Przekล ad Arkadiusz Romanek Znak Horyzont Krakรณw 2018
Tytuł oryginału Hannibal. Enemy of Rome Copyright © by Ben Kane, 2011 First published as Hannibal. Enemy of Rome by Preface Publishing, an imprint of Cornerstone. Cornerstone is part of the Penguin Random House group of companies. Projekt okładki Marcin Słociński Ilustracja na pierwszej stronie okładki Colin Thomas Photography Ltd Opieka redakcyjna Krzysztof Chaba Adiustacja Bogusława Wójcikowska Korekta Grażyna Rompel Irena Gubernat Przygotowanie mapy Piotr Poniedziałek Opracowanie typograficzne i łamanie Piotr Poniedziałek
Copyright © for the translation by Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Sp. z o.o., 2018 ISBN 978-83-240-4279-1 Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2018. Printed in EU
SPIS TREŚCI Rozdział I . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 11 Rozdział II . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 37 Rozdział III . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 60 Rozdział IV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 92 Rozdział V . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 116 Rozdział VI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 136 Rozdział VII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 161 Rozdział VIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 198 Rozdział IX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 221 Rozdział X . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 240 Rozdział XI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 265 Rozdział XII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 293 Rozdział XIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 313 Rozdział XIV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 339 Rozdział XV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 362 Rozdział XVI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 389 Rozdział XVII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 415 Rozdział XVIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 430 Rozdział XIX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 448 Rozdział XX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 467 Rozdział XXI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 492 Rozdział XXII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 508 Rozdział XXIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 522 Rozdział XXIV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 549 Rozdział XXV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 567 Komentarz autora . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 593 Słowniczek . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 599 Pierwszy rozdział nowej serii Spartakus. . . . . . . . . . . . . . . . . . 611
iat ic
Rozdział I
Kartagina, wiosna
H
anno! – głos ojca zadudnił echem w korytarzu, odbijając się od ścian zdobionych malowaną sztukaterią. – Czas na nas! Przeszedł nad rynną, która odprowadzała płynne odpady do studni chłonnej, znajdującej się na tej ulicy, ale nieco dalej, po czym obejrzał się za siebie. Był rozdarty. Obowiązek? Czy towarzystwo Suniatona? Przyjaciel właśnie machał do niego zniecierpliwiony, zachęcając, aby się pospieszył. Ojciec coraz częściej zmuszał go do udziału w spotkaniach, podczas których rozmawiano na temat ostatnich wydarzeń politycznych, co… niewyobrażalnie go nudziło. Każde posiedzenie rady przebiegało według takiego samego schematu. Najpierw grupa wywyższających się brodatych starców, najwyraźniej zakochanych w brzmieniu swoich głosów, wygłaszała niekończące się perory, niezmiennie twierdząc, że Hannibal Barkas w Iberii pozwala sobie na działania przekraczające jego kompetencje. W tym czasie Malchus – jego ojciec – oraz najbliżsi zwolennicy Hannibala mówili niewiele albo zgoła nic. Przynajmniej zanim te wszystkie siwe brody nie 11
BEN KANE
zamilkły. Potem jednak wstawali kolejno i każdy przedstawiał zupełnie inny punkt widzenia. Malchus zabierał głos jako ostatni. Niemal zawsze mówił to samo: Hannibal, któremu powierzono władzę w Iberii zaledwie rok wcześniej, wykonuje wielką, ważną pracę – umacnia pozycję Kartaginy, podporządkowując sobie lokalne ludy. Tworzy zdyscyplinowaną armię, a co najważniejsze, wypełnia skarbiec srebrem z iberyjskich kopalń. Któż inny byłby zdolny do równie heroicznych czynów, ogromnie przy tym wzbogacając Kartaginę? Gdy wziął w obronę plemiona zaatakowane przez sprzymierzone z Rzymem miasto Saguntum, decyzja ta również wynikała z dążenia do umocnienia w regionie pozycji Kartaginy. W związku z tym młody Barkas powinien zachować swoje pełnomocnictwa. Hanno wiedział, że polityków motywował strach, po części uśmierzany przez obraz potęgi armii tworzonej przez Hannibala, a także chciwość, na którą z kolei było inne remedium – statki wyładowane cennym srebrem z Iberii. Malchus dobierał niezwykle starannie argumenty i zazwyczaj udawało mu się uładzić sprawy pięknymi słówkami, chociaż czasami potrzebował na to wielu godzin. Niekończące się tańce polityków sprawiały, że chciało mu się krzyczeć. Jakże chętnie wygarnąłby tym starym głupcom, co naprawdę o nich myśli! Oczywiście nigdy tego nie zrobi, bo nie chce przynieść ojcu wstydu, ale nie zamierza też marnować kolejnego dnia na przesiadywanie w dusznej sali posiedzeń. Perspektywa wyprawy na ryby była zbyt pociągająca. Jeden z umyślnych z wieściami od Hannibala przybył do jego ojca przed niecałym tygodniem. Tego rodzaju nocne spotkania miały być utrzymane w tajemnicy, ale Hanno po jakimś czasie z łatwością rozpoznawał starającego się zachować anonimowość oficera o ziemistej cerze. Sapho i Bostar, jego starsi bracia, zwykle pilnowali, aby tego dnia nie kręcił się w pobliżu nikt niepożądany. Bostar wyjaśnił mu w czym rzecz, uprzednio upewniwszy się, że przysięgnie, iż nikomu nic nie wypapla. Później Hanno po prostu bezczelnie – jeśli tylko mógł – podsłuchiwał, o czym rozmawiali posłańcy z jego ojcem. W dużym skrócie chodziło o powierzenie przez Hannibala Malchusowi i jego stronnikom 12
HANNIBAL. WRÓG RZYMU
zadania zatroszczenia się o to, aby senat Kartaginy popierał jego działania w Iberii. Konfrontacja z Saguntum była nieunikniona, ale sprawa wojny z Rzymem, odwiecznym wrogiem Kartaginy, to oczywiście wciąż jeszcze śpiew przyszłości. Hanno znów usłyszał basowy, poważny głos ojca. Tym razem dochodził z korytarza, który prowadził do centralnego dziedzińca. Teraz można było w jego słowach wyczuć cień irytacji. – Hanno? Spóźnimy się! Zastygł w bezruchu. Nie obawiał się wyrzutów i łajania, które niechybnie czekały go po powrocie, ale pełnego rozczarowania spojrzenia ojca. Jako potomek jednego z najstarszych rodów Kartaginy Malchus zawsze dawał dobry przykład i oczekiwał od swoich latorośli, że będą zachowywać się podobnie. Siedemnastoletni Hanno był jego najmłodszym synem. Był też tym, który najczęściej nie spełniał oczekiwań wymagającego ojca. Z jakiegoś powodu Malchus wymagał od niego najwięcej. Tak przynajmniej wydawało się Hanno. Tymczasem nie interesowało go za bardzo grzebanie w ziemi, chociaż to z rolnictwa pochodziła większa część bogactwa rodziny. Hanno miłował jednak sztukę wojenną – co akurat cieszyło ojca – ale z racji młodego wieku nie brał jeszcze udziału w żadnej z wojen toczonych przez Kartaginę. Jego bracia wkrótce mieli udać się do Iberii. Tam pewnie okryją się chwałą jako zdobywcy Saguntum. Było to dla Hanno źródłem wielkiej frustracji i żalu. Na razie mógł tylko doskonalić się w jeździe konnej i w posługiwaniu się bronią różnego rodzaju. Hanno uważał, że życie według zasad ustalanych przez jego ojca było niesamowicie nudne. Dlatego świadomie ignorował często powtarzane słowa: „Bądź cierpliwy. Tym, którzy umieją czekać, zdarzają się same dobre rzeczy”. – No chodźże! – Suniaton się irytował. Poklepał Hanno po ramieniu. Jego złote kolczyki zabrzęczały cicho, gdy wskazywał głową w kierunku portu. – O świcie rybacy zauważyli ogromną ławicę tuńczyków w zatoce. Z błogosławieństwem Melkarta ryby nie przeniosły się gdzie indziej. Złapiemy ich całe kosze! Pomyśl, ile zarobimy… – Ściszył głos do konspiracyjnego szeptu. – Wziąłem antałek wina z piwnicy ojca. Wypijemy na łodzi. 13
BEN KANE
Niezdolny, by oprzeć się pomysłowi przyjaciela, Hanno nie słyszał już nawoływania Malchusa. Tuńczyki należały do najbardziej cenionych ryb w Morzu Śródziemnym. Jeśli ławica naprawdę pojawiła się blisko brzegu, to nadarzała się okazja, której nie można było przegapić. Gdy tylko znalazł się na pokrytej koleinami ulicy, spojrzał, jak zwykł czynić, na symbol wyryty na kamiennej płycie przed wejściem do domu z płaskim dachem, w którym mieszkała jego rodzina. Odwrócony trójkąt z umieszczoną nad nim linią i okręgiem symbolizował najpopularniejszego boga Kartagińczyków. Znak ten można było zobaczyć niemal na wszystkich domach. Hanno pomodlił się szybko o przebaczenie za nieposłuszeństwo, ale był tak podekscytowany, że zapomniał poprosić boginię Matkę o ochronę podczas zbliżającej się eskapady. – Hanno! – głos jego ojca dochodził już z bardzo bliska. Nie zwlekając dłużej, młodzieńcy wtopili się w tłum na ulicy. Ich rodziny osiedliły się na zboczach Byrsy. Na samym szczycie wzniesienia, gdzie można było wdrapać się po monumentalnych schodach o sześćdziesięciu stopniach, znajdowała się wielka świątynia poświęcona Eszmunowi, bogowi płodności, zdrowia i dobrobytu. Suniaton mieszkał w rozległym kompleksie za sanktuarium, gdyż jego ojciec sprawował posługę kapłańską w tejże świątyni. Suniaton, w wersji uproszczonej po prostu Suni, zawdzięczał swoje imię innemu bogowi, Eszmuniatonowi, i był niemal od zawsze najdroższym przyjacielem Hanno. Od czasu, gdy tylko nauczyli się raczkować, rzadko zdarzał się dzień, którego chłopcy nie spędzali razem. Budynki w okolicy były rezydencjami należącymi w większości do zamożnych rodzin. O tym, że miasto było bogate, świadczyły szerokie, proste arterie i dobrze rozplanowane skrzyżowania. Szerokość wielu krętych uliczek nie przekraczała dziesięciu kroków, ale w tej części miasta zwykle były one dwa razy szersze. Domy w tej okolicy wznosili bogaci kupcy i wyżsi oficerowie armii, suffetes – czyli sędziowie – oraz senatorowie. Z tego powodu Hanno biegł z opuszczoną głową i patrzył pod nogi, obawiając się spojrzeć dalej niż do kolejnego otworu chłonnej 14
HANNIBAL. WRÓG RZYMU
studni. Wielu bowiem mijanych przechodniów wiedziało, kim jest. Jako że osiągnął wiek męski, oczekiwano od niego, że będzie uczestniczył w większości spotkań, w których brał udział jego ojciec. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz pragnął, było wpakowanie się na któregoś z licznych przeciwników politycznych Malchusa. Gdyby ktoś taki złapał go za ucho i zaciągnął do domu ojca… to byłoby żenujące. No i przyniósłby hańbę rodzinie. Jeżeli nie będzie się rzucać w oczy, może wydostaną się z dzielnicy niezauważeni. Młodzieńcy nie mieli żadnych nakryć głowy. Ubrani byli tylko w obcisłe, czerwone wełniane koszule, z białym paskiem w środku i charakterystycznym szerokim kołnierzem, oraz krótkie spodnie z nogawkami sięgającymi kolan. Nie różnili się specjalnie od innych przedstawicieli młodszego pokolenia dobrze sytuowanych sąsiadów. Ich strój był o wiele praktyczniejszy niż długie, proste wełniane tuniki i stożkowe filcowe kapelusze noszone przez większość dorosłych mężczyzn. I wygodniejszy od ozdobnych płaszczy i plisowanych fartuchów, preferowanych przez Kartagińczyków o cypryjskich korzeniach. Na gładkich skórzanych pasach przełożonych przez ramię wisiały schowane w pochwach sztylety. Suniaton niósł ponadto wypchany skórzany tobołek. Chociaż ludzie mówili, że mogą uchodzić za braci, Hanno długo musiałby szukać upodabniających ich do siebie cech. On był wysoki i dobrze zbudowany, a Suniaton niski i przysadzisty. Obaj mieli bardzo kręcone, niemal kruczoczarne włosy i ciemną karnację, ale na tym chyba kończyły się podobieństwa. Hanno miał raczej pociągłą twarz, prosty nos i wysokie kości policzkowe, a jego przyjaciel wyróżniał się okrągłą facjatą, zadartym nosem i wystającym podbródkiem. Obaj mieli zielone oczy. Ta cecha, niezwykła w populacji w większości brązowookich Kartagińczyków, faktycznie mogła sprawiać, że ktoś mógłby uznać ich za braci. Wyprzedzający go o krok Suniaton niemal zderzył się ze stolarzem, który z trudem utrzymywał równowagę. Dźwigał kilka długich desek drewna cyprysowego. Zamiast przeprosić, uniósł rękę i przyłożył kciuk do nosa, rozkładając szeroko palce 15
BEN KANE
w geście lekceważenia. Potem ruszył pędem w stronę murów cytadeli, od których teraz dzieliło ich jakieś sto kroków. Hanno z trudem się pohamował, bo korciło go, aby dokończyć dzieła Suniatona i przewrócić klnącego na czym świat stoi mężczyznę. Zamiast tego zrobił szybki unik i wyszczerzył tylko zęby do niezadowolonego stolarza. Suniaton i Hanno mieli jeszcze jedną wspólną cechę charakteru: zuchwałość, będącą przeciwnością powagi, by nie rzec sztywniactwa, typowego dla większości ich rodaków. Często obaj z tego powodu popadali w kłopoty, co było zwykle stałym powodem niezadowolenia ich ojców. Chwilę później przeszli przez bramę pod potężnymi murami obronnymi opasającymi miasto, szerokimi na trzydzieści kroków i prawie tak samo wysokimi. Podobnie jak zewnętrzne umocnienia, mur chroniący miasto zbudowany został z wielkich czworobocznych bloków piaskowca. Regularne bielenie murów sprawiało, że światło słoneczne odbijało się od kamienia, wizualnie powiększając konstrukcję. Fortyfikacje zwieńczone szerokim chodnikiem, z wieżami ustawionymi w regularnych odstępach, robiły naprawdę imponujące wrażenie. A cytadela była tylko niewielką częścią systemu obronnego miasta. Hanno zawsze był pod wrażeniem widoku potężnego wału opaski brzegowej, która pojawiła się przed nimi, gdy wyszli z cienia bramy. Mur biegł z północy na południe, wyznaczając zewnętrzne granice miasta. Dochodził aż do małej zatoki z dwoma portami, po czym wił się opiekuńczo wokół nich, by przeciąć horyzont na zachodzie. Na stromych północnych i wschodnich stokach wzniesienia, na którym rozsiadło się miasto i któremu morze zapewniało większą ochronę, ciągnął się tylko jeden mur. Jednak na zachodzie, od strony szlaków drogowych prowadzących z półwyspu, wzniesiono trzy linie obronne: szeroki rów osłonięty wałem z ubitej ziemi i wyższy oraz potężniejszy szaniec. Dwupoziomowe kwatery znajdujące się w murach, które miały w sumie ponad sto osiemdziesiąt stadia długości, mogły pomieścić tysiące żołnierzy, jeźdźców z końmi oraz setki słoni bojowych. W Kartaginie żyło prawie ćwierć miliona ludzi, więc miasto musiało robić wielkie wrażenie na przybyszach. Przyjaciele 16
HANNIBAL. WRÓG RZYMU
mogli teraz spojrzeć z góry na agorę, dużą otwartą przestrzeń, przy której wzniesiono najważniejsze budynki administracyjne oraz liczne sklepy. To właśnie w tym miejscu mieszkańcy zbierali się, aby ubijać interesy, demonstrować, głosować czy choćby spacerować, ciesząc się wieczornym chłodem. Jeszcze niżej znajdowały się dwa charakterystyczne porty morskie: ogromny, prostokątny, zewnętrzny port handlowy i wewnętrzny, okrągły port wojenny, z małą, centralnie położoną wyspą. Nabrzeża pierwszego umożliwiały cumowanie setkom statków handlowych, a drugi mógł pomieścić – między innymi w specjalnie skonstruowanych krytych, suchych dokach – ponad dwieście trirem i kwinkwerem. Na zachód od portów stała stara świątynia Baala Hammona, boga nieba i wegetacji. Choć liczba jego wyznawców malała z czasem, wciąż czciła go duża część Kartagińczyków. Na wschodzie znajdowały się tak zwane choma, platformy, gdzie mogły cumować małe łodzie i jednostki rybackie. Przyjaciele tam właśnie zmierzali. Hanno był niezmiernie dumny z miasta, w którym się urodził i wychował. Nie miał pojęcia, jak wygląda stolica Rzymu, odwiecznego wroga Kartaginy, ale wątpił, żeby mogła się równać z jego miastem. Nie chciał nawet o tym myśleć. Wolał wyobrażać sobie Rzym upokorzony, stolicę republiki splądrowaną i zrównaną z ziemią przez zwycięską armię Kartaginy. Podobnie jak ojciec Hannibala Hamilkar Barkas, który wpajał swoim synom nienawiść do wszystkiego, co rzymskie, postępował Malchus z Hanno i jego braćmi. Tak jak Hamilkar, Malchus brał udział w pierwszej wojnie z republiką. Obaj uczestniczyli w kampanii na Sycylii, trwającej dziesięć długich i trudnych lat. Nic więc dziwnego, że Hanno znał szczegóły każdej potyczki lądowej czy bitwy morskiej z czasów konfliktu, w który faktycznie zaangażowane było już więcej niż jedno pokolenie. Kartagińczycy ponieśli wtedy spore straty nie tylko w populacji, ziemiach i w zasobach skarbca. Odniesione rany były o wiele głębsze, niż mogłoby się z pozoru wydawać. Duma Kartaginy została wtedy głęboko zraniona, a zaledwie trzy lata po zakończeniu wojny Rzym upokorzył ją ponownie. Kartagińczycy musieli pogodzić 17
BEN KANE
się ze stratą Sardynii, a także wypłacić większą kontrybucję. Malchus często powtarzał, że te podstępne działania pokazały, iż wszyscy Rzymianie są po prostu obłudnymi psami bez honoru. Hanno zgadzał się z tą oceną i liczył, że któregoś dnia znów wybuchnie wojna. Biorąc pod uwagę wszystkie urazy i ogólną niechęć Kartaginy do Rzymu, wydawało się, że konflikt był nieunikniony. A nowa wojna miała zacząć się w Iberii. Już niedługo! – Jadłeś coś? – Suniaton rzucił przyjacielowi pytające spojrzenie. Hanno wzruszył tylko ramionami. – Chleb z miodem zaraz po przebudzeniu. – Ja też. To było kilka godzin temu. – Suniaton zaśmiał się i poklepał po brzuchu. – Pewnie wrócimy dopiero przed zmrokiem. Na wszelki wypadek warto coś ze sobą zabrać. – Dobry pomysł. – Na łodzi trzymali tykwy pełne wody, ale zwykle nie przechowywali tam żadnych zapasów pożywienia. Byli przekonani, że wrócą o zachodzie słońca. Uliczki niższej partii stoków Byrsy nie miały już tak regularnego układu, jak na szczycie góry. Przypominały raczej meandrującą rzekę z całym mnóstwem dopływów i rozwidleń. Mijali kolejne sklepiki i warsztaty. Piekarnie, kramy rzeźników i stoiska sprzedawców, oferujących świeżo złowione ryby, owoce i warzywa, produkty wykonywane ze srebra i miedzi, stoły z ofertą kupców importujących perfumy czy towary ze szkła. Kobiety siedzące na progach swych domostw skupiały się na pracy przy krosnach lub zwyczajnie plotkowały z sąsiadkami. Niewolnicy dźwigali bogatszych mieszkańców miasta w lektykach lub krzątali się w pobliżu sklepów, sprzątając lub zamiatając ziemię. Chłopcy co krok natrafiali też na warsztat farbiarza. Tak spora liczba przedstawicieli tego zawodu w Kartaginie miała związek z obfitością lokalnych skorupiaków, nazywanych murex, wykorzystywanych do otrzymywania purpurowego barwnika do tkanin, który wysoko ceniono w całym basenie Morza Śródziemnego. Wszędzie biegały dzieciaki – bawiły się w berka albo po prostu ganiały bez celu po równych, stromych schodach prowadzących w dół do portu. Minęło ich trzech dobrze ubranych 18
HANNIBAL. WRÓG RZYMU
mężczyzn, pogrążonych w rozmowie. Hanno rozpoznał w nich członków rady senatu, prawdopodobnie zdążających na to samo spotkanie, w którym miał uczestniczyć. Odwrócił się szybko i udawał, że zainteresowany jest terakotowymi statuetkami przed warsztatem garncarskim. Na niskich stolikach ustawiono dziesiątki figurek różnej wielkości. Hanno z łatwością rozpoznawał każdego boga i boginię z kartagińskiego panteonu. Siedział tam Baal Hammon, obrońca Kartaginy, po królewsku usadowiony na tronie, z koroną na głowie. Obok niego przycupnęła Tanit, przedstawiona na wzór egipski – jako kobieta o gibkim, atrakcyjnym ciele, osłoniętym zgrabnie wyciętą suknią, ale z głową lwicy. Uśmiechnięta Astarte trzymała w dłoni tamburyn. Jej małżonek, Melkart, znany jako Król Miasta, władał również morzem. Inne jaskrawo pomalowane figurki przedstawiały go także jako wyłaniającego się z fal mężczyznę na straszliwym potworze i z trójzębem w dłoni. Baal Safon, bóg burzy i wojny, w hełmie z długą, unoszącą się na wietrze kitą, siedział okrakiem na wspaniałym rumaku. Był tu też wielki wybór ohydnych masek przedstawiających wytatuowane, zdobione kamieniami szlachetnymi, powykrzywiane w przerażających grymasach twarze demonów i duchów z zaświatów, które zostawiano na grobach zmarłych w celu odstraszenia złych mocy. Hanno zadrżał, przypominając sobie pogrzeb matki, która odeszła przed trzema laty. Umarła na febris. Od czasu jej śmierci ojciec, który nigdy nie zaliczał się do zbyt ciepłych i pozytywnie nastawionych do świata ludzi, zmienił się w posępnego, wiecznie niezadowolonego człowieka, żyjącego tylko myślą o zemszczeniu się na Rzymie. Hanno zdążył się już przekonać, że Malchus w kontaktach z obcymi ludźmi potrafi się kontrolować i skrywać swoje uczucia za maską spokoju i opanowania. Tak naprawdę wciąż jeszcze był pogrążony w żałobie, która nie dawała o sobie zapomnieć ani jemu, ani jego braciom. Arishat, matka Hanno, była dla Malchusa światłem w ciemności, śmiechem zdolnym oczarować jego powagę, miękkością neutralizującą siłę tego twardego żołnierza i czyniącą go bezradnym. Ta najukochańsza osoba w ich rodzinie została im zabrana po 19
BEN KANE
zaledwie dwóch koszmarnych dniach choroby. Najlepsi lekarze w Kartaginie, ściągnięci przez Malchusa, robili wszystko, aby ją uratować. Trudzili się bezskutecznie. Każdy szczegół ostatnich godzin życia matki dobrze wrył się w pamięć Hanno. Kubki krwi upuszczanej z jej ciała w daremnej próbie obniżenia szalejącej gorączki. Wychudzona, rozpalona twarz. Prześcieradła mokre od potu. Jego bracia, którzy ze wszystkich sił starali się zachować opanowanie i nie płakać. I wreszcie jej sztywne ciało na łożu. Mniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Malchus klęczący przy posłaniu, wstrząsany spazmami szlochu. To był jedyny raz, gdy Hanno widział ojca płaczącego. Nikt nigdy później nie ośmielił się wspominać tego zdarzenia, podobnie jak nie mówiono o matce. Hanno przełknął ślinę i zerknął przez ramię, żeby sprawdzić, czy grupa radnych oddaliła się na bezpieczną odległość. Wspominanie takich wydarzeń sprowadzało zbyt wielki ból. Chwilę później Suniaton, który nie zauważył cierpienia na twarzy przyjaciela, zatrzymał się, aby kupić chleb, migdały i figi. Hanno pomyślał teraz o tym, jak poprawić sobie humor, i ruszył w kierunku kuźni kowala, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nad nieco koślawym kominem unosiły się smugi dymu, a w powietrzu czuć było wyraźny zapach węgla drzewnego, palącego się drewna i oliwy. Do uszów wdzierały się ciężkie, metaliczne dźwięki uderzeń młota. W cieniu, w kącie otwartego od ulicy zakładu, Hanno dostrzegł postać w skórzanym fartuchu, ostrożnie unoszącą szczypcami kawałek rozżarzonego metalu znad kowadła. Po chwili rozległ się głośny syk. Ostrze miecza trafiło do kadzi z zimną wodą. Hanno poczuł, że nogi same niosą go do kuźni. – Hej! Mamy dziś lepsze rzeczy do roboty. Na przykład zarobienie mieszka pieniędzy – zawołał Suniaton, blokując mu drogę. Podsunął mu worek wypchany migdałami. – Ponieś to. – O nie! I tak sam je wszystkie zjesz. – Hanno odepchnął przyjaciela i śmiejąc się, zerwał się do biegu. Często żartowali, że ulubionym zajęciem Hanno było brudzenie się w kuźni, podczas gdy Suniaton raczej wolał myśleć o następnym posiłku. Śmiał się głośno, zerkając na goniącego go przyjaciela, i nie zauważył 20
HANNIBAL. WRÓG RZYMU
oddziału libijskich włóczników. A potem już było za późno. Z głośnym trzaskiem zderzył się z pierwszym z nich, odbijając się od dużej okrągłej tarczy. Nie był żadnym wałęsającym się bez celu po ulicy małym dzieciakiem, więc włócznik rozzłościł się nie na żarty. – Patrz pod nogi, głupcze! Hanno zauważył, że w grupie żołnierzy znajduje się dwóch oficerów. Zaklął. Sapho i Bostar! Bracia wyglądali, jakby szli na paradę. Zadbali o najlepsze wyposażenie. Obaj w hełmach w kształcie dzwonu, z grubą obręczą i żółtym pióropuszem z końskiego włosia. Wypolerowane kirysy przechodziły płynnie w wielowarstwowe pteryges, osłaniające okolice pachwin i ud, oraz specjalnie dopasowane nagolenniki. Bez wątpienia oni również zamierzali wysłuchać oficjalnego wystąpienia Malchusa. Hanno wymamrotał pod nosem ciche przeprosiny, po czym zrobił krok wstecz. Z głową opuszczoną ku ziemi modlił się, żeby go nie zauważyli. Suniaton, nieświadomy obecności Sapho i Bostara, roześmiał się w głos na widok nieporadności swojego przyjaciela. – No chodź! Zanim będzie za późno. – Hanno! – zawołał radośnie zaskoczony Bostar. Hanno udał, że nie słyszy. – Hanno! Wróć tu natychmiast! – Usłyszał drugi głos, głębszy i rozkazujący. A więc Sapho też już go zauważył. Odwrócił się niechętnie. Suniaton próbował zniknąć w tłumie, ale mu się to nie udało. – Eszmuniaton! Do mnie! – nakazał władczym głosem Sapho. Suniaton stanął obok Hanno z nieszczęśliwym wyrazem twarzy. Bracia, potrącając włóczników, przepchnęli się do przodu, aby znaleźć się przed szeregiem. – Sapho, Bostar? – odezwał się Hanno, udając, że cieszy się ze spotkania. – Co za niespodzianka. – Czyżby? – Sapho zmarszczył brwi tak, że prawie się zetknęły. Jego brat był niski, ale dobrze zbudowany. Wyróżniał się powagą, przypominając pod tym względem Malchusa, chociaż miał tylko dwadzieścia dwa lata. W młodym wieku osiągnął już 21
BEN KANE
średni szczebel w hierarchii oficerskiej, gdyż – podobnie jak Bostar – podczas szkolenia wojskowego dał się poznać jako wybitny lider. – Wszyscy mieliśmy przecież uczestniczyć w obradach rady starszych. Czemu nie jesteś z ojcem? Hanno opuścił głowę, rumieniąc się. Niech to szlag! – pomyślał. Według Sapho obowiązek wobec Kartaginy jest najważniejszy. W jednej chwili stracił nadzieję, że spędzi ten dzień na łodzi. Sapho spojrzał na Suniatona badawczo. Jego uwadze nie umknął ani ciężki plecak, ani zapasy pożywienia, których nie zdążył jeszcze schować. – Aha! Wolicie bumelować. Ot co! Bez wątpienia wybieracie się na ryby? Suniaton, niepewny, kopał nogą ziemię. – Mowę wam odjęło? – spytał kwaśno Sapho. Hanno zrobił pół kroku do przodu, wychodząc przed przyjaciela. – Tak. Chcieliśmy płynąć na tuńczyki – przyznał. Sapho krzywił się coraz bardziej. – I to jest ważniejsze niż wysłuchanie rady starszych? Jak zwykle aroganckie zachowanie jego starszego brata rozzłościło Hanno, który często musiał wysłuchiwać tego typu połajanek. Niejednokrotnie miał wrażenie, że Sapho chciał wejść w rolę ich ojca. Nic dziwnego, że rodziło to w nim opór. – Bo myślisz, że te siwobrode marudy powiedzą coś, czego nie powtórzyli już z tysiąc razy wcześniej? Każdy z nich jest taki nadęty… – Chyba nie tylko oni i nie tak znowu da… – zakpił Suniaton z uśmiechem. Urwał jednak w pół słowa, bo dostrzegł ostrzegawcze spojrzenie Hanno. Sapho zacisnął zęby. – Parka zuchwałych sk…. Bostar drgnął i uniósł rękę, kładąc dłoń na ramieniu Sapho. – Spokojnie. Hanno ma trochę racji. Starsi bardzo lubią dźwięk swoich głosów. Hanno i Suniaton starali się ukryć uśmiechy. 22
HANNIBAL. WRÓG RZYMU
Sapho nie potraktował żartobliwie uwagi Bostara, ale zmilczał. Jego oczy nie przestały jednak rzucać błyskawic. Doskonale zdawał sobie sprawę, że obowiązywał go regulamin, a w tej grupie nie był najstarszym stopniem. I widać było, że bardzo tego żałował. Chociaż był o rok starszy, to Bostar został wcześniej awansowany o stopień wyżej. – Faktycznie podczas tych posiedzeń nie zapadają decyzje o życiu i śmierci… – kontynuował Bostar. Jego mrugnięcie, którego Sapho nie zauważył, mówiło Hanno, że nie wszystko jeszcze stracone. Wybrał właściwą chwilę i powtórzył mrugnięcie brata. Tak jak Hanno, Bostar przypominał ich matkę, Arishat. Miał wąską, delikatną twarz i zielone oczy, które potrafiły przeszywać człowieka na wskroś. Sapho miał szeroki nos, a Bostar długi i wąski. Smukły i atletycznie zbudowany Bostar wiązał swoje długie, czarne włosy w koński ogon, który wystawał spod hełmu. Hanno miał o wiele więcej wspólnych cech z łagodnym Bostarem niż z Sapho. W gruncie rzeczy często czuł niechęć do najstarszego brata. – Czy ojciec wie, gdzie jesteś? – Nie – przyznał Hanno. – Zakładam, że Bodesmun również nie ma pojęcia, gdzie się podziewasz? – Bostar zwrócił się do Suniatona. – Oczywiście, że nie! – Sapho stracił cierpliwość. Chętnie przejąłby znów kontrolę nad tą rozmową. – Jak zawsze, gdy ci dwaj psocą… – No więc? – Bostar zignorował wybuch brata. – Ojciec myśli, że jestem w domu i się uczę – powiedział Suniaton. – Zobaczmy zatem, co Bodesmun i nasz ojciec powiedzą, gdy odkryją prawdę. Mamy wystarczająco dużo czasu, żeby wrócić do domu przed spotkaniem rady – odezwał się Sapho, przekonany o słuszności wypowiadanych słów. Wskazał lekceważąco szereg włóczników. – Dołączcie do nich. Hanno skulił się, ale nie widział żadnych szans nawet na podjęcie walki. Sapho był w wyjątkowo kiepskim nastroju, gotów pokazać im ich miejsce. 23
BEN KANE
– Chodź… – Hanno mruknął do Suniatona. – Ławica może poczekać. – Właściwie to nie widzę powodu, żeby ci dwaj nie mogliby wybrać się na połowy – przemówił Bostar, zanim Hanno zrobił pierwszy krok. Hanno i Suniaton popatrzyli po sobie ze zdumieniem. Sapho uniósł brwi. – Co masz na myśli? – My już niedługo nie będziemy mogli sobie pozwolić na takie przyjemności. Obaj będziemy za nimi tęsknić. – Bostar zrobił smutną minę. – Wkrótce czeka to również Hanno. Niech się bawi, póki jeszcze może. Serce Hanno zabiło mocniej. Nie dostrzegał w tej chwili głębszego sensu przekazu Bostara. Sapho się zamyślił. Po chwili jednak na jego czole znów pojawiły się głębokie bruzdy. – Obowiązek to obowiązek — oświadczył. – Rozchmurz się, Sapho. Masz dwadzieścia dwa lata, a nie pięćdziesiąt dwa! – Bostar rzucił okiem na włóczników. Wszyscy, jak jeden mąż, przyjęli te słowa uśmiechami. – Kto zauważy brak Hanno, jeśli nie liczyć nas i ojca? A masz takie samo prawo zabronić coś Suniemu, jak i ja… Sapho zacisnął usta. Wiedział, że jego brat się z nim drażni, ale postanowił dać spokój. Nie chciał, aby Bostar musiał odwoływać się do swojego stopnia. – Ojcu się to nie spodoba – ostrzegł – ale myślę, że masz rację. Hanno nie mógł uwierzyć w to, co się właśnie stało. Zupełnie nie spodziewał się takiego obrotu spraw. – Dziękuję! – Dziękujemy! – okrzyk Hanno natychmiast powtórzył Suniaton. – Znikajcie, zanim zmienię zdanie – poradził Sapho. Przyjaciele nie potrzebowali zachęty. Hanno spojrzał z wdzięcznością na Bostara, który znów mrugnął do niego porozumiewawczo, po czym obaj z Suniatonem zniknęli w tłumie. Głupio się do siebie uśmiechali. Tak czy owak, to nam się nie 24
HANNIBAL. WRÓG RZYMU
upiecze – pomyślał Hanno. Ale przynajmniej do wieczora mamy spokój. Od razu w jego głowie pojawił się obraz łodzi pełnej tuńczyków. – Sapho jest… zasadniczy, prawda? – odezwał się Suniaton. – Przecież go znasz. Jego zdaniem takie rzeczy jak łowienie ryb to strata czasu. – Hanno westchnął. – Całe szczęście, że nie wygarnąłem mu, co o nim myślę, że… – Suniaton szturchnął Hanno łokciem. Wyszczerzył się na widok pytającego spojrzenia. – No, że dobrze by mu zrobił mały relaks… na przykład na rybach! Hanno otworzył usta z niedowierzaniem, ale po chwili wybuchnął szczerym śmiechem. – Bogom niech będą dzięki, żeś się ugryzł w język. Wtedy na pewno by nas nie puścił. Uśmiechając się do swoich myśli, przyjaciele wkrótce znaleźli się na agorze. Na jej czterech bokach, każdym o długości stadium, ciągnęły się jeden za drugim wspaniałe portyki i zacienione kolumnady. To było bijące serce miasta, gdzie mieścił się senat, budynki administracji, biblioteki, liczne świątynie i sklepy. To właśnie tu w letnie wieczory zbierali się lepiej sytuowani młodzi ludzie, aby popatrzeć na siebie z bezpiecznej odległości. Kontakty niepełnoletnich Kartagińczyków różnej płci nie były zbyt dobrze widziane, a przyzwoitki opiekujące się dziewczętami nigdy nie oddalały się na tyle, aby dopuścić do bezpośrednich spotkań. Od czego była jednak pomysłowość? Niesforna i zaradna młodzież zawsze jakoś znajdowała sposoby na bliższe kontakty z obiektami westchnień. I pożądania. W ciągu ostatnich miesięcy właśnie tak najchętniej spędzali czas również Hanno i Suniaton. Łowienie ryb jest jednak przyjemniejsze… Choć niewiele – uznał Hanno, tęsknie zerkając w stronę tłumu w poszukiwaniu co atrakcyjniejszych przedstawicielek płci przeciwnej. Tego dnia jednak agorę objęły w posiadanie nie tłumy chichoczących młodych piękności, lecz grupy poważnych polityków, kupców i wysokich rangą żołnierzy. Wszyscy zmierzali do jednego miejsca. Do budynku senatu. W tych wspaniałych murach, w wielkiej sali kolumnowej, zbierało się regularnie ponad 25
BEN KANE
trzystu senatorów, podobnie jak czynili to od pół milenium ich poprzednicy. Obradom przewodniczyło dwóch sufetów, corocznie wybieranych przedstawicieli Kartaginy, którym powierzano władzę wykonawczą. Przez ten czas senatorowie stawali się najważniejszymi osobami w państwie, decydując o wszystkim, od polityki handlowej po negocjacje polityczne z sąsiadami. Na tym jednak zakres uprawnień senatorów się nie kończył. W tym budynku podejmowano też decyzje dotyczące wypowiadania wojny i podpisywania pokoju. Senatorowie nie mieli za to wpływu na wybór dowódcy armii. Od czasu konfliktu zbrojnego z Rzymem decyzję tę pozostawiano wolnym obywatelom Kartaginy. Aby objąć urząd senatora, trzeba było spełnić kilka warunków: być wolnym obywatelem, dysponować dużym majątkiem, należało mieć ukończone co najmniej trzydzieści lat oraz wyróżnić się na jakimś polu aktywności publicznej – czy to w administracji, w gospodarowaniu majątkami rolnymi, w handlu, czy w służbie wojskowej. Zwykli obywatele mogli decydować o sprawach ważnych dla państwa na wolnych zgromadzeniach ludu Kartaginy, które odbywały się na agorze raz w roku z rozkazu suffetes. W czasach niepokojów Kartagińczycy mogli jednak zbierać się spontanicznie i publicznie debatować nad ważnymi dla losów państwa sprawami. Chociaż takie zgromadzenie nie miało większego wpływu na sprawy bieżące, to właśnie w tym czasie wybierano suffetes i dowódców armii. Hanno nie mógł się już doczekać następnego. Pierwszego, w którym będzie uczestniczyć jako osoba dorosła, uprawniona do głosowania. Jako że ogromna popularność Hannibala niemal gwarantowała, że zostanie on ponownie wybrany na wodza naczelnego wojsk Kartaginy w Iberii, Hanno chciał okazać swoje poparcie dla rodu Barkasów. Na razie mógł to uczynić tylko w taki sposób. Mimo próśb i nalegań Malchus nie pozwolił mu jeszcze zaciągnąć się do armii Hannibala, jak po śmierci matki uczynili Sapho i Bostar. Hanno musiał zakończyć edukację. W tej kwestii nie próbował walczyć z ojcem. Nie miałoby to żadnego sensu. Gdy Malchus postanowił, nigdy nie zmieniał zdania. 26
HANNIBAL. WRÓG RZYMU
Zgodnie z tradycją Hanno nadal mieszkał w domu rodzinnym, ale już od dnia, gdy skończył czternaście lat, w dużej części sam stanowił o sobie i zarabiał na swoje utrzymanie, pracując między innymi właśnie w dużej kuźni, podobnej do tej, którą minęli po drodze do portu. Dzięki temu, że imał się różnych prac, miał dość pieniędzy, aby nie zejść na drogę niezgodną z prawem czy w inny sposób okryć się hańbą. Kartagiński sposób wychowania młodych mężczyzn przypominał ten znany ze Sparty, chociaż nie zmuszał ich aż do tak wielkich wyrzeczeń. Hanno uczył się również języków obcych: greckiego, łacińskiego i iberyjskiego. Robił to nie dlatego, że przejawiał jakieś szczególne zamiłowanie do języków obcych, ale doszedł do wniosku, że ta umiejętność może okazać się przydatna w takim tyglu narodowościowym, jakim była armia Kartaginy. Kartagińczycy niechętnie parali się sztuką wojenną, dlatego często opłacano oddziały najemne lub cedowano zadanie walki w ich imieniu na podległych władców lub podbite krainy. W skład armii Kartaginy wchodzili Libijczycy, mieszkańcy Iberii, Galowie i najemnicy z Balearów. Hanno uwielbiał tę część edukacji, która była poświęcona sprawom wojskowym. Malchus osobiście omawiał z nim historię militarną. Opowiadał o bitwach Ksenofonta, Termopilach i dokonaniach Aleksandra Macedońskiego. Ojciec nie zapominał też o lekcjach z taktyki i strategii. Szczególną uwagę poświęcił porażkom Kartaginy w wojnie z Rzymem, analizując wyciągnięte z nich wnioski. – Przegraliśmy, bo naszym przywódcom zabrakło determinacji. Wszyscy myśleli tylko o tym, jak ograniczyć zasięg konfliktu, a nie jak wygrać wojnę. Woleli minimalizować koszty, a nie ignorować je w dążeniu do ostatecznego zwycięstwa! – grzmiał podczas jednej z pamiętnych lekcji Malchus. – Na wszystkich bogów! Rzymianie są jak skundlone, parszywe psy bez matek, ale trzeba im przyznać, że potrafią skupić się na celu. Nigdy nie poddawali się po przegranej bitwie. Nie! Rekrutowali więcej ludzi i budowali więcej okrętów. Gdy skarbiec świecił pustkami, ich przywódcy chętnie poświęcali własny majątek. Dla sprawy. Ta ich cholerna republika jest dla nich najważniejsza. A który 27
BEN KANE
Kartagińczyk zaproponował wysłanie własnych zapasów i żołnierzy na Sycylię, gdy tak bardzo ich potrzebowaliśmy? Mój ojciec, Barkas i kilku innych. Nikt więcej. – Malchus wybuchnął, mówiąc to, urywanym, złym śmiechem. – Dlaczego mnie to nie dziwi? Nasi przodkowie byli kupcami, a nie żołnierzami. – Ojciec wbił w Hanno spojrzenie ciemnych, głęboko osadzonych oczu. – Jedyną naszą nadzieją na słuszną zemstę jest Hannibal. To prawdziwy żołnierz. Urodzony przywódca. Jak jego ojciec. Kartagina nigdy nie dała Hamilkarowi szansy pokonania Rzymu, ale możemy ją dać jego synowi. Gdy nadejdzie właściwa chwila. Hanno wrócił do teraźniejszości. Obok nich przepychał się czerwony na twarzy, postawny senator, klnąc przy tym straszliwie. Zaskoczony Hanno poznał Hostusa, jednego z najbardziej nieprzejednanych przeciwników Malchusa w senacie. Wiecznie zadzierający nosa polityk tak się spieszył, że nawet nie zauważył, z kim się zderzył. Hanno odchrząknął i splunął, choć był na tyle ostrożny, aby nie pokazać senatorowi swojej twarzy. Hostus i jego przyjaciele, zrzędy i męczydusze, bez końca sarkali na Hannibala, ale piali z zachwytu, gdy do portu zawijały statki ze srebrem z kopalń w Iberii. Sami nieźle zarabiali i nie spieszyli się do ponownej konfrontacji z Rzymem. Za to Hanno nie miałby nic przeciwko temu, aby oddać życie w walce z odwiecznym wrogiem. Jednak czas zemsty jeszcze nie nadszedł. Hannibal gotował się do wojny w Iberii i ta wiadomość musiała mu na razie wystarczyć. Pozostało uzbroić się w cierpliwość. Przyjaciele starali się przebić przez agorę na skos, unikając największego tłumu. Gdy znaleźli się po drugiej stronie budynku senatu, przechodzili obok coraz mniej okazałych domów, a potem już tylko chatynek, jakich można się było spodziewać w pobliżu portu. Dzielnica biedoty zupełnie nie przypominała Byrsy. Było tu niewiele sklepów czy warsztatów, a jedno- lub dwuizbowe chaty wzniesione z cegieł mułowych wyglądały tak, jakby zaraz miały się rozpaść. Koleiny stwardniałego błota na ulicy były głębokie co najmniej na szerokość dłoni i groziły skręceniem kostki, należało więc uważać, jak się stawia stopy. Hanno – mający przed oczyma obrazy porządnej i czystej dzielnicy na 28
HANNIBAL. WRÓG RZYMU
wzgórzu– zastanawiał się, dlaczego nikt nie przyśle tu robotników, żeby wypełnili te dziury piaskiem. W takich chwilach dziękował bogom, że pozwolili mu urodzić się w dobrze sytuowanej rodzinie arystokratycznej. Obskoczyły ich wychudzone, zasmarkane dzieciaki w łachma nach, domagające się jakiejś monety lub skórki chleba. Ich matki, z włosami w strąkach, często brzemienne, zwracały w ich stronę puste twarze o niewidzących oczach, zasnutych mgłą nędzy. Gdzieniegdzie w drzwiach stały półnagie kobiety w prowokacyjnych pozach. Wymalowane usta i mocny makijaż nie wystarczały do ukrycia ich często bardzo młodego wieku. Dziewczyny wyglądały tak, jakby dopiero niedawno stały się pełnoletnie. Boczne uliczki okupowali zarośnięci, podejrzani mężczyźni w brudnych łachach, którzy poświęcali całą uwagę grze w kości o kilka startych monet. Łypali na nich złym wzrokiem, ale żaden nie odważył się ich zaczepić. W nocy może byłoby inaczej, ale teraz, w ciągu dnia, w pobliżu wielkiego muru przechadzali się wartownicy pilnujący porządku. Wszelkie wykroczenia i zbrodnie były surowo karane przez władze, a krzyk ofiary od razu sprowadziłby złoczyńcom na karki stróżów prawa. W powietrzu coraz wyraźniej czuć było zapach soli. Coraz donośniej brzmiały krzyki unoszących się wysoko mew, nawoływania żeglarzy i rybaków w portach. Podekscytowany Hanno puścił się biegiem wąską alejką, a potem przeskakiwał po kilka stopni również wąskich schodów prowadzących na szczyt muru tuż za linią brzegową. Suniaton nie odstępował go na krok. Schody pięły się ostro ku górze, ale obaj byli młodzi i wystarczająco sprawni, żeby pokonać je bez trudu. Powierzchnię szerokiego na trzydzieści kroków muru na całej długości pokrywał czerwony, twardy chodnik. Mniej więcej co pięćdziesiąt kroków wznosiła się potężna baszta. W barakach, rozmieszczonych w regularnych odstępach, stacjonowały oddziały żołnierzy. Wartownicy z najbliższej grupy – czwórka libijskich włóczników – unieśli leniwie wzrok i nie widząc w nich żadnego zagrożenia, ponownie odwrócili twarze ku morzu. Gdy panował pokój, obywatele mogli w ciągu dnia przebywać na murach. Młodszy 29
BEN KANE
oficer zerkał od czasu do czasu na turkusowe fale pod nimi, ale widać było, że jest bardziej zainteresowany rozmową ze swoimi ludźmi. Hanno przebiegł obok Libijczyków truchtem, podziwiając ich ogromne tarcze, większe nawet od tych używanych przez Greków. Wykonano je z drewna i pokryto warstwą koźlej skóry oraz paskami metalu. Na każdej widniał malunek twarzy demona, który jednocześnie był symbolem jednostki. W tej chwili usłyszeli dochodzący z portu wojennego dźwięk trąbek. Suniaton sadził teraz długie susy. – Szybko! – krzyknął. – Może właśnie wodują kwinkweremę! Hanno popędził za przyjacielem. Widok rozciągający się spod muru na okrągły port wojenny nie miał sobie równych. Dzięki mistrzostwu inżynierów i budowniczych kartagińskie okręty były niewidoczne dla oczu ciekawskich żeglarzy z portu hand lowego. Nie widać ich było także od strony morza, a osłonięte wejście do portu miało szerokość trochę większą niż szerokość kwinkweremy, największego okrętu, który mógł korzystać z bazy floty. Gdy dotarli na nabrzeże, Hanno skrzywił się niezadowolony. Zamiast imponującego okrętu wojennego gładko zanurzającego się w morskich falach ujrzał jedynie fioletowy płaszcz jakiegoś admirała, dumnie przechadzającego się wzdłuż molo, które prowadziło od nabrzeży z dokami ku centralnej wyspie, gdzie znajdowała się siedziba dowódców floty. Po chwili ponownie zabrzmiały fanfary. Admirał chciał się chyba upewnić, że wszyscy będą wiedzieli, kto przybywa. – Czego on się tak puszy? –mruknął ze złością Hanno. Malchus miał wiele cierpkich słów dla niekompetentnych dowódców kartagińskiej floty, więc Hanno naturalnie też nie był o nich najlepszego zdania. Czas Kartaginy jako potęgi morskiej już dawno minął. Marzenia Kartaginy o wielkości przerwał Rzym podczas trudnej i gorzkiej kampanii o panowanie nad Sycylią. Co ciekawe, przed rozpoczęciem tego konfliktu Rzymianie nie byli uważani za dobrych żeglarzy. Jednak potrafili szybko opanować niezbędne umiejętności, wydoskonalić się w taktyce oraz strategii wojny morskiej, a nawet uzupełnić ją o kilka nowych 30
HANNIBAL. WRÓG RZYMU
sztuczek. Od czasu ostatniej klęski Kartagina nie zrobiła zbyt wiele, aby odzyskać panowanie na morzach. Hanno westchnął ciężko. Naprawdę jedyną nadzieją był dla nich Hannibal ze swoją potężną armią. Jakiś czas później Hanno mógł wreszcie zapomnieć o wszystkich przyziemnych zmartwieniach. Ich mała łódka po pokonaniu prawie połowy mili morskiej znalazła się bezpośrednio nad wielką ławicą tuńczyków. Dzięki widocznej z daleka wzburzonej powierzchni wody nie mieli większych trudności z jej zlokalizowaniem. Duże srebrne ryby z upodobaniem polowały na sardynki, kotłując się i tym samym zdradzając swoją lokalizację. Wszędzie zresztą pełno było innych łodzi, a dodatkową pomocą okazały się stada morskich ptaków, przywiedzionych tu perspektywą łatwego posiłku. Z upodobaniem i zwinnością nurkowały w dół, by poderwać się tuż nad lustrem wody. Źródło Suniatona okazało się wiarygodne, a młodzieńcy zaraz po zajęciu pozycji przez większość czasu szczerzyli się do siebie, jakby byli niespełna rozumu, z radości na myśl o pieniądzach, które zarobią. Nie musieli się specjalnie natrudzić przy połowie. Jeden z nich wiosłował, a drugi pilnował ustawienia małej sieci. Mimo że pamiętała lepsze czasy, zwykła plecionka ze sznurków spełniała swoje zadanie. Klocki drewna na górnej krawędzi sprawiały, że unosiła się na wodzie, a małe kawałki ołowiu na dolnej utrzymywały ją rozciągniętą pod wodą. Po pierwszym zarzuceniu wyciągnęli blisko dwadzieścia tuńczyków, każdy większy i dłuższy niż przedramię mężczyzny. Kolejne zarzucenia sieci były równie udane i wkrótce dno łodzi pokryła gruba warstwa ryb. Jeszcze kilka, a będą ryzykować przeciążeniem łodzi. – Dobra robota jak na tak wczesny ranek – oświadczył Suniaton. – Ranek? – Hanno roześmiał się, mrużąc oczy w słońcu. – Łowimy niecałą godzinę. Chyba nie może być łatwiej, co? Suniaton spojrzał na niego poważnie. – Nie przesadzaj… Pomyśl o pieniądzach, które zarobimy, sprzedając je. Uważam, że należy nam się nagroda za pracę. – Sięgnął do tobołka i z rozmachem wyciągnął z niego małą amforę. 31