katarzyna jurkowska katarzyna kościelak
KOBIETY
przełomu
znak horyzont | Kraków 2020
Projekt okładki Michał Pawłowski Fotografia na okładce Blanka Maria Poksińska, 1993 r. fot. Janusz Sobolewski / Forum Zdjęcia autorek na okładce Gabriela Ruzicka Opieka redakcyjna Natalia Gawron-Hońca Wybór ilustracji Ewelina Olaszek Adiustacja Ewa Penksyk-Kluczkowska Korekta Witold Siemaszkiewicz, Joannna Kłos Opracowanie typograficzne i łamanie DAKA – Studio Graficzne, Dawid Kwoka
Copyright © by Katarzyna Jurkowska & Katarzyna Kościelak © Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2020
ISBN 978-83-240-7789-2
Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2020. Printed in EU
Sp i s t reści Wstęp 6 Rok 1989 9
Aneta Kręglicka 11
Rok 1990 47
Katarzyna Groniec 49
Rok 1991 79 Nina Kowalewska‑Motlik 81
Rok 1992 115 Janina Ochojska 117
Rok 1993 157
Agnieszka Kręglicka 159
Rok 1994 187 Shazza 189
Rok 1995 217
Dorota Segda 219
Rok 1996 251 Joanna Klimas 252
Rok 1997 291
Katarzyna Figura 292
Rok 1998 333
Jolanta Fraszyńska 335
Rok 1999 361
Iwona Guzowska 362
Rok 2000 389
Ilona Łepkowska 391
Wstęp Czas, kiedy wszystko się zaczyna – tak chyba najprościej moż‑ na opisać polskie lata 90. Po upadku komunizmu w roku 1989 Polska wkracza w szaloną epokę przemian, pełną nadziei, na‑ pięć i nieoczekiwanych zwrotów. Pierwsza dekada wolności, będąca zarazem ostatnią dekadą XX wieku, ma różne oblicza: dla jednych oznacza przepustkę do dobrobytu, dla innych – walkę o przetrwanie, dla jeszcze innych – zderzenie z nową kulturą i stylem życia. Świat szarego PRL‑u się kończy, nowy świat dopiero się rodzi. Zmianę przynosi niemal każdy dzień – za oknem pojawiają się kolorowe reklamy, na ulicach wyra‑ stają nowe biurowce, pierwsze supermarkety i bankomaty. Zmienia się życie gospodarcze, telewizja, kino, muzyka, pra‑ sa. Zmieniają się też kobiety. Dla wielu z nich transformacja ustrojowa okaże się doświadczeniem trudnym i bolesnym – według danych GUS bezrobocie wśród kobiet na półmetku lat 90. wynosiło aż 16 proc., o 4 pp. więcej niż wśród mężczyzn. Z drugiej strony właśnie w czasach przełomu kobiety zaczy‑ nają masowo odkrywać swój potencjał. W 1989 roku tygodnik „Kobieta i Życie” rozpoczyna publika‑ cję cyklu artykułów Bariery awansu oraz wywiadów ze znany‑ mi Polkami, które osiągnęły sukcesy w zagranicznych firmach. Czytelniczki żywo włączają się w dyskusję o pokonywaniu szcze‑ bli zawodowych, a także o swoim miejscu w życiu. Cztery lata później Zofia Milska‑Wrzosińska na łamach magazynu „Uroda” pisze o konieczności stworzenia w Polsce Nowej Kobiety, któ‑ ra w epoce wolnego rynku potrafi nie tylko sama się przebić, ale także wesprzeć życiowego partnera. Również w „Urodzie” antropolog kultury Aldona Jawłowska doszukuje się związków
nowego typu kobiecości z modą i stylem bycia, uświadamiając wszystkim, że kobietę‑kumpla w wyciągniętym swetrze z cza‑ sów stanu wojennego oraz intelektualistkę‑okularnicę z epoki późnego Gomułki zastępuje przebojowa bizneswoman. Jedno jest pewne – nowa Polka nie boi się wolności i chce wykorzystać szansę otrzymaną od losu. Bohaterki tej książki właśnie w cza‑ sach przełomu podejmowały najważniejsze dla siebie decyzje. Zaskakiwały odwagą, aktywnością, przedsiębiorczością i de‑ terminacją. Pierwsze kroki stawiały w różnych dziedzinach – w biznesie, działalności społecznej, filmie i teatrze, na estradzie i w sporcie, osiągając sukcesy, które przesądziły o dalszych ko‑ lejach ich życia. W dynamicznej rzeczywistości uczyły się żyć po nowemu, a zarazem po swojemu, torując drogę innym. Ich hi‑ storie to opowieści o pogoni za marzeniami i dążeniu do celu, czasem także za cenę rezygnacji z tego, co stałe i bezpieczne. Dziękujemy im bardzo za podzielenie się wspomnieniami oraz za to, że razem z nimi mogłyśmy odbyć niezwykłą, sentymen‑ talną podróż do jeszcze analogowego świata lat 90., który za‑ czynał nabierać kolorów. Jednocześnie – książkę tę dedykujemy wszystkim dziew‑ czynom, które w latach 90. zaczynały życiową przygodę – po‑ dejmowały pierwsze prace, odkrywały świat, zakładały własne firmy, a także kochały, poznawały smak macierzyństwa i mia‑ ły marzenia. Ta książka jest także o was! Katarzyna Jurkowska i Katarzyna Kościelak
Rok 1989 Przełomowy rok 1989 w Polsce można nazwać rokiem wolno‑ ści i… piękna. Najpierw mamy czerwcowe wybory, a w paź‑ dzierniku w „Dzienniku Tele‑ wizyjnym” na koniec wywiadu aktorka Joanna Szczepkowska słowami „Proszę państwa, czwar tego czerwca osiemdziesiąte‑ go dziewiątego roku skończył się w Polsce komunizm” sym‑ bolicznie zamyka starą i otwie‑ ra nową dekadę. Dekadę przemian.
Obok wielkiej polityki toczy się zwykłe życie. W listopadzie Miss Polonia‘89 jedzie reprezentować Polskę na wybory Miss Świata. Po raz pierwszy wybory Miss World odbywają się poza Londynem, w Hongkongu. Organizatorka konkursu Julia Morley chce udo‑ wodnić, że wśród pretenden‑ tek do tytułu są nie tylko piękne, ale i ambitne dziewczyny. Taka właśnie jest kandydatka z Pol‑ ski – Aneta Kręglicka, 24 ‑letnia studentka z Gdańska.
Fot. Andrzej Wiernicki/East News
Aneta Kręglicka
M
uszę ci coś powiedzieć. – Podeszła do mnie podekscytowana Miss Argentyny. – Moja babcia ma prorocze sny. Przed moim wyjazdem do Hongkongu powiedziała, że konkurs Miss Świata wygra w tym roku dziewczyna z jakiegoś wschodniego kraju. Odkąd ciebie zobaczyłam, jestem przekonana, że to będziesz ty! Przypomniałam sobie, co mówił tata, odwożąc mnie na Okęcie, gdy leciałam na wybory Miss World: – Córeczko, pamiętaj, nas drugie miejsce nie interesuje. Babcia lekko go strofowała: – Januszku, tylko nie mów tego głośno, przecież tak nie wypada! – Mamo, ona jest po prostu najlepsza – ciągnął dalej niespeszony. – Tam przecież będzie wielka konkurencja. Piękne i mądre dziewczyny z całego świata. Blisko setka! – Zobaczysz, że mam rację! – powiedział tata pewnym głosem.
12
kobiety przełomu
rok 1989
Byłam wtedy już bardzo zmęczona podróżami. Wróciłam niedawno z konkursu Miss International w Japonii i po pięciu dniach spędzonych w Polsce musiałam polecieć do Hongkongu na wybory Miss World. – Tak mi się nie chce tam jechać – powiedziałam, zapinając walizkę – ale to tak bardzo mi się nie chce, że chyba zostanę tą Miss Świata. To były moje ostatnie słowa do rodziny przed wyjazdem na lotnisko. Był listopad 1989 roku…
Dziewczyna z charakterem – Skąd u ciebie taka niezależność? – pytał mnie często tata. Od zawsze taka byłam: niezależna i bardziej dojrzała, niż wskazywałby na to mój wiek. Nie wiem, skąd się to wzięło. Myślę, że właśnie… z domu. Jestem jedynaczką. Dziadkowie i rodzice zapewnili mi dom bezpieczny, pełen miłości. Taki, w którym rozmawia się z dzieckiem. Z jednej strony dla rodziców byłam ukochaną córeczką, którą troskliwie się opiekowali, z drugiej czułam, że bez względu na to, ile mam lat, jestem dla nich równorzędnym partnerem w rozmowie. Nie było dla nas tematów tabu. Nie mówili do mnie: „Zrób to, bo tak chcemy, bo wiemy lepiej!”. Nigdy nie usłyszałam od nich słowa „nie” i zakazów: „Nie możesz!”, „Nie wyjdziesz!”, „Nie pojedziesz!”. Jak się niedawno dowiedziałam od mamy, bali się zasugerować, że mam zrobić coś innego, niż postanowiłam: – Nawet jako bardzo mała dziewczynka stawałaś na środku pokoju i mówiłaś bardzo pewnym głosem, że tak właśnie chcesz zrobić. Jak twierdziłaś, udowodnisz, że masz rację, tylko musimy ci pozwolić zrobić to, co chcesz. No i pozwalaliśmy, a ty nigdy nas nie zawiodłaś! Myślę, że rodzice mogli przeżywać chwile niepokoju, kiedy w moim życiu pojawił się pierwszy chłopak. Zaczął wyciągać mnie z domu na długie spacery i spędzać ze mną dużo czasu. Szybko jednak okazało się, że jestem uczuciowym długodystansowcem. Byliśmy razem sześć lat. Kolejne związki też miały długi staż, a mamy moich sympatii powtarzały swoim synom: „Słuchaj Anetki, ona tak mądrze mówi!”. To, że rodzice mi ufali, bardzo mnie uskrzydlało, ale też powodowało, że czułam się bardziej dorosła od moich rówieśników.
Aneta Kręglicka
Kiedy miałam 12 lat, przeprowadziliśmy się ze Szczecina do Gdańska. Płakałam, kiedy rodzice zdecydowali się na przenosiny. Pierwszy rok w nowym miejscu był dla mnie bardzo trudny. W szczecińskiej podstawówce miałam opinię prymuski, zapowiadałam się na matematyczny talent. Nie wiedziałam, czy tak samo będzie w gdańskiej szkole, czy znajdę tam przyjaciół. Tymczasem ku mojemu zdziwieniu dzieci już w pierwszym dniu wybrały mnie, nową dziewczynkę w klasie, na gospodynię. Odkryłam w sobie aktywistkę. Przy tej okazji ujawniła się dwoistość mojej natury. Z jednej strony niesprawiająca problemów prymuska, z drugiej wojowniczka, która nie boi się mówić swoim nauczycielom, co myśli, stając w obronie kolegów. Dzięki postawie klasowej aktywistki zaczęłam być coraz częściej wzywana na dywanik przez naszego wychowawcę. Na szczęście krnąbrność jakoś uchodziła mi płazem. Chyba dzięki temu, że bardzo dobrze się uczyłam. Poza tym wychowawca mnie lubił. „Aneta – prosił czasem – nie bądź taka bojowa na forum klasy. Jako wasz nauczyciel muszę mieć przecież autorytet”. Poczułam się liderką. Zwłaszcza gdy na szkolnych akademiach „ku czci” wstawałam, recytowałam wiersz i na sali zapadała cisza… słuchali uczniowie i nauczyciele. Nic więc nie zapowiadało, że moja dalsza edukacja będzie przysparzać jakichkolwiek problemów. Jednak w liceum wszystko się zmieniło.
Czasem słońce, czasem deszcz Były wczesne lata 80., PRL‑owska rzeczywistość, w której po szynkę na święta stałam z mamą w kolejce od piątej rano. Nie postrzegałam tego jako czegoś wyjątkowego. Takie było wówczas życie i dla mnie to życie toczyło się normalnie. No, może z wyjątkiem szkoły. Byłam uczennicą III LO w Gdańsku, tak zwanej Topolówki. To bardzo dobra szkoła, z tradycjami, w której czuć było ducha Solidarności. Jako nastolatka chodziłam na wiece, nosiłam ulotki, choć nie mogę powiedzieć, że zaliczałam się do działaczek z pierwszego szeregu. Miałam świadomość tego, co się dzieje w Polsce, bo dużo na ten temat rozmawialiśmy w domu. Poza tym wolność, nie tylko w wymiarze osobistym, zawsze była dla mnie czymś ważnym. W liceum, mimo jego wolnościowych klimatów, nie mogłam się jednak odnaleźć. Stałam się introwertyczką, dziewczyną zamkniętą
13
14
kobiety przełomu
rok 1989
w sobie. Głównie za sprawą polonistki. Ceniłam ją jako pedagoga, ale nie miała łatwego charakteru: – Kręglicka, idź natychmiast do łazienki zmyć makijaż! – Do dziś pamiętam jej ostry głos. Tylko że ja żadnego makijażu nie miałam. Pani profesor w żaden sposób nie dało się jednak przekonać. – Kręglicka, umyj ręce, dłonie masz całe żółte, pewnie to od papierosów! – Jej złośliwość zdawała się nie mieć granic, a ja przełykałam łzy. Jak mogłam się wtedy czuć, skoro do dzisiaj nie palę papierosów? Skórę na dłoniach miałam zabarwioną na żółto, bo dzień wcześniej ścierałam z mamą na tarce marchewkę na obiad. Opinia polonistki naznaczyła moje licealne życie, a niesprawiedliwe uwagi wygłaszane pod moim adresem i zaniżone oceny skutecznie zniechęcały do lekcji. Dopiero kiedy zmienił się nam nauczyciel, okazało się, że… jestem dobra z polskiego! W wakacje przed maturą wyjechałam do Londynu na kurs językowy. Przez to nowy rok szkolny rozpoczęłam z miesięcznym opóźnieniem. Kiedy wróciłam, okazało się, że z angielskiego jestem gorsza, niż byłam, a z historii to już naprawdę nic nie umiem… Tak uważali nauczyciele. Nowy historyk na dzień dobry postawił mi dwie dwóje, bo nie mogłam czegoś znaleźć na mapie. Od tamtej pory już mnie nie pytał i groziła mi ocena niedostateczna na półrocze. Po raz pierwszy mój tata poszedł interweniować do szkoły. Spotkał się z historykiem i zapytał, jak to możliwe, że jego córka nagle z bardzo dobrej uczennicy stała się uczennicą zagrożoną. Po tej rozmowie pan profesor nie miał wyjścia – odpytał mnie, a ja poprawiłam ocenę. Postawa takich nauczycieli jak polonistka i historyk sprawiły, że w liceum nie potrafiłam nawiązać bliskich relacji z rówieśnikami. Kolegów, przyjaciół znajdowałam poza szkołą. Chodziłam na prywatki, wyjeżdżaliśmy paczką nad jeziora. W tym czasie poznałam także swojego pierwszego chłopaka. Pozornie toczyłam zwyczajne szczęśliwe życie nastolatki, a mimo to czas licealny wspominam jako okres załamania wiary w siebie. Nie znaczy to, że w tym czasie nie potrafiłam zawalczyć o coś, na czym mi bardzo zależało. Tak było choćby z wakacyjnym wyjazdem na kurs językowy do Londynu. Żeby w latach 80. wyjechać do Wielkiej Brytanii, trzeba było mieć paszport, a żeby go dostać, należało się udać do Naczelnika Wydziału Paszportów i przedstawić mu swoją sprawę, bo ot tak
Aneta Kręglicka
paszportu się nie wydawało. W urzędzie usłyszałam, że jeżeli chcę otrzymać paszport, muszę mieć rekomendację ze szkoły i z ministerstwa oświaty. Bardzo mi zależało na tym wyjeździe, więc postanowiłam działać. Pojechałam do Warszawy. Z dworca odebrał mnie kolega i razem poszliśmy do ministerstwa. Zapukałam do drzwi jednego z departamentów i zaczęłam przedstawiać swoją sprawę. Od pani sekretarki na wstępie usłyszałam: – Jaka rekomendacja? Jakie spotkanie? Pani w ogóle nie jest umówiona! Zaczęłam histeryzować, że specjalnie przyjechałam z Gdańska, przekonywałam, jak bardzo mi zależy na tej rekomendacji, paszporcie i kursie. Mówiłam, że chodzi przecież o moją przyszłość. Chcę się dostać na studia lingwistyczne i ten angielski jest do tego niezbędny. Nie wiem, jak to się stało, ale moje argumenty oraz histeria jakoś zadziałały. Pani sekretarka wpuściła mnie do gabinetu dyrektora. On wysłuchał mnie i powiedział: – Proszę pani, ja to wszystko rozumiem, ale my nie dajemy takiej rekomendacji, bo każdy mógłby przyjechać do ministerstwa i o coś takiego poprosić. – Czy przyjeżdża każdy? Czy pan się spotkał już z takim przypadkiem? – dopytywałam niespeszona. – No nie! – odparł zdeprymowany. – Więc może to jest właśnie ten dzień, ten moment, kiedy powinien pan się zgodzić! Z gabinetu wyszłam zwycięsko, z rekomendacją. Pojechałam z nią do naczelnika Wydziału Paszportów w Gdańsku. Obowiązywała wtedy zasada, że naczelnik nie może w swoim gabinecie siedzieć sam. Tym razem towarzyszyła mu pani z pilniczkiem do paznokci w ręku. Usiadłam przed biurkiem naczelnika, wręczyłam wszystkie zdobyte dokumenty i zaczęłam od początku tłumaczyć, dlaczego potrzebuję paszportu. Wysłuchał, zadał kilka pytań, w końcu pokiwał głową i powiedział: – No dobrze, to rozważymy tę sprawę. Ucieszyłam się, że mnie rozumie, ale wtedy odezwała się pani, przerywając na chwilę piłowanie paznokci: – My na takie wyjazdy nie wydajemy paszportu!
15
16
kobiety przełomu
rok 1989
No to ja znowu swoje, jak bardzo mi zależy, że chciałabym dostać paszport w trybie przyspieszonym, bo mijają wakacje, a ja przecież mogłabym się już uczyć języka w Wielkiej Brytanii. Kilka razy przechodziliśmy przez ten sam rytuał: naczelnik dawał mi nadzieję, a pani z pilniczkiem stanowczo oponowała. Po godzinie wstałam do wyjścia zrezygnowana, a wtedy pan naczelnik powiedział: – Proszę zgłosić się za dziesięć dni, zobaczymy, jak do tego mamy podejść. Po dziesięciu dniach, które odliczałam z niecierpliwością, dostałam paszport i wyjechałam do Londynu. Na kursie językowym poznałam Włocha. Zaczęliśmy ze sobą korespondować. Było dla niego oczywiste, że będziemy też rozmawiać przez telefon. Dla mnie to takie oczywiste nie było, bo w mieszkaniu wówczas telefonu nie mieliśmy. Ustalałam więc listownie z moim włoskim kolegą, kiedy będzie do mnie dzwonił, a umówionego dnia i o umówionej godzinie pędziłam do centrum Wrzeszcza i czekałam na poczcie. On zamawiał rozmowę i pani z okienka na poczcie krzyczała: – Budka numer 6! Pędziłam do budki i mogliśmy się usłyszeć. Takie to były czasy…
Droga do korony Pod koniec lat 80. studiowałam na Wydziale Ekonomiki Produkcji na Uniwersytecie Gdańskim. Znałam biegle angielski, znałam też włoski, bo pojechałam na praktyki studenckie do Włoch. Pracowałam w hotelu we Florencji i uczyłam się języka. Zostałam tam przez rok. Pod koniec marca 1989 roku wróciłam do Polski. Ambitnie postanowiłam, że podejdę do dwóch sesji egzaminacyjnych równocześnie, żeby nie stracić kolejnego roku na studiach. W tym czasie konkursy piękności w ogóle mnie nie interesowały. Zbliżała się końcówka studiów i wiedziałam, co chcę robić w życiu – pracować na własny rachunek. A tu, zupełnie nieoczekiwanie, do udziału w wyborach miss zaczął mnie namawiać… mój tato. Mój konserwatywny tato, któremu nie podobało się, że tańczyłam w zespole tańca nowoczesnego Jump w Akademickim Centrum Kultury na Uniwersytecie Gdańskim. Taniec wybrałam wtedy zamiast zajęć z wychowania fizycznego
Aneta Kręglicka
Aneta Kręglicka studiowała na Wydziale Ekonomiki Produkcji na Uniwersytecie Gdańskim. Fot. Bartosz Arszyński/FORUM
17
18
kobiety przełomu
rok 1989
i dobrze zrobiłam, bo sprawiał mi ogromną przyjemność. Tato nigdy nie widział mnie występującej na scenie w układach choreograficznych, ale wyobrażał sobie, jak wymachuję nogami w towarzystwie innych młodych dziewczyn, ubrana w bardzo krótką spódniczkę. To zupełnie nie mieściło się w jego estetyce i nie pasowało do obrazu jedynej córki. Rok wcześniej wystartowała w konkursie Miss Polonia moja koleżanka z zespołu tańca Róża Gołasiewicz. Pojechaliśmy jej kibicować, a ona została pierwszą wicemiss. Koleżanki stwierdziły wtedy, że teraz moja kolej. Inni znajomi też zaczęli mnie namawiać, a na końcu włączyła się w to rodzina: – Aneta, ty też spróbuj! – mówił tato. Naprawdę nie miałam ochoty. – Tato, mam 16 egzaminów przed sobą, przecież zdecydowałam się robić dwa lata w jeden rok. A tutaj trzeba jeździć na eliminacje, potem pojechać na obóz przygotowawczy dla kandydatek. Poza tym nie chce mi się biegać po scenie w kostiumie kąpielowym. Nie widzę siebie w tym! – Dziecko, przecież jeżeli cokolwiek nie będzie ci odpowiadać, to zrezygnujesz. Jesteś mądrą i rozsądną dziewczyną, potraktuj to jak życiową przygodę! A ze studiami dasz sobie radę. Zresztą, co to za student bez oblanego egzaminu. Najwyżej dostaniesz dwóję i poprawisz! Wahałam się jeszcze, ale mój tato zupełnie oszalał na punkcie wyborów miss i mojego w nich udziału. Nie wywierał presji, tylko po prostu tak bardzo we mnie wierzył, że tą wiarą zarażał. Mam taką naturę, że jak już się na coś zdecyduję, to staram się dać z siebie wszystko. Jak coś zacznę, to muszę skończyć. W końcu weszłam w to. W przygodę pod hasłem „Miss Polonia”. Moja droga do korony zaczęła się od klubu studenckiego Wysepka, do którego chodziłam na dyskoteki jeszcze jako licealistka. W tymże klubie miały się odbyć pierwsze eliminacje. Zadzwonił do mnie znajomy, który chyba jakoś zaangażował się w ich organizację, i mówi: – Aneta, startuj! Będzie kameralna atmosfera! Co ci szkodzi, spróbuj! Spróbowałam. Przeszłam te eliminacje, a potem kolejne, zorganizowane przez „Dziennik Bałtycki”, i dostałam się do konkursu Miss Wybrzeża, który wygrałam.
Aneta Kręglicka
W maju odbyły się półfinały konkursu Miss Polonia w Radomiu. Rodzice pojechali ze mną. Dostałam się do finału. W drodze powrotnej tato powiedział: – Dziecko, widziałem cię na scenie. Ty jesteś, no po prostu… jesteś… – Zabrakło mu słów. – Zobaczysz, wygrasz te wybory Miss Polonia śpiewająco! „Taaaak” – pomyślałam, zakochany w jedynaczce tata znowu swoje. Wróciliśmy do domu, włączyliśmy telewizor. Właśnie zaczynał się „Tele express”, a w nim relacja z radomskich półfinałów. Na temat kandydatek wypowiadali się różni ludzie, między innymi dziennikarz Janusz Atlas: – Moim zdaniem Miss Polonia zostanie numer trzynaście. – Ja miałam wtedy numer trzynaście, choć uważałam, że trzynastka przynosi mi pecha. – To Miss Wybrzeża zostanie Najpiękniejszą Polką. Tato się wtedy bardzo zdenerwował: – Co on, do cholery, mówi, ludzie pomyślą sobie, że jest jakaś ustawka z tymi wyborami, a przecież wiadomo, że ty możesz wygrać! Taki był mój tato. Tak bardzo we mnie wierzył.
Gdzie jest Kręglicka? Wygranie konkursu piękności okazało się wcale nie takie proste, jak przypuszczał tato. Do finału Miss Polonia zakwalifikowano 16 dziewczyn. Wydawało się, że jestem faworytką, ale duże szanse miała też Agnieszka Angelo z Radomia. Piękna i bardzo mądra dziewczyna, brunetka o naturalnej urodzie. Do finałowej grupy kandydatek weszło wtedy wiele blondynek, tak więc ciemnowłosa Agnieszka wyróżniała się spośród nich. Razem mieszkałyśmy podczas dwutygodniowego obozu przygotowawczego w Wieżycy, razem kręciłyśmy sobie papiloty, naprawdę się zaprzyjaźniłyśmy. Ja te wszystkie wybory Miss uwielbiałam przede wszystkim za… przygotowania. Czułam się wtedy jak na fajnych koloniach. Przed występem musiałyśmy dużo ćwiczyć, po kilka godzin tańca dziennie, co sprawiało mi ogromną frajdę. Zawsze kochałam ruch, trenowałam gimnastykę artystyczną, chodziłam na taniec, więc we wszystkich układach choreograficznych wypadałam naprawdę nieźle. Podczas gali finałowej Miss Polonia miałyśmy tańczyć do Bolera Ravela. Przez 7 minut. 7 minut to
19
20
kobiety przełomu
rok 1989
bardzo długo. Januszek Dąbrowski, nasz choreograf, powtarzał na próbach: „Anetka, ty się nie możesz pomylić. Ja ci daję najlepszego tancerza i wy po prostu musicie dać radę, bo inaczej się wszystko posypie”. Organizatorzy bali się, że jeśli choć trochę pomylę kroki czy pójdę w złą stronę, to na scenie zrobi się bałagan, bo wszystkie dziewczyny naśladowały to, co robiłam. Ja prowadziłam: kiedy zatrzymywałam się na próbach, to reszta dziewczyn też stawała w miejscu, jak zaczynałam tańczyć, to one też. Mimo że ze sobą rywalizowałyśmy, na obozie przygotowawczym wyborów Miss Polonia nie było między nami żadnej wrogości, lubiłyśmy się. Końcówka może była troszkę nerwowa, ale to nie z winy dziewczyn, tylko ich rodzin. Niektórzy rodzice czy ciocie i wujkowe nie wytrzymywali ciśnienia, wywierali presję. Na szczęście moi rodzice się w to nie włączali. Na trzy dni przed finałową galą przenieśli nas do hotelu Gdynia. Przygotowania odbywały się w takiej tajemnicy, że podróżowałyśmy autokarem z zasłoniętymi oknami. W hotelu specjalnie przeprogramowano windę, żeby nie zatrzymywała się na naszym piętrze. Miałyśmy zakaz pokazywania się komukolwiek spoza ekipy przygotowującej galę. Przed sopockim finałem Miss Polonia wszystkie kandydatki do tytułu musiały się spotkać z dziesiątką jurorów. To była okazja, żeby przyjrzeć nam się z bliska. Pamiętam, że rozmawiałam m.in. z Niną Terentiew i Sławomirem Zielińskim. Poszłam na spotkanie z jurorami prawie bez make‑upu, z naturalną fryzurą, zwyczajnie ubrana. Mieli szansę nie tylko zobaczyć mnie taką, jaka byłam na co dzień, ale i usłyszeć, co mam do powiedzenia. Słyszałam później, że to właśnie naturalność była moim największym atutem. Już po wyborach Mucha Ihnatowicz, która z fotografem Markiem Czudowskim robiła nam zdjęcia do wizytówek, opowiadała: – Jak zobaczyłam cię w hotelowej restauracji, widziałam tylko twoje wielkie niebieskie oczy. Czułam, że wygrasz. Ja sama tego jeszcze wtedy nie wiedziałam… Finał Miss Polonia odbył się 16 lipca 1989 roku w Operze Leśnej w Sopocie. To nie był mój najlepszy dzień. Na scenie nic nie zostało z dziewczęcego uroku, który tak bardzo podobał się jurorom. Fryzjerzy i wizażyści zafundowali mi stylizację typową dla lat 80. Niepotrzebnie zakręcili włosy na papiloty, a wskutek nadmorskiej wilgoci zrobił mi się na głowie baranek. Próbowali potem te loczki rozczesywać, co dało jeszcze gorszy efekt.
Aneta Kręglicka
II Wicemiss Polonia Żaneta Katkowska, Aneta Kręglicka i I Wicemiss Agnieszka Angelo podczas gali finałowej w sopockiej Operze Leśnej, 16.07.1989 r. Fot. Stefan Kraszewski/PAP
Do tego doszedł zbyt mocny makijaż, a mnie nie jest dobrze w mocnym makijażu: niebieski cień na powiekach, niby pod kolor niebieskiej sukienki. Patrzeć na siebie nie mogłam! Próbowałam coś poprawić, ale to nic nie dało. Teraz w Operze Leśnej są inne warunki, piękne garderoby, oświetlone lustra, a wtedy za kulisami malowałyśmy się dosłownie przy świeczce. Tak wystylizowanej na scenie rodzice niemal mnie nie rozpoznali. – Kiedy stałaś z tym kokonem na głowie, pomyślałem sobie, że jednak nic z tego nie będzie. Nie zostaniesz miss – powiedział mi później tata. Pamiętam też, jak już po finale na bankiecie podeszła do mnie Nina Terentiew, która na scenie z trudem mnie rozpoznała. – Dziewczyno, co oni z tobą zrobili? – spytała. – Podczas gali ciągle pytałam: gdzie jest Kręglicka, gdzie ona stoi…? Coście z nią zrobili? Za to Agnieszka Angelo z kwiatem wpiętym we włosy wyglądała pięknie, klasycznie i wszystkim się podobała. Miała numer 8, ja numer 9. Podczas wręczania nagród stałam obok niej, a ona otrzymywała kolejne szarfy: Miss Gracji, Miss Foto, Miss Elegancji. Byłam pewna, że koronę Miss Polonia też dostanie. Po cichu liczyłam chociaż na tytuł Miss Gracji, bo dobrze tańczyłam, no i to Bolero, które prowadziłam na scenie, dobrze nam wyszło.
21