Projekt okładki Agnieszka Kucharz-Gulis Fotografia na okładce Shutterstock.com/Boiko Olha i Shutterstock.com/Coy_Creek Opieka redakcyjna Dorota Gruszka Adiustacja Ewdokia Cydejko Korekta Małgorzata Biernacka Barbara Gąsiorowska
Copyright © by Magdalena Kordel © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018 ISBN 978-83-240-5511-1
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2018. Printed in EU
O
budziła się z przejmującym poczuciem klęski. Z niechęcią otworzyła oczy i sięgnęła po leżący na szafce nocnej telefon. Spojrzała na wyświetlacz i skrzywiła się szpetnie. Przez noc nie wydarzył się żaden cud. Esemes, który wczoraj dostała, nie zniknął, a data wskazywała, że nadal jest początek grudnia i niestety, zgodnie z odwiecznymi prawami natury, za moment ów początek zmieni się w środek, po czym płynnie przejdzie w traumatyczny czas Bożego Narodzenia. I że znów, jak co roku, będzie miała uczucie, że jest jedynym człowiekiem na świecie, który w tych dniach nie ma co ze sobą począć. – Gdybym przynajmniej była sierotą… – wymamrotała sama do siebie, gramoląc się z łóżka. – Ale oczywiście nawet to w moim przypadku musi być bardziej skomplikowane!
•5•
Z impetem odsłoniła zasłony i mimo woli jęknęła. Zamiast przyjemnej, ponurej szarości, która idealnie korespondowałaby z jej nastrojem, zobaczyła biały puch, który z podziwu godną dokładnością otulał bezlistne konary drzew i miękko układał się na parapecie. – Hmm… no tak… Cudownie, po prostu cudownie! I nadal pada… – mruknęła, patrząc na białe, delikatnie wirujące płatki. W tym samym momencie komórka, którą trzymała w dłoni, zawibrowała, a na wyświetlaczu pojawił się esemes od matki: Nie dąsaj się, Pączusiu. Życie jest za krótkie na smutki. Tutaj jest przeuroczo i nareszcie czuję, że żyję. Karl obejrzał twoje zdjęcia i stwierdził, że jeżeli oddasz się w jego ręce, zrobi z ciebie ludzi. Cudów nie obiecuje, ale sama wiesz, jak jest – z pustego i Salomon nie naleje. Lovciam i łaskoczę pod podbródeczkiem. PS Codzienne wklepywanie kremu pod bródkę powinno pomóc. Pamiętaj, że stara panna z drugim podbródkiem brzmi o wiele gorzej niż zwyczajna stara panna. To…
Adrianna nie zdążyła doczytać do końca, bo komórka rozdzwoniła się skoczną melodią.
•6•
– A powiadają, że przedmioty są martwe, choć złośliwe, i nie mają uczuć, tymczasem mój telefon właśnie się wzniósł na wyżyny empatii – prychnęła, zerkając na wyświetlacz. Dzwoniła jej przyjaciółka Marlena. – Wstałaś? Nie odpowiadaj, bo i tak wiem – sapnęła do słuchawki. – No więc z łaski swojej raz-dwa-trzy wyczołgaj się z łóżka i wyjrzyj przez okno. W takie poranki chce się żyć! – A widzisz, i tu cię zaskoczę. Po pierwsze, wstałam już jakiś czas temu, po drugie, wolałabym nie wyglądać przez okno, bo jak doskonale wiesz, nienawidzę grudniowego śniegu… – Dajże spokój – przerwała jej Marlena. – Ty nienawidzisz śniegu? Ty? W tym swoim małym, cieplutkim blokowym mieszkanku? A co ja mam powiedzieć? Od rana z łopatą w ręku! Ale motywację mam, a jakże. Jak nie odgarnę, to nie wyjadę. A jak nie wyjadę, to nie wywiozę Rafałka do żłobka. A jak nie wywiozę Rafałka, to nie będę mogła pracować. A mówili, że praca w domu jest błogosławieństwem dla matki z małoletnim potomstwem. Mogę się założyć, że ten, kto to powiedział, nigdy nie usiłował robić tłumaczenia z jednym dzieckiem uwieszonym przy cycku, a drugim bawiącym się pod biurkiem.
•7•
– Przynajmniej drugie, to podbiurkowe, ci odpuściło – roześmiała się w końcu Adrianna. Marlena miała w sobie coś takiego, że człowiek nie mógł się przy niej zbyt długo martwić. – Aha! Odpuściło! – zawołała. – Całe łydki miałam zaślinione, bo Andzia postanowiła pobawić się w psa ciotki Renaty. – O matko, w tego obfaflunionego buldoga? – Dokładnie, tego samego. Z dużym zaangażowaniem podeszła do zadania, naśladując Bąka. – A właśnie, cały czas miałam cię zapytać o to imię. To z racji tego, że Bąk jest podobny do trutnia? Taki obły i obfity? – Nie, niestety. Ciotka Renata ma specyficzne podejście do życia i Bąk swe imię zawdzięcza wiecznemu rozstrojowi żołądka i woniejącym wiatrom, które puszcza od szczeniaka. Cioteczka z rozczuleniem opowiadała, jak to za każdym razem zdumiony szukał tego czegoś, co mu wypadło spod ogona. A jak węszył, a jak wąchał, a jak tropił! – Marlena wyjątkowo udatnie naśladowała ciotkę. – Bardzo obrazowo to wypadało, mówię ci. Tak bardzo, że Andzia w przedszkolu odegrała tę scenkę na przedstawieniu. – O matko, przedstawienie o… TAKICH wiatrach? – Adrianna zrobiła wielkie oczy.
•8•
– Nie, coś ty, o sierotce Marysi. Andzia uznała, że doda coś od siebie, a że wcieliła się w lisa, sama sobie dopowiedz, co ów zwierz w wolnych chwilach robił. Z miejsca zdobyła uznanie publiczności. Wszyscy rodzice pokochali postać lisa i pękali ze śmiechu, co niektórzy nawet do łez. Jedyną zdegustowaną osobą była pani, która to dzieło wyreżyserowała. – Cóż, na jej miejscu raczej bym się cieszyła, że Andzia nie grała sierotki Marysi – zaśmiała się Adrianna. – Nawiasem mówiąc, wróżę twojej córce zawrotną karierę aktorską, nie sądzisz, że… – Że niby lis z rozstrojem żołądka podbije tłumy? – sapnęła Marlena, Ada zaś oczami wyobraźni ujrzała, jak przyjaciółka mocuje się z łopatą pełną śniegu. – Wiesz, jako matka z dystansem jakoś tego nie widzę. Ale chwilowo zostawmy Andzię i jej świetlaną przyszłość, a zajmijmy się tobą. Co się dzieje? – A co się ma dziać? – Adrianna momentalnie zmarkotniała. – To samo co zawsze w grudniu. – Przecież jeszcze przedwczoraj mówiłaś, że wkrótce będzie inaczej, że coś drgnęło… – Przedwczoraj było sto lat temu. – Adrianna żałośnie pociągnęła nosem. – Oho! Mój niezawodny węch podpowiada mi, że na scenę znów wkroczyła Teresa. Chyba musimy pogadać.
•9•
I że to nie jest rozmowa na telefon. – W słuchawce coś zgrzytnęło i zaszurało. – No dobra, dotarłam do bramy. Mogę wywieźć lube dziateczki i zaprosić cię na szybką kawkę. Ostatecznie to chyba nie ma wielkiego znaczenia, czy będziesz popadała w depresję samotnie, czy w towarzystwie, co? – Raczej nie ma – odparła Ada na głos, a w skrytości serca podziękowała dobrym duchom, że przynajmniej pod tym względem jej się poszczęściło. Miała najlepszą przyjaciółkę na świecie. I dlatego z jednej strony się cieszyła, że za chwilę będzie się mogła przy niej wygadać, z drugiej jednak ogarnął ją dojmujący smutek. Bo przyjaźń według Adrianny polegała przede wszystkim na tym, by swoim przyjaciołom przysparzać jak najmniej kłopotów. A wiedziała, że to, co miała Marlenie do powiedzenia, z całą pewnością jej nie ucieszy.
M
arlena bezwiednie przerzucała plik kartek leżących przed nią na stole. Za oknem rozszalała się zamieć. Wielkie, grube płaty śniegu leciały z nieba jak oszalałe, tworząc nieprzeniknioną białą ścianę. – Przestań w kółko przekładać te papierzyska, bo potem za nic nie dojdziesz z nimi do ładu – odezwała się w końcu Adrianna. – Nie bój nic, z tym akurat sobie poradzę – mruknęła przyjaciółka, odsuwając jednak przezornie plik kartek na bezpieczną odległość. – Natomiast zupełnie nie wiem, co zrobić z tą wiadomością. – Wskazała brodą na telefon Ady. – Ucieszyć się, że to nie twoja komórka i nie twoja matka. Zawsze to jakiś plus – poradziła jej Adrianna, zagryzając dolną wargę.
• 11 •
– Ale ja nadal, mimo tylu lat, nie mogę tego pojąć! Jak ona ci to może robić? – Zwyczajnie. – Ada wzruszyła ramionami. – Pamiętasz?… To chyba była czwarta klasa podstawówki?… Jak wróciłyśmy ze szkoły, a na mnie w domu czekała wetknięta w drzwi wejściowe kartka z informacją, że wypadł jej pilny wyjazd i żebym się nie martwiła, bo ona o wszystkim pomyślała? Śledzie w słoiczkach miałam w lodówce, a prezenty… – W szafie – dokończyła za nią Marlena, kiwając głową. – Pamiętam i chyba do tej pory nie wyszłam z szoku, jaki wtedy przeżyłam. Jak się ten nagły wyjazd nazywał? – Poznań. Ja ich imion za nic nie mogę spamiętać, za to nie wiedzieć czemu, pamiętam miasta, w których mieszkają. Na szczęście Tatiana spotyka się tylko z tymi, którzy są światowi i mieszkają w metropoliach. Mam ułatwione zadanie. Zresztą Poznań też przeżył potworny wstrząs, gdy się dowiedział, że zostawiła w domu nieletnią córkę, a sama pojechała z nim w góry. Porzucił ją tuż po tym, jak prawda wyszła na jaw. Do tej pory potrafi mi wypomnieć, że to przeze mnie nie ułożyła sobie życia. – Biedactwo! Strasznie mi jej szkoda – westchnęła Lena. – Swoją drogą to ten Poznań mógł być całkiem przyzwoitym facetem.
• 12 •
– I dlatego absolutnie nie pasował do mojej matki – skwitowała Ada. – A wracając do rzeczy, to skoro wtedy, gdy byłam mała, nie widziała problemu i zostawiła mnie samą w wielkim domu na święta, to czemu teraz miałoby być inaczej? – zapytała i zaraz pomyślała, że to zostawienie w domu i tak nie było takie najgorsze. Potem, gdy była trochę większą dziewczynką, spotkało ją coś o wiele gorszego, ale o tym nigdy nie wspomniała Marlenie. – No, ale przecież teraz się z tobą umówiła! – Umówiła, owszem, a zaraz potem wysłała esemesa, że święta w tym roku nieaktualne, i tyle. Z nas dwóch to ja okazałam się głupia, że jej uwierzyłam. – Głos jej się na moment załamał. – Ale tak mnie przepraszała, tak płakała, tak roztaczała wizję wielkiej rodzinnej wigilii. Zanosząc się łkaniem, przysięgała, że zrozumiała, jak bardzo mnie skrzywdziła, i zapewniała, że widzi błędy i chce je naprawić. I wiesz, to by mnie może nawet nie ruszyło, bo w końcu trochę ją znam i wiem, na co ją stać, ale pierwszy raz od lat wyglądała jak normalny człowiek. I to mnie zmyliło. Wydawało mi się, że pozbyła się tych wszystkich masek i że mam przed sobą jej prawdziwą twarz. Wyobrażasz sobie, że siedziała wówczas na wersalce z podwiniętymi nogami, nos jej poczerwieniał i coś w nim bulgotało, a oko kompletnie się rozmazało! – Ada w roztargnieniu obracała w dłoniach pustą filiżankę.
• 13 •
– Nieee! Twoja matka i nieperfekcyjny makijaż! Niemożliwe. Nawet wytrawnego gracza wyprowadziłoby to w pole! – sarknęła Lena. – Na przyszłość trzeba zapamiętać, że Teresa, wybacz, ale ja nie zamierzam o niej mówić Tatiana, to zimna, wyrachowana… – Nie kończ. – Adrianna gwałtownie odstawiła filiżankę na stół. – Jednak to moja matka. – Matka, też coś! W kółko ci powtarzam, że na mój gust musieli cię w szpitalu podmienić. Nie ma innego wytłumaczenia na to, że znalazłaś się w tej rodzinie! A poza tym co to za przerywanie w pół zdania? Nie uciszaj mnie, miałam zamiar powiedzieć, że to zimna, wyrachowana wydra. Choć Bogiem a prawdą należałoby użyć innego określenia. To, co zrobiła, było… Co ja mówię! Nie było, a jest obrzydliwe! I wiesz dlaczego? – Marlena na moment zawiesiła głos i spojrzała jej prosto w oczy. – Bo ona cały czas żeruje na tej małej tęskniącej dziewczynce, którą nosisz w sobie. Wyhodowała ją na własny użytek i doskonale wie, którą strunę trącić i gdzie uderzyć, żeby osiągnąć zamierzony cel. Gdy pan, jak mu tam… Ten ostatni, listopadowy, jak mu było? – Bydgoszcz. – No właśnie, pan Bydgoszcz ją zostawił, to się nagle okazało, że olaboga, za pasem grudzień! I pan Bydgoszcz
• 14 •
to Grinch we własnej osobie i świąt nie będzie! Więc poleciała do ciebie, wiedząc, że jej nie odmówisz. – I nie odmówiłam. Ale, jak widzisz, pojawił się Karl vel Kraków i wszystko wróciło do normy. A świąt rzeczywiście nie będzie, tyle że nie dla niej, lecz dla mnie. – Na twarzy Ady pojawił się gorzki uśmiech. – A właśnie, słuchaj, Aduś, skoro mowa o świętach, to przecież mówiłaś, że to miała być wielka rodzinna wigilia… I że Teresa zaprosiła ciotkę i wuja z rodziną i jakieś kuzynki z drugiego końca Polski… – Okazało się, że to też wymyśliła na poczekaniu. Może nawet i zamierzała do nich zadzwonić, ale odłożyła to na później. Przypuszczam, że już wtedy na horyzoncie pojawił się pan Kraków, tyle że nie wiedziała, co z tego wyniknie. I wolała zostawić sobie furtkę. A teraz, widzisz, jest na Wyspach Kanaryjskich, a Karl obejrzał moje zdjęcia i w swojej łaskawości może się mną zająć. Jest chirurgiem plastycznym – dodała, odpowiadając na pytające spojrzenie przyjaciółki. – Ludzki pan – mruknęła Lena i na moment zamilkła. Widać było, że się nad czymś intensywnie zastanawia. Adrianna, patrząc na nią, mimo woli się uśmiechnęła. Doskonale wiedziała, co za chwilę usłyszy. – No więc, zrobimy tak… – Nie. – Ada nie zamierzała dopuścić jej do głosu.
• 15 •
– Ale co nie? Jeszcze nic nie powiedziałam, a ty już odmawiasz? – Właśnie. Bo wiem, że za chwilę zaproponujesz mi, żebym pojechała z wami na wigilię do twoich rodziców, a w pierwszy dzień do twoich teściów, a w drugi do ciebie – wyrecytowała Ada. – No i co złego w tym doskonałym, nieskomplikowanym planie? – Marlena uniosła pytająco brwi. – A to, że to twoi rodzice, twoi teściowie i twój dom. Przepraszam cię, Lenko, ale właśnie do mnie dotarło, że w jednym punkcie moja matka ma absolutnie rację. Jeżeli czegoś w końcu w swoim życiu nie zmienię, to rzeczywiście skończę jako samotna, zgorzkniała stara panna. – Przecież nikt ci nie zabrania zaczynać nowego życia, ale czy to nowe musi zaczynać się od traumy samotnej Gwiazdki? – Nie musi. Coś wymyślę – odparła Ada, podnosząc się od stołu i kierując w stronę przedpokoju. – Będę się zbierać, robota czeka. Dostałam nowe zlecenie, mam pewnemu panu urządzić świeżo nabyte mieszkanie w starej kamienicy – dodała, sięgając po kurtkę. Marlena tylko pokiwała głową. Cóż mogła poradzić, że się o Adę martwiła. Już dawno nie widziała Adrianny tak biednej i nieszczęśliwej. Choć, rzecz jasna, usiłowała nie dać tego po sobie poznać. Nie wszystko jednak dało się
• 16 •
skryć za śmiechem i żartami. Nie mogła nie dostrzec kredowobiałej twarzy, z której wyzierały bezdennie smutne świetlistoszare oczy skrzywdzonego dziecka. Uh, gdybym teraz dorwała Teresę w swoje ręce!, pomyślała ze złością. A swoją drogą nie rozumiem facetów! Taka pusta kokietka, taka rozkapryszona lalka… Zajęta swoimi myślami, dopiero po chwili się zorientowała, że Adrianna coś do niej mówi. – Przepraszam. Powtórzysz? Na chwilę się wyłączyłam. – A tak się zastanawiam po prostu, co oni wszyscy w niej widzą – mruknęła Adrianna, okręcając szyję długim rudo-zielonym szalikiem. Lena nawet nie musiała pytać, o kogo jej chodzi. Widać ich myśli biegły tym samym torem. – Cóż, jeżeli rzecz dotyczyłaby faceta, to powiedziałabym, że pewnie ma czarodziejskiego penisa, ale w tym wypadku… – Błagam, nie kończ. – Adrianna gwałtownie zamachała rękawiczką, której jeszcze nie zdążyła włożyć. – W ogóle zapomnij, że o to pytałam. O, zobacz, szczęście mi sprzyja. Śnieg przestał sypać – dodała, otwierając drzwi i wyglądając na zewnątrz. – I w ten oto wysublimowany sposób zmieniłaś temat. Gadka o pogodzie jest zawsze spoko – uśmiechnęła się Marlena. – Ale zanim sobie pojedziesz, i tak muszę
• 17 •
ci to powiedzieć. Wiesz, że ja serio mówiłam o świętach? Mój dom jest twoim domem, a moi rodzice traktują cię jak córkę. – Wiem. Nie martw się, wszystko będzie dobrze – mruknęła Ada i na moment przytuliła się do Marleny, po czym szybciutko oczyściła ze śniegu przednią szybę samochodu i wskoczyła do środka.