Skip to main content

Nadzieje i marzenia

Page 1

Malownicze, marzec, teraz

W

iosna w tym roku nie różniła się niczym od poprzed­ nich. Tak samo jak w ubiegłych latach nadeszła naj­ pierw cicho, nieśmiało zaznaczając swą obecność cieplejszymi promieniami słońca i pękającą na kałużach lodową siateczką. Szczerze mówiąc, Madeleine prawdopodobnie w ogóle nie zwróciłaby uwagi na te zmiany, gdyby nie ­Marcysia.  − Ciociu, widziałaś? Kałuże mają zmarszczki! – zawołała, wpadając do domu i siłą wyciągając opierającą się Magdę na podwórko. – Sama zobacz!  − Aha – przytaknęła Madeleine i z trudem stłumiła ziewa­ nie. – Po prostu lód pęka – dodała i na widok rozcza­rowania na twarzy dziewczynki od razu poczuła wyrzuty ­sumienia. – To znaczy pęka, bo hmmm… Wiosna przyszła i teraz musi zapro­ wadzić swoje porządki…

•5•


− Wiesz co, córko, nie poznaję cię – usłyszała za sobą głos swojej mamy. – Dziecko ci tu poetycko o zmarszczkach na kałużach, a ty co na to? Przyziemnie: lód pęka?  − No bo pęka, bo wiosna…  − Pani Wiosna po prostu ma teraz masę pracy – litościwie przerwała jej mama. – Lód na kałużach musi rozbić, zimę przegonić…  − Ooo, ciociu, to chodźmy na spacer! Ja i Franek pomo­ żemy wiośnie! – radośnie zawołała Marcysia, tłukąc w kałużę kijem. – Zobacz, jak mi to pięknie wychodzi!  − Rzeczywiście, ślicznie – rzuciła Magda nieuważnie, cały czas myśląc o tym, co zostawiła w domu. Plik dokumentów, faktur i zamówień, nad którymi ślę­ czała od kilku godzin, zmniejszył się minimalnie. I przez to pierwsze symptomy wiosny jakby traciły na atrakcyjności.  − To co, idziemy? – Marcysia wbiła w nią ufne, pełne oczekiwania spojrzenie.  − Kochanie, ale teraz…  − Właśnie teraz – przerwała jej mama. – Weź dzieciaki i przewietrz głowę – zadysponowała. – Ty przecież w ogóle ostatnio nie bywasz na powietrzu, a zobacz, jakie ładne słoń­ ce wyszło. Skoro nie siedzisz w księgarni, wykorzystaj to!  − Mamo, w księgarni został Michał specjalnie po to, bym mogła nadrobić papierkową robotę. Zamówienia, plan…  − Plan planem. Sama mi nieustannie powtarzałaś sło­ wa Tuwima, że plan to coś, co potem wygląda zupełnie ina­ czej. A poza tym papiery nie uciekną, w przeciwieństwie do

•6•


tego wyjątkowo pięknego dnia. Marzec to niezwykle kapryś­ ny miesiąc i skoro już jest tak słonecznie, szkoda z tego nie skorzystać. Poza tym nie pamiętam, kiedy ostatnio wyszłaś gdziekolwiek z dziećmi – dodała ciszej, tak by dłubiąca paty­ kiem w kałuży Marcysia jej nie usłyszała. – Ja z nimi bardzo chętnie zostaję, pokochałam je i niczego ci nie wypominam… Ale one po prostu za tobą tęsknią.  − Wiem, mamo, wiem – Madeleine potarła ręką czoło i głęboko westchnęła – ale nie umiem tego wszystkiego ogar­ nąć. A przecież to ty zajmujesz się całym domem. Praktycz­ nie zamieszkałaś u mnie na stałe i nie mam pojęcia, co bym bez ciebie zrobiła. I nie ukrywam, że gnębią mnie ogromne wyrzuty sumienia. W końcu przeze mnie zostawiłaś na pa­ stwę losu tatę…  − O ojca się nie martw, jak znam życie, to w skrytości ducha cieszy się z przywilejów słomianego wdowca – roze­ śmiała się mama. – Zresztą całkiem nieźle radzą sobie razem z ­Kasią. Twoja siostra przez ostatnie miesiące bardzo wydoroś­ lała. A jeżeli chodzi o organizację…  − No właśnie, jak ty to robiłaś, że godziłaś ze sobą i pracę, i dom, i wychowywanie trójki dzieci? Przecież zawsze wszyst­ ko było na czas, posprzątane, ugotowane i nie miałaś proble­ mu, by wygospodarować chwilę na zabawę z nami.  − Ho, ho, ho! Musisz być w niezłym dołku, skoro tak mnie idealizujesz – kpiąco mruknęła mama. – Na pewno się tyle nad wszystkim nie zastanawiałam. Trzeba coś było zrobić, to po prostu to robiłam. Wy jesteście pokoleniem myślącym.

•7•


Gdy się z wami rozmawia, w kółko się słyszy: „Myślałem o tym, myślałem o tamtym”. I niewiele z tego wynika, bo zazwyczaj na myśleniu się kończy – dodała i znacząco popa­ trzyła na Magdę.  − Mamo, o co chodzi? Chcesz mi dać do zrozumienia, że wyrosłam na myśliciela nieudacznika?  − Nie. Chcę ci powiedzieć, że zbyt długie zastanawianie się nie jest wcale dobre. Szczególnie w pewnych kwestiach. I niekoniecznie chodzi mi tutaj wyłącznie o ciebie. Zresztą to nie jest najlepszy moment na taką rozmowę. – Sugestywnie wskazała głową na Marcysię. – Pogadamy kiedy indziej, a te­ raz idź na ten spacer. Tylko ubierz się ciepło, bo to pierwsze słońce jest bardzo zwodnicze – powiedziała i weszła do domu, nawołując Franka. Madeleine doskonale wiedziała, iż zanim ona się ubierze, chłopiec będzie już czekał na podwórku opatulony troskli­ wie przez swoją ukochaną i niezawodną, a przede wszystkim mądrą babcię. Później idąc z dzieciakami i przyglądając się, jak bez­ trosko biegają od kałuży do kałuży, jak do niej zagadują i jak bardzo są szczęśliwe, pomyślała, że coś ewidentnie wy­ myka się jej spod kontroli. Mama powiedziała głośno to, czego ona sama starała się nie dopuścić do świadomości. Księgarnia, zamówienia, Michał, który niby się oświadczył, ale wciąż mieszkał w tej, pożal się Boże, chatce na kurzej ­nóżce…

•8•


Nie tak to wszystko sobie wyobrażałam i planowałam – pomyślała i od razu szeroko się uśmiechnęła.  − No tak, plan to coś, co potem… – mruknęła pod n ­ osem. Trzeba będzie coś z tym zrobić – postanowiła. – Ale póź­ niej. W tej chwili po prostu będę się cieszyć spacerem i dzie­ ciakami. A potem… Potem się zobaczy.


Malownicze, maj, teraz

S

tojąc przed księgarnią i wystawiając twarz do słońca, przypomniała sobie tamten marcowy ciepły dzień. Matko, jak to możliwe, że od tamtego momentu minęło dwa miesiące? – pomyślała w popłochu. Wydawało jej się, że to było zaledwie wczoraj. Jeszcze zanim przyjechała do Ma­ lowniczego, czas gnał na złamanie karku. Tutaj, w miastecz­ ku, jakby na powrót zwolnił. Oswajanie dopiero co kupio­ nego domu, praca w ogrodzie i remontowanie zaniedbanych pokoi nadały jej dniom specyficznego, niespiesznego rytmu. Kiedy więc znów zaczął tak pędzić? Gdy pojawiły się dzieci – odpowiedziała sama sobie po chwili wnikliwego namysłu.  − Dzień dobry, pani Magdo. Dobrze, że panią zastałem. Od dwóch dni noszę ze sobą polecony do pani. Zagranicz­ ny – wdarł się w jej myśli dziarski głos.

• 10 •


Otworzyła oczy i zamrugała nagle oślepiona słońcem. Dopiero kiedy przysłoniła je dłonią, ujrzała rower i stoją­ cego obok listonosza w zawadiacko przekrzywionej czapce, z ogromną torbą przewieszoną przez ramię.  − Dzień dobry, panie Krzyśku. Rzeczywiście, w tym tygo­ dniu zamykałam wcześniej. Czemu nie zostawił pan awizo?  − A bo ostatnio sam widziałem, jak ktoś wieczorem przy pani skrzynce majstrował. Chciałem nawet złapać łobuza, ale nie zdążyłem, spłoszył się i zwiał. Zresztą to jakaś plaga, ostat­ nio giną listy, wandale rozwalają skrzynki, a ta obok księgar­ ni, za przeproszeniem, już teraz trzyma się na słowo honoru. Wolałem więc osobiście dostarczyć, bo jeszcze by pani prze­ gapiła, i kłopot by był. A to przecież urzędowe pismo z kan­ celarii adwokackiej. – Listonosz wbił w Magdę zaciekawio­ ne spojrzenie. – To chyba dobrze, że przypilnowałem, nie co dzień dostaje się takie przesyłki. Swoją drogą, domyśla się pani, co to może być? Kancelaria adwokacka z Francji…  − Dobrze pan się zapoznał z tym listem do mnie, pa­ nie Krzysiu – mruknęła Madeleine kpiąco. – Wręcz szcze­ gółowo…  − Oczywiście – przytaknął wcale niezmieszany dostarczy­ ciel poczty. – Bo gdybym pani znów dzisiaj nie zastał, musiał­ bym w końcu zostawić to awizo, a wtedy mógłbym zapytać, czy pani szczęśliwie odebrała przesyłkę z Francji…  − Z kancelarii adwokackiej – podpowiedziała usłużnie Madeleine, którą coraz bardziej bawiła doskonale widoczna ciekawość listonosza.

• 11 •


− O, właśnie. To pierwszy taki list w mojej karierze… No w każdym razie, chyba dobrze, że się nim zaopiekowałem?  − Doskonale. – Magda z udawaną powagą skinęła gło­ wą. – Prawdopodobnie to chodzi o spadek – dodała pouf­ nym szeptem.  − Dostała pani spadek? Z Paryża? – Mężczyzna z niedo­ wierzaniem pokręcił głową, a czapka jeszcze bardziej mu się przekrzywiła. – Nie może być…  − A jednak. Tylko wie pan, panie Krzysiu, o tym nikomu ani słowa. – Znacząco przyłożyła palec do ust.  − Oczywiście, nikomu, na bank! – Sugestywnie zacisnął palce na wargach i nie czekając, aż Madeleine wejdzie do księgarni, wsiadł na rower i pognał przed siebie. Patrząc za nim, parsknęła długo wstrzymywanym ś­ miechem. No to teraz dopiero zaczną się domysły – pomyślała roz­ bawiona. – Ciekawe, ile kupią książek, byle tylko podpytać mnie o francuskie dziedzictwo… Bo wszem i wobec było wiadomo, że listonosz to męski odpowiednik Kraśniakowej. Tyle tylko że ona swoje centrum informacji o Malowniczem i jego mieszkańcach prowadziła stacjonarnie w mięsnym, więc po wszelkie nowinki udawało się do niej. Pan Krzysztof z kolei pełnił funkcję dostarczycie­ la mobilnego i poza listami dowoził całkiem bezinteresownie wszystkie plotki i ploteczki zebrane w ­okolicy. Cóż, reklama dźwignią handlu – pomyślała jeszcze Made­ leine, oczami wyobraźni widząc tłumy malowniczan, których ciekawość przygna do księgarni. A o ile znała ludzi, większość

• 12 •


z nich w ramach kamuflażu zakupi książki. Przy okazji może uda się namówić jeszcze kogoś do przyjścia na spotkanie dys­ kusyjnego klubu książki? Kolejne spotkanie miało się od­ być pod koniec następnego tygodnia, zatem wzmożony ruch w księgarni był jej bardzo na rękę. Pan Krzyś, jeżdżąc od gospodarstwa do gospodarstwa i dzieląc się sensacyjną wiadomością o francuskim spadku, nie miał bladego pojęcia, w jak ważnej, propagującej czytel­ nictwo misji bierze udział. Pod koniec dnia tylko, i wyłącz­ nie dzięki jego determinacji i zacięciu, w dużej części malow­ nickich domów rozprawiano o niespodziewanym szczęściu właścicielki księgarni. Z każdą godziną wiedziano o spad­ ku coraz więcej. Magda zapewne zdziwiłaby się niezmiernie wszechwiedzą swoich sąsiadów, którzy w przeciwieństwie do niej doskonale wiedzieli, co odziedziczyła, po kim i dlacze­ go. Ale w jednym na pewno się nie pomyliła. Już następnego dnia ruch w księgarni był ogromny. * * * Pierwsza zjawiła się oczywiście Kraśniakowa. Z miną znaw­ czyni wkroczyła do księgarni i zatrzymała się przed jedną z półek. Mrucząc pod nosem, wyciągnęła dwie książki, rzu­ ciła okiem na okładkę, pokiwała głową i zdecydowanym ru­ chem położyła je na biurku, za którym siedziała Magda.  − Niech mi to pani zapakuje. Wygląda na wartościową lite­raturę…

• 13 •


Madeleine, rzuciwszy okiem na wybrane powieści, naj­ pierw znieruchomiała, a potem wydała z siebie zduszony chi­ chot, maskując go od razu kaszlem. Przed nią spoczywały bardzo modne ostatnimi czasy erotyczne powieści autora sły­ nącego z mocnych scen.  − Podobno pani nas opuszcza. – Kraśniakowa porzuci­ ła minę wytrawnej czytelniczki i z miejsca przeszła do rzeczy.  − Ja? – zdumiała się Magda. – A to niby czemu?  − I po co tak udawać? Że niby się nie wie, o co chodzi? Przecież każdy rozumie, że Malownicze to nie Paryż… Skoro można mieszkać w pałacu…  − Pani Kraśniakowa, a co ja bym robiła w pałacu? – roze­ śmiała się. – Dzieci by mi się pogubiły, a poza tym wie pani, ile tam jest sprzątania?  − Fakt. To co, sprzeda pani? – Kobieta poufale oparła się o biurko.  − Po to tu jestem. Już zapakowałam. – Magda podała jej paczuszkę, udając, że nie ma pojęcia, o co Kraśniakowa pyta.  − No przecież ja nie o tym! O dziedzictwo mi się roz­ chodzi…  − To taka delikatna sprawa… Dzień dobry, pani Małgo­ siu – z ulgą powitała nadejście pracownicy biblioteki. – Pani Kraśniakowa, to może przyjdzie pani na nasze spotkanie? Tam zwykle mamy więcej czasu na pogaduszki. – Uśmiechnęła się zachęcająco do właścicielki mięsnego. – W przyszłym tygodniu planujemy dyskusję o powieści Pantaleon i wizy­tantki Vargasa.

• 14 •


− A to ja nie wiem… – Kraśniakowa bąknęła w odpowie­ dzi, obrzucając niechętnym spojrzeniem bibliotekarkę. Że też musiała akurat pojawić się w chwili, gdy była o krok od poznania szczegółów dotyczących tajemniczego spadku! Za nic nie mogła dopuścić, by listonosz wiedział wię­ cej od niej!  − Pani Kraśniakowa, niech pani wpadnie do mnie do bi­ blioteki, to pani wypożyczę – pani Małgosia uśmiechnęła się zachęcająco. – Jeszcze jest kilka dni, zdąży pani przeczytać. A potem można podeprzeć się filmem, który też mamy w na­ szej multimedialnej części wypożyczalni.  − A to może męża przyślę – mruknęła kobieta, wycofując się w kierunku drzwi wejściowych.  − W takim razie odłożę dla was egzemplarz. Na pewno zo­ stało jeszcze kilka sztuk – zapewniła ją bibliotekarka. Zrobiła to tylko i wyłącznie z dobrego serca. Nie miała po­ jęcia, że przez jej uczynność Kraśniakowa zepsuła sobie cały dzień. Nie dość, że nie dowiedziała się niczego konkretne­ go od Magdy, to jeszcze na dodatek czuła się w obowiązku przyjść na spotkanie jakiegoś tam książkowego klubu. Najwyżej przyślę Kaśkę – myślała ponuro, idąc w kierun­ ku mięsnego. – Ostatecznie dziewczyna szkoły kończy, niech idzie i się wykaże… No, ale pewnie niczego interesującego z Magdy nie wyciągnie. Brakuje jej charakterystycznej żyłki wywiadowczej. A spotkanie trzeba bezwzględnie wykorzystać i pociągnąć oporną właścicielkę księgarni za język.

• 15 •


Nie, Kaśka jednak odpada… Cóż, na przeszpiegi będzie musiała wysłać Kraśniaka. Najpierw zaś przekonać go, by przeczytał książkę. I o ile wysłanie męża z misją szpiegowską wydawało się właścicielce mięsnego w miarę proste, o tyle myśl o przekonaniu go do czytania czegokolwiek nie napa­ wała jej zbyt wielkim optymizmem. W najgorszym razie znajdzie opracowanie albo film obej­ rzy i będzie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi – stwier­ dziła, wchodząc do sklepu i kierując się na zaplecze. Tam przepasała się fartuchem i ruszyła za ladę, by jak co dzień za sprawą niewyparzonego języka dostarczać wrażeń klientom. Paczuszkę z książkami zakupionymi u Magdy rzuciła niedba­ le na małą szafeczkę stojącą przy wejściu na zaplecze i natych­ miast o niej zapomniała. * * * Madeleine pod koniec dnia pracy czuła się fatalnie. Jakby ktoś po niej przejechał walcem. W dodatku na jej własne ży­ czenie, bo w końcu sama otworzyła puszkę Pandory. Przez księgarnię przelał się tłum mniej i bardziej ciekaw­ skich, usiłujących poznać wszelkie szczegóły. Ci bardziej nie­ śmiali po prostu wchodzili i nic nie mówiąc, popatrywali na nią zagadkowo. Co więcej, pętali się pomiędzy półkami, naj­ wyraźniej czekając, aż pojawi się ktoś bardziej wygadany i nie­ jako przy okazji będzie można czegoś się dowiedzieć. Z pytają­ cymi jakoś sobie radziła, jednak z tymi drugimi miała twardszy

• 16 •


orzech do zgryzienia. Bo co zrobić z kimś, kto tylko patrzy? Gdy tylko ostatni klient wyszedł, ciężko usiadła na wyście­ łanym krześle i smętnie zwiesiła głowę. Jej wzrok zahaczył o dłoń, na której lśniły dwa pierścionki. Jeden zaręczynowy od Michała, drugi podarowany jej przez panią Leontynę. Po­ ruszyła palcami, łapiąc w lśniące kamienie promienie światła. Dwa pierścionki, dwie historie. W obu kryły się nie­ pewność i sekret. Ten od Leontyny w rubinowych kiściach bzu wiązał się z tajemnicą. Madeleine do tej pory zachodzi­ ła w głowę, czemu to właśnie ją pierścionek wybrał sobie na nową właścicielkę. Znając jego historię i historię Leontyny, nie wątpiła, że mały, kosztowny przedmiot ma w sobie prze­ dziwną moc i jeżeli według starszej pani to Magda jest mu teraz przeznaczona, to tak właśnie jest. Zresztą jej ostatnie wątp­liwości rozwiały się z chwilą, gdy wsunęła pierścionek na palec. Pasował idealnie, a ona, która do tej pory nie prze­ padała za biżuterią i dość długo musiała przyzwyczajać się do każdej nowej ozdoby, nawet nie czuła, że go nosi. Co więcej, miała wrażenie, jakby rubinowa kiść bzu ciepło i opiekuńczo oplatała jej palec, choć za nic nikomu by się do tego nie przy­ znała. Było jej z nią bezpieczniej. Natomiast drugi pierścio­ nek, ten od Michała, lśnił niepewnością. Ostatnimi czasy Ma­ deleine wyraźnie czuła, że coś między nimi się psuje. A może po prostu oczekiwała zupełnie czegoś innego niż Michał? Czy ja chcę czegoś wielkiego? – pomyślała z nagłym smut­ kiem. Bliskości, czułości i po prostu tego, by był przy mnie i przy dzieciach, w domu, bo to, co jest teraz…

• 17 •


Nagle znieruchomiała z uniesioną wysoko dłonią, bo nie­ spodziewanie poraziła ją jasna i precyzyjna, nigdy dotąd tak dokładnie niesformułowana myśl.  − Przecież ja jestem samotną matką – wyszeptała do sie­ bie. – Samotną matką z trójką dzieci. Kobietą miotającą się pomiędzy domem, pracą i samcem, którego usiłuje zadowo­ lić… Głupią kobietą – dodała i poczuła, jak w gardle rośnie jej ogromna gula. W tym samym momencie spojrzała na wiszący nad drzwia­ mi zegar. Jęknęła głośno i zerwała się na równe nogi. Powinna już stać pod furtką przedszkola Franka! Mama na kilka dni pojechała do domu, do Warszawy, więc Madeleine musiała przeorganizować swój dzień pracy. Do tej pory szło jej cał­ kiem nieźle. Teraz miotając się po księgarni w poszukiwaniu kluczy, nawet nie zauważyła, kiedy wielka gula, tkwiąca jesz­ cze przed chwilą w jej gardle, zniknęła. W końcu postawiła prawidłową diagnozę: była samotną matką, a samotne matki nie mogą pozwolić sobie na płacz i histerię. A przynajmniej nie wtedy, gdy w przedszkolu czekają stęsknione dziecko i zi­ rytowana przedszkolanka. Późnym wieczorem padała z nóg. Cały czas coś robiła. Przy­ gotowywała kolację, kąpiel, pomogła Ani pisać wypracowa­ nie, ułożyła Marcysię i Franka w łóżkach, przeczytała im na dobranoc opowieść o księżniczce, po czym usłyszawszy od Franka, że księżniczki są do niczego i że on ma po tych bajkach koszmary, poddała się i przeczytała dodatkowo

• 18 •


historię o krwiożerczych piratach. Pożałowała tego, led­ wo odłożyła książkę, bo nie mogła wyjść z pokoju dziecin­ nego, dopóki Marcysia z Frankiem nie usnęli, gdyż oboje jak jeden mąż stwierdzili, że boją się i piratów, i księżni­ czek. Gdy w końcu oddechy maluchów stały się równe, wymknęła się na palcach i zajrzała do Ani. Dziewczynka usnęła z policzkiem na zeszycie do matematyki. Magda de­ likatnie pogładziła ją po buzi, otuliła kołdrą i wychodząc, zgasiła światło. W kuchni zastała zlew pełen brudnych na­ czyń, na stole rozlaną mleczną kałużę, a podłoga podej­ rzanie się lepiła. Gdy odstawiała ostatni czysty talerz na suszarkę, dochodziła północ. Sięgnęła po komórkę i igno­ rując późną godzinę, wybrała numer Michała. Zamiast syg­ nału odezwała się automatyczna sekretarka. Zrezygnowana, usiadła przy stole, opierając na nim łokcie, i dopiero wtedy przypomniała sobie o rozlanym mleku, które właśnie ska­ pywało na podłogę i wsiąkało w rękawy jej nowego sweter­ ka. Tego było doprawdy za wiele. Można by rzec, że krop­ la mleka przepełniła czarę goryczy, i Madeleine wybuchła długo powstrzymywanym płaczem. Nie zważając na brud­ ny stół, położyła głowę na blacie i rozpaczliwie szlocha­ ła. Była zmęczona, zniechęcona i rozgoryczona. Pogrążona w żalu nie słyszała nic poza własnym chlipaniem. Pewnie dlatego, gdy nagle tuż za jej plecami rozległ się głos, śmier­ telnie się przeraziła.  − Matko Boska, dziecko, co się stało? – zadane cicho py­ tanie w uszach Magdy zabrzmiało niczym wystrzał armatni.

• 19 •


Obejrzała się przerażona i dopiero po chwili w majaczącej w półmroku postaci rozpoznała mamę.  − To ty! Zupełnie nie słyszałam, jak wchodziłaś. A w ogó­ le skąd się tu wzięłaś o tej porze? Prawie dostałam zawału! – wyszeptała z lekką pretensją, przykładając dłoń do łomoczą­ cego w piersi serca.  − Miałam przyjechać dopiero w przyszłym tygodniu, ale w Warszawie spotkałam ojca Majki i od razu się z nim za­ brałam. Chyba jednak dobrze się stało, że się pospieszyłam z powrotem. Co tu się dzieje? Czemu siedzisz w ciemnościach i wyjesz niczym dusza potępiona? I czemu, na litość boską, wy­ cierasz sobą stół? Masz resztki czegoś dziwnego na ­policzkach.  − Ty to umiesz człowieka pocieszyć – burknęła Magda, wycierając twarz wierzchem dłoni. – To coś dziwnego to mle­ ko z okruchami bułki i nie wycieram sobą stołu, tylko oddaję się czarnej rozpaczy. – Sugestywnie pociągnęła nosem.  − Chyba raczej białej, skoro taplasz się w mleku. Poza tym wszystko rozumiem, ale dlaczego musisz rozpaczać w bru­ dzie? Do wszystkiego potrzebne jest odpowiednie oto­czenie…  − Brudny stół jak najbardziej harmonizuje z moim na­ strojem – odparła przekornie Madeleine. – Podkreśla, ten… no… dramatyzm.  − Skoro tak uważasz, to rzeczywiście nie należy ci prze­ szkadzać. – Wbrew temu, co właśnie powiedziała, odsunęła krzesło i usadowiła się za stołem. Popatrując na córkę spod oka, uznała, że mała utarcz­ ka słowna jest jak najbardziej na miejscu. Przy trójce dzieci

• 20 •


i mężu, który również miewał humory, nauczyła się jednego – w kryzysowych momentach należy najpierw odwrócić uwagę od istoty nieszczęścia i dopiero wtedy o nim rozmawiać. Od nieszczęśliwej, płaczącej i chlipiącej Magdy niewiele by się dowiedziała. A z nadal nieszczęśliwą, ale nieco podirytowaną można było spróbować dojść do ładu.  − Martwisz mnie, córko. Ostatnio, jakby to ładnie powie­ dzieć… wypłowiałaś.  − Mamo, kocham cię nad życie, ale jest późno, ledwo pa­ miętam, jak się nazywam, zatem nie wymagaj ode mnie, bym w lot wyłapywała te wszystkie przenośnie. Dziś jestem mało bystra, więc mów do mnie wprost. I najlepiej powoli. Co masz na myśli, mówiąc, że wypłowiałam?  − Dokładnie to, co powiedziałam. – Mama wzruszyła ra­ mionami. – Straciłaś kolory. Te od środka również. Co się dzieje?  − Nie wiem, może po prostu jestem zmęczona, nie umiem wszystkiego dopiąć na ostatni guzik, miotam się pomiędzy jed­ nym obowiązkiem a drugim. Życie przecieka mi między pal­ cami, a ja nie mogę go uchwycić, zatrzymać ani posmakować. Michał ostatnio mnie unika. Niby mam najistotniejszy do­ wód jego uczuć – Madeleine wyciągnęła rękę tak, by i mama mogła spojrzeć na pierścionek – ale co mi z tego? Jego nie ma, choć tak naprawdę powinien właśnie być. Koło mnie. Chcę oparcia, stałości, trwałości. Chcę prawdziwego domu dla dzie­ ci. A co im dałam? Sfrustrowaną, samotną matkę! Podrzucam je na całe dnie tobie i usiłuję zarabiać… I oszukuję wszystkich

• 21 •


dookoła. Że niby jestem taka zaradna, taka dzielna… – Ma­ deleine nawet nie wiedziała, skąd biorą się te wszystkie wyle­ wające się z niej wartkim potokiem s­ łowa.  − To przestań udawać – przerwała jej mama. – Przestań się miotać i starać się nieść nieszczęścia całego świata na włas­ nych barkach. Garbu się od tego dorobisz i niczego więcej. A garbata dusza to też nic przyjemnego. To tak nawiązując do tego, co powiedziałam, że wyblakłaś od środka.  − Łatwo powiedzieć… – Magda stanowczo nie chciała dać się pocieszyć, mama miała absolutną rację.  − Tak ci się wydaje? To, co ci zaraz powiem, też wcale nie jest proste, zwłaszcza gdy takie słowa trzeba rzucić pro­ sto w oczy ukochanemu dziecku. – Twarz mamy spoważnia­ ła. – Co zrobiłaś z moją córką? Z dziewczyną, która zawsze brała się z życiem za bary, z wysoko podniesioną głową szła naprzód, nawet jeśli mnie i tacie nie bardzo podobało się tem­ po, jakie narzucała? Gdy kupiłaś ten dom, pomyślałam, że to czyste szaleństwo. Że zupełnie nie wiesz, co robisz, że choć jesteś już dorosła, to wylazł z ciebie rozkapryszony dzieciuch, tupnął nogą i spełnił swój kaprys. Pomyślałam, że kompletnie nie nauczyliśmy cię racjonalności, planowania, przewidywa­ nia. A tymczasem to ja się myliłam, bo gdybyś była inna, nie byłabyś sobą. Przyjechałaś tu, wyremontowałaś dom, urato­ wałaś troje dzieci przed smutnym i brutalnym życiem, które niewątpliwie by je czekało, gdybyś się nie pojawiła. Zaprzy­ jaźniłaś się z miasteczkiem i ludźmi. Zrobiłaś kawał dobrej

• 22 •


roboty. A teraz siedzisz i mażesz się z powodu jakiegoś faceta? Bo do tego przecież to się sprowadza.  − Nie jakiegoś tam faceta, tylko mojego osobistego na­ rzeczonego. A poza tym mażę się ogólnie, z powodu cało­ kształtu.  − Srały muszki, będzie wiosna – prychnęła mama i jak zwykle w takich przypadkach wywołała u Magdy lekką kon­ sternację. Dziewczyna cały czas zachodziła w głowę, skąd jej rodzicielka bierze takie powiedzenia. – Wszystko, o czym mówiłam, zrobiłaś zupełnie sama. Teraz spójrz mi w oczy i powiedz, czy nie walczyłabyś o dzieciaki, gdyby Michał się nie pojawił. Zostawiłabyś je samym sobie?  − Oczywiście, że nie, ale…  − Czekaj, nie skończyłam. A dom? Wróciłabyś do War­ szawy? Nie zajęłabyś się księgarnią? Zrezygnowałabyś z tego wszystkiego?  −  Nie!  − Właśnie. No to przestań jęczeć i zajmij się tym wszyst­ kim, co trzeba zrobić. Weź się za to! To życie jest dla ciebie. A nie na odwrót. I wcale nie mówię tego ot tak sobie. Ja od­ kryłam tę prawdę dużo, dużo później i wiele bym dała, gdy­ by lata temu znalazł się ktoś odważny i mi to tak zwyczajnie, prosto w oczy powiedział. To ty decydujesz o tym, czy bę­ dziesz szczęśliwa.  − Przepraszam cię, mamo, ale to brzmi jak kupa fraze­ sów! – zdenerwowała się Magda.

• 23 •


− Możliwe. Frazesy czy nie, ważne, że to prawda. Szczęś­ cie jest kwestią wyboru. Zresztą spójrz na mnie i powiedz, że nie mam racji.  − Nie mogę, bo jednak w głębi serca moje racjonalne „ja” całkowicie się z tobą zgadza. Jednak zawsze byłam przekorna, dobrze o tym wiesz…  − Dzięki Bogu, nie przeszkadza ci to widzieć swoich nie­ doskonałości. Przynajmniej trochę mnie uspokoiłaś. Najwy­ raźniej wraca ci rozsądek. Teraz idź do łóżka i porządnie się wyśpij. A jutro najlepiej zacznij od otworzenia tego listu z Pa­ ryża, bo jak znam życie, jeszcze tego nie zrobiłaś.  − Skąd ty to wszystko wiesz? – Madeleine spojrzała na nią zdumiona.  − Mogłabym podeprzeć się rodzicielską intuicją, ale tym razem rozwiązanie tej zagadki jest bardziej przyziemne. Wi­ działam nieotwarty list na szafce na dole – z ociąganiem wy­ znała mama. – A co do Michała, to żebyśmy się dobrze zro­ zumiały: nie mówię, żebyś zostawiła wszystko przypadkowi. Porozmawiaj z nim na spokojnie, od serca – poradziła jej na odchodne, a w myślach dodała, że jeśli to nie poskutkuje, ona zrobi to za córkę. I wtedy zwrot „na spokojnie” z całą pewnością nie będzie miał zastosowania. * * * Madeleine była niezwykle wdzięczna mamie za burę, którą od niej dostała. Rzeczywiście, łzy i użalanie się nad sobą dotąd nie

• 24 •


leżały w jej naturze. W jednym tylko nie mogła się z nią w peł­ ni zgodzić: w sprawie Michała. Mama miała rację – gdyby nie pojawił się w jej życiu, i tak zrobiłaby to wszystko, co zrobiła ra­ zem z nim. Ale cały szkopuł polegał na tym, że Michał już wpi­ sał się w jej życie. Po prostu był, i nic tego nie mogło zmienić. Muszę z nim porozmawiać na spokojnie – pomyślała, za­ wijając się w kołdrę. Wbrew obawom, nie miała problemu z zaśnięciem. Reprymenda matki zrobiła swoje, prawdziwa Madeleine dochodziła do głosu. Następnego dnia obudziła się na długo przed budzikiem. Nie czekając na mamę, przygotowała dla wszystkich śniada­ nie i z filiżanką parującej kawy wyszła na ganek. Wokół pano­ wała charakterystyczna dla poranków cisza, którą przerywał jedynie szum lekkiego wiatru w gałęziach drzew. Madeleine wciągnęła głęboko świeże, rześkie powietrze i poczuła zapach kwitnącego, wilgotnego od rosy bzu, kawy i czegoś ulotnego, nieomal nieuchwytnego. Tak pachniał właśnie jej dom, prze­ pełniające go radości, smutki i marzenia. Tego poranka, wychodząc z domu do pracy, pewnie sięg­ nęła po nieotwarty do tej pory list. Dość zastanawiania się, teraz przyszedł czas na działanie – pomyślała i poczuła ulgę.  − Mamo, twoja prawdziwa córka wróciła – szepnęła, wsia­ dając do samochodu, i uśmiechnęła się sama do siebie. * * *

• 25 •


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Nadzieje i marzenia by SIW Znak - Issuu