Wydawnictwo Znak Krakรณw 2018
Projekt okładki Izabella Marcinowska Przygotowanie okładki do druku Agnieszka Kucharz-Gulis Fotografia na pierwszej stronie okładki © drubig-photo Zdjęcie autorki na czwartej stronie okładki Adrian Błachut Opieka redakcyjna Dorota Gruszka Adiustacja Ewdokia Cydejko Korekta Barbara Gąsiorowska Copyright © by Magdalena Kordel © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018 ISBN 978-83-240-5408-4
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2018. Printed in EU
Gdzieś w świecie
A OD S TAAPTONT IS IDLZŃ I EEŃ I ZLDI SI TNOTPAATD SO A
K
omórka rozdzwoniła się z samego rana. Na ekranie wyświetlił się numer jego wieloletniego przyjaciela. – Widzę, stary druhu, że i ciebie to dopadło – rzucił na powitanie. – Starość nie radość, człowiek nawet pospać nie może, bo nie wiedzieć czemu, wstaje skoro świt. Tak jakby czekało na niego coś ekscytującego i nie cierpiącego zwłoki. A swoją drogą, dziwny jest ten świat… Kiedyś, jak człowiek miał tyle spraw do załatwienia, to padał ze zmęczenia. A teraz, proszę bardzo, zrywam się z pierwszymi promieniami słońca i… nie wiem, co mam z tym nadmiarem czasu zrobić. – Cóż, chętnie zamieniłbym się z tobą miejscami, nie zależy mi, by wiedzieć, co jest przyczyną mojej bezsenności. – Głos w słuchawce brzmiał wyjątkowo poważnie i oficjalnie.
49
Ten suchy, urzędowy ton płynący ze słuchawki prosto do jego ucha wytrącił go z równowagi. Ostatni raz A OD S TAAPTONT IS IDLZŃ I EEŃ I ZLDI SI TNOTPAATD SO A słyszał swego kumpla mówiącego w ten sposób, gdy ten odczytywał testament jego matki. Był przede wszystkim przyjacielem, ale pełnił również funkcję rodzinnego prawnika. Choć wydawało się, że ta druga rola dawno poszła w zapomnienie. Tymczasem wystarczyło to jedno zdanie, by nabrał pewności, że coś jest na rzeczy. I wzbudzało niepokój… *** Koperta wyglądała niewinnie. Kremowa, ze złotym szlaczkiem u góry. Z tkliwością pogładził drobne literki, które układały się w jego imię i nazwisko. Doskonale znał ten charakter pisma. Nieomal przez całe życie z niecierpliwością wypatrywał zaadresowanych nim listów. Najpierw, gdy wyjeżdżał na obozy wakacyjne, potem, gdy rozpoczął studia i zamieszkał poza domem, i jeszcze później, gdy jako całkiem dorosły człowiek wyprowadził się do innego miasta. – Czemu dopiero teraz? – zapytał, spoglądając przyjacielowi w oczy. – I po co tak oficjalnie? W kancelarii, przy biurku…? Przecież nie dalej jak wczoraj wieczór
10 4
graliśmy u mnie w karty i paliliśmy cygara. Nie mogłeś mi wtedy tego po prostu dać? A OD S TAAPTONT IS IDLZŃ I EEŃ I ZLDI SI TNOTPAATD SO A – Nie chciałem psuć tak fantastycznie zapowiadającego się wieczoru, kiedy nie miałeś jeszcze do mnie żalu – mruknął, opierając łokcie na blacie i nerwowo splatając palce. – Zanim to przeczytasz, chciałem ci powiedzieć że do końca namawiałem ją, by zmieniła zdanie, spaliła ten list i zapomniała o rzeczach, o których tam pisała. Nie udało mi się. Więc gdy otworzysz kopertę i zapoznasz się z jej zawartością, pamiętaj, proszę, że byłem jej prawnikiem i musiałem dotrzymać danego słowa. Miałem ci to wręczyć dwa lata po jej śmierci. Na moje nieszczęście, jak się już pewnie domyśliłeś, znam treść tego listu. I jeżeli mogę ci coś doradzić, po prostu to wyrzuć, nie czytając… – Oszalałeś? – przerwał z irytacją. – Co takiego może zawierać list zza grobu, napisany przez osobę, którą znałem jak własną kieszeń? Przez kogoś, kto kochał mnie najbardziej w świecie i na kim nigdy, ale to przenigdy, się nie zawiodłem? Tak umieją kochać tylko matki i cokolwiek jest w tym liście, należy uszanować jej wolę. Skoro uważała, że powinienem go przeczytać, to właśnie zrobię. A ty, jako prawnik, nie powinieneś mnie namawiać do sprzeniewierzenia się jej ostatniemu życzeniu.
11 4
– Nie mówiłem tego jako prawnik, tylko twój przyjaciel. I co więcej, nadal przy tym obstaję. Zaufaj mi i… A OD S TAAPTONT IS IDLZŃ I EEŃ I ZLDI SI TNOTPAATD SO A – Och, daj spokój, przestań histeryzować. Swoją drogą, tak zdenerwowanego widziałem cię całe wieki temu, i to tylko jeden jedyny raz, gdy rodził ci się syn. Na moment w gabinecie zapanowała kompletna cisza. W końcu prawnik głęboko westchnął i z rezygnacją pokręcił głową. – Od początku wiedziałem, że cię nie przekonam, ale musiałem spróbować – powiedział ze smutkiem. – I tylko cały czas nie mogę pozbyć się wrażenia, że pewne rzeczy nie powinny nigdy zostać ujawnione… Ale cóż, przyjacielu: jej wola, twoja wola… – W tej samej chwili drzwi do gabinetu uchyliły się i pojawiła się w nich kędzierzawa głowa sekretarki. – Panie mecenasie… – powiedziała półgłosem. – Tak, tak, wiem, już kończę – mruknął, z trudem przywołując uśmiech. – Wybacz. Umówione spotkanie, sam rozumiesz… – Oczywiście. W końcu jesteś w pracy. Swoją drogą, dobry fach wybrałeś, dopóki masz sprawną głowę, możesz pracować, bez względu na metrykę… To co? Dziś wieczorem jak zwykle u mnie? Może zwołam ekipę i zagramy w brydżyka?
12 4
– Najpierw zadzwoń, nie jestem pewien, czy będziesz miał ochotę na karty i towarzystwo. A OD S TAAPTONT IS IDLZŃ I EEŃ I ZLDI SI TNOTPAATD SO A Prychnął tylko w odpowiedzi, po czym schował list do wewnętrznej kieszeni marynarki. Jego przyjaciel widać nie rozumiał jednej podstawowej rzeczy: był już stary i nic nie mogło zachwiać jego światem. Pogodził się ze wszystkim, nawet ze śmiercią matki, choć trochę to trwało. Ba, nawet z myślą, że i na niego przyjdzie wkrótce czas. Zapomniał jednak o tym, że rzeczą ludzką jest się mylić. *** Gdy przebiegł wzrokiem zawartość kremowej koperty – kilka gęsto zapisanych stroniczek – poczuł, że dzieje się coś, na co absolutnie nie był gotów. Już sam początek sprawił, że serce mu zamarło. Kochany, nie będzie Ci łatwo czytać tego, co napisałam. Jeszcze trudniej będzie Ci się z tym pogodzić. Ale mogę Cię zapewnić, najdroższy synku, że przeżyć tego wszystkiego też nie było łatwo…
13 4
Na moment odsunął od siebie kartki. Przez głowę przemknęła mu nieśmiała myśl, że jeszcze może posłuA OD S TAAPTONT IS IDLZŃ I EEŃ I ZLDI SI TNOTPAATD SO A chać rady przyjaciela i wrzucić list do ognia. Ale natychmiast ją przepłoszył i znów pochylił się nad biurkiem. Ciszę mącił tylko szelest przewracanych stron i jego cichy, urywany oddech. Gdy skończył, przymknął oczy. Na niewiele to się jednak zdało. Po jego naznaczonych zmarszczkami policzkach spłynęły dwie gorące łzy. Takie rzeczy nie powinny były się wydarzać. Najlepiej nigdy, a już na pewno nie wtedy gdy człowiek ma tyle lat co ja, pomyślał i poczuł wszechogarniający żal. Do matki za to, że stało się to, co się stało, i za to, że w ogóle napisała. Do przyjaciela, że wiedział o tym wszystkim od tak długiego czasu i słowem nie pisnął; w żaden sposób nie przygotował go do tego, co właśnie nastąpiło. Do siebie, że nie posłuchał jego rady i nie pozbył się listu. I wreszcie do losu, bo ten przewrotnie unicestwił wszystko to, w co święcie wierzył. Zrozumiał, że odtąd nie da się po prostu biernie czekać na to, co przyniesie przyszłość. Nie mógł siedzieć i biernie wyglądać końca. Doznał najdziwaczniejszego w życiu uczucia: jakby umarł i rozsypał się w proch, a jednocześnie miał wrażenie, że musi zrobić wszystko, żeby narodzić się na nowo.
14 4
Nawet jeśli pierwsze dni nowego życia miał powitać jako starzec. A OD S TAAPTONT IS IDLZŃ I EEŃ I ZLDI SI TNOTPAATD SO A Nie wiedział tylko, jak ma się do tego zabrać. I z całą pewnością nie był gotów na tę zawieruchę. Pomyślę o tym później, postanowił i jeszcze raz spojrzał na rozłożone na stole kartki. Przez moment miał absurdalne wrażenie, że jeżeli przeczyta wszystko jeszcze raz, okaże się, że treść listu jest całkiem inna. Że to, co kotłowało się pod jego czaszką, to efekt wybujałej wyobraźni, przed którą zawsze ostrzegała go matka. – Uważaj, serduszko moje, o czym myślisz i w co wierzysz, bo to, co pojawia się tutaj – dotykała palcami jego czoła – często staje się samospełniającą się przepowiednią. – Kończyła niby serio, ale w oczach miała kpiące błyski. A ponieważ w jego głowie rodziły się wtedy głównie straszne potwory, z którymi się bezwzględnie rozprawiał mieczem wystruganym z patyka, zaniepokoił się, czy aby nie wyskoczą z niego pewnego dnia i nie okażą się takie, jakimi je widział. Znalazłby się w trudnej sytuacji, był przecież tylko małym chłopcem uzbrojonym w kijek. Gdy zwierzył się mamie ze swoich obaw, ta roześmiała się tylko, zwichrzyła mu czuprynę i spojrzała czule w oczy.
15 4
– Spokojnie, synku! Prawdziwemu rycerzowi nawet patyk wystarczy do pokonania zła – powiedziała spokojnie. A OD S TAAPTONT IS IDLZŃ I EEŃ I ZLDI SI TNOTPAATD SO A I pewnie nawet by jej uwierzył, gdyby nie to, że jakiś czas potem usłyszał, jak mruczy sama do siebie, że życie byłoby rajem, gdyby potwory nie miały do niego wstępu. Nie mógł potem spać, bo się bał, że straszne stwory z paszczami pełnymi zębów zjawią się w jego pokoju i pożrą go jednym kłapnięciem. Nie był głupi, zauważył, że dorośli często mijają się z prawdą, zwłaszcza gdy chcą uspokoić dzieci. Był pewien, że tak właśnie jest w jego sytuacji: matka doskonale wiedziała, że stwory się gdzieś czają, ale mówiła o nich lekceważąco, bo nie chciała, by się bał. Nie mógł potem kilka nocy z rzędu zasnąć. Jedyne, co dodawało mu odwagi, to mały, trzymany pod kołdrą, wystrugany z kija mieczyk. Na wszelki wypadek. Wtedy stwory nie nadeszły. Niestety, tamten odległy czar, nierozerwalnie spleciony z czasem dzieciństwa, teraz nie zadziałał. Słowa się nie zmieniły i list zawierał dokładnie to, o czym już czytał. I nagle pojął, że potwory, o których wspominała matka, właśnie go dopadły. Rzeczywiste i groźne, choć na razie nie nabrały jeszcze realnych kształtów. Wychylały się spośród lakonicznych zdań, napisanych kochającą ręką. I zdał sobie sprawę, że tak jak wtedy stoi przed nimi uzbrojony tylko w kij
16 4
udający miecz. I że na pewno nie przeżyje, jeśli się podda. Mógł tylko podnieść rzuconą rękawicę. Przez chwilę siedział nieruchomo, gęsto mrugając wyblakłymi błękitnymi oczami. A potem podniósł głowę i pomyślał, że zawsze chciał zostać prawdziwym rycerzem. Nawet wtedy gdy leżał w łóżku, ściskając patyk i drżąc ze strachu jak osika. I oto postanowił, że nim zostanie, tym bardziej że nie miał nic do stracenia. Ani przeszłości, ani teraźniejszości. Jedyne, co mógł, to spróbować oswoić dni, które miały nadejść.
Spis treści
Gdzieś w świecie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 Miasteczko . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 19 Gdzieś w świecie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 93 Gdzieś nieco bliżej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 265