BEN KANE CESARSKIE ORŁY
CIEMNE CHMURY
Przekład Arkadiusz Romanek Znak Horyzont Kraków 2020
Tytuł oryginału Eagles at War Copyright © Ben Kane, 2015 First published as Eagles at War by Preface Publishing, an imprint of Cornerstone. Cornerstone is part of the Penguin Random House group of companies. Projekt okładki Marcin Słociński Ilustracja na pierwszej stronie okładki Colin Thomas Opieka redakcyjna Katarzyna Bielewicz Adiustacja Bogusława Wójcikowska Korekta Grażyna Rompel Irena Gubernat Przygotowanie mapy Piotr Poniedziałek Opracowanie typograficzne i łamanie Piotr Poniedziałek
Copyright © for the translation by Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Sp. z o.o., 2018
ISBN 978-83-240-5685-9 Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2020. Printed in EU
Spis treści Od autora . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 13 Prolog . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 15 Część pierwsza . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział I . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział II . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział III . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział IV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział V . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział VI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział VII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział VIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział IX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział X . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XIV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
29 31 53 73 87 105 125 141 153 169 179 195 213 225 239
Część druga . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XVI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XVII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XVIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XIX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XXI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XXII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XXIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XXIV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XXV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XXVI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XXVII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XXVIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XXIX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XXX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XXXI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XXXII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozdział XXXIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
255 257 269 283 295 311 325 343 357 373 385 401 421 433 443 461 465 477 485 497
Uwagi autora . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 513 Słowniczek . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 525
Prolog
G
ermania 12 r. p.n.e. Chłopiec pogrążony był w głębokim śnie, ale uporczywe potrząsanie jego ramieniem w końcu przyniosło efekty. Zaspany otworzył klejące się jeszcze oczy, niejasno zdając sobie sprawę, że pochyla się nad nim jakaś postać. Słabe światło pochodni za jej plecami sprawiało, że twarz kryła się w cieniu. Chłopiec widział jednak wyraźnie gęstą brodę i wwiercające się w niego oczy. Gęste włosy poskręcane w warkoczyki dopełniały wizerunku, który w pierwszej chwili wydał mu się przerażający. Drgnął zlękniony. – Nie bój się, mały niedźwiedziu. Nie jestem demonem. – Co się dzieje, ojcze? – Chcę ci coś pokazać. Chłopiec oderwał wzrok od imponującej sylwetki ojca i spojrzał ponad jego ramieniem. Ujrzał twarz matki. Nawet w półmroku długiego domu, przez płaszcz sennej mgły, która wciąż jeszcze nie opadła z jego oczu, zorientował się, że jest zaniepokojona. Wrócił spojrzeniem do ojca. – Czy matka idzie z nami? 15
BEN KANE
– Nie. To coś przeznaczone jest tylko dla oczu mężczyzn. – Mam tylko siedem lat… – To nie ma znaczenia. Chcę, żebyś mi towarzyszył. Wyskakuj z łóżka i się ubieraj. Słowo ojca było prawem. Wyślizgnąwszy się spod ciepłej niedźwiedziej skóry, chłopiec wsunął owinięte szmatami stopy w buty stojące tuż przy niskim łóżku. Poszukał po omacku płaszcza, który w nocy pełnił rolę drugiego koca, po czym szybko zarzucił go na plecy. – Jestem gotowy. – Idziemy. Gdy wyminęli matkę, ta z wahaniem wyciągnęła rękę, jakby chcąc zagrodzić im drogę. – Segimerze. To nie w porządku – rzekła niepewnie. Ojciec chłopca obrócił się do niej i odrzekł z przekonaniem: – Musi to zobaczyć. – Jest za młody. – Nie próbuj podważać moich decyzji, kobieto! Bogowie patrzą. Matka zacisnęła usta i zrezygnowała z dalszych protestów. Chłopiec udawał, że nie słyszał tej wymiany zdań, jakby w ogóle nie widział całego zajścia. Szedł pokornie za ojcem, prześlizgnął się obok śpiących niewolników, płonącego ognia, stosu naczyń służących do gotowania i drewnianych skrzyń. Dwa wejścia z długiego domu znajdowały się w bocznych ścianach naprzeciwko siebie, dokładnie pośrodku budynku. Ze szpary pod jednymi z nich czuł powiew ciepłego powietrza przynoszącego różne zapachy i dźwięki zwierząt domowych: rogaciz ny, świń i owiec. Przed progiem ojciec zdmuchnął płomień niewielkiej lampy oliwnej, którą trzymał w dłoni. Obejrzał się za plecy. – No chodź, nie ociągaj się… Chłopak zwlekał z tym ostatnim krokiem. Na niebie skrzyły się gwiazdy, ale mrok nocy go onieśmielał. W gruncie rzeczy cały ten pomysł niespecjalnie mu się podobał. Ojciec kiwnął na niego zniecierpliwiony. Ruszył przed siebie, wciągając głęboko 16
Cesarskie orły. Ciemne chmury
rześkie, wilgotne powietrze. Zmroziło mu nozdrza, przypominając o tym, że zima już depcze jesieni po piętach. – Dokąd idziemy? – Do lasu. Zesztywniał, słysząc te słowa. Uwielbiał hasać wśród drzew. Ale za dnia! Gdy mógł się bawić z przyjaciółmi w polowanie albo wtedy, gdy sprawdzali, kto najlepiej radzi sobie z odnajdywaniem tropów jelenia. Jeszcze nigdy nie był w lesie w nocy. Po zachodzie słońca ciemny bór stawał się światem cieni, duchów, groźnych zwierząt i bogowie tylko wiedzieli, czego jeszcze. Wiele razy budziły go wilki wyjące do księżyca. A co, jeśli natkną się na watahę? – Pospiesz się! Ojciec znajdował się już w połowie ścieżki prowadzącej przez osadę. Myśl, że za chwilę zostanie sam w ciemności, sprawiła, że zniknęły wszystkie jego lęki przed tym, co czekało na niego w mroku za domami osady. Popędził za ojcem ile sił w nogach. Chciał zapytać, czy może złapać go za rękę, choć w zasadzie dobrze wiedział, jak brzmiałaby odpowiedź. Musiała mu wystarczyć sama obecność ojca. To lepsze niż nic. Długi miecz Segimera, który wyróżniał go jako majętnego członka plemienia, obijał się o jego udo podczas ruchu. Broń przypominała chłopcu, że ojciec jest wielkim wojownikiem, budzącym postrach, równym, a może nawet lepszym od innych wojowników plemienia Cherusków. – Co będziemy robić w lesie? – Ośmielił się zapytać po dłuższej chwili milczenia, gdy wróciła mu odwaga. Segimer spojrzał na niego poważnie. – Będziemy uczestniczyć w obrzędzie składania ofiary dla bogów. Takiej, jakiej nigdy jeszcze nie widziałeś. Czuł dziwny ciężar ekscytacji zmieszanej ze strachem rozlewającym się po brzuchu. Chciał wypytać ojca o wszystkie szczegóły. Jednak osobliwie uroczysty ton głosu, z którego przebijało jakieś uniesienie, oraz nietypowy pośpiech rodzica sadzącego wielkie susy sprawiły, że zdecydował, iż lepiej trzymać język za zębami. Musiał dotrzymać ojcu kroku. 17
BEN KANE
Błoto mlaskało pod podeszwami ich butów, gdy mijali dziesiątki długich domów. Za opłotkami jakiegoś gospodarstwa zaczął ujadać pies. Jakby na ten sygnał odezwał się chór innych psich głosów. Mimo czynionego przez nie hałasu wioska wyglądała na wyludnioną. Chłopiec uświadomił sobie, że o tej porze wszyscy ich współplemieńcy pewnie smacznie chrapią w łóżkach. Było naprawdę późno. Uśmiechnął się pod nosem, nagle zachwycony nocną eskapadą. Zamarudzenie do późna, aby jak najdłużej uczestniczyć w weselnych obrzędach z przyjaciółmi to jedno, a wyprawa do lasu w samym środku nocy to całkiem inna sprawa. Prawdziwy wyczyn! A przecież był z ojcem, którego ubóstwiał. To jeszcze lepiej! Segimer był dobrym rodzicem, nie tak okrutnym, jak niektórzy ojcowie jego kolegów. A jednak syn i ojciec nie spędzali razem zbyt wiele czasu. Segimer zawsze wydawał się jakiś zamyślony. Zdystansowany. Odległy. Wiecznie zajęty ważnymi sprawami plemienia lub innych szlachetnie urodzonych. Albo przebywał właśnie na polowaniu, albo gdzieś daleko, walcząc z Rzymianami. Chłopiec powtarzał sobie, że tym bardziej powinien docenić te wspólne chwile. Ścieżka prowadząca do lasu wiodła na południe. Segimer opowiadał synowi, że ziemie Cherusków, jak okiem sięgnąć, otaczały gęste bory i knieje. Wokół większych wiosek drzewa jednak wykarczowano pod uprawy i hodowlę. Na zachodzie mieli rzekę, źródło czystej wody i wielu gatunków ryb. Na wschodzie i zachodzie rozciągała się mozaika małych pól obsianych zbożem, warzywami, a także pastwisk dla zwierząt. Lasy na południu zapewniały im drewno na opał, bogactwo zwierzyny łownej, jeleni i dzików, dzięki którym nie głodowali na przednówku. A na południu leżały święte gaje kapłanów, w których ci rozmawiali z bogami. Chłopiec uznał, że muszą kierować się do jednego z takich chramów. Ta myśli sprawiła, że znów poczuł się nieswojo. Dziękował ciemności nocy za to, że ojciec nie widział, jak strach zmienia jego twarz. Nigdy nie odważył się wejść do świętego gaju. Raz chyba zapędzili się z przyjaciółmi tak daleko, że 18
Cesarskie orły. Ciemne chmury
dotarli do bramy siedziby jednego z kapłanów zwanych też kąciną. Czaszki z rogami przybite do drzew w pobliżu wejścia wystawiły ich odwagę na wielką próbę. Zawrócili jak niepyszni do wioski, milcząc przez całą drogę. Ale dzisiejszej nocy bez wątpienia przekroczą granice świętego gaju. Kiedy weszli do lasu, chłopiec poczuł pot spływający mu po plecach. Powtarzał sobie: Bądź dzielny. Nie możesz okazać, że się boisz. Ani teraz, ani później. Coś takiego mogłoby przynieść wstyd rodzinie, wprawić w zakłopotanie ojca. Mimo wielkiej determinacji aż podskoczył, gdy nagle jakaś postać wyłoniła się zza drzewa. Zamaskowany mężczyzna z włócznią w dłoni uniósł rękę w pokojowym pozdrowieniu. – Segimerze. – Witaj, Tudrusie… Chłopiec odetchnął z ulgą. Tudrus był jednym z najbardziej zaufanych wojowników z drużyny ojca, człowiekiem, którego znał od czasu, gdy był jeszcze oseskiem. – Widzę, że obudziłeś małego niedźwiedzia. – Tak… – Ręka Segimera musnęła ramię chłopca. Rzadki to był gest, za który w tej chwili był ojcu niezwykle wdzięczny. – Czy jesteś gotowy, młodzieńcze? – zwrócił się do chłopca Tudrus. Nie wiedział, na co się właściwie zgadza, ale skinął głową. – Świetnie. Segimer spojrzał na ścieżkę, która prowadziła z zachodu i łączyła się z szerszym traktem prowadzącym do wioski. – Czekamy jeszcze na kogoś? – Wszyscy są na miejscu. Wojownicy Brukterów, Chattów, Angrywarów i Tenkterów. Nawet Marsowie przysłali jednego ze swoich nobilów. – Obecność tak wielu wspaniałych wiernych wyznawców niewątpliwie ucieszy Donara – stwierdził z przekonaniem Segimer, spoglądając w rozgwieżdżone niebo. – Lepiej się pospieszmy. Niedługo księżyc znajdzie się w zenicie. Kapłan powiedział, że właśnie wtedy mają umrzeć. Tudrus poparł go basowym pomrukiem. 19
BEN KANE
Właśnie wtedy mają umrzeć. Chłopiec znów musiał wyciągać nogi, aby nadążyć za dorosłymi, tłumiąc rosnący niepokój wywołany tym, co właśnie usłyszał. BUUUUUUUU! Chłopiec instynktownie zrobił krok do przodu, poruszony i przestraszony dźwiękiem trąb. Szybko jednak odzyskał panowanie nad sobą. Zdążył jeszcze kątem oka zauważyć, że na ustach Tudrusa wykwitł uśmiech. Jego ojciec za to zmarszczył brwi, jednoznacznie dając mu do zrozumienia, że nie może okazywać strachu. BUUUUUUUU! BUUUUUUUU! Tym razem nawet nie drgnął. Ten przejmujący dźwięk musiał pochodzić z rogu kapłana, ale w chłodnym powietrzu nocy brzmiał tak, jakby to był głos jakiegoś demona albo jakby któryś z bogów sam dął w instrument w świętym zagajniku, oznajmiając swoje przybycie. Naliczył dziesięć uderzeń serca, potem dwadzieścia… Ale nikt się nie pojawił. Próbował dostrzec coś w ścianie mroku, wodząc wzrokiem od lewej do prawej. Pełna rozmazanych cieni przestrzeń onieśmielała i przytłaczała. Nie spodziewał się tego. Droga prowadząca do świętego gaju i tak stała się dla niego źródłem niesamowitych przeżyć: kręta, błotnista ścieżka wiła się wśród bagien we wszystkich kierunkach. Brama wejściowa do chramu, drewniana rama z surowego, nieociosanego drewna, ozdobiona czaszkami bydła, też zrobiła na nim w ciemnościach ogromne wrażenie. W końcu dotarli do szerokiego na pięćdziesiąt kroków świętego kręgu dębów. A oczekiwanie u boku ojca i Tudrusa w dużej grupie wojowników z różnych plemion sprawiało, że ze zniecierpliwienia i niepewności rozbolał go brzuch. W samym środku świętego gaju znajdowały się bliźniacze ołtarze. Ogromne płyty z kamienia wyglądały jak wykute przez gigantów. Na płaskiej powierzchni jednego z nich ustawiono stos całopalny. Powierzchnię drugiego znaczyły ciemnobrązowe plamy przywodzące na myśl okropne obrazy podsuwane przez wyobraźnię. Przed ołtarzami rozpalono duże ognisko. Było to 20
Cesarskie orły. Ciemne chmury
jedyne źródło światła w zagajniku. Na jednym z dwóch stołów znajdujących się obok zgromadzono imponujący zbiór narzędzi: krótkie ostrza, ząbkowane noże, sondy, kleszcze i młotki. Drugi był pusty. Jednak do jego czterech nóg przywiązano liny, które teraz zwisały smętnie poniżej blatu. Na tej podstawie można było domyśleć się jego przeznaczenia. Chłopiec się spodziewał, że zobaczy też uwiązane zwierzęta ofiarne. Uczestnicząc w różnych obrzędach religijnych ważnych dla plemienia, kilka razy widział ofiarę z wołu lub z owcy, zabijnych dla zyskania przychylności bogów. Raz nawet był świadkiem składania ofiary z dzika. Po dziś dzień słyszy jego przeraźliwe piski. BUUUUUUUUUU! BUUUUU! BUUUUUUUUU! Tym razem dźwięk rogu można było łatwo zlokalizować. Dochodził bezpośrednio zza ołtarzy. – Nadchodzą – szepnął ojciec. Chłopca rozpalała ciekawość, która stłumiła jego niepokój. Stanął na palcach, wyciągając szyję, żeby zobaczyć, kto nadchodzi. Od strony drzew zbliżała się procesja prowadzona przez dwóch kapłanów w długich szatach, którzy co chwila dęli w wielkie rogi. Następnie z cieni wyłoniły się dwie wspaniałe białe klacze, prowadzone przez akolitów. Zaprzężono je do wozu, na którym stał starszy, zgarbiony żerca. Starzec był pochylony, a chłopiec wiedział, że wsłuchuje się w odgłosy wydawane przez święte konie. Ważne wiadomości od bogów ukryte były między seriami ich rżeń i parsknięć. Za rydwanem podążało czterech kolejnych kapłanów, dmących w rogi, ale oczy chłopca otworzyły się szeroko ze zdumienia dopiero na widok wynędzniałych postaci na końcu pochodu, które powłócząc nogami, zamykały pochód. Ośmiu mężczyzn związanych było sznurami na szyjach i nadgarstkach. Siedmiu miało na sobie białawe tuniki kończące się powyżej kolana, a ostatni wyróżniał się czerwienią ubioru i hełmem z imponującym poprzecznym grzebieniem z barwionych na czerwono i biało włosów. 21
BEN KANE
– Rzymianie… – wyszeptał z mieszaniną lęku i podziwu chłopiec. Widział już ciała wrogów swojego ludu, gdy zostawiono je, by sczezły w lesie, po udanej zasadzce zaplanowanej przez jego ojca i innych wojowników plemienia Cherusków. Ale ci ludzie byli pierwszymi żywymi Rzymianami, jakich spotkał. Nie dało się jednak powiedzieć, by byli w najlepszej formie. Nawet z daleka i przy słabym świetle widać było, że ich ciała pokrywają siniaki i strupy. Za grupą więźniów krążyło kilkunastu młodych akolitów, uzbrojonych w długie włócznie. Chłopiec poczuł w trzewiach nieprzyjemne łaskotanie. Cokolwiek stanie się z tymi ludźmi, nie będzie to nic dobrego. Jego ojciec złapał go za ramię, pochylił głowę i wyszeptał mu do ucha: – Widzisz tych nikczemników? – Chłopiec skinął głową. – Rzymianie są kwintesencją wszystkiego, czemu my jesteśmy przeciwni, synu. Ich imperium rozciąga się tak daleko, że w ciągu roku nie dojdziesz z jednej granicy do drugiej. A jednak ciągle im mało. Nieustannie wyciągają łapska po nowe ziemie. Od dziesięcioleci ich przywódca… Augustus… – ojciec wypowiedział to łacińskie imię z nieskrywaną nienawiścią – próbuje założyć nam pęta. Umyślił sobie rządzić też naszymi braćmi, Chattami, Marsami i Angrywarami. Chce uczynić nas swoimi poddanymi. Myśli, że wdepcze nas w ziemię podeszwami butów swoich żołnierzy. Nigdy mu się to nie uda! – Nigdy, ojcze – zgodził się chłopiec. Słyszał, co się stało, gdy Rzymianie pojawili się jakiś czas temu w okolicy. Pobliska osada została spalona do gołej ziemi. Mieszkańców wyrżnięto w pień. Wśród ofiar tej rzezi znaleźli się również dwaj kuzyni chłopca oraz ciotka. – Powstrzymamy ich. – Właśnie tak, synu. Zatrzymamy rzymskiego władcę oraz jego przeklęte legiony. I taką właśnie przysięgę złożę wraz z wojownikami innych plemion. Donar będzie nam świadkiem. – Spojrzał na chłopca znacząco, uśmiechając się lekko. – Ty też złożysz takie śluby. – Ja, ojcze? – zapytał z niedowierzaniem, przekrzywiając głowę. 22
Cesarskie orły. Ciemne chmury
– Tak, mały niedźwiedziu. Dlatego tu jesteś. Segimer położył palec na ustach, a potem pokazał, żeby wrócili do obserwowania procesji. Kapłani z rogami prześlizgnęli się obok ołtarzy, zajmując miejsca po bokach procesji. Instrumenty zamilkły. Wszystkie oczy wpatrywały się w siwego arcykapłana, który powoli zbliżał się do ogniska. Konie zostały odprowadzone, a popychani przez akolitów więźniowie stanęli przy stołach ofiarnych. – Dziękujemy ci, Wielki Donarze, za twoją łaskę i opiekę. – Rozległ się głos żercy, zaskakująco silny i donośny, niepasujący do niepozornego i kruchego ciała. – Twoje pioruny chronią nas, a zsyłana przez ciebie burza przynosi deszcz, bez którego nasze uprawy uschłyby i obumarły. Gdy walczymy z wrogami, wspierasz nas w tych wysiłkach. Zawsze będziemy ci wdzięczni. Wojownicy zaszemrali, potwierdzając jego słowa. Pocierali amulety w kształcie młotów, zmawiając szeptem krótkie modlitwy. – Ostatnimi czasy każdego lata potrzebowaliśmy twojej pomocy. Szkodniki takie jak ci tutaj… – żerca wyprostował rękę, wskazując długim paznokciem więźniów – tysiącami ciągną na nasze ziemie. Plądrują je i plugawią. Nikt nie może czuć się bezpieczny. Grabież i żądza krwi okrutnych Rzymian są wszechobecne. Mężczyźni, kobiety, dzieci, starzy, chorzy… giną lub zostają zniewoleni. Rzymianie puszczają wioski z dymem, rabują plony i zabierają ze sobą zwierzęta hodowlane. Rozległ się gniewny pomruk wojowników. Kłykcie Segimera zbielały zaciśnięte na rękojeści miecza. Chłopiec poczuł, że krew zaczyna się gotować w jego żyłach. Bardzo dobrze wspominał ciotkę i swoich kuzynów. To byli ulubieni towarzysze jego zabaw. Rzymianie muszą ponieść karę. – Zebraliśmy się tu dzisiejszej nocy, aby złożyć ofiarę, Wielki Donarze – ciągnął śpiewnie arcykapłan. – Prosić o pomoc w walce z najeźdźcami. Chcemy mieć pewność, że opuszczą nasze ziemie pokonani, umykając aż na drugą stronę wielkiej rzeki, którą nazywają Rhenus. Składamy ofiarę, aby mieć pewność, że nigdy nie wrócą na twoje i nasze ziemie. – DONAR! – zawołał Segimer. 23
BEN KANE
– DO-NAR! DO-NAR! DO-NAR! – zaczęli skandować wojownicy. Chłopiec dołączył do krzyków, ale jego piskliwy głos ginął całkowicie w ogłuszającej wrzawie. – DO-NAR! DO-NAR! DO-NAR! – Wypowiedzcie słowa przysięgi – rozkazał kapłan, gdy tumult ucichł. Chłopiec pęczniał z dumy, gdy zorientował się, że pierwszy przed szereg wychodzi Segimer. – Ja, Segimer z plemienia Cherusków, przysięgam przed Donarem, że nigdy nie spocznę, dopóki Rzymianie nie zostaną na zawsze wypędzeni z naszych ziem. Niech bogowie powalą mnie swoją mocą, jeśli kiedykolwiek zejdę z tej ścieżki. Arcykapłan obserwował w milczeniu, jak wojownicy jeden po drugim składali przysięgę, obiecując, że nie ustaną w wysiłkach pokonania i odrzucenia Rzymian za rzekę. Dopiero po dłuższym czasie przyszła kolej chłopca. W obecności tylu prześwietnych wojów czuł tak ogromne zdenerwowanie, że głos mu falował, ale na szczęście nikt się nie roześmiał, nikt nie wyglądał na zirytowanego jego niepewnością. Gdy było po wszystkim i cofnął się z powrotem na miejsce w szeregu, nawet arcykapłan skinął mu głową z aprobatą, a ojciec ścisnął go mocno za ramię. Kapłan uniósł rękę, dając akolitom znak. Czterech jego pomocników chwyciło najbliższego jeńca, niskiego Rzymianina o pucołowatej twarzy. Pociągnęli go bliżej ogniska, chociaż kopał i walczył. Bez chwili wahania rzucili go na pusty stół, a potem unieruchomili jego ręce i nogi. Zapadła pełna oczekiwania cisza, którą zakłócały tylko pojękiwania Rzymian. Chłopiec wciąż nie był do końca przekonany, że to, co widzi, dzieje się naprawdę. Gdy przeniósł spojrzenie na otaczające go twarze, twarde i okrutne, zrozumiał, że nic mu się nie śni. Spojrzał znów na stół, na którym leżała rozciągnięta ofiara. Arcykapłan chwycił zakrzywiony żelazny pręt. Uniósł go w powietrze. – Bez oczu Rzymianie będą ślepi. Nie dostrzegą ukrytych w zasadzkach wojowników ani naszych obozów skrytych 24
Cesarskie orły. Ciemne chmury
głęboko w lasach. – Pełne emocji ahhhhh uniosło się nad głowami obserwujących. On przecież chyba nie zamierza… Chłopiec zadrżał. Dwaj akolici unieruchomili głowę więźnia tak, że mógł spoglądać tylko bezradnie na zbliżającego się do niego głównego kapłana. Jego jęki przybrały na sile. Nagle chłopiec usłyszał głęboki głos. Ktoś krzyknął w języku, którego nie rozumiał. Rzymianin w hełmie wysunął się przed grupkę jeńców. Wołał coś do arcykapłana, zgromadzonych wojowników oraz akolitów. – Co on mówi, ojcze? – zapytał szeptem chłopiec. – Tudrusie? – Twierdzi, że są żołnierzami – syknął Segimer. – Ludźmi honoru, którzy nie zasłużyli na to, aby traktowano ich jak zwierzęta. Prosi, aby ofiarować im godną śmierć. – Ma rację? Oczy Segimera przypominały dwie bryłki lodu. – Czy pozwolili umrzeć z honorem twoim kuzynom? Twojej ciotce? Albo dziesiątkom nieuzbrojonych wieśniaków, którzy zginęli tamtego dnia? Chłopiec nie wiedział, jak zginęli jego krewni. Nie rozumiał też wiele z tego, co starsi mówili na temat okrucieństwa Rzymian, ale był pewien, że zamordowanie z zimną krwią kobiety w ciąży było złe. Nie znalazł więc w swoim sercu ani odrobiny miłosierdzia. – Nie, ojcze. – Dlatego należy im się tylko śmierć, którą zadaje się dzikim zwierzętom. Nie zasługują na nic lepszego – uznał chłopiec. Krzyki Rzymianina nagle ucichły, gdy rzuciło się na niego kilku akolitów. Szybko powalili go na ziemię. Wcisnęli w usta knebel. Dopiero wtedy żerca pochylił się znowu nad mężczyzną rozciągniętym teraz na stole. Powietrze przeszył ohydny, przenikliwy skrzek. Dźwięk przybierał na sile i narastał. Chłopiec nigdy nie słyszał niczego podobnego. Po chwili arcykapłan położył coś małego, czerwonego 25
BEN KANE
i mokrego na stole z boku mężczyzny, który nagle się uspokoił, jakby pogodzony z losem. Nie na długo jednak, bo już po chwili żerca znów sięgnął po instrument, którego ostrze zagłębiło się w drugim oczodole ofiary przy akompaniamencie drażniącego bębenki pisku. Dzierżąc w spływającej szkarłatem dłoni dwie małe kulki, arcykapłan odwrócił się w stronę wojowników. – Oślepiony Rzymianin nie może nas zobaczyć! Przyjmij tę ofiarę, Wielki Donarze! – DO-NAR! DO-NAR! DO-NAR! – Chłopiec krzyczał tak długo, aż poczuł, że pali go gardło. Gdy arcykapłan wrzucił gałki oczne do ognia, nad ogniskiem uniosły się skry. – DONAR! – zakrzyknęli jeszcze raz wojownicy. Po chwili arcykapłan odłożył wąski pręt, chwytając za nóż o długim ostrzu. Ciemna krew trysnęła na jego ręce, gdy grzebał w ustach ofiary. Rzymianin rzucał się na stole, bełkocząc coś niezrozumiale i skamląc z przerażenia. – Bez języków Rzymianie nie będą mogli rozsiewać swoich kłamstw! Kawałek mięsa pofrunął w płomienie. Chłopiec zamknął oczy. Więzień musi umrzeć. Przecież to nawet on mógł własnoręcznie uśmiercić moich kuzynów. W tej samej chwili poczuł silne uderzenie łokciem. Ojciec chciał, żeby wszystko uważnie obserwował i nie zamykał oczu. – DONAR! Arcykapłan wbił ostrze w pierś jeńca. Ciął z zapamiętaniem w prawo i w lewo. Rzymianin wierzgał nogami coraz szybciej i szybciej, wybijając równy rytm na nogach stołu, aż wreszcie opadł bezwładnie. Zanim kapłan odrzucił nóż i chwycił piłę, zupełnie przestał się ruszać. Klatka piersiowa mężczyzny została otwarta z wielką wprawą, a żerca wyciągnął serce ofiary, wydostając je z plątaniny żył i naczyń krwionośnych. Wymachiwał małym, krwawym ochłapem w stronę wojowników, jakby pokazywał im jakieś trofeum. – Bez serca Rzymianom zabraknie odwagi! Braknie im sił! – DO-NAR! DO-NAR! DO-NAR! 26
Cesarskie orły. Ciemne chmury
Chłopiec dziękował w duchu za to, że skandowanie tłumiło wszelkie inne odgłosy. Chociaż nienawidził Rzymian, ten krwawy spektakl sprawił, że zaczęło go mdlić. Patrzył spod na wpół przymkniętych powiek, jak akolici zdejmują ciało ofiary ze stołu i rzucają je na stos, który po chwili podpalono. Czas płynął. Drugi i trzeci, a potem czwarty Rzymianin podzielił los pierwszej ofiary. W końcu Segimer zauważył, że syn traci koncentrację. – Obserwuj uważnie wszystko, co tu się dzieje! Usłuchał ojca, choć zbierało mu się na wymioty. Znów poczuł przy uchu gorący oddech Segimera. – Czy wiesz, jak zginął jeden z twoich kuzynów? Chciał odpowiedzieć, ale miał wrażenie, że język stwardniał, przemieniając się w drewniany kołek w suchych ustach. Pokręcił głową. – Próbował bronić matki, twojej ciotki. Oczywiście był tylko małym chłopcem, więc Rzymianie rozbroili go z łatwością. Powalili go na ziemię, a jeden z legionistów wbił mu włócznię prosto w odbyt. Nie na tyle głęboko, żeby stracił przytomność i od razu wyzionął ducha. Leżał bezradny na ziemi, wykrwawiając się. Mógł obserwować, jak ci zwyrodnialcy mordowali jego brata i hańbili matkę. Na jego oczach. Po policzku chłopca spływały gorące łzy wściekłości i zgrozy. Ale ojciec jeszcze nie skończył. – Biedak żył jeszcze, gdy wieczorem tamtego dnia dotarliśmy do wioski. Jego ojcu, twojemu wujowi, nie pozostało nic innego, jak tylko zakończyć jego cierpienia. – Segimer ujął ręką mocno podbródek chłopca, zmuszając go, żeby spojrzał mu w oczy. – Takimi właśnie pełnymi honoru istotami są Rzymianie. Rozumiesz już? – Tak, ojcze. – Czy chciałbyś, żeby coś takiego przytrafiło się twojej matce lub młodszemu bratu? Twojej babce? – Nie! – Zrozum zatem, że ofiarowanie życia tych Rzymian Donarowi… W taki właśnie sposób. To jest dobre. Tak trzeba. Jeśli będziemy mieli po naszej stronie boga piorunów, nie możemy z nimi przegrać. 27
BEN KANE
– Rozumiem, ojcze. Segimer wpatrywał się w oczy chłopca z wielką intensywnością. Ten nie odwrócił wzroku. W końcu ojciec skinął głową z zadowoleniem. Obserwował całą krwawą ceremonię do samego końca. Stół ofiarny pokryło runo z zakrzepłej krwi, a powietrze długo jeszcze drżało od kakofonii wrzasków umierających, wypełniając się mdlącym zapachem przypiekanego ludzkiego ciała. Ilekroć żołądek chłopca dawał o sobie znać, wracał myślami do podsuwanych mu przez wyobraźnię obrazów nabitego na włócznię kuzyna, który musiał bezradnie patrzeć na agonię brata i upokorzenie matki, maltretowanych, a w końcu bezlitośnie zaszlachtowanych. Te obrazy w jego umyśle sprawiały, że bladły wszystkie inne, które zobaczył tej nocy. Kipiał z wściekłości na myśl o okropieństwach, jakich dopuścili się rzymscy żołnierze na bogom ducha winnych wieśniakach z nieodległej osady. Gotów był chwycić za nóż kapłana i wrazić ostrze w ciało pierwszego Rzymianina, który stanąłby mu na drodze. Zapamiętam tę noc na zawsze – przyrzekł sobie. Pewnego dnia, niech Donar będzie moim świadkiem, dam Rzymianom lekcję, której nigdy nie zapomną. Ja, Ermin z plemienia Cherusków, składam solenną obietnicę.