Skip to main content

Uroczysko

Page 1

Magdalena

KORDEL

UROCZYSKO Wydanie drugie poprawione

Wydawnictwo Znak

Krak贸w 2015


Z

ima to najgorsza pora roku, jaką znam. A znam wszyst­ kie, bo los rzucił mnie w strefę klimatyczną, w której występuje pogoda w każdej postaci. Nie mówię tu rzecz jasna o pięknej, śnieżnej zimie widzianej zza okna porząd­ nie ogrzewanego domu. Mam na myśli zaś taką, która po­ woduje, że każde wyjście kończy się zamarzaniem dziu­ rek w nosie, oraz tę, przez którą w moim domu panuje srogi chłód bez względu na to, ile węgla zużywam. Zimie, przez którą ostatnimi czasy brakowało opału we wszyst­ kich okolicznych składach węgla, bo ni z tego, ni z owe­ go postanowiła przypomnieć nam stare dobre lata, gdy minus trzydzieści stopni to była norma. Szczerze mówiąc, nie podobało mi się to, co owa nieprzyjazna pora roku wyczynia, i byłam skłonna obwiniać ją o całe zło – że pies dostał zapalenia uszu i wyłysiał, że wystawiony na noc do

•7•


przedpokoju rosół zamarzł na kość, a temperatura panu­ jąca w domu zniechęcała do zdejmowania z siebie jakich­ kolwiek części garderoby, co skutecznie ograniczyło moje życie seksualne do zera. I zapewne między innymi dlate­ go mój mąż poszedł sobie do innej, młodszej pani, któ­ ra zajmowała miłe i ciepłe mieszkanko w bloku, więc, jak przypuszczałam, mogła sypiać w skąpych nocnych koszul­ kach, a nie w dresie z kilkoma bluzami. Jakieś resztki roz­ sądku mówiły mi wprawdzie, że mój małżonek poszedł­ by sobie wcześniej czy później niezależnie od panującej temperatury, ale przecież musiałam obarczyć kogoś winą. No i padło na zimę. I tak jestem kobietą porzuconą. Broń Boże, nie samotną! Nie należy mylić tych dwóch pojęć, bo mają diametralnie różne znaczenia. Gdybym była samotna, mogłabym sobie pozwolić na pogrążenie się w bólu, popadnięcie w alko­ holizm i totalne rozmemłanie. Ewentualnie zaczęłabym prowadzić rozwiązły tryb życia, udowadniając sobie, że nadal jestem atrakcyjna seksualnie, a mój mąż to ślepiec, który nie wie, co stracił. Niestety nie jestem w tak dobrej sytuacji. Mój szanowny małżonek bowiem zostawił mnie z całym naszym przychówkiem, czyli piętnastoletnią cór­ ką, dwoma psami i jednym kotem. Towarzystwo skutecz­ nie uniemożliwiające zrealizowanie którejkolwiek z wyżej

•8•


wymienionych opcji. Pozostawił mi także sporo dylema­ tów, na przykład taki, jak zawiadamia się o tym, że właś­ nie zostało się porzuconą? Na ślub wysyła się zaproszenia, ale w takim przypadku? Właściwie może pisemne zawia­ domienie wcale nie byłoby złym rozwiązaniem. Uniknę­ łabym osobistego opowiadania o tym przykrym wydarze­ niu. Albo jeszcze lepiej – zamiast listów jedno ogłoszenie w prasie. Nawet mam gotową treść: UPRZEJMIE INFORMUJĘ, ŻE DNIA TEGO I TEGO MÓJ MĄŻ SOBIE POSZEDŁ. NIEUTULONA W ŻALU MAJA W.

Zmęczona snuciem niemożliwych do realizacji planów postanowiłam zadzwonić do przyjaciółki, która jak na złość miesiąc temu wyjechała do Francji, by tam układać sobie życie z ukochanym mężczyzną. Telefon za granicę w tym konkretnym wypadku był niebywałą rozrzutnoś­ cią, ale wyszłam z założenia, że żyje się raz i do tego nie wiadomo jak długo, bo być może moja krucha psychika nie poradzi sobie z obciążeniem i na przykład popełnię samobójstwo. Ledwo wykręciłam numer, a już ogarnęło mnie zwątpienie. Wprawdzie Jagoda była moją najlepszą przyjaciółką, z nią już beczkę soli zjadłam i konie mogłam

•9•


kraść (aczkolwiek z wrodzonej i wyuczonej uczciwości ni­ gdy z tego nie skorzystałam), ale co mam jej powiedzieć? Moja świętej pamięci babcia rzekłaby zapewne, że po pro­ stu prawdę, ale co w sytuacji, kiedy prawda jest skompli­ kowana i nie do ujęcia w dwóch prostych zdaniach? Już byłam bliska rozłączenia się (zapewne wyszłoby to na do­ bre mojemu portfelowi), gdy w słuchawce odezwał się lek­ ko ochrypły głos Jagody.  – Cześć – odpowiedziałam ponuro na nieśmiertelne „słucham”.  – Maja? To naprawdę ty? – ucieszył się głos w słu­ chawce. – A co się stało, że dzwonisz? Jak tego dokona­ łaś, iż twój mąż, miast kazać ci oszczędzać na ocieplenie domu, naprawę dachu oraz opał, zezwolił na telefon? I to za ­granicę?  – Eee, Jagoda, daj spokój… Dzwonię, bo się ­stęskniłam.  – Bardzo nie podoba mi się to, co słyszę – zawiadomi­ ła mnie moja kochana przyjaciółka.  – No a co ci się nie podoba? Tęsknić już nie wolno? Chyba nie wątpisz, że ja też miewam jeszcze jakieś ludz­ kie uczucia.  – Nie chodzi o uczucia, ale o twój ton, Majeczko. Brzmi podobnie jak wtedy, gdy w szóstej klasie rzucił cię ten mały paskudny Grześ z odstającymi uszami. Stało się coś?

• 10 •


– Tak – potwierdziłam i jakoś zabrakło mi odwagi. Prob­ lem Grzesia wydał mi się nie tylko adekwatny do sytuacji, ale dodatkowo wywołał żal, że mój niebawem były mąż nie chodzi do podstawówki. Mogłabym go wtedy ubezwłasno­ wolnić albo przekupić batonikiem. Musiałam jednak coś Jagodzie odpowiedzieć. – Toska ma chore uszy i komplet­ nie wyłysiała na grzbiecie – zwierzyłam się, płacząc rzewnie.  – No i chcesz mi powiedzieć – odezwała się po chwili ciszy Jagoda – że dlatego do mnie dzwonisz cała we łzach? Żeby poinformować mnie, że twój pies wyłysiał?  – A co, niedobry powód? – wyszlochałam. – Tak bez wstępu mam ci oświadczyć, że zamarzam w tej pieprzo­ nej ruinie, węgla w składach brakuje, weterynarz kosztu­ je majątek, a mój mąż wolał ciepłe mieszkanko u jakiejś zdziry?! Sama chciałaś! Ja wolałam jakoś tak delikatnie to powiedzieć, żeby nie wywoływać szoku i niezdrowej eks­ cytacji. A ty…  – Boże, czekaj, czy ja dobrze słyszę?  – Nie mów do mnie „Boże”, bo się peszę – odpowie­ działam, pociągając nosem. – Dobrze usłyszałaś.  – Wiesz co, Maja – w głosie Jagody słychać było ukry­ tą troską – przede wszystkim odłóż słuchawkę. Ja zadzwo­ nię do ciebie.  – Nie przesadzaj, na ten jeden telefon jeszcze mnie stać – odburknęłam.

• 11 •


– Nie wątpię, ale wolałabym mieć świadomość, że po nim stać cię również na jedzenie i opłacenie r­ achunków. Szkoda czasu na dyskusję. Rozłączam się i zaraz zadzwo­ nię. – Nie czekając na moją odpowiedź, odłożyła słu­ chawkę. Po rozmowie z Jagodą stwierdziłam, że telefon do niej był jednym z mądrzejszych pomysłów, na jakie wpadłam przez ostatnie dni. Przede wszystkim Jagódka nie była osobą, która biadoliła. Zaczęła, jak to ona, rzeczowo, od ustalenia niezbędnych faktów.  – Jak ten pieprzony gnojek mógł ci coś takiego zro­ bić? – wybuchła, gdy tylko podniosłam słuchawkę.  – Najnormalniej w świecie – stwierdziłam spokojnie, bo czekając na jej telefon (czyli jakieś dwadzieścia sekund), zdążyłam się uspokoić i nawet wyeliminowałam pociąga­ nie nosem. – Powiedział, że chyba najwyższy czas, żebym się dowiedziała, potem wyjął walizkę, wrzucił tam trochę swoich rzeczy, zadzwonił po taksówkę i, mówiąc obrazo­ wo, odjechał z mojego życia.  – A co ze zwierzakami i utrzymaniem?  – No cóż, ostatnio, kiedy się widzieliśmy, stwierdził, że cała ta menażeria to przecież mój pomysł. Nie pytałam, czy Marysię też do niej zalicza, bo jeszcze, nie daj Boże, uzyskałabym odpowiedź twierdzącą.

• 12 •


– A ten dom?  – Nie wiesz? – zdobyłam się na ironiczny ton. – To przecież ja zawsze chciałam mieszkać w małym roman­ tycznym domku.  – I ta ruina ma być spełnieniem tego twojego roman­ tycznego marzenia?  – Też się sobie dziwię. I mam niezbite przekonanie, że zwariowałam, bo cały czas wracam w pamięci do tego, jak przed kupnem tego czegoś namawiałam Igora, byśmy jed­ nak jeszcze się zastanowili. Ale zapewne to też sobie wy­ myśliłam.  – W takim razie obie cierpimy na tę przypadłość, bo byłam przy tej urojonej rozmowie. – W słuchawce usły­ szałam, że Jagoda bębni palcami o blat.  – Moje szaleństwo jest najwidoczniej zaraźliwe – wes­ tchnęłam.  – No dobrze, to co masz zamiar teraz zrobić? I co na to Marysia?  – Ja… Cóż, nie będę cię okłamywać, ale jakoś tak spra­ wy wymknęły mi się spod kontroli i właściwie wszyst­ ko dzieje się poza mną. To mój mąż w tym związku jest stroną, która cokolwiek zamierza. O ile wiem, w najbliż­ szych planach ma rozwód. Ze mną, rzecz jasna. A Ma­ rysia jest na niego wściekła. W pełni się ze mną s­olidaryzuje.

• 13 •


– Hmm… Ale chyba nie zamierzasz mu odpuścić ali­ mentów, domu, samochodu…  – Samochód już zabrał. Powiedział, że dom mi zosta­ wia. Alimenty pewnie i tak będą przyznane, bo Marysia jest nieletnia. A tak w ogólne to nie wiem, jak mam teraz z tym żyć – wymknęło mi się.  – Maja, no jak to: jak? Nie strasz mnie takimi teks­ tami. Żałuję, że jestem tak daleko. – Jagoda westchnę­ ła. – A jak w pracy?  – Jeżeli dyplomatycznie chcesz się dowiedzieć, czy jesz­ cze pracuję, to odpowiedź brzmi: tak. Na całe szczęście zresztą, bo gdybym siedziała bezczynnie w domu, to albo bym zwariowała, albo zamarzła. Nie wiem, która opcja bardziej mi się podoba. Po pracy natomiast staram się nigdzie nie wychodzić z obawy, że spotkam kogoś zna­ jomego i na pytanie „co słychać?” rzewnie się rozpłaczę albo nie będę wiedziała, co powiedzieć. To ostatnio mój największy dylemat, co mam zrobić, by wszyscy się do­ wiedzieli, a jednocześnie, żebym nie musiała każdemu z osobna o tym opowiadać. Myślałam już o czymś w ro­ dzaju nekrologu w gazecie, jakimś pisemnym zawiadomieniu…  – Majka, zamknij się wreszcie, bo nie mogę się sku­ pić, jak tyle gadasz – fuknęła gniewnie Jagoda. – Lepiej mi powiedz, czy jesteś pewna, że to tak już definitywnie?

• 14 •


– Co definitywnie? – Byłam lekko zaniepokojona jej oficjalnym tonem.  – No, że on już nie wróci, że to nie jest jakiś głupi wy­ bryk, a ty na pewno nie chcesz z nim być?  – Jagoda – odpowiedziałam po długiej chwili milcze­ nia, bo pytania, które przed momentem padły, zadawałam sobie już milion razy, ale jakoś nie mogłam znaleźć żadnej satysfakcjonującej odpowiedzi. – Jestem pewna. – Tym razem ku mojemu zaskoczeniu odpowiedź błyskawicznie się pojawiła. – On nie ma zamiaru wracać, o ile mi wia­ domo, zamierza natomiast złożyć pozew o rozwód. Moje chcenie nie ma tu żadnego znaczenia. Jeśli nawet to tyl­ ko głupi wybryk, chyba pora, by Igor przekonał się, że za głupotę się płaci. Prędzej czy później. Najbardziej żału­ ję, że nie ma sposobu, żeby to wszystko ominęło Marysię. Ale na to nic już nie mogę poradzić. Tkwienie w nieuda­ nym małżeństwie tylko dla dobra dziecka jest bzdurą, co do tego jednego nie mam wątpliwości.  – Skoro tak, to coś wymyślę – mruknęła Jagoda. – Mu­ szę tylko mieć trochę czasu.  – A co ty, Jagódko, możesz wymyślić? Czy tego chcemy, czy nie, scenariusz napisał już mój mąż. To jest tak zwana sytuacja bez wyjścia – stwierdziłam gorzko.  – Kochana, z całą pewnością nie ma czegoś takiego jak sytuacja bez wyjścia. Zawsze można coś zrobić. Na razie

• 15 •


pomyślę, co wykombinować, żebyś nie musiała każde­ mu z osobna opowiadać o tym, jaką wredną świnią oka­ zał się Igor.  – Jagoda, czy ty siebie słyszysz? To niewykonalne. Kie­ dyś będę musiała stawić temu czoła i po prostu oznajmić, że po tylu latach zostałam sama. Kryśka mówi, że powin­ nam olać innych i myśleć tylko o sobie, ale strasznie się boję, bo ludzie będą się dopytywać, a ja nie mam ochoty opowiadać o swojej sytuacji na prawo i lewo.  – To nie opowiadaj – asertywnie stwierdziła Jago­ da. – A tak w ogóle to pesymistka z ciebie. Jak mówię, że coś wymyślę, to wymyślę. Muszę teraz kończyć. Odezwę się jutro. I pamiętaj, skoro jest tak źle, że gorzej być nie może, to też dobra wiadomość. Kończąc rozmowę, nie miałam pojęcia, że już niedłu­ go się okaże, iż wbrew pozorom może być gorzej. Ale odkładając słuchawkę, trwałam w przekonaniu, że już nic obrzydliwszego mnie nie spotka. Przecież na zdro­ wy rozsądek nieszczęścia też powinny mieć jakiś nieprze­ kraczalny limit. Cóż, jak się miałam przekonać, w moim przypadku prawdziwe było raczej powiedzenie, że rzeczą ludzką jest błądzić… I gorzko się mylić.


G

orzej zaczęło dziać się już w momencie, gdy Mary­ sia wróciła ze szkoły i nie zdejmując butów, wpadła jak burza do kuchni.  – Mamo, będą kłopoty – oznajmiła bez wstępów, jed­ nocześnie wyplątując się z dwumetrowego szalika.  – Jakoś mnie to przesadnie nie dziwi – stwierdziłam, przypatrując się, jak śnieg oblepiający buty mojej cór­ ki zmienia się w malowniczą błotnistą kałużę. Było to nawet pocieszające, bo wskazywało, że w domu mamy jednak temperaturę dodatnią. – No to co tam się stało, kogo mam bić i za co? – zapytałam, siląc się, by mój głos brzmiał zachęcająco.  – Właściwie nie wiem, jak mam ci to powiedzieć. – Ma­ rysia powoli rozpinała kożuszek, po czym niedbale rzu­ ciła go na krzesło. – Prawdopodobnie zostaniesz wezwa­ na do szkoły.

• 17 •


Szczerze mówiąc, tego się nie spodziewałam. Jeszcze nigdy nie byłam wzywana do szkoły. Zwykle małe prze­ winienia mogły spokojnie poczekać do zebrania lub dnia otwartego. Czyżby już zaczynały się problemy związane z rozstaniem? Wprawdzie się z tym liczyłam, ale nie przy­ puszczałam, że to się stanie tak szybko.  – A co się stało? – zapytałam, w ostatnim momencie rezygnując z pytania „co narozrabiałaś?”.  – Nic poza tym, że nie lubię wścibskich nauczycielek – odpowiedziało moje dziecko wyniośle. – Nie wiem jak, ale musiało się roznieść po okolicy, że ojciec się wyniósł. I wyobraź sobie, Klucha podchodzi do mnie na przerwie i pyta, czy to prawda, że tatuś się wyprowadził. Zamarłam. Potem, gdy już odzyskałam zdolność lo­ gicznego myślenia, pogratulowałam sobie w duchu, że jednak nie wystartowałam z tym „co narozrabiałaś?”. Ład­ nie bym wyglądała. Tak na marginesie, świetne nauczy­ cielki uczą te biedne dzieci. Cóż za pedagogiczne podej­ ście, podchodzić do uczennicy i wypytywać ją o prywatne sprawy rodziców! Sama z wykształcenia byłam nauczyciel­ ką, miałam za sobą kilka lat praktyki i w głowie mi się nie mieściło, jak można zadać takie pytanie dziecku. Nagle poczułam, że zalewa mnie wściekłość. Z trudem się opa­ nowałam.  – I co? – zapytałam spokojnie.

• 18 •


– No to jej powiedziałam, że się nie wyprowadził, tyl­ ko mama go wyrzuciła, bo zadawał zbyt wiele pytań – do­ kończyła triumfalnie Marysia. – Myślę, że Klucha mi tego nie odpuści. Pewnie cię wezwie.  – Nie wezwie – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. – Nie będzie musiała. Sama się do niej pofatyguję. Myślę, że obie – ty i ja – mamy prawo do prywatności, a to jest już szczyt wszystkiego. Żeby tak bezczelnie, i to do dziecka…  – Mamo, nie mów do mnie dziecko!  – Nie do ciebie, lecz o tobie – sprostowałam, z niechę­ cią zdejmując trzecią z kolei bluzę i czując, jak na rękach zaczyna pojawiać mi się gęsia skórka. Skoro szłam na spot­ kanie z wychowawczynią mojej córki, wielowarstwowy ubiór odpadał. Narzuciłam na siebie coś niewiarygodnie cienkiego, co kiedyś, w dawnych czasach, gdy mieszkali­ śmy w bloku, niemądrze zakwalifikowałam jako cieplej­ szą wyjściową bluzkę. – Idę – oznajmiłam Marysi. – I nic się nie martw. Wszystko załatwię.  – Wolałabym, żebyś tak nie mówiła – mruknęła moja córka. – Nie wiem dlaczego, ale brzmi to bardzo niepo­ kojąco. Kluchę zastałam w pokoju nauczycielskim, gdzie z beztro­ ską miną siedziała nad parującą szklanką herbaty. Z pew­ nym mściwym zadowoleniem zauważyłam, że na mój

• 19 •


widok natychmiast zmienił jej się wyraz twarzy. I dobrze. Znaczyło to, że sumienie ma nieczyste i łatwiej będzie do niego przemówić.  – Hmm… Mama Marysi – powiedziała, nerwowo wstając od stołu i rozlewając sporo herbaty. – Co panią do mnie sprowadza?  – Chęć odbycia pedagogicznej pogadanki – odparłam z miłym uśmiechem. – Myślę, że to pani powinna ją za­ cząć – dodałam prowokująco. Prawdę powiedziawszy, życzyłam sobie wyprowadzenia wścibskiej baby z równowagi, ale to, co się stało, przekro­ czyło moje najśmielsze oczekiwania. Klucha przez moment stała nieruchomo nad stołem, po którym malowniczo roz­ lewała się przez nikogo nieujarzmiana herbaciana kałuża, a potem nagle opadła na krzesło i chowając twarz w dło­ niach, zaczęła szlochać. Spodziewałam się wszystkiego poza rzewnym płaczem. Jedynym plusem było niewątpliwie to, że poza nami pokój nauczycielski świecił ­pustkami.  – Ja wiedziałam! – szlochała Klucha. – Wiedziałam, że pani tutaj przyjdzie, i zupełnie nie wiem, co mam pani powiedzieć. Nie mam pojęcia, co mnie opętało, dlacze­ go zadałam to idiotyczne pytanie. Doskonale wiem, że nie powinnam tego robić i nie pozostaje mi nic innego, jak serdecznie panią przeprosić i… – Tu dramatycznie za­ wiesiła głos. – I prosić o zachowanie dyskrecji. Przecież

• 20 •


jeżeli to się rozniesie, dyrektor Starachowicki mi nie da­ ruje. Stracę pracę, a nie jestem już najmłodsza… Niech­ że pani będzie człowiekiem! Człowiekiem niewątpliwie byłam. Burknięciem wy­ raziłam nadzieję, że podobna sytuacja nigdy się nie po­ wtórzy. Gdybym wiedziała, iż na takie oświadczenie Klucha zechce wycałować mnie siarczyście, moje czło­ wieczeństwo zostałoby wystawione na ciężką próbę. Kie­ dy w końcu opuściłam pokój nauczycielski, poczułam, że jest mi niebywale gorąco (szkoła w przeciwieństwie do mojego domu była porządnie ogrzewana) i czuję potwor­ ny niesmak. Wyciągnęłam z torebki paczkę chusteczek higienicznych i dokładnie wytarłam obślinione policz­ ki. Wprawdzie miałam świadomość, że Klucha zerka na mnie zza uchylonych drzwi, ale jakoś mało mnie to ob­ chodziło. Gdy wychodziłam ze szkoły, w torebce zadźwię­ czała komórka. Dzwoniła Marysia.  – Mamo – powiedziała, zanim zdążyłam się odezwać – wracaj szybko. Ojciec przyszedł i chce z tobą porozma­ wiać. Jest jakiś dziwny, jakby zielony.  – Zaraz będę – odpowiedziałam i ogarnęło mnie nie­ pokojące przeczucie. Może to mój pierwotny instynkt, wymuszony przez sytuację, budził się do życia. Tak czy siak, drogę do domu przebyłam biegiem, bijąc niewątpli­ wie wszelkie rekordy czasowe.

• 21 •


Po wejściu do pokoju zauważyłam, że faktycznie Igor jest zielonkawosiny. Widocznie odzwyczaił się od niskich tem­ peratur, pomyślałam mściwie. Co więcej, nie wykazał się inteligencją, bo zamiast jakiegoś porządnego grubego swe­ tra miał na sobie cieniutką koszulkę. Patrząc, jak dygo­ cze z zimna, przypomniałam sobie, że ja też jestem nader lekko ubrana i roztropnie postanowiłam zostać w kurtce.  – Mów, czego chcesz, i nie przeciągajmy tej niemiłej wizyty – burknęłam, nie siląc się na wstępy. Naciągając na nogi grube wełniane bambosze, zerknęłam na jego gołe stopy i poczułam, jak po plecach przelatuje mi nieprzy­ jemny chłód. Oczywiście, dosłownie rzecz ujmując, stopy były w skarpetkach, ale mając na uwadze lodowaty wiate­ rek, który wpadał przez dziurawą podłogę, stwierdzenie „gołe” było jak najbardziej uzasadnione.  – Tak… Nie masz przypadkiem jakichś kapci, które bym mógł… Bo wiesz, Marysia kazała mi zdjąć buty. – Igor odchrząknął i wymownie podkulił palce obleczone w cie­ niutkie skarpetki.  – Kapcie zabrałeś wraz z resztą swoich rzeczy – odpo­ wiedziałam rzeczowo, obojętnym tonem, a w duchu po­ gratulowałam sobie córki. – Myślę więc, że to pytanie jest nie na miejscu. A teraz mów, czego chcesz, bo po pierw­ sze, szybciej uwolnisz mnie od twojego towarzystwa, a po drugie, będziesz krócej marzł.

• 22 •


– Może lepiej zamknij drzwi. – Igor ukradkiem spoj­ rzał w stronę kuchni. – Wolałbym, żeby to, co powiem, chwilowo zostało między nami. Coś w jego głosie spowodowało, że bez słowa wstałam i zrobiłam, o co prosił.  – Boże, nie wiem, jak mam ci to powiedzieć – wes­ tchnął i potarł ręką czoło. – Naprawdę nie wiem – powtó­ rzył i spojrzał mi w oczy bezradnym spojrzeniem zbitego psa. Lecz zamiast odnieść oczekiwany skutek – czyli, jak przypuszczam, obudzić współczucie – wywołał we mnie tylko wściekłość.  – Nie dalej jak parę dni temu bez skrupułów oznaj­ miłeś mi, że masz kochankę, wyprowadzasz się do niej i zamierzasz się ze mną rozwieść! Nie wciskaj mi więc teraz głodnych kawałków o tym, że nie wiesz, jak masz mi coś powiedzieć! – krzyknęłam i poczułam, że naj­ chętniej bym go stłukła na kwaśne jabłko. – Skoro już tu przyszedłeś, to mów, o co chodzi, albo wynoś się do tej swojej lafiryndy i nie nadwyrężaj mojej cier­pliwości!  – Jak chcesz – fuknął urażony. – Ale jeżeli mogę ci coś poradzić…  – Nie możesz – przerwałam mu obcesowo. – No więc?  – Mam problemy – wyznał mi mój niebawem były mąż i zamilkł jak zaklęty.

• 23 •


– No i…? – Ponagliłam go zniecierpliwiona. – Jak na razie nie powiedziałeś mi nic nowego. Ja też mam mnó­ stwo problemów, i to większość przez ciebie. Więc je­żeli to tylko tyle, mogę ci z czystym sumieniem powiedzieć, że są gorsze nieszczęścia.  – Otóż dochodzimy do sedna sprawy – mruknął Igor, a ja zauważyłam, że odcień zieleni na jego twarzy się ­pogłębił.  –  To znaczy?  – To znaczy, że doszliśmy do tych gorszych nieszczęść. Posłuchaj, wziąłem kredyt. Bardzo duży kredyt. Pod za­ staw tego domu. A moja firma zbankrutowała. Pamiętasz, jak parę miesięcy temu mówiłem ci o świetnym interesie?  – O tym, który miał być kurą znoszącą złote jaja – podpowiedziałam usłużnie.  – Otóż nie wyszło – ciągnął Igor, udając, że ogłuchł i nie słyszał mojej uwagi – i zostały mi jedynie same dłu­ gi. Dlatego lada moment zabiorą ten dom. Nie mam już nic. Samochód komornik zajął wczoraj.  – Czekaj, czekaj – powiedziałam bardzo powoli, bo wydawało mi się, że czegoś nie zrozumiałam lub ewentu­ alnie się przesłyszałam. – Chcesz mi powiedzieć, że zabie­ rają dom? Ten dom? I ty wziąłeś pożyczkę hipoteczną bez mojej wiedzy? Zanim odpowiesz, przemyśl to dobrze, bo ja za siebie nie ręczę, jeżeli usłyszę potwierdzenie.

• 24 •


– Tu nie ma się nad czym zastanawiać. Wziąłem kre­ dyt bez twojej wiedzy, bo nie chciałem cię denerwować. Interes był prawie pewien. I…  – Prawie pewien? – zapytałam, czując, że wzbiera we mnie furia. – Prawie pewien?! I ty w tym prawie pew­ nym interesie utopiłeś całą naszą egzystencję?! Jak mog­ łeś zrobić coś takiego?! Przecież to jest cholerne świń­ stwo! I co teraz? Ty zabezpieczyłeś sobie wikt i opierunek u tej tam, ale co z Marysią? Rozumiem, że ja cię nie ob­ chodzę, ale dziecko? Jak mogłeś coś takiego zrobić swojej córce?  – Nie sądziłem, że to tak się skończy. Ale nie dramaty­ zuj, w końcu to nie pałac, coś się wymyśli. – Igor nerwo­ wo przeczesał ręką czuprynę, a ja po raz kolejny w ciągu ostatnich dni poczułam się całkowicie bezradna. Dopiero po kilku minutach groza sytuacji w pełni do mnie dotarła. Mój mąż nie tylko mnie zdradził i porzu­ cił, on mnie jeszcze oszukał w najgorszy możliwy sposób. Zabrał mi poczucie bezpieczeństwa i nawet się nie wysilił, żeby powiedzieć przepraszam. Niewiele by to wprawdzie zmieniło, ale zawsze coś. Wstałam i pomaszerowałam do przedpokoju. Bez słowa wyciągnęłam z szafy walizkę i za­ częłam pakować swoje rzeczy. Marysia wybiegła za mną i przez moment przyglądała się w milczeniu, jak wrzucam do walizki, co popadnie.

• 25 •


– Mamo, co robisz? – zapytała w końcu.  – Pakuję się – wyjaśniłam zwięźle i nagle poczułam, że dłużej tego nie wytrzymam. Wybuchnęłam płaczem. – Ty też zacznij. Przenocujemy dzisiaj u cioci Krysi. Wszystko wyjaśnię ci po drodze.  – Majka, jak zwykle przesadzasz. – Igor wyszedł za mną do przedpokoju i patrzył na mnie z pobłażaniem. – Prze­ cież jeszcze nie ma nakazu eksmisji, komornik nie poja­ wi się tutaj w tej chwili, a ty wychowujesz dziecko na hi­ steryczkę. Popatrzyłam na niego jak na kosmitę. Coś było w tym porównaniu, bo kolor zielony jeszcze niezupełnie zlazł mu z twarzy, i pomyślałam, że nie ma sensu się odzy­ wać. Żeby na niego nie patrzeć, prawie cała zakopałam się w ubraniach.  – Myślę, tato – usłyszałam przytłumiony przez ciu­ chy głos Marysi – że jesteś ostatnią osobą, która może mamie zwracać uwagę. Ona przynajmniej jest uczciwa. Nie wiem jeszcze, co zrobiłeś, ale już cię za to nie znoszę i mam nadzieję, że za każdą minutę, którą mama przez ciebie przepłakała, życie ci porządnie dokopie, a tamta, z którą mieszkasz, przejrzy w końcu na oczy i wyrzuci cię na zbity pysk.  – Marysiu, jak ty się do mnie odzywasz, natychmiast przeproś!

• 26 •


– Tato, ja też oglądałam Seksmisję – prychnęła moja córka – i bardzo żałuję, że nie ma tutaj takich układów jak tam wtedy. Z przyjemnością bym wykorzystała skal­ pel, by cię tego i owego pozbawić! Zanurzona w szafie z ubraniami słuchałam oniemia­ ła wykładu, który Marysia wygłosiła ojcu, i myślałam sobie, że moja córka właśnie powiedziała to, co właści­ wie powinnam powiedzieć ja. Z tym że w przeciwień­ stwie do mnie ona nie miała z tym kłopotu. I tego z ca­ łego serca jej zazdrościłam. Ale w ustach piętnastolatki ów fragment o skalpelu zszokował nawet mnie, dlatego się nie zdziwiłam, że potem już mój podły mąż milczał jak zaklęty. Wreszcie zasunęłam suwak od walizki, złapałam kota do klatki i zadzwoniłam po taksówkę. Igor na pożegna­ nie popukał się palcem w czoło, a widząc podjeżdżający samochód, złapał mnie za ramię.  – I tak jeszcze będziemy musieli się skontaktować, bo być może wierzyciele zechcą się spotkać i porozmawiać też z tobą na temat długów.  – Mogłeś ze mną rozmawiać, zanim wziąłeś kredyt. To był nie tylko twój dom! I nie tylko twoje życie. Jesteś dra­ niem i egoistą. Żegnam. – Z tymi niby miażdżącymi sło­ wami, które nawet w moich uszach brzmiały jakoś słabo i bezbarwnie, wsiadłam do taksówki.

• 27 •


Taksówkarz popatrzył na mnie spode łba.  – Co tam? – zagaił beztrosko. – Kłótnia małżeńska? Po pani to widać, że kobitka z ikrą. Aż zazdroszczę pani mę­ żowi, jak pomyślę o godzeniu się. Ale żeby tak na całego, od razu brać walizkę i wszystko… W lusterku widział klatkę z kotem, w której był wiel­ ki kocioł, zupełnie jakby znajdowało się w niej kilka po­ tężnych kocurów, a nie jeden średniej tuszy zwierzak. Kot nie lubił podróży. Ja z całą pewnością nie lubiłam tak­ sówkarza. Powody były dwa: bo facet, a do tego jeszcze wścibski.  – Wie pani – ciągnął niezrażony moim milczeniem – jak tak się jeździ, człowiek się nasłucha tylu historii, że po­ tem już nic nie dziwi. Jeśli pani chce, niech się pani wy­ gada, jestem cierpliwy i wszystko zniosę. Spojrzałam na niego morderczym wzrokiem i pomy­ ślałam sobie, że wcale się nie dziwię fali zbrodni, jaka pe­ wien czas temu dopadła taksówkarzy. Sama chętnie wy­ najęłabym mordercę, by załatwił faceta, który siedział za kółkiem. Albo osobiście rąbnęłabym swojego kierowcę czymś ciężkim w głowę, ale nie miałam pewności, czy sąd uznałby to za obronę konieczną. Następnie doszłam do wniosku, że ten zawód powinni wykonywać wyłącz­ nie niemi. Przy takim ciekawskim idiocie nawet nie mog­ łam spokojnie popłakać.

• 28 •


Za to wypłakałam się za wszystkie czasy później, gdy widmo rozgadanego taksówkarza odjechało w siną dal, a ja siedziałam na kanapie w domu Krysi. Jej mąż poje­ chał po Marysię, która została w domu, bo do taksówki nie zmieściliśmy się wszyscy z kotem i psami, więc swo­ bodnie mogłam zdać jej relację z najnowszych wydarzeń.  – I tak, pomijając wszystko inne, nie mam teraz gdzie mieszkać – chlipałam, pociągając nosem.  – Chryste! – Krysia zamilkła na dłuższy czas. – No i co teraz zrobisz? – zapytała po chwili. Wpadłam na genialny pomysł.  – Zabiję go. Zabiję i dostanę rentę na dziecko. Wynaj­ mę małą, rozsypującą się drewnianą ruinkę, będę przy­ marzać zimą, a latem zabijać wyłażące zewsząd karaluchy. I tak spędzę resztę życia. Chyba że mnie wcześniej zamkną w więzieniu. Wtedy pociągnę tam trochę o chlebie i wo­ dzie, a potem odwalę kitę.  – W dzisiejszych czasach byś się raczej utuczyła – spro­ stowała Kryśka z westchnieniem. – Więźniowie mają le­ piej niż my wszyscy. Jeszcze mogłabyś spokojnie pocho­ dzić na siłownię, aerobik i takie tam. Gdyby głębiej się nad tym zastanowić, to może jakbym ci pomogła w tym morderstwie, zamknęliby mnie za współudział? Od daw­ na marzą mi się wczasy ze wszystkimi wygodami. Ale, co teraz?

• 29 •


– Nie wiem. Najgorsze jest to, że zupełnie tego nie ogarniam. W jednym momencie runął cały mój świat. Fa­ cet, którego kochałam, mówi, że byłam po prostu pomył­ ką, i pozbawia mnie wszelkich środków do życia. Marysia jest cudowna, ale przed nią muszę udawać silną i twardą. A tak naprawdę jestem potwornie bezradna i zmęczona. Co ja mam zrobić, no powiedz, co?  – Nie wiem. – Moja przyjaciółka, która zwykle zna­ ła odpowiedź na każde pytanie, pokręciła bezradnie gło­ wą. – Po prostu nie wiem. Słuchaj, jeżeli chcesz, możesz się u mnie zatrzymać, dopóki jakoś nie rozwiążesz tej ­sytuacji.  – Dzięki, ale potrzebuję tylko jednego noclegu – szep­ nęłam, wydmuchując nos. – Jutro pójdę wyjaśnić wszyst­ ko rodzicom.  – Nie powiedziałaś im jeszcze?  – Jakoś naiwnie wierzyłam, że to się samo rozwiąże, chociaż nie mam pojęcia, jak by to się miało stać – wy­ znałam. – Nie wiem, na co czekałam, bo przecież było jasne, że nawet gdyby Igor nagle chciał wrócić, ja się na to nie zgodzę. Najwyższy więc czas powiedzieć to ma­ mie i tacie, zanim ktoś inny, życzliwy, zrobi to za mnie. Myślę, że potem zatrzymam się u nich. Ale i tak dzięki za wszystko.  – E… daj spokój. – Krysia uśmiechnęła się pokrzepia­ jąco i ścisnęła moją rękę.

• 30 •


W duchu myślała sobie zapewne, że ma wielkie szczęś­ cie, bo jej mąż nie chciał mieć nigdy złotych jaj i nie oka­ zał się kłamliwym padalcem. Nawet nie mogłam mieć do niej pretensji. Na jej miejscu zapewne myślałabym ­podobnie.


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Uroczysko by SIW Znak - Issuu