Skip to main content

Anioł do wynajęcia

Page 1

Wydawnictwo Znak Krakรณw 2016


OD TAA APT TON NT IIS ID DLZ ZŃ EEŃ Ń LDII SSI T TNO OTP PAA ATD D A A O SS T II E I Zlistopada L SO A Ostatni dzień

B

ył zimny listopadowy wieczór. W powietrzu czuć było zadziwiającą mieszankę zapachów konającej jesieni i nadchodzącej zimy. W mokry chłód wkradła się charakterystyczna nutka, która sprawiała, że wcią­ gając głębiej powietrze, mimowolnie zaczynało się my­ śleć o pierwszym śniegu, skrzypieniu mrozu pod buta­ mi i Bożym Narodzeniu. O tym ostatnim trudno byłoby zapomnieć, nawet gdyby człowiek nie wiem jak się sta­ rał. Już paręnaście dni temu, tuż po pierwszym listopa­ da, nie bacząc na to, że na cmentarzach nie wypaliły się jeszcze znicze poustawiane na grobach z okazji Wszyst­ kich Świętych, niemal w każdej witrynie sklepowej poja­ wiła się bogato udekorowana choinka, a z głośników po­ płynęły dźwięki kolęd. Michalina, starając się nie patrzeć na świątecznie przyozdobione wystawy, wlokła się jedną z głównych ulic Warszawy. Na ramionach dźwigała ciężki plecak, 474


a w zgrabiałych dłoniach trzymała duży, niekształtny pakunek. Zatrzymała się na przystanku autobusowym i z westchnieniem usiadła na drewnianej mokrej ław­ A OD S TAułożyła APTONT ISobok IDLZŃ I EEŃ I Zplecak LDI SI TNO TPAATD S z ramion, O A ce. Tobołek siebie, zsunęła aby dać wytchnienie zmęczonym plecom. Niestety, tyl­ ko przez moment czuła ulgę. Plecak co prawda ciążył, ale w zamian osłaniał ją przed wiatrem. Teraz, pozbawiona tej ochrony, poczuła, jak pod cienką kurtkę wdziera się prze­ nikliwy listopadowy chłód. Stopy, obute w rozdeptane i uwalane błotem trampki, też zaczęły jej drętwieć z zim­ na. A przecież w tym roku listopad był bardzo łaskawy… Co będzie, gdy wyczuwalna w powietrzu zapowiedź mrozu i śniegu stanie się faktem? – pomyślała z prze­ strachem dziewczyna, zarzucając z powrotem plecak na ramiona i biorąc tobołek pod pachę. Teraz ostatecznie mogła się jeszcze przespać w jakiejś zacisznej bramie, ale potem?  – Czas pokaże… – mruknęła, usiłując wykrzesać w so­ bie choć odrobinę optymizmu. – Tak czy siak teraz trze­ ba iść… Nie mogła zostać na nieosłoniętej, smaganej lodowa­ tym wiatrem ławce. Ruszając, przygarbiła się, spuściła nis­ko głowę i poczuła wzbierające pod powiekami łzy. No nie, nie teraz. Nie wolno mi się rozklejać – skar­ ciła się w duchu. Babcia uparcie powtarzała, że nadzieja umiera ostat­ nia. Ale mówiła też, że Michalina zawsze może na nią li­ czyć, że przenigdy nie będzie sama. Odkąd pamiętała, 48


to babcia była jej opoką. Dziewczyna pociągnęła nosem i mocniej przytuliła do siebie pakunek. I co ja mam teraz zrobić z tymi wszystkimi zapewnie­ OD S TAAPTONT IS IDLZŃ I EEŃ I ZLDI SI TNOTPAATD SO A niami? A  – Babciu jesteś mi cholernie potrzebna – wyszeptała, wznosząc oczy w kierunku ciemnego, zasnutego ciężki­ mi chmurami nieba. – Obiecałaś, że nigdy mnie nie zo­ stawisz! Daj mi jakiś znak! W tym samym momencie poczuła na twarzy zmrożo­ ne krople. Zaczął padać śnieg z deszczem.  – Jeżeli to jest twoja odpowiedź, to dziękuję ci bardzo! – krzyknęła i dwie ciepłe strużki popłynęły po jej zmarznię­ tych, zaczerwienionych od zimna policzkach. Nie mogła już ani powstrzymać, ani opanować łez. Michalina stała na środku chodnika, płacząc rozpacz­ liwie. Obok niej przechodzili ludzie. Tylko niektórzy popatrywali na nią z zaciekawieniem, być może byli nawet i tacy, którzy poczuli coś na kształt współczucia, widząc wstrząsaną szlochem drobną postać. Ale więk­ szość spieszących do swoich pilnych spraw w ogóle nie zwracała na nią uwagi. Mijana, potrącana i przesuwana przez zniecierpliwionych, zabieganych przechodniów poczuła się nieomal niewidzialna i potwornie samot­ na – tak jak jeszcze nigdy w całym swoim osiemnasto­ letnim życiu. Po co ja się tak męczę? – pomyślała z rezygnacją.  – Może lepiej by było, gdybym po prostu usiadła tu pod murem kamienicy, zamknęła oczy i zwyczajnie poczekała. 49


Może zdarzyłby się jakiś cud? A jeżeli nie, to może udało­ by się po prostu usnąć i mieć wszystko z głowy… I prawdopodobnie by tak zrobiła, gdyby nie to, że w tym samym momencie jej zamglony łzami wzrok wy­ chwycił majaczący w oddali błysk ognia. Jakaś niewidzial­ na siła popchnęła ją w tamtym kierunku i już po chwili stała przy piecyku, w którym pełgały żółte płomyczki. Z mimowolnym westchnieniem ulgi położyła paczkę na ziemi i wyciągnęła zziębnięte ręce do buzującego, obez­ władniającego ciepła. Z miejsca zrobiło się jej lepiej. Przy­ brudzonym rękawem kurtki wytarła mokre oczy.  – No już, daj spokój, nie możesz się teraz poddać – szepnęła. – Jeśli wiara czyni cuda… – Skrzywiła się, czu­ jąc, że tu jednak przesadziła. Jaka wiara? Jakie cuda? Wszystko to bajki dla naiw­ nych. A to, że jakieś uczynne ręce akurat w tym momencie wystawiły przed budkę – tu rozejrzała się wokół siebie i stwierdziła, że stoi przed malutką kwiaciarnią – piecyk, to tylko przypadek i nic więcej. Pewnie gdyby nie była tak zmęczona, przypomniałaby sobie, co w takich sytu­ acjach mówiła babcia Hela. Że w życiu nic nie dzieje się przypadkiem. Wszystko jest po coś. I to coś, gdy przyj­ dzie czas, się objawi. A początek cudu nie musi być spektakularny. Czasem przyjmuje postać ciepłego gazowego pieca i płonącego w nim ognia.


A OD S TAAPTONT IS IDLZŃ I EEŃ I ZLDI SI TNOTPAATD SO A

G

abrysia już od jakiegoś czasu ukradkiem obserwo­ wała stojącą przed kwiaciarnią dziewczynę. Musia­ ła być bardzo zziębnięta, przechylała się w stronę ognia w taki sposób, jakby całym ciałem chciała przytulić się do płomieni. I ubrana jest wyjątkowo nieodpowiednio – pomyśla­ ła kobieta, otulając się szczelniej chustą zarzuconą na ra­ miona, jakby ten gest mógł sprawić, że dziewczynie sto­ jącej na zewnątrz zrobi się cieplej. – Wygląda, jak gdyby wyszła prosto z ciepłej jesieni i znienacka trafiła w koniec cholernego, paskudnego listopada. Kto to widział, żeby przymrozki witać w trampkach…  – Dzień dobry, kochanieńka – przerwał jej rozmyś­ lania tubalny męski głos. – Dałoby się załatwić jakiś skromny i gustowny bukiecik?  – Oczywiście – odpowiedziała machinalnie, usiłując nie pokazać po sobie zdziwienia nietypowym powita­ niem. Obrzuciła stojącego przed nią mężczyznę uważnym spojrzeniem. Miał pucołowatą twarz i niebieskie oczka, które ginęły w fałdkach okrągłych i rumianych policzków. 11 4


Ubrany był w wyglądający na drogi płaszcz, szyję osła­ niał mu fantazyjnie zawiązany szalik, na palcach błysz­ czały złote sygnety. O D S TAAPTONT IS–IDL ZŃ I EEŃ I ZLDI SI TNgo OTPA ATD SO A Typ A ostentacyjny zakwalifikowała błyskawicznie. – Obawiam się, że skromny i gustowny bukiecik w jego wyobrażeniach będzie dokładnie czymś odwrotnym, niż jest w rzeczywistości…  – To jak, działamy? Czas to pieniądz, więc sama, ko­ chanieńka, rozumiesz… – chrząknął znacząco.  – Oczywiście – pokiwała głową z udawaną powagą.  – Jak to mówią: klient nasz pan. Więc co przygotowu­ jemy? Frezje, goździki… Mam też konwalie. Przyjechały na specjalne zamówienie z Holandii, ale klient nie ode­ brał. To co sobie kochanieńki życzy? – tu zawiesiła głos i z rozbawieniem spostrzegła, że na pucołowatej twarzy stojącego przed nią mężczyzny zagościł wyraz konster­ nacji.  – E nie… Kochanień… To znaczy, pani kochana, skromnie to jedno, ale nie ubogo! – przemówił w koń­ cu z lekką przyganą w głosie, potwierdzając tym samym przypuszczenia Gabrysi. – Te kwiatuszki takie mikre… Dużo bardziej podobają mi się o, tamte. – Wskazał na wielkie czerwone róże. – Niech pani da je wszystkie…  – Wszystkie? – zdumiała się Gabrysia. – To będzie po­ nad siedemdziesiąt sztuk…  – A co tam, stać mnie. – Machnął lekceważąco ręką. – I niech pani dorzuci jeszcze tamto małe, drobne, bia­ łe… I jeszcze trochę tych farbowanych niebieskich… A, 12 4


i te konwalie… Skoro specjalnie sprowadzane, to chyba warto. Niech też będą.  – Dużo tego – mruknęła. – Nie wiem, czy nie będzie A OD ST AAPTONT IS–IDL ZŃ I EEŃ I ZLDI Sdelikatnie. I TNOTPAATD SO A się ze sobą gryzło… zasugerowała  – Na pewno da się z tego zrobić naprawdę uroczą kompozycję – w jego głosie zabrzmiała pewność wska­ zująca na to, że nie przywykł do krytyki. – Karola, moja narzeczona, twierdzi, że mam doskonały gust – dodał z wyraźnym zadowoleniem. – To dla niej ten bukiet… Mówię ci, kochanieńka, dobraliśmy się jak w korcu maku… Lubimy te same rzeczy… A nawet jeżeli moja niunia za czymś na początku nie przepada, to i tak po­ tem przyznaje, że się myliła. Złota z niej dziewczyna! Tylko co do świąt nie możemy się jakoś dogadać… Ona chce zostać w domu, choinkę ubierać, dom przystrajać jakimiś badziewiami… A ja się pytam: po co? Skoro pro­ ponuję jej wyjazd, najlepiej gdzieś, gdzie jest ciepło, pal­ my, słońce… A prezenty można przecież wręczać wszę­ dzie… A może to właśnie o to chodzi i moja buziunia, niunia kochana, boi się, że nic nie dostanie… Jak, ko­ chanieńka, myślisz? Szczerze mówiąc, Gabrysia nic na ten temat nie my­ ślała. Słuchała wynurzeń Kochanieńkiego jednym uchem i co chwila zerkała za okno, chcąc sprawdzić, czy dziew­ czyna nadal stoi przy piecyku. Teraz jednak poczuła się zobowiązana do udzielenia odpowiedzi. Z lekką niechę­ cią oderwała spojrzenie od szyby i skupiła uwagę na ru­ mianym obliczu klienta. 13 4


– A może pana narzeczona po prostu chce mieć praw­ dziwe święta? Ze stołem wigilijnym, opłatkiem, śniegiem? Za nic nie wymieniłabym choinki na palmę… – Zamil­ A OD S spojrzała TAAPTONT ISzaIDLokno. ZŃ I EE– Ń I Martwi ZLDI SI TNmnie OTPAATtaD S dziewczy­ O A kła i znów na – dodała i dopiero po niewczasie zorientowała się, że wypowiedziała na głos dręczącą ją od jakiegoś czasu myśl. Natychmiast tego pożałowała, bo pan Kochanieńki podążył spojrzeniem za jej wzrokiem i na jego pucołowa­ tej twarzy odbił się wyraz obrzydzenia.  – A czym tu się martwić? Kolejny nierób i włóczykij! Zalega toto na ulicach i psuje powietrze! – stwierdził wy­ niośle. – A uczciwy człowiek musi na nich pracować! Za­ miast jej żałować, niech się pani lepiej skupi na tym, co robi – doradził, przybierając ton dobrotliwego wujaszka, bo Gabrysia właśnie ukłuła się różanym kolcem i syknę­ ła z bólu. – A ta szopka na wystawie to za ile? – płynnie zmienił temat, podchodząc do szerokiego parapetu, na którym właścicielka kwiaciarni ustawiła stare gipsowe fi­ gurki. – Moja Karola lubi takie starocie…  – Szopka nie jest na sprzedaż – odpowiedziała krót­ ko, a jej głos był tak lodowaty, że każdy, kto posiadałby choć odrobinę ludzkich uczuć, z miejsca zamieniłby się w sopel. Jednak Kochanieńkiemu to nie groziło.  – Pani kochana, gada pani, jakby się wczoraj urodzi­ ła! Wszystko jest na sprzedaż, pozostaje tylko kwestia ceny – pouczył ją, wyjmując z drewnianego żłóbka ma­ łego Jezuska. 14 4


Widząc to, Gabrysia poczuła, jak zalewa ją fala wściekłości. Niewiele myśląc, porzuciła trzymane w rękach kwiaty, wyszła zza lady, bezceremonialnie A OD Smu TAAPfigurkę TONT IS IDi z troską LZŃ I EEŃ I ZLD I SI TNOTPAATD Sułożyła O A odebrała z powrotem ją w wymoszczonym siankiem żłóbku. Zanim odeszła, pieszczotliwie pogładziła gipsową buzię. Tak jak lata temu robiła to jej babcia Małgosia. Ledwo o niej po­ myślała, przed oczami pojawiła jej się pomarszczona twarz, siwe włosy zwinięte z tyłu głowy w zgrabny ko­ czek oraz uśmiech, który potrafił rozproszyć wszystkie dziecięce troski i smutki. Gabrysia bezwiednie przy­ mknęła powieki, a w uszach zadźwięczała jej dobrze znana opowieść snuta przez babcię rok w rok, zawsze o tej samej porze. Ale zanim popłynęła, musiało wy­ darzyć się jeszcze kilka rzeczy… Zaczynało się od głośnego tupania w sieni. To był znak, że dziadek wrócił z lasu i otrząsa buty ze śniegu. I było wiadomo, że już za chwilę, już za momencik wejdzie do domu, przesiąknięty ostrym zapachem mroźnego po­ wietrza, niosąc przed sobą choinkę. Na środku dokład­ nie wysprzątanego pokoju stały przygotowane dwie skrzynki. Jedna z nich kryła w swoim ciepłym, wyło­ żonym słomą wnętrzu bombki, papierowe łańcuchy, delikatne, obsypane lśniącym brokatem sople. Dru­ ga zaś musiała poczekać dłużej, otwierano ją dopiero wtedy, gdy drzewko umocowane przez dziadka w sta­ rym, mosiężnym i bogato zdobionym stojaku zostało 15 4


obwieszone lukrowanymi pierniczkami, lśniącymi bombkami i rumianymi jabłuszkami, otulone puszy­ stymi łańcuchami i anielskim włosem. Wtedy dziadek A OD S TAAPTONTuśmiechem IS IDLZŃ I EEŃ Iwyłaniającym ZLDI SI TNOTPAATsię D SO Aspod su­ z dobrodusznym miastego wąsa pochylał się nad drugą skrzynką i wy­ dobywał z niej po kolei wszystkie figurki. Zazwyczaj pierwsza pojawiała się Maria. Nieznacznie pochylona, z uśmiechem na twarzy. Gabrysia, gdy była malutka, widziała tylko ten uśmiech, lecz potem, wraz z upły­ wem lat, zaczęła dostrzegać też inne szczegóły. Na przy­ kład wyraz szczęścia, ale i zmęczenia na twarzy mamy Jezusa. Lekko podkrążone oczy, dołeczek w policzku… Miało się wrażenie, że ten, kto malował tę gipsową twarz, dokładnie wiedział, jakie uczucia targają świe­ żo upieczoną matką. Wielkie szczęście i miłość, zmę­ czenie, nieprzespane noce, niepewność jutra, a jedno­ cześnie ogromna ufność i nadzieja. Żeby to oddać tak precyzyjnie, trzeba było mieć niesamowity talent i do­ skonale znać ludzką duszę. A żeby to wszystko dostrzec, trzeba było dorosnąć. I tak z każdym rokiem Gabrysia odkrywała na twarzy Marii coś nowego. Zresztą matka Jezusa nie była wyjątkiem. Tak samo było z pozostały­ mi figurkami. Na twarzy Józefa widać było determina­ cję i wolę walki o rodzinę. Ale też w jego oczach odbijał się wyraz jakiejś tłumionej bezradności. Dziadek, gdy na niego spoglądał, kiwał ze zrozumieniem głową i głę­ boko wzdychał. I zawsze gdy stawiał Józefa pod choin­ ką, mruczał pod nosem: 16 4


– Ale ci, chłopie, musiało być ciężko. Nie zazdroszczę ci ani trochę. Patrzeć na swoją zziębniętą żonę, na dziec­ ko, którego nikt nie chciał przygarnąć pod ciepły dach, A OD Snic TAAPzrobić… TONT IS IDLZŃ I EEŃ I ZLDI SI TNOTPAATD SO A i nie móc  – Daj spokój, Stefan, on przecież miał najcenniejszy i najtwardszy oręż na świecie, niczym niewzruszoną wia­ rę – burczała z przyganą babcia, spoglądając z niepoko­ jem, czy Gabrysia przypadkiem nie słucha. – Dziecku tyl­ ko w głowie namącisz! Zresztą co to za pomysły! W Biblii nie czytałam ani słowa o tym, żeby Józef miał jakieś wąt­ pliwości…  – A bo to trzeba o tym pisać, Małgosiu? – Dziadek Stefan wzruszał ramionami. – Wystarczy, że się jest męż­ czyzną i ma się rodzinę i wszystko jest wiadome. Już ja tam wiem, co on czuł w głębi serca. Nie ma nic gorsze­ go dla męża i ojca niż poczucie bezsilności. A mała i tak nic nie słyszy, bo zajęta jest układaniem sianka w żłóbku – dodawał ugodowo i ukradkiem puszczał do wnuczki oko. Oboje doskonale wiedzieli, że Gabrysia słyszała każ­ de jego słowo. Zresztą czekała na nie z niecierpliwością co roku. Była to nieodłączna część nadchodzących świąt. Niezbędna tak samo jak zapach zielonego igliwia, migo­ tanie świeczek choinkowych i woń pierników roznosząca się po całym domu. Od tego wszystko się zaczynało. Za każdym razem niezmiennie: ustawianie choinki, rozpa­ kowywanie i rozwieszanie świątecznych ozdób i pojawie­ nie się Świętej Rodziny. A potem babcia cichym głosem zaczynała snuć historię związaną z szopką. 17 4


– To były czasy, kiedy zima nadchodziła powoli – za­ czynała tonem, który działał na słuchaczy jak magnes. – Najpierw pojawiał się pierwszy szron, który niczym A OD S TAAPmłodej TONT IS ID LZŃ I EEŃ I ZLD I SIna TNO TPAATD SO A trawie welon panny rozsnuwał się pożółkłej i zeschniętych liściach, powietrze nabierało ostrości, do okien zaczynał dobijać się natarczywy wicher. A dopiero potem spadał pierwszy śnieg. Delikatny, nieśmiały. Kładł się cieniutką puchową warstwą na ogołoconych gałęziach, otulał zielone igliwie na świerkach i sosnach. Dużo ich było koło naszego domu, bo mieszkaliśmy, ja i twoi pra­ dziadkowie, a moi rodzice, Gabrysiu, w chacie na skra­ ju lasu. Pierwszy śnieg był zapowiedzią tego, co za chwi­ lę nadejdzie. Zadymek, śnieżyc, siarczystego mrozu. Ale przede wszystkim przynosił ze sobą zapach nadchodzą­ cych świąt. Od momentu gdy się pojawił, nam, dzieciom, wydawało się, że wokół zaczyna działać magia. Pisało się listy do Świętego Mikołaja, zaczynały się gruntowne po­ rządki i uzupełnianie zapasów. Mój tato, tak samo jak te­ raz twój dziadek, znosił ze strychu dwie skrzynki. Jed­ ną z ozdobami choinkowymi, drugą, większą, z szopką. Stroiliśmy drzewko, a potem można było, przyklejając nos do wymalowanej mrozem szyby, wypatrywać pierw­ szych śladów Mikołaja. Bo skoro w pokoju już stała cho­ inka, to i on mógł się pojawić w każdym momencie, żeby zobaczyć, czy godnie przygotowaliśmy drzewko na jego przybycie. A potem nadchodził ten dzień: Wigilia. Tego wigilijnego wieczoru, a właściwie nocy, o której mówię, nie pamiętam. Miałam wtedy zaledwie dwa latka. 18 4


Natomiast opowiadano mi o tym tyle razy, że wręcz wi­ dzę to wszystko, co się wtedy wydarzyło. Noc była śnieżna i mroźna. Uroczysta kolacja wigilij­ A OD Sskończyła TAAPTONT ISi dzieci, IDLZŃ I EEczyli Ń I ZLDja, I SItrzy TNOTlata PAATD SO A ode na już się starsza mnie Natalia i najstarszy z nas wszystkich Leszek zostali­ śmy położeni do łóżek. Nasi rodzice wybierali się sania­ mi na pasterkę. A nad nami miała czuwać Tekla. Miesz­ kała u nas na stałe, jej rodzice zmarli, a jej nikt nie chciał i mama dała jej ciepły kąt i utrzymanie. Tak kiedyś bywa­ ło. Dziecko można było porzucić, przygarnąć… – Bab­ cia na moment milkła i dopiero wymowne chrząknięcie dziadka powodowało, że wracała do opowieści. – Tekla dobrze trafiła, bo mama traktowała ją jak swoją przybra­ ną córkę – ciągnęła. – Ale że była najstarsza z nas wszyst­ kich, to i największa odpowiedzialność na niej ciążyła. I tamtego wigilijnego wieczoru Tekla została z nami, a ro­ dzice wsiedli do sań. Zdążyli odjechać już spory kawałek, gdy mama nagle kazała ojcu zawrócić konie. „Gdy spojrzałam w niebo, zobaczyłam na nim gwiaz­ dę, taką, jaka wiodła trzech króli do stajenki, i nie wiem dlaczego, ale z miejsca wiedziałam, że powinniśmy wró­ cić…” – opowiadała potem. Oczywiście tatuś żadnej gwiazdy nie widział, podob­ no wściekł się niemożebnie, wyrzekał na babskie prze­ czucia, ale tym razem upór mamy był nie do złamania. Ponoć nawet zagroziła ojcu, że jeżeli jej nie posłucha, to ona wysiądzie z sań i wróci do domu na piechotę. Była to raczej groźba bez pokrycia, bo śniegu było tyle, że 19 4


w długiej sukni prawdopodobnie nie zrobiłaby ani kro­ ku, ale tata w końcu ustąpił. Gryzło go wprawdzie sumie­ nie, że przez babskie fanaberie opuszczą pasterkę, ale cóż A OD S TArobić, APTONTskoro IS IDLZżona Ń I EEŃ Iuciekła ZLDI SI T NOTdo PAAszantażu TD SO A i za­ miał biedak się groziła samotnym brnięciem przez przeogromne zaspy? Poza tym była Wigilia, nie chciał tego wieczoru kończyć awanturą… W każdym razie stanęło na tym, że wrócili. Zanim jeszcze zajechali na podwórze, poczuli zapach dymu i zobaczyli płomienie. Dom się palił. Część, w któ­ rej były rozlokowane pokoje dziecinne, już stała w pło­ mieniach. Twoja prababcia, Gabrysiu, mówiła, że jeden rzut oka wystarczył, aby zyskać pewność, że tam nikt nie miał szans przetrwać. Mówiła też, że właśnie wtedy po­ czuła, jak to jest, gdy serce pęka na miliony kawałeczków. Mimo że sytuacja wyglądała beznadziejnie, mój tato wy­ łamał drzwi i wpadł do części domu, której ogień jeszcze nie objął w posiadanie. Mama kierowana resztką zdro­ wego rozsądku, jaka przedarła się przez panikę, wrzuciła w śnieg koc, którym na saniach otulała nogi, i przykryw­ szy się nim, pobiegła za mężem. Jakież było ich zdumie­ nie i radość, gdy pierwsze, co zobaczyli, to była nasza trójka siedząca pod choinką i tuląca się do siebie. Ojciec opowiadał potem, że nigdy w życiu nie widział bardziej surrealistycznego obrazka. Z jednej strony szalejący, bez­ względny żywioł, z drugiej sielski widok obejmujących się dzieci ukrytych pod bożonarodzeniowym drzewkiem. Ale, jak się domyślasz, wtedy nie mieli czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Było jasne, że ogień zaraz i tutaj 20 4


się przedostanie i przede wszystkim trzeba było wydostać się na zewnątrz. Wyniesiono nas, a razem z nami szop­ kę. Nikt do końca nie wiedział, jak to się stało, że wszyst­ O D S TAAPTONTznalazły IS IDLZŃ IE EŃ I razem ZLDI SI T NOTPAATna D SO Asaniach. kie jej A fragmenty się z nami A trzeba ci wiedzieć, Gabrysiu, że było tego więcej. Te­ raz został wół, osioł, anioł, mały aniołek i Święta Rodzi­ na. A wtedy były jeszcze inne zwierzęta i trzej królowie… Poginęły w czasie wojennej zawieruchy. Ojciec najpierw zajął się nami, a potem rzucił się do pomieszczeń go­ spodarczych ratować zwierzęta. Konie na całe szczęście były zaprzężone do sań, w stajni został tylko kucyk Mi­ luś, nasz ulubieniec, z obory trzeba było wyprowadzić opierające się i przerażone dwie krowy. Ale się udało. Tej nocy nikt nie zginął, choć na początku nie było wiado­ mo, co się stało z Teklą. Potem dopiero okazało się, że w ogóle jej nie było w domu, bo wymknęła się na schadz­ kę z synem sąsiada… I tak była zaaferowana i otumanio­ na pierwszą miłością, że nie zauważyła, że zostawiła lam­ pę naftową na oknie, tuż pod zwiewnymi koronkowymi firankami, które niemal natychmiast zajęły się ogniem. Z miejsca orzeknięto, że to cud, że wszyscy ocaleli. Gdy później zaczęto wypytywać Leszka, jak to się stało, że za­ miast leżeć w łóżkach i głęboko spać, znajdowaliśmy się w zupełnie innej części domu, siedząc pod choinką, mój brat najpierw nie chciał nic powiedzieć. Sznurował usta i twierdził, że niczego nie pamięta. Dopiero jakiś czas potem mama wydobyła z niego poczynione z wyraźnym oporem wyznanie. 21 4


„Już prawie usypiałem, gdy przed moimi oczami po­ jawiła się postać tego naszego anioła z szopki” – mówił zakłopotany. „To było trochę tak, jakby mi się śnił, ale A OD S sen… TAAPTONT IS IDLZmi Ń I EEnatychmiast Ń I ZLDI SI TNOTPA ATD SO AMałgo­ to nie był I kazał zabrać się i Natkę i iść tam, gdzie stała reszta figurek z szop­ ki, pod choinkę. Nie wiem, dlaczego go posłuchałem, ale gdzieś w środku, o tutaj – Leszek położył dłoń na sercu – czułem, że jeżeli tego nie zrobię, to wydarzy się coś strasznego. Wstałem z łóżka i najpierw zabra­ łem Natalię. Była rozespana, nie chciała iść, w koń­ cu wymyśliłem bajeczkę, że być może Mikołaj zapo­ mniał i nie dał nam wszystkich prezentów, więc trzeba pójść sprawdzić… A Małgosię po prostu przeniosłem, bo spała. Musiałem się przemykać, bo Tekla cały czas się kręciła po swoim pokoiku… Podśpiewywała i stro­ iła się, i wyginała przed lusterkiem. Gdyby mnie zoba­ czyła, natychmiast kazałaby mi wracać do łóżka… I tak to prawdziwy cud, że jak wychodziła, to nie zobaczyła nas pod tą choinką…” „Masz rację synku, to prawdziwy cud” – wyszeptała moja mama. I od tej pory wszyscy w rodzinie wierzymy, że ta szop­ ka ma szczególną moc i że figurki nas strzegą. Kiedyś, Ga­ busiu, gdy ją odziedziczysz, to właśnie ty będziesz musia­ ła o nią zadbać. I o to, by twoje dzieci zrozumiały, jaki skarb mają w rękach, i o to, by wiara w cud wigilijny przetrwała w ich serduszkach. To duża odpowiedzialność, ale też niebywałe wyróżnienie. Jeżeli ten sam anioł, który 22 4


opiekował się malutkim Jezusem, czuwał wtedy nad na­ szą rodziną… O D S TAAPTON T IS IDLZto Ń I EEw ogóle Ń I ZLDI SInie TNOTmożna PAATD SO A  – Pani A kochana, z panią się doga­ dać – wyrwał ją z zadumy zniecierpliwiony głos Kocha­ nieńkiego. – Usnęła pani czy co? Gabrysia kilka razy szybko zamrugała i z niechęcią spojrzała na gburowatego klienta.  – Zamyśliłam się – odpowiedziała krótko i wróciła do układania bukietu.  – A z tą szopką to ja jeszcze nie powiedziałem ostat­ niego słowa – zakomunikował stanowczym tonem. – Wi­ dzę, że mam do czynienia z niezłą zawodniczką, co to na handlu zęby zjadła. Nic nie mówi, a i tak się targu­ je! To milczenie to był znak, żebym coś konkretnego za­ proponował, znam te sztuczki. A te figurki to bym zabrał ze sobą i dał Karoli w prezencie, już na wyjeździe. Taki trochę żart, Jezus pod palmą… Rozumiesz, kochanień­ ka. A, i jeszcze bym dokupił Świętego Mikołaja i bałwa­ na…   – A po co drugi, jeden nie wystarczy? – mruknęła Gabrysia, myśląc, że większego bałwana i bufona niż pan Kochanieńki to już dawno nie widziała.  – Słucham? – Miłośnik świąt pod palmami pochylił się w stronę kwiaciarki.  – Nic, zupełnie nic… Proszę bardzo, bukiet gotowy – podała mu pokaźnych rozmiarów wiecheć, który pomimo jej usilnych starań wyglądał, jakby robił go totalny ama­ tor, na dodatek kompletnie pozbawiony dobrego smaku. 23 4


– Bukiet jak marzenie – mruknął Kochanieńki z za­ chwytem. – Mówiłem, że gust mam jak mało kto.  – O tak, trudno się nie zgodzić – przytaknęła skwapli­ A OD S TAAPTO–NTJak IS ID LZŃ I Ekto. EŃ I ZLDI SI TNOTPAATD SO A wie kwiaciarka. mało  – To jak będzie z szopką?  – Zostaje tu, gdzie jej miejsce. – W głosie Gabrysi za­ brzmiały ostre tony.  – Dobra, dobra! Wrócę tu jutro albo pojutrze i po­ gadamy. A tę żebraczkę sprzed kwiaciarni to powin­ naś, kochanieńka, z miejsca przegonić. Ani się obej­ rzysz, a będziesz miała całe stado śmierdzieli przy tym swoim ogniu. Skończy się tym, że kwiaty ci pokrad­ ną i klientów odstraszą. Z nimi tak to już jest, jak po­ jawi się jeden, to za nim za chwilę przyleci cała chma­ ra. I po co toto w ogóle żyje? Powinno być tak jak w przyrodzie, słabe osobniki są eliminowane. Natura wie, co robi, i powinniśmy brać z niej przykład. To ile za kwiatuszki? Gabrysia, która zniesmaczona marzyła tylko o tym, by pan Kochanieńki zniknął sprzed jej oczu, i już otwierała usta, żeby podać kwotę, nagle je zamknęła i głośno prze­ łknęła ślinę.  – Ile… Zaraz policzę – powiedziała, odchrząkując, żeby zamaskować drżenie głosu. – Wychodzi tyle. – Pod­ sunęła Kochanieńkiemu kalkulator z wybitą kwotą.  – No, najtańsza to ta kwiaciarnia nie jest… Ale co tam. – Kochanieńki machnął lekceważąco ręką i wyciąg­ nął z wewnętrznej kieszeni płaszcza plik banknotów, po 24 4


czym ostentacyjnie odliczył żądaną sumę. – Wrócę tu jeszcze – zapowiedział już spod drzwi. Gdy je za sobą zamknął, Gabrysia odetchnęła z ulgą i drżącymi palcami przeliczyła pieniądze rzucone niedba­ le na ladę.


O S TAT N I D Z I E Ń L I S T O PA D A

Spis treści

Ostatni dzień listopada . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 Pierwszy grudnia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 139 Trzeci grudnia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 165 Czwarty grudnia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 209 Dziesiąty grudnia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 235 Jedenasty grudnia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 245 Dwunasty grudnia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 273 Trzynasty grudnia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 285 Czternasty grudnia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 297 Dwudziesty grudnia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 321 Dwudziesty pierwszy grudnia . . . . . . . . . . . . . . . . 331 Dwudziesty drugi grudnia . . . . . . . . . . . . . . . . . . 341 I nastał grudzień, dzień dwudziesty trzeci . . . . . . . 351 Dwudziesty trzeci grudnia . . . . . . . . . . . . . . . . . . 353 Dwudziesty czwarty grudnia . . . . . . . . . . . . . . . . . 365

4


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Anioł do wynajęcia by SIW Znak - Issuu