Skip to main content

Nieświęty Mikołaj

Page 1

Projekt okładki Katarzyna Ewa Legendź Fotografia na okładce Victoria Chudinova/Shutterstock Opieka redakcyjna Anna Glac Dorota Gruszka Adiustacja Ewdokia Cydejko Korekta Barbara Gąsiorowska

Copyright © by Magdalena Kordel © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2019 ISBN 978-83-240-5920-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2019. Printed in EU


P

ucułowaty niebieskooki chłopiec stał przed zamkniętą furtką, ściskając w rączce lekko wymiętą kopertę. Piegowaty i nieco zadarty nosek miał zsiniały z zimna, czapka, zawadiacko nasunięta na jedno ucho, sprawiała, że wyglądał czupurnie, ale jednocześnie odsłaniała drugie, które było już solidnie zmarznięte. Ale co zrobić? Coś za coś. Już dawno zauważył, że doros­ łych rozczulała taka zadziorność. A tutaj przecież gra była warta świeczki. Gość, który poprosił go o przekazanie listu, wręczył mu dwudziestozłotowy banknot. Julek wciąż jeszcze nie mógł uwierzyć w tak wielkie szczęście i co chwila sprawdzał, czy pieniądz aby na pewno jest w kieszeni kurtki. Był i szeleścił obiecująco w zmarzniętych palcach. Jak dobrze pójdzie, to może ta pani, której miał doręczyć list, też dorzuci coś od siebie? – rozmarzył się. Nawet piątka byłaby niezła. A gdyby dała dychę, byłbym prawdziwym szczęściarzem. Ale żeby którakolwiek z tych fantazji mogła się ziścić, ta pani przede wszystkim musiała się pojawić.

•5•


– Zwykle wraca koło piątej, ale może się trochę spóźnić. To bardzo ważna wiadomość i naprawdę musi trafić we właściwe ręce. Poczekasz? – upewnił się facet, wręczając mu kopertę.  – No przecież obiecałem. A ze mnie, proszę pana, jest solidna firma – odpowiedział poważnie. Tak zwykle mówił jego tata, gdy rozmawiał z potencjalnymi klientami, i to zapewnienie zazwyczaj działało. Ale temu Julek w ogóle się nie dziwił. Już dawno zauważył, że tata miał w sobie coś takiego, co z miejsca przekonywało do niego ludzi. Po prostu – od czubka głowy aż do pięt był uosobieniem stabilności i pewności. Budził zaufanie. Julek marzył, że gdy dorośnie, będzie do niego podobny. Pewny siebie, zaradny i zawsze gotowy do tego, żeby się wziąć z życiem za bary. Ale niestety. Nie zdążył dorosnąć, a już na jego dziewięcioletnie barki spadł ogromny ciężar. Na początku jakoś lepiej sobie radził, lecz teraz z dnia na dzień sytuacja coraz bardziej się komplikowała. I znikąd pomocy – pomyślał ze smutkiem. – Jak tak dalej pójdzie, będę musiał rzucić szkołę, a to na pewno nikomu nie wyjdzie na dobre. Na razie udało mu się opuścić tylko dwa ostatnie dni, ale kto wie, co przyniesie przyszłość – pociągnął nosem, ale gdy tylko poczuł, że coś drapie go w gard­ le, podniósł głowę i zmusił się do dziarskiego uśmiechu. Facet, który stał przed nim, za nic nie mógł zauważyć, że Julek się smuci. Po pierwsze, mógłby uznać go za mazgaja

•6•


i poszukać kogoś innego do wykonania zadania, a po drugie, nie wyglądał na kogoś, kto by się przejmował problemami innych. To nie był gość, któremu można by było się zwierzyć. A zresztą, nawet gdyby był idealnym słuchaczem, ­Julek doskonale wiedział, że nie może pisnąć ani słowka o tym, co go spotkało. Za nic na świecie. Nie teraz. Skoro wytrzymałem tyle, to wytrzymam jeszcze trochę – uznał. – Ostatecznie bycie synem takiego ojca zobowiązuje – pomyślał, usiłując odgonić od siebie poczucie beznadziejności i potwornego osamotnienia.  – Tak jak mówiłem, nie musi się pan martwić, dostarczę wszystko, co trzeba. Przekona się pan. Spokojna głowa! – Odchrząknął, wypinając pierś obleczoną puchową kurtką. Na całe szczęście drapanie w gardle, które zwykle zwiastowało zbliżające się łzy, ustało, kryzys został zażegnany, a na twarzy mężczyzny od koperty pojawił się lekki uśmiech.  – Przekonałeś mnie, mały, tak trzymaj. Takich ludzi nam potrzeba. – Poklepał go protekcjonalnie po ramieniu i nareszcie sobie poszedł. Gdy zniknął za rogiem ulicy, Julek odetchnął z ulgą. W tym gościu było coś, co mu się zdecydowanie nie podobało. Niby elegancki, niby taki miły i uprzejmy, ale jakiś taki… picuś-glancuś, jak powiedziałaby o nim babcia.  – Pamiętaj, Juluś, nie to złoto, co się świeci – mówiła mu często. – Bo człowieka to nie po ubraniu poznasz ani nie po tym, co mówi.  – A po czym, babciu? – zapytał zaciekawiony.

•7•


– A po różnych rzeczach, ale tak na pierwszy rzut, to po oczach – odpowiadała po krótkim namyśle. A ten tu facet od koperty oczy miał dziwnie rozbiegane i jakby uciekające na boki. Babci na pewno by się nie spodobał. Ale w tej chwili nie to było istotne. Najważniejsze, że dostał zlecenie i zapłatę z góry. Teraz tylko musiała pojawić się pani, która miała odebrać kopertę. „Kolorowa czapka z pomponem, długi szalik” – tak ją opisał ten elegancik-francik. Julek z niecierpliwością przestępował z nogi na nogę. Piąta minęła już jakiś czas temu, a co gorsza, z ciemnych chmur, które od samego rana cierpliwie i konsekwentnie zasnuwały niebo, zaczął padać marznący deszcz. Chłopiec pociągnął nosem, głęboko westchnął i jeszcze mocniej zacisnął zgrabiałe palce na kopercie. W tej samej chwili latarnie po obu stronach ulicy zamigotały i zajaśniały żółtym, zamglonym światłem, a u wylotu ulicy pojawiła się kobieca postać. Już z daleka wzrok przyciągała kolorowa włóczkowa czapka i kiwający się na jej czubku wielgaśny pompon. Równie barwny szalik sięgał idącej niemal do stóp. Nie było wątpliwości: właśnie nadchodziła ta, na którą czekał. Julek wyprostował się, zsunął czapkę jeszcze bardziej na bakier, a końcówkę szalika przerzucił przez ramię. Był gotowy i zamierzał zrobić naprawdę dobre wrażenie.


J

aśmina już od jakiegoś czasu czuła podskórnie, że coś się święci. A to, że przyśniła jej się ciotka Józefina, tylko utwierdziło ją w tym przekonaniu. Tak się jakoś składało, że ciotka w świecie majaków sennych zwiastowała dokładnie to, co w realnym, a mianowicie kłopoty. W dodatku sen był bardzo sugestywny. Otóż śniła jej się wielka łąka pełna kwitnących mleczy, kołyszących się na tle soczystej zielonej trawy. Jaśmina stała pośród tego morza kwiatów i dziergała coś na drutach – coś długiego i czerwonego. Druty migały w słońcu, a to wełniane coś wydłużało się i wydłużało, i w pewnym momencie przesłoniło sporą część zieloności. I nagle na błękitnym niebie niczym wielka chmura pojawiła się ciotka Józefina. Płynęła lekko i zwiewnie, unosząc się na rozkloszowanej, wydętej niczym balon spódnicy. W jej oczach migotały ironiczne iskierki. Temu akurat Jaśmina, nawet pogrążona w głębokim śnie, wcale a wcale się nie dziwiła. Odkąd sięgała pamięcią, ciotka zawsze była nieco ironiczna i zgryźliwa. Gdy w końcu, żeglując po nieboskłonie, dotarła tuż nad nią i zawisła centralnie nad jej głową,

•9•


zamaszystym ruchem wydobyła zza pazuchy wielki pędzel i zaczęła ją nim poganiać, śpiewając przy tym gromkim głosem: „A przed nią bieży baranek, a nad nią lata motylek”. I było jasne, że to ona ciotka jest tym motylkiem, a Jaśminę zaś spotkał wątpliwy zaszczyt bycia tym drugim, czterokopytnym. Zszokowana, zamiast uciekać, zamarła w bezruchu, w końcu nieczęsto się widuje tak wielkiego owada, który na domiar złego fatalnie fałszuje. I zapewne, żeby już tego dłużej nie musieć słuchać, nagle odzyskała władzę w nogach i zaczęła na oślep gnać przed siebie, gubiąc po drodze druty, ciotka zaś, nic sobie z tego nie robiąc, nadal płynęła nad nią, waląc ją co chwila po głowie pędzlem. Dzięki Bogu, nie miała szans dowiedzieć się, co było dalej, bo rozdzwonił się telefon, miłosiernie wyrywając ją z tego koszmaru.  – Słucham? – mruknęła, przytykając słuchawkę gdzieś w okolice ucha i jednocześnie starając się odpędzić od siebie senne majaki.  – Minka, to ja, właśnie wychodzę od ciebie z firmy, zanios­łam te wizytówki, które ostatnio u mnie zostawiłaś, a przez pomyłkę zabrałaś paczkę z moimi guzikami… – W słuchawce zatrajkotał głos jej przyjaciółki Bernadetty.  – Czekaj, czekaj, powoli. – Z trudem usiłowała zmusić zaspaną głowę do nadążenia za płynącymi wartkim nurtem słowami dziewczyny.  – Przecież dobrze wiesz, że powoli to ja nie potrafię, szczególnie jak jestem zdenerwowana – wytknęła jej Bernadetta.

• 10 •


– Jak mówię wolno, to tracę wątek. Wiem, że cię obudziłam i że jesteś półprzytomna, ale na litość boską, skup się! Wyobraź sobie, że pękła ci rura i cię zalewa albo gaz się ulatnia. Gwarantuję, że od razu odzyskasz szczytową formę.  – Matko Boska, ty to jednak masz dar przekonywania, czuję się, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. – Jaś­ mina całkowicie rozbudzona usiadła w łóżku nieomal na baczność i w tym samym momencie tuż koło jej twarzy pojawił się radosny pysk jej ukochanej bernenki. Nieomal odruchowo poklepała ją po głowie, ale gdy tylko cofnęła rękę, pies z pretensją palnął ją łapą po ramieniu.  – Czekaj, bo Melisa się uaktywniła – jęknęła Jaśmina. – Teraz to już zupełnie oprzytomniałam. Stanowicie doskonały duet.  – Akurat w tym wypadku to bardzo dobrze, chociaż raz ten przerośnięty szczeniak na coś się przydał. Poczekaj chwilę… – Po drugiej stronie słuchawki coś zaszeleściło i trzasnęły zamykane drzwi. – Już jestem, musiałam rozłożyć parasolkę, bo coś obrzydliwego pada. Ni to deszcz, ni to śnieg. Ale w sumie, czego innego można się spodziewać po listopadzie? – zapytała retorycznie. – Zresztą mniejsza o pogodę, słuchaj… – Nabrała powietrza, które po chwili ze świstem wypuściła. – No i wypadłam z rytmu, zupełnie nie wiem, na czym stanęłam… – powiedziała z wyrzutem.  – Na guzikach, mówiłaś, że po nie poszłaś – podpowiedziała jej usłużnie Jaśmina. – Ale zanim znów wpadniesz w słowotok, to pozwól, że ci przypomnę, że przecież ja to

• 11 •


wszystko wiem, wczoraj osobiście wręczyłam ci cały pęk kluczy do firmy, żebyś mogła odebrać te swoje guzikowe cuda i dzięki temu móc zacząć pracę skoro świt. A ja – uwaga! dochodzę do meritum – w tym czasie miałam się wyspać…  – Miałaś, ale nie wyszło. Kto rano wstaje, te…  – Ten ma przed sobą cały dzień udręki – przerwała jej Jaśmina w pół słowa.  – O matko, lepiej mi było nie wchodzić w zdanie i dać zakończyć standardowo „temu Pan Bóg daje”. Byłoby o wiele bezpieczniej. A tak wyrwałaś się z tą udręką! Obyś tylko nie wykrakała. – Głos Bernadetty zabrzmiał złowróżbnie. – Przecież wiesz, że wierzę w znaki. Tutaj zaś wszystko układa się w jedno wielkie ponure znaczysko. A teraz mi z łaski swojej nie przerywaj, bo nigdy nie skończę. Dla pewności zacznę od początku, tak żebyś wszystko zrozumiała. A więc tak: do biura dotarłam bez trudu, paczkę z guzikami znalazłam w tej szufladzie, w której miałam znaleźć. Ale traf chciał, że pod nią leżała cała sterta papierów. Wiesz, że ja już tak mam, że tam gdzie są literki, to odruchowo czytam…  – Aha, tak samo tłumaczyłaś się, gdy matka przyłapała cię na lekturze jej pamiętnika, który wygrzebałaś z dna szuflady z bielizną. Usiłowałaś wmówić najpierw jej, a potem nam wszystkim, że tak zupełnie odruchowo przewertowałaś go od początku do końca.  – O rany, no przecież musiałam coś powiedzieć! To pierwsze przyszło mi do głowy, ale tak naprawdę to nie powinnaś tego wyciągać, bo nikt nie powinien być wielokrotnie

• 12 •


karany za jedno i to samo. A ja i tak dotkliwie cierpię za nieokiełznanie patologicznej ciekawości. Wiesz, że co raz zobaczysz, to już nie ma sposobu na odzobaczenie. A moja mama w tym pamiętniku była wyjątkowo szczera. Ze szczegółami opisała, jak to się z ojcem o mnie starali. Po tej lekturze przynajmniej jedno jest pewne: jestem bardzo dopracowanym dzieckiem. Dzieckiem, które całe dzieciństwo i dorastanie przeżyło w atmosferze bezpieczeństwa i troski. Żadnych koszmarów ani gwałtownych przeżyć. Ale w przyrodzie nic nie ginie i wszystko musi się wyrównać. I pewnie dlatego trafiłam na ten pamiętnik. Przeczytałam i proszę bardzo! Traumę mam zapewnioną po kres swoich dni. Może nawet kiedyś się skuszę i napiszę książkę, tytuł już mam: „Rzecz o moim poczęciu, czyli jak to jest mieć rodziców zbereźników”. Szczerze mówiąc, sto razy bardziej wolałam wersję mojej babci, która kojąco wmawiała mi, że znaleziono mnie wśród kapusty.  – Zapomniałaś wspomnieć, że mówiła o tym zazwyczaj wtedy, gdy ją wkurzałaś, i natychmiast dodawała, że pewnie dlatego wyłazi z ciebie taki głąb. – Zaśmiała się Jaśmina. – Ale wróćmy do tematu. Co z tym plikiem kartek, który, hmmm, niechcący przeczytałaś?  – Niechcący to ja przeczytałam tylko górną linijkę tej, która leżała na wierzchu. Potem to już była lektura kontrolowana. Ale zanim ci powiem, co tam znalazłam, to przypomnij sobie, kiedy ostatnio sprawdzałaś papiery dotyczące firmy? Rozliczenia, faktury…

• 13 •


– Bernadka, przecież wiesz, że ja się tym w ogóle nie zajmuję i że ta firma to tylko na papierku jest moja. Wszystko ogarnia Radek. Zresztą ku mojej wielkiej uldze, bo ja się kompletnie na tym nie znam. A poza tym taka była umowa…  – Taaa… Z tego, co ja pamiętam, to początkowa umowa była taka, że on się bawi w piaskownicy, którą ty mu organizujesz, ale jednocześnie ty masz swoją. Miałaś założyć ten swój wymarzony sklep z włóczkami i tym, co własnoręcznie wydziergasz. Marzyłaś o własnej marce, pamiętasz? O organizowaniu kursów szydełkowania i robienia na drutach. I co z tego wyszło? Siedzisz w domu i gotujesz, i sprzątasz!  – I pracuję na pół etatu w pasmanterii – żachnęła się Jaś­mina. – Nie wracajmy do tego po raz nie wiadomo który! – Przewróciła oczami i pieszczotliwie podrapała Melisę za uchem. – Przecież tysiące razy powtarzałam i tobie, i dziewczynom, że z niczego nie zrezygnowałam, tylko odsunęłam nieco w czasie. Nie stać mnie było na dwie poważne inwestycje, a Radek miał w zanadrzu pomysł na większe zyski w krótszym czasie. Co się zresztą sprawdziło.  – Nie sądzisz, że kluczowe tutaj jest słowo „mnie”? Jaśmina, do cholery, ty nie jesteś sama, on też powinien dawać coś od siebie, a już na pewno nie wolno mu było cię zmuszać do rezygnacji z marzeń! Czemu, do choroby, sam nie założył tej firmy?  – Bo moje pół etatu oznacza płacenie niższego ZUS-u. Naprawdę musimy to po raz kolejny wałkować? A poza tym,

• 14 •


czy ja wyglądam na kompletną idiotkę, która na oślep gna ku przepaści? Założyłam tę firmę, ale też się zabezpieczyłam. No dobrze, może nie do końca z własnej woli, tylko babcia mnie przymusiła, ale summa summarum na jedno wychodzi. I mogę cię zapewnić, że nawet nie chodząc tam i nie grzebiąc w papierach, mam wszystko pod kontrolą.  – A jak, jeżeli wolno zapytać? Masz jakieś układy z Duchem Świętym albo wróżbitą Maciejem?  – Lepiej, mam swoją księgową. To był mój warunek. Wszystko, co dotyczy finansów, jest w rękach naszej, mojej i babci, znajomej, pani Bożenki.  – Hmmm… Teraz to już kompletnie nic nie rozumiem – mruknęła Bernadka. – Jakoś nigdy nie wspominałaś o tym swoim finansowym aniele stróżu.  – Bo mi to kompletnie wypadło z głowy, jak otwierałam firmę, było spore zamieszanie, sprawy papierkowe, szukanie miejsca, dopinanie wielu spraw, a do tego wszystkiego szalejąca z wściekłości babcia. Nie mogła mi darować zmiany planów. Bez ogródek oświadczyła, że marnuję cenny czas i popełniam błąd. Oczywiście chodziło jej o mój sklepik i Radka. Czyli o to, o co i waszej świętej trójcy: tobie, Klarze i Zuzannie.  – Biorąc pod uwagę, że babcia cię kocha, a my jesteśmy twoimi przyjaciółkami, to może coś w tym jest i powinnaś się nad tym zastanowić. Wiesz, jak w tym powiedzeniu, że jak jedna osoba ci mówi, że jesteś pijany, to możesz to ignorować, jak dwie, to powinieneś zacząć się niepokoić, a jak

• 15 •


wiele, to nie pozostaje nic innego, jak iść do domu i położyć się spać – mruknęła Bernadka.  – Taaa. Słyszę to nieustająco. Zupełnie nie wiem, czemu tak wszystkie nie cierpicie mojego chłopaka. Może i jest trochę zasadniczy, nieco porywczy, ale w gruncie rzeczy gdybyście dały mu szansę, tobyście się przekonały, że nie jest taki zły.  – Żeby dać komuś szansę, trzeba móc się z nim od czasu do czasu zobaczyć, a twój Radzio jest stale nieobecny. Nawet dla ciebie nie ma czasu, a co dopiero mówić o kimś tak mało istotnym w jego życiu jak twoi najbliżsi przyjaciele albo babcia. Chociaż z Tomisią to niech on się raczej nie spotyka. Do tej pory nie mogę zapomnieć, jak palnął podczas jej wizyty, że musi już iść, bo woli unikać starości, tłumacząc, że gdy obcuje ze starcami, czuje się tak, jakby go za życia wciągali do grobu. Dzięki Bogu, że Tomisia akurat rozmawiała przez telefon i tego nie słyszała.  – No fakt, co do babci, to rzeczywiście nie najszczęśliwiej to ujął, ale tłumaczyłam wam, że Radek cierpi na paranoiczny lęk przed zniedołężnieniem. A twoje zarzuty dotyczące jego ciągłej nieobecności są co najmniej niemądre. Przecież on wtedy się nie bawi, tylko pracuje! Ale nie mówmy już o tym, bo i tak nie dojdziemy do żadnych konstruktywnych wniosków. Pogodziłam się już z tym, że wam wszystkim z nim nie po drodze. Na całe szczęście nikt nie twierdzi, że trzeba kochać partnerów przyjaciółek, żeby nadal się z nimi przyjaźnić. A wracając do księgowej, to w końcu dla świętego spokoju obiecałam babci, że jeżeli jest dobra

• 16 •


w tym, co robi, to ją zatrudnimy. Radek trochę kręcił nosem, bo ponoć już kogoś na to miejsce sobie upatrzył, ale w końcu ustąpił. Nie miał wyboru, bo jasno mu zapowiedziałam, że to mój warunek założenia firmy na siebie. Głupio mi było strasznie, bo to wyglądało tak, jakbym go podejrzewała o… o… Sama właściwie nie wiem o co, ale nie czułam się z tym najlepiej. Choć przyznam ci się, że w jakiś sposób argumentacja Tomisi do mnie dotarła. Ostatecznie jeszcze się wtedy tak dobrze nie znaliśmy, a ja byłam zakochana, więc przyjęłam, że być może nie widzę wszystkiego wystarczająco jasno.  – Zadziwiająco trzeźwe podejście jak na osobę szalejącą z miłości – zakpiła Bernadka.  – Cóż, w końcu jestem wnuczką swojej babci, a mama też podobno mimo porywczości w kluczowych momentach wykazywała się dużym rozsądkiem. Ja tego oczywiście nie pamiętam, bo byłam za mała. W końcu, gdy rodzice zginęli w wypadku, miałam zaledwie dziewięć lat. Ale geny to geny, mają własne sposoby, żeby dać o sobie znać, i zapewne miały swój udział w podjęciu decyzji, że pani Bożenka zajmie się księgowością. I wszystkim to wyszło na dobre. Jest rewelacyjna i dodatkowo ta posada naprawdę była jej potrzebna, bo z finansami było u niej dość krucho. Wszyscy wolą zatrudniać młódki. I tak wilk jest syty i owca cała. Ja nie muszę się martwić o to, co dzieje się w firmie, a pani Bożena ma co miesiąc pensję. I już. Bernadka, jesteś tam? – spytała, bo w słuchawce zapanowała cisza.

• 17 •


– Jestem, jestem, tylko nijak nie mogę tego wszystkiego złożyć w całość. Nic tu do siebie nie pasuje. Tak czy siak, obiecaj mi proszę, ale tak z ręką na sercu…  – A to akurat będzie trudne, z tą ręką, bo Melisa mnie całkowicie przygniotła – weszła jej w zdanie. – Jakoś tak zupełnie lekceważy swój solidny gabaryt. Ale wykrztuś w końcu, co tam w tym biurze znalazłaś, bo jak na razie to kluczysz jak zając.  – Cały plik kartek z wezwaniami do zapłaty. – Bernadka odruchowo zniżyła głos.  – Jak to z wezwaniami? – Jaśmina zepchnęła z trudem opornego zwierzaka na brzeg łóżka i poderwała się na równe nogi.  – Tylko nie mów, że mam ci tłumaczyć, na czym polegają ponaglenia.  – Nie, no pewnie, że nie, tak odruchowo powtórzyłam – mruknęła, zawijając się w szlafrok. – Poczekaj, bo całkiem zgłupiałam. Widziałaś może, czego dotyczyły?  – Nie wczytywałam się aż tak bardzo, nie chciałam, żeby mnie ktoś przyłapał na myszkowaniu w nie swoich rzeczach. Ale rzuciło mi się w oczy, że część z nich była powtórnie awizowana. I wszystkie na ciebie. To akurat sprawdziłam.  – Ale to musi być jakieś nieporozumienie! Może były przeterminowane…?  – A, to akurat pewne – sarknęła zniecierpliwiona Bernadetta. – Wezwania do zapłaty zwykle mają to do siebie, że dotyczą przeterminowanych zaległości. To wiem nawet

• 18 •


ja, która ma chroniczny wstręt do wszelkich liczb, cyferek i tego typu atrakcji.  – Nie w tym sensie, chodziło mi raczej o to, że nieaktualne, bo już zapłacone. Jakiś czas temu rzeczywiście Radek coś wspominał, że musi poprzeciągać płatności, bo mu przelewy nie pospływały w terminie… To na pewno z tego okresu. A poza tym, tak jak ci mówiłam, gdyby rzeczywiście był tak duży problem, to pani Bożena z pewnością by mnie powiadomiła.  – Obyś miała rację. Tak czy inaczej, sprawdź to. Prewencyjnie. Bardzo cię proszę. A, i może tak na wszelki wypadek prześlę ci esemesem namiary na prawnika? Gdybyś miała jakieś wątpliwości dotyczące tego, co tam znajdziesz, to mogłabyś się z nim umówić. Jest ponoć najlepszy. Z jego usług korzystała jedna z moich koleżanek, gdy jej mąż ją szurnął na grube pieniądze. Coś mnie wtedy tknęło i zapisałam kontakt do tego czarodzieja od oszustw. W końcu nie wiadomo, co się kiedy komu przydarzy, a przezorny zawsze ubezpieczony. A dodatkowo…  – Bernadka, daj spokój! Po pierwsze, ja nie mam męża.  – Jaśmina powiedziała to takim tonem, jakby tylko mężowie mieli wyłączność na wystawianie kobiet do wiatru. – A po drugie, po cholerę mi prawnik? Gdybyśmy mieli kłopoty tego typu, to przecież Radek z całą pewnością by mi powiedział, a już na pewno nie robiłby mi drogich prezentów. – Odruchowo spojrzała na komódkę, na której leżało małe pudełko ze znanej jubilerskiej pracowni. – No, sama

• 19 •


powiedz: jak by było tak źle, to kupowałby mi pierścionek cały najeżony diamentami?  – Z logicznego punktu widzenia nie…  – No właśnie. Dodatkowo, wybacz, że się powtórzę, jest jeszcze pani Bożenka. Nie milczałaby, gdyby wiedziała o problemach.  – Ale mimo wszystko, tak dla spokojności sumienia, nawet jeżeli nie swojego, to mojego, zajrzyj dziś do firmy, pogadaj z księgową, papiery na wszelki wypadek zabrałam ze sobą, żebyś mogła je przejrzeć…  – Ukradłaś dokumenty…!? – Głos Jaśminy zawibrował niedowierzaniem. – Przecież Radek się wścieknie, jak to zauważy!  – Pozwól, że jego samopoczuciem pomartwię się później – mruknęła w ogóle nieskruszona Bernadka. – Ostatecznie w razie czego osobiście go przeproszę. Aczkolwiek niechętnie. Nic na to nie mogę poradzić, że jakoś nie udało mi się go polubić. A próbowałam ze wszystkich sił – dodała z westchnieniem.  – Jakbym słyszała babcię! Chociaż nie, właściwie to ona ogranicza się tylko do stwierdzenia, że nigdy go nie lubiła i lubić nie zamierza. Ty przynajmniej usiłowałaś wykrzesać w sobie choć cień sympatii. Ale wracając do meritum, nadal nie rozumiem, po jaką cholerę zabierałaś te papiery. Nie mogłaś ich tam zostawić? Przecież poszłabym i do nich zajrzała na miejscu!  – Minka, przestań pozować na świętszą od papieża! Ostatecznie nic się takiego nie stało. Jeżeli okaże się, że jest

• 20 •


tak, jak mówisz, i że to wszystko jest nieaktualne, to podrzucimy dokumenty do szuflady i Radzio po kres swoich dni niczego się nie domyśli. A jeżeli, odpukać, coś byłoby na rzeczy, to przynajmniej będziesz miała od czego zacząć. Najgorsza w takich sytuacjach jest niewiedza i brak punktu zaczepienia. A poza tym, od kiedy ty jesteś taka nudno praworządna?  – A od kiedy ty jesteś specjalistką od tego typu spraw? – odcięła się Jaśmina.  – Odkąd moje dwie znajome się rozwodziły. A ciotkę Baśkę oszwabił oszust matrymonialny. Jakoś tak zupełnie nie wiedzieć dlaczego podejrzliwość mi się wyostrzyła. A ty naprawdę, Minka, po tym, co ci właśnie powiedziałam, nie czujesz niepokoju? Niepewności? Nic? – W głosie Bernadki brzmiało zdumienie. Jaśmina umilkła i zacisnęła palce na słuchawce trzymanej w dłoni. Sama nie wiedziała, co odpowiedzieć. Ogarnęły ją nagły lęk i niepokój o to, czego się może dowiedzieć o Radku.  – Nie wiem… – przerwała w końcu przedłużającą się ciszę. – Po prostu nie wiem. Zrozum, ty jesteś moją przyjaciółką i ufam ci bezgranicznie. I wiem, że to, co robisz, wynika z troski o mnie. Ale na litość boską, rozmawiamy o moim o mało co narzeczonym! Człowieku, z którym zamierzam spędzić resztę życia. Gdybym ci teraz powiedziała, że wątpię w jego uczciwość, jak by to o mnie świadczyło? Jak by miało wyglądać to nasze na dobre i na złe? W zdrowiu

• 21 •


i w chorobie? Nie da się budować niczego trwałego na wątpliwościach i braku zaufania!  – Dobrze, rozumiem. Ale tak czy inaczej…  – Sprawdzę – przerwała jej Jaśmina. – I dam znać, co i jak, a ty zajmij się lepiej naszywaniem tych swoich guzików i nie popadaj w paranoję. Aha, i na litość boską niczego mi nie wysyłaj. Żadnych namiarów na prawników. ­Jesteś kochana, ale nie zrozum mnie źle… Po prostu jestem pewna, że to wszystko okaże się jednym wielkim nieporozumieniem – dodała i nie czekając na odpowiedź p ­ rzyjaciółki, szybko się rozłączyła.  – Nieporozumieniem, taaak… – mruknęła Bernadka, wyszukując w pamięci telefonu kontakt do specjalisty od oszustw. – Tego właśnie obawiam się najbardziej. Że to wszystko okaże się jednym wielkim i brzemiennym w skutkach nieporozumieniem – oznajmiła ponuro siedzącemu na oparciu ławki gołębiowi i z determinacją kliknęła przycisk „wyślij”. No to teraz dopiero Minka się na mnie wścieknie – pomyślała, poprawiając zsuwającą się z ramienia torebkę. – Ale z drugiej strony numer sam w sobie nikomu krzywdy jeszcze nie zrobił, a jakby coś, to zawsze lepiej być przygotowanym – rozgrzeszyła się w duchu i szybkim krokiem pomaszerowała w kierunku domu. I tak już była mocno spóźniona, bała się, że nie zdąży dokończyć najnowszego zamówienia. Płaszcz, który uszyła i który miał być odebrany jutro z samego rana, wymagał ostatniego szlifu, czegoś, co by go wyróżniło wśród innych.

• 22 •


Po raz pierwszy jej klientką była gwiazda z krwi i kości i Bernadka miała nadzieję, że być może, jeżeli będzie zadowolona, zrobi sobie w nim zdjęcie i wrzuci do internetu. A to podobno reklama najlepsza z możliwych. A płaszcz wymyśliła piękny, rozkloszowany na dole i obszyty małymi czerwonymi guziczkami. Tak to sobie rozrysowała, że guziki tworzyły morze maków, które podczas ruchu falują i skłaniają wdzięcznie swe małe czerwone główki. Całość miała przypominać łąkę kołysaną wiatrem.  – Huk roboty… – mruknęła do siebie. – I dobrze. Przynajmniej będę miała czym zająć i głowę i ręce i łatwiej mi będzie poczekać na wiadomości od Minki.


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Nieświęty Mikołaj by SIW Znak - Issuu