Wydawnictwo Znak Krakรณw 2017
T
rudno powiedzieć, kiedy zbudowano Wilczy Dwór. Majątek nosi tę nazwę, odkąd pamiętają najstarsi, a kolejne pokolenia dzieci słuchają wieczorami tej sa mej opowieści. Nikt nie wie, ile jest w niej prawdy. Wia domo jednak, że do dzisiaj w okolicach Wilczego Dworu nikt nie śmie polować na wilki… A i one mieszkańcom dworu nigdy nie zrobiły krzywdy. Zatem i wy posłuchajcie… – To nie może się tak skończyć! – Zbigniew ściągnął lejce. Koń zatańczył w miejscu niezadowolony, że go za trzymują, podczas gdy reszta grupy jedzie dalej. Zbyszek wiedział jednak, że choć prześladowców jeszcze nie wi dać, pogoń jest niedaleko, zbyt blisko, aby znużone konie mogły jej umknąć. Może wobec tego lepiej złapać choć
•5•
chwilę odpoczynku, zebrać siły na to, co miało nadejść? Najbardziej martwiła go Katarzyna. Zaawansowana cią ża sprawiała, że była potwornie zmęczona, a lęk o dziec ko nie poprawiał sytuacji. Zbigniew dogonił grupę. – To już moje rodowe ziemie. Trzy miesiące temu niecałą godzinę drogi stąd stał dwór i folwark, ale te raz pewnie wszystko leży w gruzach. – Katarzyna za niosła się łzami. Trzy miesiące temu na majątek, w którym mieszkała kobieta, napadła zbrojna banda. Dowodzeni przez by łego oficera kwarcianego rabusie z łatwością zdobyli za budowania. Mąż Katarzyny i większość parobków zgi nęli w obronie dworu. Ją oszczędzono, gdyż jako daleka krewna wielu bogatych i ważnych rodów Rzeczypospo litej była łakomym kąskiem. Porywacze wysłali posłań ca z żądaniem okupu, ale gdy tylko ów dotarł do dworu, został pojmany i skonał na palu, a Zbigniewa wysłano z silną kompanią na ratunek uwięzionej. Niestety, od biwszy brankę, wpadli na drugą bandę Kozaków. Uszła ich ledwie garść, a pogoń zaciekle ich ścigała. Źle dzia ło się w Rzeczypospolitej, jeżeli bandy jedna po drugiej toczyły swoje targi i zajazdy, a ludzie uczciwi nie mogli czuć się bezpiecznie.
•6•
Zbigniew nie chciał łudzić Katarzyny fałszywymi obietnicami. Sytuacja nie była jednak zupełnie tragicz na: dwór co prawda spłonął rzeczywiście, ale folwark ocalał, a daleki krewny, książę na Łubniach i Wiśniow cu, nie pozwolił rozgrabić reszty. Zbigniew wiedział, że folwarku pilnował doborowy oddział jazdy księcia, czekający tylko na jego wezwanie. Wysłał tam wczo raj umyślnego, ale nie wiedział, czy posłaniec dotarł do celu. Równie dobrze wilki mogły rozciągać już jego ko ści po lasach. Słońce chyliło się ku zachodowi, a konie potykały się coraz częściej. Przed nimi w mroku majaczył zagajnik i kilka pagórków. – Zatrzymamy się tutaj – zakomenderował. – Tak, panie. Konie ustają. – Rozłóżcie obóz, a panią ukryjcie w zaroślach. My tutaj założymy straż. Nie palić ognia i cicho, może nas ominą. Pani Katarzyno, zaraz podamy pled, pójdzie wać pani trochę dalej? – Jak każesz, waćpan. Sił już nie mam… – Kobieta zsunęła się z konia prosto w opiekuńcze ramiona rycerza. Ciężkim krokiem podążyła wąską ścieżką w głąb uro czyska. Nie zdążyła odejść daleko, gdy wyczuła, że ktoś ją obserwuje. W zapadającym zmroku zobaczyła jamę
•7•
w ścianie wąwozu, którym szła. W wykrocie leżała wiel ka wadera i szczerzyła do niej kły. Kobieta zmartwiała ze strachu. Nieraz słyszała opowieści o ludziach pożartych przez wilki. Czy teraz nadeszła jej kolej? Wilczyca wciąż po warkiwała, jednak nie patrzyła już w kierunku kobie ty. Jej wzdęty brzuch falował. Katarzyna zrozumiała – wilczyca się szczeniła. W tym momencie jej własnym brzuchem szarpnęły silne skurcze. Jęknęła z bólu i osu nęła się na kolana. Nie zauważyła nawet, kiedy sta nął przed nią ogromny czarny wilk, szczerzący ogrom ne kły. Czuła na twarzy jego cuchnący oddech. Z bólu ściskającego jej podbrzusze i strachu nie mogła się ru szyć. Nagle usłyszała ciche skomlenie wilczycy. Basior natychmiast wycofał się w jej kierunku, a Katarzyna poczuła wdzięczność. Usłyszała trzask łamanych gałęzi. Ktoś się zbliżał. – Pani? – Nie podchodź, waćpan… Tu są wilki… – wyszeptała. – Nie ruszaj się waćpani! Zastrzelimy je! – Nie! Wadera rodzi… i ja chyba też – wyszepta ła przez zaciśnięte zęby. – Nie zwraca na mnie uwagi, a rodzącej wilczycy nie można skrzywdzić. Babka mi powtarzała, że to nieszczęście przynosi i to takie, które
•8•
przechodzi na kolejne pokolenia. Zawołaj waćpan Zośkę, niech rzuci wszystko i przyjdzie do mnie, proszę, a wać pan niech już idzie! – warknęła na koniec z bólu nie mal jak wilczyca. – Dobrze. – Zbigniew rozejrzał się, ale żadnego wil ka nie zobaczył. „Może jej się przywidziało” – pomyślał i spiesznie się oddalił. Wiedział, że nic tam po nim, a znaleziona w obo zie zbójów dziewczyna z folwarku bardziej przyda się Katarzynie niż on. Jego zresztą też czekały obowiązki. Trzeba było rozstawić straże i przygotować się do nocy. I modlić się, aby posiłki znalazły ich szybciej niż ściga jący ich Kozacy. – Zośka, idź no do pani, bo chyba się zaczęło – po wiedział cicho do niemłodej już kobiety przygotowują cej posiłek. – Widać bardzo ją boli, bo zwidy ma. Wil ki podobno widziała. – Tak, wasza miłość, już idę. – Zośka złapała dodat kowy koc i szybkim krokiem weszła na ścieżkę. – Panie, jadą… – Do Zbigniewa podszedł wach mistrz i pokazał kierunek. – Chłopcy, szykujcie broń, tylko na razie po cichu. Może nas ominą.
•9•
Zbigniew wiedział, że raczej tak się nie zdarzy. Ko zacy, wolno, bo wolno, ale się zbliżali. Na przedzie je chało trzech tropicieli z pochodniami. Nie było szansy na uniknięcie walki. – No, chłopcy, drogo sprzedajmy skórę. Muszkiety w dłoń! Mężczyźni ustawili się w luźnym szeregu za drze wami i wycelowali długą broń w nadjeżdżających. Na znak dowódcy wystrzelili. Huk muszkietów i nawałni ca kul zatrzymały napastników w miejscu, ale dokład nie wskazały, gdzie kryją się Polacy. Kozacy odpowiedzieli bezładną palbą z pistoletów i pognali do ataku. Zdyscy plinowani ludzie Zbigniewa poczekali, aż przeciwnicy wystarczająco się do nich zbliżą. Muszkiety zagrzmiały równą niemal salwą. Kozacy pospadali z siodeł jak ulę gałki, lecz nadal było ich zbyt wielu, aby zmęczeni żoł nierze mogli ich pokonać w bezpośrednim starciu. Nikt jednak nie spodziewał się pardonu i nikt nie zamierzał go dawać. Zazgrzytały wyciągane z pochew szable. Wszy scy Polacy wiedzieli, gdzie ukryły się kobiety, i zamierzali ich bronić do ostatniej kropli krwi. Wściekli Kozacy wpadli między drzewa. Las niwe lował ich przewagę wynikającą z konnego ataku, zmu szał do opuszczenia względnie bezpiecznych siodeł. Lepiej
• 10 •
wyszkoleni i uzbrojeni Polacy żęli ich jak chłopi zboże. Niestety, ludzi Zbigniewa było zbyt mało, aby wybić na pastników, a do tego ich liczba też topniała. Co chwila na ziemię padał kolejny żołnierz .Gdy zostało ich już nie więcej niż dziesięciu i bronili się, niemal opierając o sie bie plecami, w głębi lasu rozpętało się piekło. Ukraińskie wrzaski i krzyki ukrytych Polek zmieszały się z odgłosami strzałów i wściekłym ujadaniem. Po plecach Zbigniewa przeszedł dreszcz – a jednak wilki! Ale to już nie miało znaczenia. Wszystko na nic! I nagle, nie wiedzieć skąd, za plecami Kozaków po jawił się na wielkim ogierze bogato ubrany szlachcic z ogromną szablą. – Bij, zabij! Ani żywego nie puścić! – wrzask męż czyzny powtórzyły liczne gardła polskiej chorągwi w bar wach księcia. W broniących się wstąpiły nowe siły, zaś przerażeni Kozacy klękali i prosili o łaskę. Wszyscy położyli głowy. – Katarzyno, Katarzyno! – Zbigniew pierwszy prze dzierał się przez chaszcze. Strach ściskał mu serce na wspo mnienie krzyków, jakie doszły do jego uszu tuż przed przybyciem odsieczy. Bał się tego, co mógł tam odnaleźć. – Tutaj jesteśmy – głos kobiety, choć cichy, był pełen dumy.
• 11 •
– Wszystko w porządku? – Zbigniew rozejrzał się po uroczysku. Katarzyna siedziała na zwalonym pniu z owiniętym w materiał dzieckiem na ręku. Obok w jamie ogromna wilczyca wylizywała grubaśne, pokryte futrem i popisku jące kulki. Między nimi zaś leżał największy basior, ja kiego rycerz widział w życiu. Ogromne, ważące pewnie z półtora cetnara cielsko spoczywało bezwładnie. Zwie rzę żyło jeszcze, ale jego minuty wydawały się policzone. Kilka metrów dalej Zbigniew dostrzegł czterech poszar panych wilczymi kłami Kozaków. – Oddał za nas życie – załkała Zośka. – Jeszcze nie oddał, jeszcze dycha. – Zbigniew wy ciągnął turecki kindżał, który dostał niegdyś od swojego ojca. – Trzeba skrócić jego cierpienia… – Ręce precz! – warknęła znad niemowlaka Katarzy na. – Nawet waćpan nie próbuj! Wołaj Semena, niech go opatrzy! – Semena już nie ma… Ale odsiecz od wuja waćpa ni przybyła, może oni mają medyka… – Idź więc waćpan! Zbigniew dotarł do dowódcy odsieczy. Pułkownik Osierło, znany mu już wcześniej Rusin i wielki przyja ciel księcia, uścisnął go z całej – niemałej – siły.
• 12 •
– Mówcie, zdążyliśmy? – zapytał. – W ostatniej chwili, panie pułkowniku, w ostatniej. Macie medyka? – A kto ranny? Wszystkich już przecie opatrzylim… A może to pani Katarzyna? Co z nią? – Z nią, a raczej z nimi, w porządku, ale jest jeden problem… – Zbigniew opowiedział Osierle, co zaszło w głębi lasu. – Już posyłam, ale żeby wilk?! Niesłychane! Medyk Osierły z trudem uratował wilczysko. Wielki ba sior tylko raz pozwolił mu zmienić opatrunek. Później jedynie Katarzyna mogła zachodzić do pełnego wilcząt zagajnika. Chłopi tymczasem rozpoczęli nieopodal bu dowę nowej siedziby. Katarzyna nie zgodziła się na po wrót do starego dworu, który w międzyczasie został już niemal odbudowany. Postawiła na swoim. O dosłownie dwa pręty od uroczyska pojawiły się zręby nowej siedziby. Wilczyca traktowała kobietę z pewnym dystansem, ale pozwalała jej głaskać szczenięta i zjadała przynoszone przez nią smakołyki. Córkę Katarzyny pokochała zaś ca łym swoim dzikim sercem. Zawsze, kiedy tylko mogła, usi łowała wylizać zaślinioną buzię dziecka. Basior też za akceptował je obie bez zastrzeżeń. Zdarzało się niekiedy,
• 13 •
że przyłaził pod same okna nowego dworu. Widząc go pierwszy raz na podwórzu, Katarzyna wydała kategorycz ny zakaz polowań na wilki na swojej ziemi. Za każde pożarte przez nie stworzenie płaciła z własnej kieszeni. Tymczasem młode wilczki rosły i nadchodził nieunik niony czas rozstania. Jednak jedno młode coraz częściej przebywało w pobliżu kobiety i coraz mniej chętnie ba wiło się z rodzeństwem. Pewnego ranka Katarzynę obu dził głos ochmistrzyni. – Pani, na progu siedzi to wasze wilczysko i szczerzy zęby. Ani wejść, ani wyjść nie pozwala. Katarzyna w te pędy pobiegła do wrót. Na jej widok całkiem już duże szczenię zatańczyło z radości na tyl nych łapach. – No co ty, Drzazga… – Tak nazywała młodą wil czycę szlachcianka. – Gdzie mama, gdzie rodzeństwo? Chodź! – Wilczek posłusznie wszedł do dworu i podą żył do jej sypialni. Katarzyna szybko się ubrała i ruszyła w kierunku zagajnika. Jama była pusta. Widać wilki poczuły zew i odeszły – tylko jeden z nich postanowił inaczej. Kobie ta przywołała Drzazgę i zmierzwiła jej sierść na karku. – To co, ty już moja jesteś? Szczeniak zapiszczał cicho.
• 14 •
– No to chyba oznacza, że tak. Minęło kilka miesięcy, gdy za przyzwoleniem księ cia Zbigniew i Katarzyna się pobrali. On zdążył wsła wić się w bojach, a ona zakończyć żałobę po utraconym mężu. Nowy dwór rozbrzmiewał głosami służby i kolej no pojawiających się na świecie dzieci. Pamięć o strasz nych chwilach powoli bladła, jedynym ich śladem były nowe, powoli szarzejące ściany dworu oraz towarzyszą ca na każdym kroku najstarszej dziewczynce wielka wil czyca… I nazwa, bo gdy wilki odeszły, Katarzyna po stanowiła, że ochrzci nową siedzibę ich imieniem. Od tamtego dnia nikt nie mówił o tym miejscu inaczej niż Wilczy Dwór.
D
zień wstał pogodny. Kwietniowe słońce nie mog ło się wprawdzie równać z letnim, ale po długiej i mroźnej zimie nawet te blade promienie zdawały się czystym, gorącym złotem. W jego blasku tonęły okolicz ne pola, wyzłacał się las. Pierwsze pszczoły, wciąż jeszcze nieco ospałe, wyfrunęły z uli. „Jestem jak ten owad – pomyślała Konstancja, patrząc na ociężałą pszczołę, która przysiadła na poręczy oka lającej ganek. – Tak samo dałam się wywabić z domu, jak on z ula. Chyba dziś wypiję swoją poranną herbatę właśnie tutaj. Tak tu cicho i…” – Ledwo ta myśl prze mknęła jej przez głowę, drzwi za jej plecami otworzyły się z impetem. Stanęła w nich drobna, wręcz zasuszona kobiecina i załamując ręce, zaniosła się głośnym lamentem:
• 17 •
– A dobrodziejka to chyba Boga w sercu nie ma! Chce się na śmierć zaziębić i nas wszystkich bez opieki zosta wić! Kto to widział, żeby wychodzić bez żadnego okrycia! – A niech Pelasia da spokój! Nie czuje Pelasia, jak słońce przygrzewa? – A czuję, czuję! I wiem, że nie ma nic bardziej zdrad liwego od kwietniowego ciepła! Już niejeden po takim wietrzeniu kwiatki od spodu wącha! – wykrzyknęła star sza kobieta i natychmiast, zatrwożona, przycisnęła rękę do ust. – A tfu, tfu, na psa urok, co ja też gadam najlep szego?! Jeszcze, nie daj Boże, co wykraczę! To ja może dla uspokojenia sumienia pelerynę pani dobrodziejce przy niosę, dobrze? – Pelerynę nosiłam, jak były przymrozki. Teraz nie chybnie bym się w niej ugotowała. – Ale ja nie mogę na to spokojnie patrzeć. Pani matce nieboszczce, święć Panie nad jej duszą, przyrzekłam, że będę nad panią czuwać! A zamiast tego stoję i gadam głu poty. A moja babka zawsze mi powtarzała, że to, co z ust wyfrunie, prawdą się staje i może się spełnić. Mówiła mi to nieustannie, bo ja od najmłodszych lat popędliwa by łam i paplałam wszystko, co mi ślina na język przyniosła. A ile przy tym szkód narobiłam! Oj, miała ze mną babu nia sto pociech, miała! Zapewniam panią dobrodziejkę…
• 18 •
– O tak, wierzę – przerwała jej Konstancja, z trudem kryjąc uśmiech. – To może pójdźmy na ugodę i niech mi Pelasia po prostu przyniesie ten szal z cienkiej wełenki. Zostawiłam go w bawialni przy fortepianie – dodała i już miała na powrót wystawić twarz do słońca, gdy jej uwa gę przykuł mały ruchomy punkt widoczny pod lasem. Zmrużyła oczy i bardziej odgadła, niż stwierdziła, że patrzy na bryczkę. Przez moment spodziewała się, że po jazd odbije w bok. Czasem się zdarzało, że ktoś przy jezdny, nieznający okolicy, błądził i trafiał na tę okrężną, rzadko używaną drogę prowadzącą do pobliskiego mia steczka. Ale nie, bryczka trzymała się traktu prowadzą cego prosto do dworu. Już po chwili zostawiła las w tyle i sunęła drogą pomiędzy polami przystrojonymi wscho dzącym, zieleniejącym zbożem. – Pelasiu, chyba ktoś do nas jedzie – mruknęła do ko bieciny, która właśnie na powrót pojawiła się na ganku, ściskając w sękatych dłoniach cieniutki granatowy szal. – A ki czort? – Pelagia podążyła wzrokiem za spojrze niem Konstancji. – Właśnie też się zastanawiam… Nikt się nie zapo wiadał. – A może to znowu od Boguckich ciągną? To by była prawdziwa tragedia, bo od nich zawsze cała chmara
• 19 •
przyjeżdża, a ja zupełnie nieprzygotowana na taką goś cinę! Jeszcze po ich ostatniej wizycie mam zrujnowaną spiżarnię! Wiatr i przeciąg zostawili! – Jak Pelasia może tak mówić, przecież wie Pelasia, że gość w dom, Bóg w dom! A poza tym Bogucki by nas wcześniej uprzedził. Doskonale przecież zdaje sobie Pe lasia sprawę, jak wyglądają te niby nieoczekiwane najaz dy na dwór. – Taaa… Takie one nieoczekiwane jak to, że słoń ce rano wstaje. Tylko się człowiek musi namęczyć, żeby zdatnie udawać zaskoczonego. I ja się pytam: po co ta cała maskarada? – Taka tradycja, Pelasiu – mruknęła z roztargnieniem Konstancja, zarzucając sobie szal na ramiona. – Tak czy inaczej, nie mam pojęcia, kto to może być… – Oby tylko wiadomości o jakim nieszczęściu nie przywiózł… A jeżeli to coś z paniczem? – Kobieta z trwo gą przycisnęła rękę do piersi. – Przecież rano ta łamaga od rozpalania w piecach zadeptała zazulę*! A to oznacza najgorsze. Śmierć w rodzinie…
* Zazula, tu: biedronka. Zazwyczaj nazywano tak kukułkę, ale w niektórych miejscach mówiono tak właśnie na biedronkę.
• 20 •
– Dość! – przerwała jej ostrym tonem Konstancja. – Co też za głupoty Pelasia opowiada – dodała nieco ła godniej, bo żal jej się zrobiło kobieciny, która słysząc podniesiony głos swojej ukochanej dobrodziejki, zblad ła i cała zadrżała. – Zamiast tu stać i bawić się w czarno widztwo, trzeba iść do kuchni, odpowiednie dyspozycje wydać. Ktokolwiek to jest, na pewno zostanie na herba cie, a i na śniadanie wypada zaprosić – zakończyła i moc niej otuliła się szalem. Nie wierzyła w gusła i zabobony, jednak słowa Pela si wytrąciły ją z równowagi. Teraz jeszcze intensywniej zaczęła się wpatrywać w sunący po drodze powóz. Był już na tyle blisko, że widziała ciągnące go gniade ko nie. W końcu stwierdziła, że nie jest w stanie czekać z założonymi rękami, i wyszła tajemniczym przybyszom naprzeciw.