Skip to main content

Spartakus. Rebelia

Page 1

Przekล ad Arkadiusz Romanek Znak Horyzont Krakรณw 2019


Tytuł oryginału Spartacus. Rebellion Copyright © Ben Kane, 2012 First published as Spartacus: Rebellion by Preface Publishing, an imprint of Cornerstone. Cornerstone is part of the Penguin Random House group of companies. Projekt okładki Marcin Słociński Ilustracja na pierwszej stronie okładki Colin Thomas Opieka redakcyjna Katarzyna Bielewicz Adiustacja Bogusława Wójcikowska Korekta Grażyna Rompel Irena Gubernat Przygotowanie mapy Piotr Poniedziałek Opracowanie typograficzne i łamanie Piotr Poniedziałek

Copyright © for the translation by Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Sp. z o.o., 2019

ISBN 978-83-240-5498-5 Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2019. Printed in EU


SPIS TREŚCI

Prolog  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 11 Rozdział I  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 17 Rozdział II  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 41 Rozdział III  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 76 Rozdział IV  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 112 Rozdział V  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 139 Rozdział VI  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 168 Rozdział VII  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 187 Rozdział VIII  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 210 Rozdział IX  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 232 Rozdział X  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 265 Rozdział XI  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 290 Rozdział XII  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 320 Rozdział XIII  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 339 Rozdział XIV  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 363 Rozdział XV  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 386 Rozdział XVI  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 418 Rozdział XVII  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 443 Rozdział XVIII  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 462 Rozdział XIX  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 499 Uwagi autora  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 521 Słowniczek  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 531


Rozdział I

Miesiąc później… Apeniny, na północny wschód od Pizy

S

partakus wodził wzrokiem po równinie, na której ustawiły się legiony Gelliusa, a potem przeniósł spojrzenie na kohorty swojej armii. Mimo że znajdował się jakieś sto kroków od centrum formacji, czuł bijącą od swoich ludzi pewność siebie. Wystarczyło spojrzeć na to, jak stoją, jak szeregi kołyszą się w przód i w tył. Uderzali mieczami, włóczniami, oszczepami, czym się dało, o metalowe okucia tarcz, rzucając Rzymianom wyzwanie. Byli gotowi, jakby nie mogli się doczekać chwili, gdy skoczą wrogom do gardeł. Zaszła w nich niezwykła zmiana. Jeszcze do niedawna ci, którzy zdecydowali się do niego dołączyć – w zdecydowanej większości byli niewolnicy – nigdy nie brali udziału w walnej bitwie. Owszem, w ciągu ostatnich kilku miesięcy pokonali po kolei trzech pretorów, ale te starcia zostały wygrane głównie dzięki podstępom. Nigdy nie mieli okazji zmierzyć się z dużą armią rzymską na otwartym terenie, nie mówiąc już o składającej 17


BEN KANE

się z dwóch legionów armii konsularnej z oddziałami o pełnej liczebności. Punktem zwrotnym okazała się bitwa, którą stoczyli zaledwie dwa miesiące temu, gdy zasadzili się na korpus konsula Lentulusa w pewnym wąwozie na południe od ich obecnej pozycji. Dzięki kolejnym zwycięstwom ponad połowa jego ludzi była teraz świetnie wyposażona i uzbrojona nie gorzej niż legioniści. Gdy teraz na nich patrzył, pęczniał z dumy. Jak daleko zaszliśmy! Przywołał wspomnienia z tamtego dnia półtora roku temu, gdy został zdradzony w rodzinnej wiosce w Tracji, a następnie sprzedany w niewolę. Miał walczyć – i oddać życie – na arenie walk gladiatorów. Jakże daleko zaszedłem i ja… Tracki wojownik, którym dawniej Rzym się wysługiwał. A teraz prowadzę armię wyzwolonych niewolników przeciwko tym, którzy ich zniewolili. Dostrzegał też pewną ironię tej sytuacji. Gdy zbliżał się do swoich żołnierzy, zwrócił uwagę na zwalistego mężczyznę, którego otwartą, miłą twarz szpeciła fioletowa blizna ciągnąca się przez cały lewy policzek. Był to jeden z pierwszych zbiegłych niewolników, którzy dołączyli do niego zaraz po tym, jak uciekli z ludus.  – Witaj, Aventianusie! Jak myślisz, jakie szanse mają dziś Rzymianie? Zagadnięty uśmiechnął się od ucha do ucha.  – Mniejsze niż śnieżynka w Hadesie, panie!  – Właśnie to chciałem usłyszeć. Spartakus już dawno przestał napominać ludzi, żeby nie zwracali się do niego per „panie”. Niczego nie wskórał. Przyglądał się uważnie twarzom najbliższych żołnierzy.  – Czy Aventianus ma rację, towarzysze? A może Gellius pogoni nas do domów jak psy z podkulonymi ogonami?  – My nie mamy domów! – ryknął Pulcher, główny zbrojmistrz armii i jeden ze starszych stopniem oficerów w armii Spartakusa. Jego trafne spostrzeżenie zostało skwitowane burzą śmiechu. Spartakus odczekał chwilę, aż tumult ucichnie.  – Ale mamy coś znacznie lepszego niż dach nad głową. Coś, czego nikt nam już nie odbierze. Wolność! 18


SPARTAKUS. REBELIA

– Wolność! Wolność! Wolność! – Mężczyźni zaczęli skandować, tupiąc przy tym nogami i znów uderzając bronią o tarcze. Wrzawa rosła i rosła, aż wreszcie przybrała formę ogłuszającego, poruszającego zgiełku, w którym nie dało się rozpoznać poszczególnych uderzeń. Wszyscy przykładali się do potęgowania tego hałasu jak szeregi armii długie i szerokie. Większość żołnierzy znajdowała się za daleko, aby usłyszeć wymianę zdań, która wywołała tę wrzawę, ale to im w ogóle nie przeszkadzało. Szybko zrobiło się tak głośno, że nie dało się usłyszeć nawet kompana obok.  – Wolność! Wolność! Wolność! Spartakus rozkoszował się siłą swojej armii, która liczyła teraz prawie pięćdziesiąt tysięcy ludzi. I był dumny, że może nimi dowodzić. Zachęcał ich do jeszcze większego wysiłku, machając ramionami. Ten tumult jeszcze bardziej poprawi ich morale i zasieje ziarno niepokoju w sercach Rzymian. Nie wątpił, że wywoła ciarki na plecach u starego, pomarszczonego Gelliusa. Konsul przeżył już sześćdziesiąt dwie wiosny i podobno mimo swoich lat miał niewielkie doświadczenie bitewne.  – Rozbijemy tych drani w drobny mak – zawołał Pulcher, gdy wrzawa zaczynała słabnąć. – Tak samo, jak rozgromiliśmy Lentulusa i jego panienki! W tym samym momencie ludzie, którzy dźwigali zdobyte na wrogu srebrne orły legionów, unieśli wysoko drzewce. To wywołało kolejne wiwaty. Spartakus wzniósł ręce. Ludzie powoli się uspokajali.  – Tam są jeszcze dwa takie znaki! – Wyciągnął swoją sicę, zakrzywiony, śmiertelnie groźny w starciu na krótkim dystansie tracki miecz, wskazując ostrzem chorążych stojących za liniami rzymskich oddziałów. Promienie słoneczne lśniły na metalowych okuciach znaków. – Kto chce mi pomóc? Kto pragnie chlubić się tym, że zdobył w bitwie rzymskiego orła i tym czynem zhańbił legion wroga?  – Ja! – zawołał Aventianus, a kolejne głosy zlały się w jeden wielki ryk.  – Naprawdę tego chcecie? 19


BEN KANE

– TAAAK! – Ludzie wokół krzyczeli ile sił w płucach.  – Lepiej, żebyście byli pewni. Spójrzcie na nich. – Spartakus zatoczył mieczem szeroki łuk od lewej do prawej. Na skrzydłach ustawił oddziały jeźdźców, dosiadających długowłosych, na wpół dzikich, górskich koni. – Jeśli się spóźnicie, nasza jazda dobierze się do nich pierwsza. – Spartakus przez krótką chwilę poczuł, że chciałby być właśnie wśród nich. Już w wieku lat szesnastu świetnie sobie radził na końskim grzbiecie i najczęściej walczył konno. Pomagał także szkolić jeźdźców armii niewolniczej. Wiedział jednak, jak ważna jest jego obecność tu, w centrum formacji. Jeśli piechota się złamie, poniosą klęskę. Chociaż jeźdźcy mieli do wykonania ważne zadanie, dysponowali co najmniej czterokrotną przewagą liczebną. Nawet jeśli w wyniku jakiegoś naprawdę niefortunnego zbiegu okoliczności nie unicestwią jazdy wroga, bitwę będzie można wygrać dzięki sile piechoty. – Czy pozwolicie im na to?  – Nigdy! – ryknął Pulcher. Żyły na jego szyi nabrzmiały.  – Nie, póki mam coś do powiedzenia! – krzyknął Aventianus, raz za razem unosząc pilum w powietrze.  – Ja też nie! – zawołał Carbo. Ten młody chłopak był Rzymianinem. Spartakus ciągle z zaskoczeniem przyjmował ekscytację, z którą reagował na przemówienia Traka. Mniej więcej rok temu pojawił się w szkole gladiatorów w Kapui, łudząc się, że za zarobione tam pieniądze będzie mógł spłacić ogromne długi rodziny. Zdesperowany najpierw próbował wstąpić do armii, ale nie został przyjęty ze względu na wiek. Spartakus z nieskrywanym zdziwieniem przyjął to, że lanista pozwolił Carbo walczyć jako auctoratus, czyli wolny obywatel z kontraktem. Z drugiej strony młodzieniec musiał się wykazać i przejść test, którym było sprawdzenie jego umiejętności podczas starcia na drewniane miecze właśnie ze Spartakusem. Carbo nie spodziewał się, że w ludus będzie miał takie ciężkie życie. I to nie z powodu wyczerpującego treningu. Jeden człowiek, zwłaszcza taki żółtodziób jak on, w pojedynkę miał niewiel­ kie szanse przetrwania. Gdyby Spartakus nie wziął go pod swoje skrzydła, nie zagrzałby długo miejsca w szkole gladiatorów. Gdy 20


SPARTAKUS. REBELIA

wkrótce potem Spartakus zaczął zastanawiać się nad ucieczką, Carbo po prostu podążył za swoim obrońcą. A później, postawiony przed trudnym wyborem opuszczenia go albo podjęcia walki z krajanami, stojąc ramię w ramię z niewolnikami i gladiatorami, wybrał tę drugą możliwość. Nie przyszedł mu do głowy żaden lepszy pomysł. Kolejne decyzje i działania Spartakusa sprawiły, że w ciągu następnych miesięcy zapracował na lojalność Carbo. A może nawet na miłość. Spartakus traktował go jak towarzysza. Troszczył się o niego. To było więcej, niż zrobił dla niego jakikolwiek Rzymianin. Ta gorzka świadomość ułatwiła Carbo decyzję, choć w głębi duszy wciąż cierpiał i walczył z poczuciem winy. Teraz przyglądał się formacji armii Gelliusa, zaciskając zęby. Przekonywał sam siebie, że to po prostu kolejni wrogowie, którzy zastąpili im drogę. Trzeba ich pokonać, żeby ruszyć dalej. Legioniści mają za plecami Alpy. Spartakus chciał przeprowadzić ich przez góry, na ziemie nieznajdujące się pod kontrolą republiki. A ci, z którymi przyjdzie im walczyć po przekroczeniu granicy, będą zupełnie obcy. I musiał przyznać, że łatwiej mu będzie ich zabijać. Na razie jednak muszą wyrąbać sobie drogę przez szeregi Gelliusa. Przysłał go tu Krassus, człowiek, który zrujnował rodzinę Carbo i zniszczył mu życie. Młodzieniec płonął z nienawiści do niego, a przy tym z niechęcią musiał zaakceptować to, że nigdy nie będzie miał okazji zemścić się na najbogatszym nobilu w Rzymie. Próbował wyobrażać sobie, że wszyscy żołnierze w szeregach legionistów są w jakiś sposób spokrewnieni z tym podstępnym politykiem. Trochę pomogło. Przyglądał się niewielkiemu wzrostem, ale świetnie umięśnionemu Trakowi, który miał dziś na sobie wyczyszczoną na błysk kolczugę, bogato zdobiony pas piersiowy i wspaniały hełm frygijski. Spartakus wychwycił jego spojrzenie z tłumu. Trak przyglądał mu się uważnie swoimi szarymi oczami. Skinął mu głową, jakby chciał powiedzieć: „Cieszę się, że tu jesteś”. Carbo wyprężył się. Jego cała postawa mówiła: Nie zawiodę cię dziś i spełnię swój obowiązek. 21


BEN KANE

Tymczasem Spartakus oceniał morale armii. To, co widział, można było uznać za dobry prognostyk. Jego ludzie, podzieleni na centurie i kohorty, zostali uzbrojeni jak Rzymianie i nauczeni walczyć w formacjach tak, jak legioniści. Byli gotowi. On też nie mógł się już doczekać tej chwili. Dziś znów będzie mógł przelać rzymską krew. Uczcić Marona, brata, który poległ w jednej z bitew z legionami. Będę walczyć z tymi samymi Rzymianami, którzy spustoszyli jego rodzinną krainę, Trację. Może jeszcze będzie mi dane cieszyć oczy jej widokiem. Teraz już tylko Gellius i jego żołnierze stoją mi na drodze. Uśmiechnął się do swoich myśli. Gdy pojawi się w rodzinnej wiosce, Kotys, ten szubrawiec niegodny korony plemienia Maedi i sprawca jego zniewolenia, chyba dostanie apopleksji. Nie mogę się doczekać. Spartakus włożył do ust ustnik brązowego gwizdka, który wisiał na rzemieniu na jego szyi. Gdy da sygnał, trębacze przekażą jego rozkaz do rozpoczęcia ataku całej armii. Tym razem plan bitwy był prosty. Ustawił żołnierzy w dwóch głębokich liniach oddalonych od siebie o jakieś trzydzieści kroków. Castus, gladiator wywodzący się z plemienia galijskiego, który pomagał Spartakusowi w ucieczce, dowodził lewym skrzydłem. Gannicus, inny Gal z tego samego ludus, z którym Spartakus dogadywał się nieco lepiej, odpowiadał za prawą flankę. Na jego sygnał wszyscy ruszą naprzód ławą i po obrzuceniu nieprzyjaciół oszczepami zwiążą front formacji rzymskiej. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, dzięki przewadze liczebnej i wyższemu morale szybko wyjdą na skrzydła legionów Gelliusa. W międzyczasie ich jazda zmiecie konnicę wroga, a następnie zaatakuje legionistów od tyłu. Ta bitwa skończy się całkowitą klęską Rzymian. Stracą więcej ludzi niż w poprzednich starciach. Nim zajdzie słońce, Rzym otrzyma kolejną lekcję. Wielki Jeźdźcu, spraw, żeby tak się stało. Czuwaj nad nami w nadchodzących godzinach. Dionizosie, użycz nam siły twoich menad. Podczas gdy trackiego herosa i boga w jednej postaci zawsze do tej pory uważał za przewodnika życiowego, niezwykle cenił sobie pomoc boga wina i upojenia oraz religijnej ekstazy zwanej mania. Kapłanką Dionizosa była jego kobieta, Ariadna. Niezwykły sen, w którym jadowity wąż owinął się wokół jego szyi, odczytała 22


SPARTAKUS. REBELIA

jako dowód, że został wybrańcem tego boga. Niech jego łaska zawsze będzie ze mną. Nabrał powietrza w płuca i przygotował się do dania sygnału. Tan-tara-tara-taraaaa. Zagrały rzymskie bucinae. Spartakus wstrzymał oddech, spodziewając się wyprzedzającego uderzenia legionów. Trąby wroga zabrzmiały ponownie, ale nic się nie działo. Co do diaska? W co gra Gellius? Ku swojemu zaskoczeniu w luce pośrodku rzymskiej formacji dostrzegł samotnego jeźdźca. Żaden legionista nawet się nie poruszył, gdy mężczyzna pogalopował prosto ku Spartakusowi. Większość powstańców nawet tego nie zauważyła, tak bardzo była zajęta sobą, zapewne myśląc tylko o zbliżającej się walce.  – Niech już się wreszcie zacznie! – krzyknął Pulcher, a jego słowa przyjęte zostały rykiem aprobaty.  – Ani kroku! – zawołał Spartakus. – Gellius ma nam coś do powiedzenia. Wysłał posłańca.  – A co nas to obchodzi? – usłyszał jakiś głos z szeregów. – To czas zabijania!  – Nie przegapicie okazji. Ale ja chcę usłyszeć, co ma nam do przekazania ten człowiek. – Spartakus rzucił swoim ludziom twarde spojrzenie. – Pierwszy głupiec, który chwyci za miecz albo rzuci oszczepem, poniesie srogą karę. Czy to jasne?  – Tak – ludzie odpowiadali powściągliwym tonem.  – Nie słyszę was!  – TAAAK! Spartakus śledził wzrokiem zbliżającego się jeźdźca. Nie podoba mi się to. Na szczęście nie miał zbyt wiele czasu na rozmyślania. Armie dzielił dystans nie większy niż ćwierć mili. Gdy Rzymianin dosiadający pięknego kasztanka zbliżył się na odległość głosu, zwolnił do stępa. Wyglądał na nieuzbrojonego. Spartakus zwrócił uwagę na jego wypolerowany spiżowy kirys, szkarłatny czubaty hełm i wyprostowane plecy, świadczące o dużej pewności siebie. Miał przed sobą starszego stopniem oficera, prawdopodobnie trybuna, jednego z sześciu, którzy pomagali konsulowi w dowodzeniu każdym legionem. 23


BEN KANE

– Wystarczy. Dalej ani kroku – zawołał, gdy Rzymianin znajdował się w odległości około dwudziestu kroków. Jeździec uniósł prawą rękę w geście mającym świadczyć o tym, że przybywa w pokoju, ale nie robiąc sobie nic z ostrzeżenia, zbliżył się jeszcze na kilka kroków.  – Nie ufaj temu draniowi! – krzyknął Aventianus. Rzymianin się uśmiechnął. Spartakus uniósł ostrzegawczo tracki miecz.  – Podejdź bliżej, a wyślę cię do Hadesu. Posłaniec nie odpowiedział, ale w końcu zdecydowanie pociągnął za wodze, wstrzymując konia.  – Jestem Sekstus Baculus, trybun Trzeciego Legionu. A ty? Kim jesteś? – zapytał tonem, który chyba nie mógł być bardziej protekcjonalny.  – Dobrze wiesz, kim jestem. A jeśli nie wiesz, toś większy dureń, niż wyglądasz. Ludzie Spartakusa zawyli z radości. Baculus poczerwieniał na twarzy ze złości.  – Przybywam z polecenia Lucjusza Gelliusa, konsula Rzymu – odpowiedział gniewnie. – A…  – A tak! Kilka tygodni temu poznaliśmy jego kamrata na urzędzie, Lentulusa – Spartakus wszedł mu w słowo. – Słyszałeś może o tym spotkaniu? Ci z powstańców, którzy znajdowali się na tyle blisko, aby nie umknęło im żadne słowo z tej wymiany zdań, bawili się przednio. Krzyczeli i gwizdali. Koń Baculusa, nieco zdeprymowany, zastrzygł uszami, położył je po sobie i zaczął drobić nogami. Trybun przywołał go do porządku, klnąc pod nosem.  – Ty i ten twój motłoch drogo za to zapłacicie – warknął.  – Naprawdę?  – Nie jestem tu po to, żeby przerzucać się inwektywami z niewolnikami.  – Niewolnicy? – Spartakus powiódł z uśmiechem wzrokiem po liniach swoich żołnierzy. – Nie widzę tu żadnych niewolników. Patrzę na samych wolnych ludzi. Ryk, który wzniósł się w powietrze tym razem, był trzy razy głośniejszy niż chwilę wcześniej. 24


SPARTAKUS. REBELIA

– Posłuchaj mnie, ty tracki dzikusie – zasyczał Baculus przez zaciśnięte zęby. Uniósł lewą rękę, którą do tej pory trzymał przy boku. Odprowadził ją do tyłu, a potem rzucił Spartakusowi skórzany worek. – Przekazuję ci prezent od Lucjusza Gelliusa i Kwintusa Arriusa, jego propretora – zawołał, gdy zawiniątko leciało już w powietrzu. Spartakusowi nie spodobał się głuchy odgłos, jaki worek wydał po upadku na ziemię pod jego stopami, ani wydzielany, ledwo wyczuwalny smród zgnilizny. Nie wykonał jednak żadnego ruchu, żeby podnieść tobołek. Właściwie to przeczuwał, co w nim znajdzie. W ciągu ostatnich tygodni wielu jego zwiadowców nie wróciło do obozu. Zakładał, że zostali złapani przez Rzymian. Który to może być? Biedak. Pewnie nie dana my była szybka śmierć.  – No dalej, nie jesteś ciekaw? – Baculus prychnął. – Specjalnie dla ciebie trzymaliśmy to w soli. To nie będzie żaden zwiadowca. Już się chyba domyślam, o kogo może chodzić.  – Masz coś jeszcze do powiedzenia?  – To może poczekać.  – Arogancki fiut z ciebie. Worek nie był zawiązany, więc Spartakus po prostu chwycił go i uniósł tak, żeby jego zawartość wypadła na ziemię. Nie zdziwił się na widok odciętej głowy, ale nie spodziewał się, że zaraz po niej z worka wyleci ludzka ręka. Przyjrzał się zakrwawionej blond czuprynie, walcząc z mdłościami. Obrócił głowę tak, żeby zobaczyć twarz mężczyzny. Nosiła ślady licznych ciosów. Kryształki soli przykleiły się do gałek ocznych, rozlazłych, szarych warg i pokrytego skrzeplinami kikuta szyi. Twarz tego niegdyś całkiem atrakcyjnego mężczyzny była teraz mocno zniekształcona, ale to z całą pewnością był Criksus. Nie mogło być wątpliwości. Charakterystyczna blizna na nosie mężczyzny była wystarczającym dowodem. Spartakus zadał tę ranę Galowi podczas walki o wpływy, do której doszło jeszcze w ludus. Ich konfrontacja od początku była nieunikniona. Nie polubił wielkiego Gala. Z wzajemnością. A jednak żałował, że Criksus nie żyje. 25


BEN KANE

Po tym, jak Spartakus wyzwał go na pojedynek i zwyciężył, dumny i uparty Gal obiecał mu pomoc podczas ucieczki. Odegrał w jego planie ważną rolę i to między innymi dzięki niemu udało im się wyrwać ze szkoły gladiatorów. Był groźnym i nieugiętym wojownikiem, ale też cierniem w boku Spartakusa, gdyż na każdym kroku kwestionował jego kompetencje i nieustannie starał się przeciągnąć na swoją stronę Castusa i Gannicusa. W końcu postanowił odłączyć się od głównych sił po bitwie pod murami Thurii, gdy pokonali pretora Publiusza Variniusa. Razem z nim odeszło jakieś dwadzieścia, trzydzieści tysięcy ludzi. Do Spartakusa od czasu do czasu dochodziły wieści o tym, że plądrują środkową Italię, ale nie miał już żadnego kontaktu z Galem. Aż do teraz nie wiedział, co się z nimi dzieje. To makabryczne trofeum nie wróżyło dobrze ludziom, którzy zawierzyli Criksusowi, ale Spartakus zachował kamienną twarz.  – Nie zasługiwał na takie potraktowanie.  – Nie? Criksus! – Baculus uśmiechnął się, widząc, że ludzie Spartakusa zaczęli szemrać między sobą – Właśnie tak, to jego głowę wam przyniosłem! Criksus był tylko niewolnikiem. Zwykłym tłumokiem z sadystycznymi skłonnościami, który dla zabawy okaleczał dzielnych rzymskich żołnierzy. Zasłużył na wszystko, co go spotkało. Albo i na więcej. Spartakus przypomniał sobie, jak po bitwie pod Thurii Criksus kazał obciąć ręce ponad dwudziestu legionistom. Nie zaskoczyło go to, choć z niezadowoleniem przyjął zachowanie Gala. Rzymianie nie wybaczają i nie zapominają takich czynów.  – A wy okaleczyliście zwłoki! Criksus nigdy by nie dał się złapać żywcem! Spartakus zastanawiał się, czy nie zabić Baculusa na miejscu i w ten sposób uniemożliwić mu przekazanie przesłania. Tylko że przecież Rzymianin był parlamentariuszem. No i nie sposób mu było odmówić odwagi. Musiał mieć jaja ze stali, żeby przybyć tu w pojedynkę i bez broni.  – Criksus udał się do Hadesu, wiedząc, że ponad dwie trzecie szumowin, które podążały za nim, zginęło tego samego dnia – oznajmił Baculus. Podniósł głos. – Słyszycie mnie, miernoty? 26


SPARTAKUS. REBELIA

Criksus nie żyje! NIE ŻYJE! Nie żyje także ponad piętnaście tysięcy głupców, których prowadził! Co dziesiąty z jeńców, których wzięliśmy, stracił prawą dłoń. Bądźcie pewni, że podobny los, śmierć lub kalectwo, czeka dziś każdego z was! Gdy tylko Carbo usłyszał imię Criksusa, nie słuchał już gróźb Baculusa. Jego świat nagle skurczył się do okręgu o średnicy kilku kroków. Criksus nie żyje? Niech Jowiszowi będą dzięki. Dionizosie, dziękuję! Modlił się o to gorąco od dawna, ale nie sądził, że kiedykolwiek zostanie wysłuchany. Kilka miesięcy wcześniej, podczas plądrowania Forum Annii, Criksus i para jego oprychów zgwałcili Chloris, ukochaną Carbo. Spartakus pomógł ją uratować, ale kilka godzin później Chloris i tak wyzionęła ducha z powodu odniesionych obrażeń. Rozpalony do białości z gniewu Carbo gotów był wówczas rzucić się na Criksusa i natychmiast pomścić Chloris, ale Spartakus poprosił go, aby tego nie czynił, gdyż wówczas Gal był ważnym przywódcą części armii niewolników. Carbo zgodził się niechętnie. Jednak gdy po bitwie pod Thurii Criksus oznajmił, że odchodzi, Carbo tym samym został zwolniony z obietnicy. A mimo to nie zdecydował się wtedy rzucić wyzwania Galowi. Dobrze wiedział, że nie miałby z nim żadnych szans. Do tej pory tłumaczył sobie, że Chloris nie chciałaby, żeby stanął do walki bez większych szans na zwycięstwo, ale patrząc na gnijącą głowę Criksusa, zrozumiał, że po prostu bał się śmierci. Wielka satysfakcja, którą teraz odczuwał, przyćmiła wszelkie obawy, jakie miał w związku ze zbliżającą się bitwą. Ta kreatura w chwili śmierci wiedziała, że zawiodła na całej linii. To wszystko, co się teraz liczy. Spartakus nie musiał patrzeć na swoich ludzi, żeby wiedzieć, że głowa Criksusa i wieści, które przyniósł Baculus, wywołały skrajne emocje. Podniósł sicę i zbliżył się do trybuna.  – Wynoś się! Powiedz Gelliusowi, że przyjdę po niego! Ty też zapłacisz mi za swoje słowa.  – Będziemy gotowi. Tak samo jak nasze legiony – odparł pewnym głosem Baculus. Przyłożył dłoń do ust, żeby jego słowa dotarły jak najdalej. – Moi ludzie są spragnieni bitwy! Zarżną tysiące z was, niewolnicy! 27


BEN KANE

Spartakus doskoczył do niego w mgnieniu oka. Spłazował zad jego rumaka. Koń zareagował tak gwałtownie, że mało brakowało, a trybun spadłby na ziemię. Baculus ściągnął wodze, przeklinając, dzięki czemu zdołał jakoś uspokoić zdenerwowane zwierzę. Spartakus wyciągnął miecz w jego stronę. Baculus rzucił mu gniewne spojrzenie, ale zawrócił wierzchowca i ruszył ku rzymskim liniom.  – Możesz uważać się za szczęśliwca, że uszanowałem twój wyjątkowy status posłańca! – krzyknął za nim Spartakus. Baculus siedział sztywno na koniu i oddalał się w milczeniu. Ani razu nie obejrzał się za siebie. Spartakus splunął. Mam nadzieję, że nie wszyscy Rzymianie są tak odważni, jak ten tu. Od razu wyrzucił myśl o Baculusie ze swojej głowy, żeby zebrać myśli i przemówić do ludzi. Tym razem na wielu twarzach dojrzał zwątpienie i strach. Większość wyglądała na mniej pewnych siebie niż jeszcze chwilę wcześniej. W szeregach zapanowała pełna niepokoju cisza, która zastąpiła hałaśliwe okrzyki i metaliczne trzaski broni. Przez upadek morale można przegrać bitwę. Spartakus dobrze wiedział, że to możliwe. Muszę działać szybko. Schylił się, podniósł głowę Criksusa za włosy i potrząsnął nią.  – Wszyscy wiecie, że niespecjalnie lubiliśmy się z Criksusem.  – To chyba delikatnie powiedziane! – wykrzyknął Pulcher. Jego komentarz wywołał śmiechy. Dobrze.  – Chociaż nie byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, szanowałem Criksusa za jego siłę i zdolności przywódcze. Darzyłem szacunkiem ludzi, którzy zdecydowali się odejść razem z nim. Gdy widzę to… – uniósł głowę Criksusa jeszcze wyżej – …i gdy wiem, co stało się z naszymi towarzyszami, ogarnia mnie złość. Wściekłość! – Ponad szeregami poniósł się głuchy grzmot, nieartykułowany ryk. – Czy wy też jesteście wściekli?  – TAK!  – Czy chcecie pomścić Criksusa? Wziąć odwet za śmierć naszych braci?  – TAAAK! 28


SPARTAKUS. REBELIA

– ZEMSTA! – Spartakus wskazał ostrzem miecza legiony. – ZEM-STA! ZEM-STA! Pozwolił ludziom przez dwadzieścia uderzeń serca wykrzyczeć swoją furię. Zadowolony z tego, czego udało mu się dokonać, dmuchnął z całej siły w gwizdek. Piskliwy dźwięk nie niósł się daleko, ale dobrze wyszkoleni trębacze nie mogli go przegapić. Odpowiedzieli serią sygnałów, które od razu uciszyły rozwrzeszczanych powstańców. Wtedy schował głowę i dłoń Criksusa z powrotem do worka. Gdyby zostawił je tam, gdzie leżały, nigdy by ich już nie znalazł. Criksus – a przynajmniej te części jego ciała – zasługiwał na przyzwoity pochówek. Przywiązał ciężki worek do paska i poprosił Wielkiego Jeźdźca, aby sprawił, żeby ten bagaż nie zawadzał mu w walce. Potem zajął swoje miejsce w pierwszym szeregu. Aventianus z ponurym grymasem wręczył mu tarczę i pilum. Carbo i Navio, weteran wojny domowej, którego Carbo przekonał do dołączenia do powstańców, skinęli głowami, potwierdzając ­swoją gotowość. Taksacis, jeden z dwóch Scytów, który bez pytania został członkiem jego dwuosobowej straży przybocznej, odsłonił zęby w wilczym grymasie.  – Naprzód! – krzyknął Spartakus. – Trzymać linię. Stała odległość między oddziałami. Ruszyli w tym samym momencie, jak idealnie zsynchronizowany mechanizm. Tysiące stóp deptało krótką, słabą jeszcze, wiosenną trawę. Na skrzydłach rozległy się zawołania i cmoknięcia kawalerzystów, którzy spinali konie, zachęcając je do kłusa.  – Konni Gelliusa posikają się ze strachu na widok naszych chłopców – krzyknął Spartakus. Kilka krótkich wiwatów zagłuszyły rzymskie bucinae. Legioniści również ruszyli, szybko skracając dystans.  – Zachowajcie spokój. Przygotować oszczepy. Rzucamy z trzydziestu kroków, nie wcześniej. Spartakus poczuł tak dobrze znany ciężar w trzewiach, mdlącą niepewność pojawiającą się przed każdą bitwą. Myszkujące po jego ciele palce strachu. Lęk. Niepewność. Ekscytujący dreszcz braterstwa broni, gdy staje do walki u boku towarzyszy. Dumę, 29


BEN KANE

że wspierają go ludzie, którzy gotowi są za niego umrzeć. Przeświadczenie, że i on gotów jest zginąć dla nich. Wdychał jakże znajomy zapach potu, naoliwionej skóry, wsłuchiwał się w szeptane modlitwy i prośby do bogów, trzask drzewców oszczepów uderzających o krawędzie tarcz. Znów podziękował Wielkiemu Jeźdźcowi za to, że dał mu kolejną okazję, aby zadać jeszcze jeden cios armii Rzymu, która wielokrotnie pustoszyła Trację, zdziesiątkowała większość lokalnych plemion i zrównywała z ziemią niezliczone wioski, zabijając tysiące jego krajanów. Spartakus, zanim został zdradzony i sprzedany w niewolę, planował zjednoczenie podzielonych Traków i wyrzucenie legionów z ich rodzinnej ziemi. Na zawsze. W ludus takie marzenia były zwykłą mrzonką. I tylko mrzonką. Sytuacja zmieniła się jednak diametralnie, gdy wraz z siedemdziesięcioma dwoma wojownikami wywalczył sobie wolność. Czuł, że jego serce przyspiesza. Niecierpliwił się. Udowodnił, że nie ma rzeczy niemożliwych. Gdy pokonają Gelliusa, droga ku Alpom stanie przed nimi otworem. Zmrużył oczy, oceniając odległość od niespiesznie zbliżających się legionistów. Teraz widział już więcej szczegółów na twarzach żołnierzy.  – Pięćdziesiąt kroków! Nie rzucać! Czekać na rozkaz. Od strony rzymskich szeregów nadleciało kilka pierwszych oszczepów. Za nimi nastąpiła rzadka seria nieskoordynowanych rzutów. Od razu odezwali się rozwścieczeni centurionowie, łajając swoich ludzi i klnąc, na czym świat stoi. Pila wbijały się nieszkodliwie w ziemię między dwiema armiami. Spartakus wybuchnął śmiechem. Jedynie garstka jego ludzi zareagowała instynktownie wyrzuceniem swoich pocisków.  – Widzicie to? Te kundle drżą ze strachu! Podniesieni na duchu ludzie zareagowali radosnymi okrzykami. Tramp, tramp, tramp. Strużka potu popłynęła po czole Carbo, dostając się do oka. Zamrugał, próbując skupić wzrok na legioniście znajdującym się teraz dokładnie naprzeciwko niego. Żołnierz był młody, właściwie 30


SPARTAKUS. REBELIA

w jego wieku. Grymas na jego twarzy o gładkiej skórze, bez zarostu, odczytał jako wyraz nieokiełznanego strachu. Powtórzył sobie, że nie ma teraz miejsca na miłosierdzie. On wybrał stronę, a ja wybrałem swoją. Bogowie zdecydują, który z nas przeżyje. Odwiódł prawą rękę, przygotowując się do rzutu. Sprawdził, czy oszczep jest dobrze wyważony. Wybrał cel.  – Czterdzieści kroków – zawołał Spartakus. – Czekać! Sam Spartakus też wybrał swój cel: najbliższego centuriona w pierwszej linii Rzymian. Jeśli dzięki interwencji Fortuny uda mu się wyeliminować oficera, opór w tej części muru tarcz będzie mniejszy. A może nawet mur się rozpadnie. Zmarszczył brwi. Dlaczego legioniści jeszcze nie posłali w ich kierunku swoich oszczepów? Gellius musiał kazać swoim ludziom czekać aż do ostatniej chwili. Ryzykowna taktyka. Trzydzieści pięć kroków. Spartakus z rosnącym zdenerwowaniem odliczał ostatnie pięć kroków, a potem ryknął z całych sił:  – Trzy pierwsze szeregi! RZUUUĆ! Odprowadził prawą rękę i z całych sił wyrzucił oszczep w niebo. Dołączyły do niego setki, a potem tysiące innych, tworząc gęstą, szybko przemieszczającą się chmurę, przez którą teren oddzielający obie armie na krótko znalazł się w półcieniu. A potem opadła w dół śmiertelnym deszczem ostrego metalu. Rzymscy oficerowie wydali rozkazy uniesienia tarcz. Kąciki ust Spartakusa mimowolnie uniosły się na ten widok. Wolno. Zareagowali zbyt wolno. Oszczepy rebeliantów już zmierzały ku ziemi, wbijając się w tarcze, czyniąc je nienadającymi się do użytku, ale też przeszywając ciała zbyt późno osłaniających się legionistów. Rzadko zdarzało się, żeby fala oszczepów przynosiła tak dobre efekty. Musimy to wykorzystać!  – Druga seria. Rzuuuć! – Gdy tylko w stronę wroga pomknęły kolejne pociski, Spartakus wydał inny rozkaz: – Trzy pierwsze szeregi! Na kolana. – Rozejrzał się na boki i z satysfakcją stwierdził, że znajdujący się najbliżej niego oficerowie wydają takie same polecenia. Sygnaliści szybko przekazali rozkazy wzdłuż linii. – Szeregi cztery, pięć i sześć! Gotuj oszczepy. Na mój rozkaz! RZUUUĆ! 31


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Spartakus. Rebelia by SIW Znak - Issuu