córki, wielowarstwowy ubiór odpadał. Narzuciłam na siebie coś niewiarygodnie cienkiego, co kiedyś, w dawnych czasach, gdy mieszkali śmy w bloku, niemądrze zakwalifikowałam jako cieplej szą wyjściową bluzkę. – Idę – oznajmiłam Marysi. – I nic się nie martw. Wszystko załatwię. – Wolałabym, żebyś tak nie mówiła – mruknęła moja córka. – Nie wiem dlaczego, ale brzmi to bardzo niepo kojąco. Kluchę zastałam w pokoju nauczycielskim, gdzie z beztro ską miną siedziała nad parującą szklanką herbaty. Z pew nym mściwym zadowoleniem zauważyłam, że na mój
• 19 •
widok natychmiast zmienił jej się wyraz twarzy. I dobrze. Znaczyło to, że sumienie ma nieczyste i łatwiej będzie do niego przemówić. – Hmm… Mama Marysi – powiedziała, nerwowo wstając od stołu i rozlewając sporo herbaty. – Co panią do mnie sprowadza? – Chęć odbycia pedagogicznej pogadanki – odparłam z miłym uśmiechem. – Myślę, że to pani powinna ją za cząć – dodałam prowokująco. Prawdę powiedziawszy, życzyłam sobie wyprowadzenia wścibskiej baby z równowagi, ale to, co się stało, przekro czyło moje najśmielsze oczekiwania. Klucha przez moment stała nieruchomo nad stołem, po którym malowniczo roz lewała się przez nikogo nieujarzmiana herbaciana kałuża, a potem nagle opadła na krzesło i chowając twarz w dło niach, zaczęła szlochać. Spodziewałam się wszystkiego poza rzewnym płaczem. Jedynym plusem było niewątpliwie to, że poza nami pokój nauczycielski świecił pustkami. – Ja wiedziałam! – szlochała Klucha. – Wiedziałam, że pani tutaj przyjdzie, i zupełnie nie wiem, co mam pani powiedzieć. Nie mam pojęcia, co mnie opętało, dlacze go zadałam to idiotyczne pytanie. Doskonale wiem, że nie powinnam tego robić i nie pozostaje mi nic innego, jak serdecznie panią przeprosić i… – Tu dramatycznie za wiesiła głos. – I prosić o zachowanie dyskrecji. Przecież
• 20 •
jeżeli to się rozniesie, dyrektor Starachowicki mi nie da ruje. Stracę pracę, a nie jestem już najmłodsza… Niech że pani będzie człowiekiem! Człowiekiem niewątpliwie byłam. Burknięciem wy raziłam nadzieję, że podobna sytuacja nigdy się nie po wtórzy. Gdybym wiedziała, iż na takie oświadczenie Klucha zechce wycałować mnie siarczyście, moje czło wieczeństwo zostałoby wystawione na ciężką próbę. Kie dy w końcu opuściłam pokój nauczycielski, poczułam, że jest mi niebywale gorąco (szkoła w przeciwieństwie do mojego domu była porządnie ogrzewana) i czuję potwor ny niesmak. Wyciągnęłam z torebki paczkę chusteczek higienicznych i dokładnie wytarłam obślinione policz ki. Wprawdzie miałam świadomość, że Klucha zerka na mnie zza uchylonych drzwi, ale jakoś mało mnie to ob chodziło. Gdy wychodziłam ze szkoły, w torebce zadźwię czała komórka. Dzwoniła Marysia. – Mamo – powiedziała, zanim zdążyłam się odezwać – wracaj szybko. Ojciec przyszedł i chce z tobą porozma wiać. Jest jakiś dziwny, jakby zielony. – Zaraz będę – odpowiedziałam i ogarnęło mnie nie pokojące przeczucie. Może to mój pierwotny instynkt, wymuszony przez sytuację, budził się do życia. Tak czy siak, drogę do domu przebyłam biegiem, bijąc niewątpli wie wszelkie rekordy czasowe.
• 21 •
Po wejściu do pokoju zauważyłam, że faktycznie Igor jest zielonkawosiny. Widocznie odzwyczaił się od niskich tem peratur, pomyślałam mściwie. Co więcej, nie wykazał się inteligencją, bo zamiast jakiegoś porządnego grubego swe tra miał na sobie cieniutką koszulkę. Patrząc, jak dygo cze z zimna, przypomniałam sobie, że ja też jestem nader lekko ubrana i roztropnie postanowiłam zostać w kurtce. – Mów, czego chcesz, i nie przeciągajmy tej niemiłej wizyty – burknęłam, nie siląc się na wstępy. Naciągając na nogi grube wełniane bambosze, zerknęłam na jego gołe stopy i poczułam, jak po plecach przelatuje mi nieprzy jemny chłód. Oczywiście, dosłownie rzecz ujmując, stopy były w skarpetkach, ale mając na uwadze lodowaty wiate rek, który wpadał przez dziurawą podłogę, stwierdzenie „gołe” było jak najbardziej uzasadnione. – Tak… Nie masz przypadkiem jakichś kapci, które bym mógł… Bo wiesz, Marysia kazała mi zdjąć buty. – Igor odchrząknął i wymownie podkulił palce obleczone w cie niutkie skarpetki. – Kapcie zabrałeś wraz z resztą swoich rzeczy – odpo wiedziałam rzeczowo, obojętnym tonem, a w duchu po gratulowałam sobie córki. – Myślę więc, że to pytanie jest nie na miejscu. A teraz mów, czego chcesz, bo po pierw sze, szybciej uwolnisz mnie od twojego towarzystwa, a po drugie, będziesz krócej marzł.
• 22 •
– Może lepiej zamknij drzwi. – Igor ukradkiem spoj rzał w stronę kuchni. – Wolałbym, żeby to, co powiem, chwilowo zostało między nami. Coś w jego głosie spowodowało, że bez słowa wstałam i zrobiłam, o co prosił. – Boże, nie wiem, jak mam ci to powiedzieć – wes tchnął i potarł ręką czoło. – Naprawdę nie wiem – powtó rzył i spojrzał mi w oczy bezradnym spojrzeniem zbitego psa. Lecz zamiast odnieść oczekiwany skutek – czyli, jak przypuszczam, obudzić współczucie – wywołał we mnie tylko wściekłość. – Nie dalej jak parę dni temu bez skrupułów oznaj miłeś mi, że masz kochankę, wyprowadzasz się do niej i zamierzasz się ze mną rozwieść! Nie wciskaj mi więc teraz głodnych kawałków o tym, że nie wiesz, jak masz mi coś powiedzieć! – krzyknęłam i poczułam, że naj chętniej bym go stłukła na kwaśne jabłko. – Skoro już tu przyszedłeś, to mów, o co chodzi, albo wynoś się do tej swojej lafiryndy i nie nadwyrężaj mojej cierpliwości! – Jak chcesz – fuknął urażony. – Ale jeżeli mogę ci coś poradzić… – Nie możesz – przerwałam mu obcesowo. – No więc? – Mam problemy – wyznał mi mój niebawem były mąż i zamilkł jak zaklęty.
• 23 •
– No i…? – Ponagliłam go zniecierpliwiona. – Jak na razie nie powiedziałeś mi nic nowego. Ja też mam mnó stwo problemów, i to większość przez ciebie. Więc jeżeli to tylko tyle, mogę ci z czystym sumieniem powiedzieć, że są gorsze nieszczęścia. – Otóż dochodzimy do sedna sprawy – mruknął Igor, a ja zauważyłam, że odcień zieleni na jego twarzy się pogłębił. – To znaczy? – To znaczy, że doszliśmy do tych gorszych nieszczęść. Posłuchaj, wziąłem kredyt. Bardzo duży kredyt. Pod za staw tego domu. A moja firma zbankrutowała. Pamiętasz, jak parę miesięcy temu mówiłem ci o świetnym interesie? – O tym, który miał być kurą znoszącą złote jaja – podpowiedziałam usłużnie. – Otóż nie wyszło – ciągnął Igor, udając, że ogłuchł i nie słyszał mojej uwagi – i zostały mi jedynie same dłu gi. Dlatego lada moment zabiorą ten dom. Nie mam już nic. Samochód komornik zajął wczoraj. – Czekaj, czekaj – powiedziałam bardzo powoli, bo wydawało mi się, że czegoś nie zrozumiałam lub ewentu alnie się przesłyszałam. – Chcesz mi powiedzieć, że zabie rają dom? Ten dom? I ty wziąłeś pożyczkę hipoteczną bez mojej wiedzy? Zanim odpowiesz, przemyśl to dobrze, bo ja za siebie nie ręczę, jeżeli usłyszę potwierdzenie.
• 24 •
– Tu nie ma się nad czym zastanawiać. Wziąłem kre dyt bez twojej wiedzy, bo nie chciałem cię denerwować. Interes był prawie pewien. I… – Prawie pewien? – zapytałam, czując, że wzbiera we mnie furia. – Prawie pewien?! I ty w tym prawie pew nym interesie utopiłeś całą naszą egzystencję?! Jak mog łeś zrobić coś takiego?! Przecież to jest cholerne świń stwo! I co teraz? Ty zabezpieczyłeś sobie wikt i opierunek u tej tam, ale co z Marysią? Rozumiem, że ja cię nie ob chodzę, ale dziecko? Jak mogłeś coś takiego zrobić swojej córce? – Nie sądziłem, że to tak się skończy. Ale nie dramaty zuj, w końcu to nie pałac, coś się wymyśli. – Igor nerwo wo przeczesał ręką czuprynę, a ja po raz kolejny w ciągu ostatnich dni poczułam się całkowicie bezradna. Dopiero po kilku minutach groza sytuacji w pełni do mnie dotarła. Mój mąż nie tylko mnie zdradził i porzu cił, on mnie jeszcze oszukał w najgorszy możliwy sposób. Zabrał mi poczucie bezpieczeństwa i nawet się nie wysilił, żeby powiedzieć przepraszam. Niewiele by to wprawdzie zmieniło, ale zawsze coś. Wstałam i pomaszerowałam do przedpokoju. Bez słowa wyciągnęłam z szafy walizkę i za częłam pakować swoje rzeczy. Marysia wybiegła za mną i przez moment przyglądała się w milczeniu, jak wrzucam do walizki, co popadnie.
• 25 •
– Mamo, co robisz? – zapytała w końcu. – Pakuję się – wyjaśniłam zwięźle i nagle poczułam, że dłużej tego nie wytrzymam. Wybuchnęłam płaczem. – Ty też zacznij. Przenocujemy dzisiaj u cioci Krysi. Wszystko wyjaśnię ci po drodze. – Majka, jak zwykle przesadzasz. – Igor wyszedł za mną do przedpokoju i patrzył na mnie z pobłażaniem. – Prze cież jeszcze nie ma nakazu eksmisji, komornik nie poja wi się tutaj w tej chwili, a ty wychowujesz dziecko na hi steryczkę. Popatrzyłam na niego jak na kosmitę. Coś było w tym porównaniu, bo kolor zielony jeszcze niezupełnie zlazł mu z twarzy, i pomyślałam, że nie ma sensu się odzy wać. Żeby na niego nie patrzeć, prawie cała zakopałam się w ubraniach. – Myślę, tato – usłyszałam przytłumiony przez ciu chy głos Marysi – że jesteś ostatnią osobą, która może mamie zwracać uwagę. Ona przynajmniej jest uczciwa. Nie wiem jeszcze, co zrobiłeś, ale już cię za to nie znoszę i mam nadzieję, że za każdą minutę, którą mama przez ciebie przepłakała, życie ci porządnie dokopie, a tamta, z którą mieszkasz, przejrzy w końcu na oczy i wyrzuci cię na zbity pysk. – Marysiu, jak ty się do mnie odzywasz, natychmiast przeproś!
• 26 •
– Tato, ja też oglądałam Seksmisję – prychnęła moja córka – i bardzo żałuję, że nie ma tutaj takich układów jak tam wtedy. Z przyjemnością bym wykorzystała skal pel, by cię tego i owego pozbawić! Zanurzona w szafie z ubraniami słuchałam oniemia ła wykładu, który Marysia wygłosiła ojcu, i myślałam sobie, że moja córka właśnie powiedziała to, co właści wie powinnam powiedzieć ja. Z tym że w przeciwień stwie do mnie ona nie miała z tym kłopotu. I tego z ca łego serca jej zazdrościłam. Ale w ustach piętnastolatki ów fragment o skalpelu zszokował nawet mnie, dlatego się nie zdziwiłam, że potem już mój podły mąż milczał jak zaklęty. Wreszcie zasunęłam suwak od walizki, złapałam kota do klatki i zadzwoniłam po taksówkę. Igor na pożegna nie popukał się palcem w czoło, a widząc podjeżdżający samochód, złapał mnie za ramię. – I tak jeszcze będziemy musieli się skontaktować, bo być może wierzyciele zechcą się spotkać i porozmawiać też z tobą na temat długów. – Mogłeś ze mną rozmawiać, zanim wziąłeś kredyt. To był nie tylko twój dom! I nie tylko twoje życie. Jesteś dra niem i egoistą. Żegnam. – Z tymi niby miażdżącymi sło wami, które nawet w moich uszach brzmiały jakoś słabo i bezbarwnie, wsiadłam do taksówki.
• 27 •
Taksówkarz popatrzył na mnie spode łba. – Co tam? – zagaił beztrosko. – Kłótnia małżeńska? Po pani to widać, że kobitka z ikrą. Aż zazdroszczę pani mę żowi, jak pomyślę o godzeniu się. Ale żeby tak na całego, od razu brać walizkę i wszystko… W lusterku widział klatkę z kotem, w której był wiel ki kocioł, zupełnie jakby znajdowało się w niej kilka po tężnych kocurów, a nie jeden średniej tuszy zwierzak. Kot nie lubił podróży. Ja z całą pewnością nie lubiłam tak sówkarza. Powody były dwa: bo facet, a do tego jeszcze wścibski. – Wie pani – ciągnął niezrażony moim milczeniem – jak tak się jeździ, człowiek się nasłucha tylu historii, że po tem już nic nie dziwi. Jeśli pani chce, niech się pani wy gada, jestem cierpliwy i wszystko zniosę. Spojrzałam na niego morderczym wzrokiem i pomy ślałam sobie, że wcale się nie dziwię fali zbrodni, jaka pe wien czas temu dopadła taksówkarzy. Sama chętnie wy najęłabym mordercę, by załatwił faceta, który siedział za kółkiem. Albo osobiście rąbnęłabym swojego kierowcę czymś ciężkim w głowę, ale nie miałam pewności, czy sąd uznałby to za obronę konieczną. Następnie doszłam do wniosku, że ten zawód powinni wykonywać wyłącz nie niemi. Przy takim ciekawskim idiocie nawet nie mog łam spokojnie popłakać.
• 28 •
Za to wypłakałam się za wszystkie czasy później, gdy widmo rozgadanego taksówkarza odjechało w siną dal, a ja siedziałam na kanapie w domu Krysi. Jej mąż poje chał po Marysię, która została w domu, bo do taksówki nie zmieściliśmy się wszyscy z kotem i psami, więc swo bodnie mogłam zdać jej relację z najnowszych wydarzeń. – I tak, pomijając wszystko inne, nie mam teraz gdzie mieszkać – chlipałam, pociągając nosem. – Chryste! – Krysia zamilkła na dłuższy czas. – No i co teraz zrobisz? – zapytała po chwili. Wpadłam na genialny pomysł. – Zabiję go. Zabiję i dostanę rentę na dziecko. Wynaj mę małą, rozsypującą się drewnianą ruinkę, będę przy marzać zimą, a latem zabijać wyłażące zewsząd karaluchy. I tak spędzę resztę życia. Chyba że mnie wcześniej zamkną w więzieniu. Wtedy pociągnę tam trochę o chlebie i wo dzie, a potem odwalę kitę. – W dzisiejszych czasach byś się raczej utuczyła – spro stowała Kryśka z westchnieniem. – Więźniowie mają le piej niż my wszyscy. Jeszcze mogłabyś spokojnie pocho dzić na siłownię, aerobik i takie tam. Gdyby głębiej się nad tym zastanowić, to może jakbym ci pomogła w tym morderstwie, zamknęliby mnie za współudział? Od daw na marzą mi się wczasy ze wszystkimi wygodami. Ale, co teraz?
• 29 •
– Nie wiem. Najgorsze jest to, że zupełnie tego nie ogarniam. W jednym momencie runął cały mój świat. Fa cet, którego kochałam, mówi, że byłam po prostu pomył ką, i pozbawia mnie wszelkich środków do życia. Marysia jest cudowna, ale przed nią muszę udawać silną i twardą. A tak naprawdę jestem potwornie bezradna i zmęczona. Co ja mam zrobić, no powiedz, co? – Nie wiem. – Moja przyjaciółka, która zwykle zna ła odpowiedź na każde pytanie, pokręciła bezradnie gło wą. – Po prostu nie wiem. Słuchaj, jeżeli chcesz, możesz się u mnie zatrzymać, dopóki jakoś nie rozwiążesz tej sytuacji. – Dzięki, ale potrzebuję tylko jednego noclegu – szep nęłam, wydmuchując nos. – Jutro pójdę wyjaśnić wszyst ko rodzicom. – Nie powiedziałaś im jeszcze? – Jakoś naiwnie wierzyłam, że to się samo rozwiąże, chociaż nie mam pojęcia, jak by to się miało stać – wy znałam. – Nie wiem, na co czekałam, bo przecież było jasne, że nawet gdyby Igor nagle chciał wrócić, ja się na to nie zgodzę. Najwyższy więc czas powiedzieć to ma mie i tacie, zanim ktoś inny, życzliwy, zrobi to za mnie. Myślę, że potem zatrzymam się u nich. Ale i tak dzięki za wszystko. – E… daj spokój. – Krysia uśmiechnęła się pokrzepia jąco i ścisnęła moją rękę.
• 30 •
W duchu myślała sobie zapewne, że ma wielkie szczęś cie, bo jej mąż nie chciał mieć nigdy złotych jaj i nie oka zał się kłamliwym padalcem. Nawet nie mogłam mieć do niej pretensji. Na jej miejscu zapewne myślałabym podobnie.