RACHEL JOYCE
Marzenie panny Benson Przekład Dominika Chylińska
Wydawnictwo Znak Kraków 2022
Tytuł oryginału Miss Benson’s Beetle Copyright © 2020 by Rachel Joyce Projekt okładki Magdalena Palej Zdjęcia na okładce domena publiczna/ thegraphicsfairy.com Redaktor prowadzący Dorota Gruszka Aleksandra Pietrzyńska Opieka redakcyjna Katarzyna Mach Adiustacja Ewdokia Cydejko Korekta Małgorzata Biernacka Barbara Gąsiorowska Łamanie Dariusz Ziach Copyright © for the translation by Dominika Chylińska Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2022 ISBN 978-83-240-6493-9
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2022. Printed in EU
1 Złoty chrząszcz z Nowej K aledonii, 191 4
Mając lat dziesięć, Margery zakochała się w chrząszczu. Był jasny letni dzień, wszystkie okna plebanii stały otworem i Margery wpadła na pomysł, by pożeglować po podłodze swymi ustawionymi w pary drewnianymi zwierzątkami, ale ponieważ należały kiedyś do jej braci, były w większości albo pomazane kredkami, albo połamane, a niektórych w ogóle brakowało. Zastanawiała się, czy w tych okolicznościach można by połączyć w parę wielbłąda o trzech nogach z ptakiem upstrzonym plamkami, gdy wyszedł ze swego gabinetu ojciec. – Masz chwilę, córuchno? – zapytał. – Chciałbym ci coś pokazać. Odłożyła więc wielbłąda i ptaszka i posłusznie za nim podreptała. Stanęłaby na głowie, gdyby o to poprosił. Ojciec podszedł do biurka. Usiadł, uśmiechając się i kiwając głową. Widziała, że nie miał żadnego ważnego powodu, by ją zawołać: ot, chciał po prostu, żeby pobyła z nim przez chwilę. Od kiedy jej czterej bracia poszli na wojnę, często ją do siebie wołał. Czasem też widziała, jak sterczy na dole przy schodach, szukając 9
nie wiadomo czego. Miał najłagodniejsze w świecie oczy, a łysy czubek jego głowy sprawiał, że wydawał się nagi jak jajko. – Sądzę, że mam coś, co mogłoby cię zainteresować, córuchno – rzekł. – Nic wielkiego, ale może ci się spodoba? W takich momentach zazwyczaj pokazywał coś, co znalazł w ogrodzie, jednak tym razem otworzył książkę zatytułowaną Niesamowite stworzenia. Wyglądała na ważną, jak Biblia albo ency klopedia, i pachniała starością, choć równie dobrze mógł to być jego zapach. Margery stanęła obok ojca, usilnie starając się nie wiercić. Na pierwszej stronie widniał malunek wyobrażający człowieka. Miał zwyczajną twarz i zwyczajne ramiona, ale tam, gdzie powinny się były znajdować nogi, wyrastał zielony syreni ogon. Zdumiała się. Następny obrazek był równie dziwny. Wiewiórka, podobna do tych z ogrodu, ale ze skrzydłami. I tak dalej, strona po stronie oglądała jedno niesamowite stworzenie za drugim. – No, popatrz tylko – mówił tata. – Coś takiego, mój ty Boże. A spójrz na tego koleżkę, Margery. – Są prawdziwe? – Być może. – Mieszkają w zoo? – O nie, serduszko. Nawet jeśli te stworzenia istnieją, nikt ich jeszcze nie odnalazł. Są ludzie, którzy wierzą w ich istnienie, ale ponieważ nie zostały jeszcze schwytane, nie mogą tego dowieść. Nie miała pojęcia, o czym on mówił. Aż do tej chwili była przekonana, że wszystko na tym świecie zostało już odnalezione. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że mogłoby być inaczej. Że można zobaczyć w książce obrazek – czy nawet coś sobie tylko wyobrazić – a dopiero potem zacząć tego szukać. Ojciec pokazał jej himalajskiego yeti, potwora z Loch Ness oraz wielkiego leniwca patagońskiego. Był tam też irlandzki łoś z porożem tak wielkim jak skrzydła. Południowoafrykańska kwagga, 10
która z początku wyglądała jak zebra, póki nie straciła pasków i nie stała się koniem. Alka olbrzymia, małpa z lwim ogonem, tygrys z Queensland. Tyle jeszcze niesamowitych istot na świecie i nikt nigdy dotąd nie odnalazł żadnej z nich. – Myślisz, że są prawdziwe? – zapytała. Ojciec przytaknął ruchem głowy. – Podnosi mnie na duchu myśl o tym, czego jeszcze nie znamy, czyli niemalże o wszystkim. – Wygłosiwszy tę pokrętną mądrość, przewrócił kolejną stronę. – Ach! I wskazał na jakiś punkcik. Chrząszcz. Jakież to było nic. Maleńkie i zwyczajne. Nie rozumiała, co robiło w książce o niesamowitych stworzeniach, nieważne, odnalezionych czy jeszcze nieodnalezionych. Było to coś, na co pewnie nadepnęłaby, nawet tego nie zauważywszy. Wyjaśnił jej, że głowa chrząszcza nazywa się głową, środek tułowiem, a dolna połowa odwłokiem. Chrząszcze mają dwie pary skrzydeł – wiedziała o tym? Jedną parę delikatnych, dzięki którym mogą latać, a drugą stwardniałych – dla ochrony tych pierwszych. Dodał, że na tym bożym świecie istnieje więcej rodzajów chrząszczy niż jakichkolwiek innych gatunków, a każdy jest wyjątkowy na swój jedyny, niepowtarzalny sposób. – Ten wygląda trochę niepozornie – oznajmiła. Margery słyszała, jak ciotki mawiały, że ona jest niepozorna. W przeciwieństwie do jej braci – urodziwych jak rumaki. – Aha! No popatrz tylko! Gdy odwrócił następną kartkę, zamarła. Tego samego chrząszcza przedstawiono teraz w niemal dwudziestokrotnym powiększeniu. I myliła się. Myliła się tak bardzo, że ledwie wierzyła własnym oczom. W powiększeniu ta mała, niepozorna istotka wcale nie była niepozorna, ani trochę. Owalnego kształtu, calusieńka złota, była olśniewająca. Złota główka, złoty tułów, złoty odwłok. Nawet jego maleńkie odnóża były złote, 11
zupełnie jakby Matka Natura posłużyła się jakimś klejnotem, żeby go stworzyć. Był nieskończenie wspanialszy od człowieka z ogonem. – To złoty chrząszcz z Nowej Kaledonii – powiedział ojciec. – Wyobraź sobie, jak by to było, gdyby go tak odnaleźć i przywieźć do domu. Nim zdołała zadać więcej pytań, na zewnątrz zadźwięczał dzwonek i ojciec ostrożnie wstał. Zamknął za sobą drzwi tak delikatnie, jakby miały zdolność odczuwania, i zostawił ją samą z chrząszczem. Wyciągnęła palec, żeby go dotknąć. – Wszyscy? – Usłyszała, jak pyta w holu. – Jak to? Wszyscy? Dotychczas Margery nie podzielała miłości ojca do owadów – często przebywał w ogrodzie z siatką na owady, ale zazwyczaj towarzyszyli mu jej bracia. Jednakże gdy jej palec dotknął złotego chrząszcza, coś się wydarzyło: jakby wytrysnęła spod niego iskra i otworzyła się przed nią przyszłość. Odczuła naraz falę gorąca i zimna. Znajdzie tego chrząszcza. To proste. Pojedzie do Nowej Kaledonii, gdziekolwiek się ona znajduje, i przywiezie go do domu. Właściwie poczuła coś na kształt uderzenia, jak gdyby ktoś utrącił jej czubek głowy. Już widziała siebie jadącą przodem na mule, a za sobą asystenta dźwigającego kufry i skrzynie. Kiedy jednak wielebny Tobias Benson wrócił, nie pamiętał już ani o chrząszczu, ani o Margery. Podszedł powoli do biurka i zaczął przetrząsać papiery, podnosząc je i odkładając, jakby żaden z nich nie był tym, czym być powinien. Podniósł przycisk do papieru, a potem pióro, następnie umieścił przycisk na miejscu pióra, i wyglądało na to, że nie ma pojęcia, co zrobić z piórem. Możliwe, że całkiem zapomniał, do czego służy. Po prostu patrzył uparcie przed siebie, a z oczu nieprzerwanym strumieniem płynęły mu łzy . – Wszyscy?… – powtórzył. – Jak to? Wszyscy? Następnie wyciągnął coś z szuflady i wyszedł przez portfenetr, i zanim zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje, zastrzelił się.
Anglia, początek września 1950 PRZYGODA!
2 Co pani wyczynia z moimi butami?
Panna Benson zauważyła, że po klasie krąży jakiś zabawny liścik. Wyruszył z tylnych rzędów i wędrował teraz ku środkowi sali. Rozlegające się tu i ówdzie śmiechy były z początku cichutkie, z wolna jednak przybierały na sile i zdawały się już nie do stłumienia: jedna z dziewczynek dostała czkawki, inna niemal spurpurowiała. Panna Benson nie przerwała jednak lekcji. Postąpiła z liś cikiem tak, jak zawsze z nimi postępowała, czyli udawała, że nie istnieje. Po prostu mówiła nieco głośniej. Tymczasem dziewczęta nadal przekazywały sobie karteczkę, a ona nadal opowiadała, jak upiec ciasto w czasie wojny. Co prawda, druga wojna światowa już się zakończyła – przeszło pięć lat temu – ale nie skończyło się racjonowanie towarów. Mięso było na kartki, masło było na kartki, podobnie jak smalec i margaryna. Racjonowano cukier. Racjonowano herbatę. Także ser, węgiel, mydło, słodycze. Wszystko było na kartki. Mankiety jej żakietu całkiem się przetarły, a jedyna para butów tak zestarzała, że w czasie deszczu chlupotała w nich woda. Gdyby je zaniosła do szewca, nie miałaby innego wyjścia, jak tylko siedzieć u niego 15
w samych pończochach i czekać, aż będą gotowe, więc nosiła je nadal, a one wciąż się rozpadały, bardziej i bardziej. Wzdłuż ulic nadal ciągnęły się szeregi zrujnowanych budynków – pokoje bez ścian, ze zwisającą gdzieniegdzie z sufitu starą żarówką albo nawet łańcuszkiem od spłuczki toaletowej – a ogrody nadal przekopywano w poszukiwaniu nadających się do jedzenia angielskich jarzyn. W lejach po bombach piętrzyły się stare gazety. Ludzie przemykali na rogach ulic w ubraniach z demobilu należących niegdyś do kogoś innego, a kobiety godzinami wystawały w kolejkach po tłusty kawałek bekonu. Można było kilometrami jechać autobusem i nie ujrzeć choćby jednego kwiatka. Ani niebieskiego nieba. Czegóż by nie dała za niebieskie niebo! Chyba nawet i to racjonowano. Ludzie wciąż powtarzali, że to nowy początek, a mimo to każdy następny dzień był mniej więcej taki sam jak poprzedni. Kolejki. Zimno. Odnosiła czasami wrażenie, że całe życie się żywiła resztkami. Tymczasek liścik dotarł już do drugiego rzędu. Prychanie. Chichoty. Mnóstwo trzęsących się ramion. Wyjaśniała właśnie, jak złożyć tortownicę, gdy ktoś szturchnął dziewczynkę w pierwszym rzędzie i liścik wciśnięto do rąk Wendy Thompson. Wendy była słabowitą panienką, która zawsze sprawiała wrażenie, jakby się właśnie spodziewała najgorszego – wyglądała na przerażoną, nawet gdy się było dla niej miłym – toteż pannę Benson zaskoczyło to, że kiedy otworzyła liścik, to zawyła. I stało się. Dziewczęta dosłownie eksplodowały śmiechem i tym razem nawet już nie próbowały się opanować. Gdyby trwało to dłużej, usłyszałaby je ani chybi cała szkoła. Margery odłożyła kredę. Śmiech cichł stopniowo, kiedy dziewczęta zdały sobie sprawę, że na nie spogląda. „Wóz albo przewóz”, powiedziano jej kiedyś. Nie próbuj się z nimi zaprzyjaźniać. Te dziewczyny nie są twoimi przyjaciółkami. Nauczycielka plastyki poddała się po tygodniu. 16
„One buczą – łkała w pokoju nauczycielskim – a kiedy pytam, kto buczy, patrzą mi prosto w oczy i mówią: »Nikt nie buczy, proszę pani«”. Trzeba było być na wpół głuchym, żeby tu pracować. Margery zeszła z drewnianego podestu. Wyciągnęła rękę. – Podaj mi, proszę, liścik, Wendy. Delikwentka siedziała ze spuszczoną głową niczym przerażony królik. Dziewczęta w tylnym rzędzie wymieniły spojrzenia. Poza tym nikt się nie poruszył. – Chcę się po prostu dowiedzieć, co was tak rozbawiło, Wendy. Może pośmiejemy się razem. Wtedy jeszcze Margery nie zamierzała czytać liściku. Ani też śmiać się z dowcipu. Chciała go po prostu otworzyć, a potem wrzucić do kosza na śmieci, następnie zaś wspiąć się na podest i dokończyć lekcję. Zbliżał się czas na przerwę. W pokoju nauczycielskim będą z pewnością gorąca herbata i herbatniki. – Liścik – poprosiła. Wendy podała go jej tak powoli, że pewnie szybciej doszedłby pocztą. – Och, ja nie chciałam, proszę pani – powiedziała cicho. Margery wzięła od niej kartkę. Otworzyła ją. Cisza rozwinęła się jak wstążka ze szpulki. To, co trzymała w dłoni, nie było zwyczajnym liścikiem. Nie był to nawet żarcik. Ani kilka słów o tym, jak nudna jest lekcja. Był to rysunek. Starannie wykonany żart rysunkowy, przedstawiający starą, zwalistą kobietę i tą starą, zwalistą kobietą była bez wątpienia Margery. To jej workowaty kostium, z pewnością jej buty. Wyglądały jak deski na końcach dwóch wielkich nóg – widać było nawet jej wystający palec. Dziewczynki narysowały nos jak kartofel, a włosy jak gniazdo szalonego ptaka. Przyprawiły też wąsy – nie jakieś eleganckie, ale krótkie, grube, jak wąsik Hitlera. A u góry ktoś napisał: „Dziewica Margery”! 17
Wstrzymała oddech. Nie mogła pomieścić w sobie tej fali bólu i gniewu, która w niej wezbrała. Chciała powiedzieć, a właściwie wykrzyczeć: „Jak śmiecie?! Nie jestem tą kobietą! Nie jestem!”. Ale nie potrafiła. Zamiast krzyczeć, zastygła w bezruchu, przez jedną irracjonalną chwilę mając nadzieję, że cała ta sprawa rozpłynie się w powietrzu i nigdy nie wróci, jeśli tylko będzie tak stała, nie robiąc nic. Lecz wtedy ktoś zachichotał, ktoś inny zakaszlał. – Kto to zrobił? – zapytała. Była tak zdruzgotana, że jej głos zabrzmiał dziwnie cienko. Powietrze nie chciało się układać w wyraźne dźwięki. Nie padła żadna odpowiedź. Teraz już nie miała wyboru, musiała zareagować. Postraszyła dziewczęta dodatkową pracą domową. Powiedziała, że stracą popołudniową przerwę. Ostrzegła nawet, że przyprowadzi wicedyrektorkę szkoły, a tej kobiety wszyscy się bali jak ognia. Bardzo rzadko się śmiała, Margery widziała ją śmiejącą się tylko raz, kiedy to ona, Margery, przytrzasnęła sobie spódnicę drzwiami i w nich utknęła. („Nigdy nie widziałam niczego tak zabawnego”, rzekła potem wicedyrektorka. „Wyglądała pani jak niedźwiedź w pułapce”). Nic nie podziałało. Dziewczęta nadal siedziały, milcząc z determinacją, ze spuszczonymi oczami, lekko zaróżowionymi twarzami, aż wreszcie rozległ się dzwonek na popołudniową przerwę i korytarze zaczęły wzbierać jak rzeka tupotem stóp i wrzawą. A to, że nie chciały przeprosić ani wskazać winnej – nawet Wendy Thompson się nie ugięła – sprawiło, że Margery poczuła się jeszcze bardziej samotna i jeszcze bardziej nie na miejscu. Wrzuciła liścik do kosza na śmieci, ale nawet tam przecież wciąż istniał. Jakby był częś cią powietrza wokół. – Lekcja skończona – oznajmiła, dostojnym, jak miała nadzieję, tonem. Następnie wzięła swoją torebkę i wyszła. Ledwie przeszła przez drzwi, rozległ się śmiech. – Wendy, jesteś wielka! – wrzeszczały dziewczęta. 18
Margery przeszła obok laboratorium fizycznego i oddziału his torii, a potem nawet już nie wiedziała, dokąd idzie. Słyszała tylko ten śmiech. Próbowała wyjść na boisko, jednak wiodące do niego drzwi były zamknięte, a nie mogła skorzystać z głównego wejścia, gdyż służyło tylko gościom, personelowi surowo wzbroniono go używać. Aula? Nie. Pełno w niej było dziewcząt w kamizelkach i majtkach, wykonujących jakiś zwiewny taniec z chorągwiami. Zaczynała się bać, że utknie tu na zawsze. Minęła wystawę szkolnych trofeów, wpadła na pudło ze sportowymi plastronami i omal się nie wywróciła na gaśnicy. „Pokój nauczycielski”, powiedziała do siebie. „W pokoju nauczycielskim będzie bezpiecznie”. Margery była dużą kobietą. Wiedziała o tym. I zaniedbała się przez wszystkie te lata. O tym także wiedziała. Jako dziewczynka była wysoka i szczupła, tak jak jej bracia, miała też ich jasne niebieskie oczy. Nosiła nawet po nich używane ubrania. Stanowiło to źródło jej cierpień – nie tyle używane ubrania, ile wzrost – już we wczesnych latach nauczyła się garbić. Jednakże naprawdę duża, a właściwie Duża Osoba zrobiła się z niej wtedy, kiedy skończyły się jej miesiączki. Przytyła, podobnie jak jej matka, a nadwaga przyczyniła się do bólu w biodrze, który pojawiał się niespodzianie i sprawiał, że utykała. Nie zdawała sobie jednak sprawy z tego, że stała się obiektem szkolnych żartów. W pokoju nauczycielskim było za gorąco, pachniało sosem spod pieczeni i starymi swetrami. Nikt się z nią nie przywitał ani nie uśmiechnął, gdy weszła; większość drzemała. Wicedyrektorka, żwawa kobieta w plisowanej spódnicy, stała w kącie skwaszona z pudełkiem pinezek w ręce i sprawdzała tablicę ogłoszeń dla personelu. Margery nie mogła się wyzbyć uczucia, że wszyscy wiedzieli o rysunku i także się śmiali – nawet przez sen. Nalała sobie filiżankę niezbyt gorącej herbaty z termosu, wzięła resztę herbatników i skierowała się w stronę krzesła. Ktoś zostawił parę nowych butów do lacrosse’a na siedzeniu, więc odstawiła je na podłogę i usiadła. 19
– Te buty są moje! – zawołała wicedyrektorka, nawet na nią nie patrząc. Za oknem mgła rozmazywała kontury drzew, wsysając je w nicość, a trawa zdawała się bardziej brązowa niż zielona. Zmarnowała dwadzieścia lat w tej pracy, a przecież nawet nie lubiła gotować. Złożyła podanie wyłącznie dlatego, że nie miała innego wyjścia. „Tylko niezamężne kobiety”, napisano w ogłoszeniu. Znów pomyś lała o rysunku. Dziewczęta zadały sobie wiele trudu, by ośmieszyć jej okropne włosy, zdarte buty, znoszony stary kostium. I dopiek ły jej tym do żywego, bo miały rację. Wszystkie miały rację. Nawet we własnych oczach – przede wszystkim we własnych oczach – Margery sprowadzała się do żartu. Po szkole zwykle szła do swego mieszkania, które – mimo że zastawione ciężkimi meblami po ciotkach – było puste i zimne. Czekała na windę, która nigdy nie przyjeżdżała, ludzie zawsze bowiem zapominali porządnie zamknąć drzwi, więc ostatecznie, ciężko stąpając, wspinała się po schodach na czwarte piętro. Przygotowywała sobie posiłek z tego, co akurat znalazła, później zmywała i odkładała naczynia na miejsce, a wreszcie brała aspirynę i czytała, póki nie zmorzył jej sen, i nikt nie wiedział, że taka właśnie jest prawda – opuszczała kilka rozdziałów albo zjadała wszystko, co miała w mieszkaniu na jedno posiedzenie – i nikt tego nie zauważał, a nawet gdyby ktoś zauważał, i tak nie miałoby to dla świata żadnego znaczenia. Weekendy i wakacje szkolne wyglądały jeszcze gorzej. Niekiedy całe dnie mijały, a jej się zdarzało nie zamienić ni słowa z inną istotą ludzką. Próbowała, jak się dało, przeciągać domowe obowiązki, ale ileż razy można chodzić do biblioteki, by wymienić książkę i nie wyglądać przy tym na bezdomną. Oczami wyobraźni zobaczyła chrząszcza w zatruwaczce, konającego powoli. Jej ręka dotknęła podłogi. Odstawiła filiżankę i podniosła buty wicedyrektorki, zanim jej głowa zorientowała się, co się dzieje. 20
Były wielkie i czarne. Oraz solidne. Z grubymi protektorami na podeszwie dla lepszej przyczepności. Wstała. – Panno Benson! – zawołała wicedyrektorka – Proszę wybaczyć! Co pani wyczynia z moimi butami? Pytanie było proste, jednak Margery nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Jej ciało przejęło nad nią kontrolę. Minęła wicedyrektorkę i termos z herbatą oraz pozostałych członków ciała pedagogicznego – którzy, wiedziała to dobrze, nawet się nie odwracając, ocknęli się z drzemki i patrzyli na nią w zdumieniu z otwartymi ustami – po czym opuściła pokój nauczycielski z butami pod jedną pachą i torebką pod drugą. Przedarła się przez tłum dziewcząt i pośpieszyła w stronę głównego holu. – Panno Benson?! – usłyszała za sobą. – Panno Benson! No i co też ona najlepszego wyprawia? Wystarczająco już niewłaściwe było zabranie cudzych butów i wyjście z nimi, a teraz jej ręce postanowiły posunąć się jeszcze dalej. Jak gdyby rekompensując sobie uczucie obumierania, które ją ogarniało, chwytały bez zastanowienia rozmaite przedmioty. A to srebrny puchar, a to zwój sportowych plastronów, a to gaśnicę. Nagle wstąpiło w nią coś szkaradnego i zamiast przeprosić, i odłożyć wszystko na miejsce, pogorszyła tylko sprawę po tysiąckroć. Minęła gabinet dyrektorki oraz zamknięte na klucz drzwi na boisko, po czym wkroczyła wprost do głównego holu – gdzie, o czym dobrze wiedziała i o czym wiedzieli wszyscy, stanowczo wzbroniono wchodzić personelowi – obwieszonego portretami poprzednich dyrektorek, z których wszystkie bez wyjątku z całą pewnością musiały być dziewicami. Wicedyrektorka podążała jej tropem i zbliżała się z każdą sekundą. – Panno Benson? Panno Benson! Kiedy udało jej się otworzyć główne drzwi za trzecim razem, z trudem zdołała utrzymać w rękach zabrane rzeczy. Gaśnica na 21
przykład ważyła o wiele więcej, niż się spodziewała. To jakby mocować się z małym dzieckiem. – Panno Benson. Jak pani śmie? Pchnąwszy drzwi, wyszła, ciężko stąpając. Wreszcie odwróciła się w porę i dostrzegła twarz wicedyrektorki, białą jak kreda i surową, a znajdującą się tak blisko niej, że kobieta pewnie zdołałaby złapać Margery za włosy. Zatrzasnęła drzwi. Wicedyrektorka krzyknęła. Margery odniosła okropne wrażenie, że zraniła ją w głowę. Czuła też, że należałoby przyśpieszyć, jednak jej ciało uczyniło już i tak wystarczająco dużo i zapragnęło się nagle położyć. Co gorsza, ścigało ją teraz więcej osób. Kilku nauczycieli, a nawet grupka podekscytowanych dziewcząt. Nie było innego wyjścia, jak tylko biec dalej. W płucach ją piekło, nogi się chwiały, biodro rwało znajomym bólem. Kiedy chwiejnym krokiem wyminęła korty tenisowe, poczuła, że świat zaczyna wirować jej przed oczami. Cisnę ła w bok gaśnicę, puchar i plastrony i dopadła głównej bramy. W chwili gdy autobus z numerem siedem wynurzył się zza grzbietu wzgórza, popędziła, kuśtykając, do przystanku najszybciej, jak ją zdołały ponieść jej wielkie nogi, ściskając przy tym buty pod pachą, jak jakieś szamoczące się zwierzątko. – Niech pani nie sądzi, że jej to ujdzie na sucho! Autobus zatrzymał się dokładnie przed Margery. Na horyzoncie zamajaczyła wolność. Jednakże akurat wówczas, kiedy powinna się była znaleźć w bezpiecznym miejscu, doznała szoku i jej ciało zastygło w pół ruchu. Nic nie było tak, jak należy. Konduktor zadzwonił na odjazd; autobus zaczął się toczyć i oddalać, i byłby ją zostawił na przystanku, gdyby nie szybka reakcja dwóch pasażerów, którzy chwycili ją za klapy i wciągnęli do środka. Margery przywarła do słupka, niezdolna wymówić słowa i ledwie widząc na oczy, a autobus wiózł ją coraz dalej i dalej od szkoły. 22
Nigdy w życiu nie zrobiła nic złego. Nigdy niczego nie ukradła, prócz – raz jeden jedyny – męskiej chusteczki do nosa. A jednak w głowie jej dudniło, serce tłukło się w piersi, a włosy na karku stanęły dęba. Jedyne, o czym mogła myśleć, to Nowa Kaledonia. Następnego ranka zamieściła w „Timesie” ogłoszenie: „Poszukuje się mówiącego po francusku asystenta. Cel – ekspedycja na drugi koniec świata. Wszelkie koszty są z góry pokryte”.
Spis treści
1 Złoty chrząszcz z Nowej Kaledonii, 1914. . . . . . . . . . . .
9
Anglia, początek września 1950 PRZYGODA!. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 2 Co pani wyczynia z moimi butami?. . . . . . . . . . . . . . . . . . 3 Naprawdę głupia kobieta. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 4 Po prostu się tego pozbądź! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5 Słaby ucisk pod żebrami. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 6 Trochę niezłej zabawy. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 Gdzie jest Enid Pretty? . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 8 Dostać się tam to zaledwie połowa przyjemności! . . . . 9 Pasażer na gapę. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 10 Ileż można wymiotować! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 11 Coś podejrzanego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 12 Prawda o Enid Pretty. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 13 Podglądanie ojca i Muzeum Historii Naturalnej. . . . . . 14 To nie miejsce dla takiej damy jak ty . . . . . . . . . . . . . . . 15 Bliżej. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 16 Londyn, listopad 1950 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 17 Dwie pary skrzydeł. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
13 15 24 34 40 48 51 60 73 76 85 88 100 105 117 120 122
395
Nouvelle-Calédonie, koniec listopada 1950 POSZUKIWANIA! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 129 18 Ta piękna wyspa: Krótki wstęp do historii wysp pióra wielebnego Horacego Blake’a. . . . . . . . . . . . . . . . 131 19 Kłopot w tym, że twoim zdaniem mamy czas . . . . . . . . . 137 20 Brisbane. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 145 21 Czas ruszyć na północ. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 148 22 Londyn, grudzień 1950. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 158 23 Masz bardzo dobre nogi . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 161 24 Znów w drodze. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 173 25 Ostatnie Miejsce. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 175 26 Trzeba zabić to, co się kocha . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 184 27 Jest mgła, nie ma mgły. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 189 28 Broń nie wchodzi w rachubę . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 199 29 Papierowe wycinanki i gwiazdy. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 208 30 Codziennie pniemy się wyżej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 211 31 Straszna sprawa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 223 32 Londyn, grudzień 1950. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 228 33 Wesołych świąt, Margery Benson. . . . . . . . . . . . . . . . . . . 231 34 Święto Trzech Króli . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 240 35 Umrzemy!. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 245 36 Łatwizna. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 256 37 Zmiana planu. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 260 38 Buty z klamerką. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 268 39 Kamienie żałobne . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 276 40 Niespodziewany rozwój wypadków. . . . . . . . . . . . . . . . . 282 41 Linia, która wszystko łączy. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 287 42 Czerwony sakwojaż Enid . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 290 Nouvelle-Calédonie, luty 1951 ŚCIGANE!. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 305 43 Victorio, nie panujesz nad emocjami . . . . . . . . . . . . . . . 307 44 Tak strasznie dużo krwi!. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 313 396
45 46 47 48 49 50 51 52 53
Węże. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 323 Maleńki cud . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 327 Chrząszcze i oczy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 337 Sanktuarium. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 340 Pani Pope. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 346 Nie pojedziemy na mule. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 349 Londyn, luty 1951. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 361 Żywe klejnoty. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 363 Prawie na miejscu. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 370
Muzeum Historii Naturalnej FREYA. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 381 54 Złoty chrząszcz z Nowej Kaledonii, 1983. . . . . . . . . . . . 383 PODZIĘKOWANIA. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 389