

nieJakteraz, to kiedy? JAGA TULISZKA
Wydawnictwo Znak
Kraków 2026
Projekt okładki
Michał Jakubik
Grafika na okładce
Slamet Creative / Adobe Stock
Zdjęcie autorki na wewnętrznej stronie okładki
DANA Puciłowska
Redaktorka nabywająca
Dorota Gruszka
Redaktorka prowadząca
Aleksandra Pietrzyńska
Opieka redakcyjna
Paulina Gwóźdź
Promotorka
Karina Caban
Redakcja
Agata Ługowska
Korekta
Maria Zając
Marta Tyczyńska-Lewicka
Łamanie
CreoLibro
Copyright © by Jadwiga Maria Tuliszka
Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-141-4
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37
Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl
Wydanie I, Kraków 2026. Printed in EU
Rozdział 1
Lato 2015
Mira stała na szeroko rozstawionych nogach, próbując tak się ustawić, aby zminimalizować narastający ból kręgosłupa. Wiedziała, że to niewiele zmieni, ale delikatne kołysanie się na boki pozwalało jej przetrwać niewygody pracy. Od kilku godzin nieprzerwanie trwała przy swoim stanowisku w maleńkim salonie fryzjerskim. Choć była jego właścicielką, wciąż czuła się jak wyrobnica, zatrudniona na kiepskich warunkach do przeróżnych zajęć. Stale wszystko było na jej głowie, począwszy od zamiatania włosów i prania ręczników, przez zamawianie towaru i parzenie kawy, aż po wszelkie opłaty i planowanie grafiku. Głowa ciągle pracowała na równi z ciałem. Nawet gdy Mira kładła się spać, nadal analizowała, czy wystarczy jej szamponów i pelerynek, czy kupiła mleczko do kawy dla klientek i czy w toalecie wisi papier toaletowy. Nawijała na szczotkę kolejne pasma krótko ostrzyżonych włosów starszej pani z sąsiedztwa. Suszarka leniwym strumieniem utrwalała każdy lok. Mira bardzo chciała przyśpieszyć,
użyć mocniejszego nawiewu, aby zakończyć ten mozolny proces, ale nie mogła. Po pierwsze dlatego, że pani Maria miała bardzo wrażliwą skórę i cieplejsze powietrze od razu parzyło ją w głowę, a po drugie dlatego, że klientka ciągle opowiadała historię swojego życia, a na wyższym poziomie suszarka tak hałasowała, że Mira nie słyszała większości słów.
A musiała słyszeć wszystko…
Pani Maria, jakby kontrolnie, zadawała od czasu do czasu jakieś pytanie. Mira już się nauczyła, że brak odpowiedzi nie wchodzi w grę, że musi aktywnie słuchać. Dla tej klientki spotkania w salonie były jedyną okazją do dłuższej rozmowy z kimś innym niż schorowany mąż, który przez całe życie okropnie traktował żonę, a na swoją niedołężną starość stał się jeszcze podlejszy.
Pani Maria przy pierwszych wizytach dała się poznać jako serdeczna i uśmiechnięta staruszka, zawsze schludna i zadbana, w lekko za dużych swetrach. Odważnie prosiła o wyraziste kolory włosów, lubiła intensywny odcień miedzi i chociaż
Mira była przekonana, że to nie jest najlepszy wybór, spełniała życzenie klientki, za każdym razem obiecując sobie, że za miesiąc już na pewno zaproponuje jej zmianę. Podczas kolejnej wizyty robiła jednak dokładnie to samo. Po roku wspólnych spotkań pani Maria nadal nosiła rudomiedziane włosy. Mira nie ingerowała. Szósty zmysł pozwalał jej wyczuć to, co niewypowiedziane. Przez te wszystkie lata pani Maria miała tylko tę jedną decyzję dla siebie. Tylko to nie interesowało jej despotycznego męża – kolor włosów żony. Mira nie mogła jej tego odebrać.
Z każdym spotkaniem poznawały się lepiej i bardziej się do siebie zbliżały. Pani Maria znalazła w Mirze słuchaczkę, której
wcześniej nie miała, a maleńki salonik, z trudem mieszczący drugie stanowisko, dawał możliwość intymnej rozmowy i zwierzeń. Ta uśmiechnięta staruszka niosła w sobie nie tylko smutną, trudną przeszłość, ale i przygnębiającą teraźniejszość.
– Pani Mario, czy dzisiaj trochę podtapirować? – zapytała z uśmiechem Mira, jak zawsze przerywając w odpowiednim momencie, by praca szła płynnie. Gdyby nie pilnowała czasu, stale miałaby opóźnienia, bo każda opowieść toczyła się bez końca.
– Sama nie wiem – odparła pani Maria, podnosząc wzrok na odbicie w lustrze. – Dzisiaj jest bardzo ciepło, może jak będzie trochę potapirowane, dłużej się utrzyma.
Mira uśmiechnęła się do siebie. Słowo „potapirowane” zawsze ją bawiło, ale nie dawała tego po sobie poznać. Wiele pań z sąsiedztwa używało właśnie tej formy.
– Oczywiście! A skoro dzisiaj ma pani taką uroczystość, to koniecznie musi pani wyglądać nienagannie. Trochę tapiru, trochę lakieru i będzie pani piękna jak w dniu ślubu. Proszę kontynuować. Kto po was przyjedzie? – zachęciła Mira, dając do zrozumienia, że doskonale pamięta, o czym rozmawiały.
– Och, pani Miro kochana! Przecież nie będę tu pani zanudzać, pani ma tyle innych spraw, po co jeszcze historie staruszki? – Jak zawsze skromna, próbowała przerwać swoją opowieść.
– No i zostawi mnie pani w połowie historii? Przecież nie zasnę, jeśli się nie dowiem, jak dostanie się pani do kościoła z mężem na wózku – odpowiedziała kokieteryjnie Mira.
– Pani to ma cierpliwość do tego mojego gadania. Nikt mnie tak nie wysłucha jak pani, nawet ksiądz przy spowiedzi – zaśmiała się i dodała: – A zresztą jemu to już i tak
niewiele mówię. Co on tam wie? Taki młody jest teraz u nas w parafii. Jak ja mam mu się spowiadać, kiedy on nie może mieć pojęcia, jak mi ciężko? Przecież nie zrozumie. Idę tam, bo dla Boga chodzę. Spowiadam się, żeby Eucharystię przyjąć, to jedno daje mi ukojenie. Wie pani, pani Mirko, ja to Bogu wszystko powierzam, całe swoje życie. Mój mąż, pani wie, Mireńko kochana, że on niezbyt dobry dla mnie, ja to już pani mówiłam, ale czy ja zasłużyłam na lepszego? Nie wiem, nie mnie to oceniać. Takiego wybrałam, z takim muszę być, przecież przed Bogiem mu ślubowałam, że aż do śmierci… Boże mój, niechby ta śmierć już przyszła!
– Co też pani mówi!? Pani… taka pełna życia, jaka śmierć?
– Boże mój, przecież nie moja, tylko jego! Jego niech już przyjdzie!
Obydwie się roześmiały.
To była jedna z tych rzeczy, które Mira lubiła w pani Marii. Staruszka dźwigała swoje życie z ogromną pokorą, ale w sekundę potrafiła zmienić ton i powiedzieć coś, co rozśmieszało rozmówcę.
Tego dnia pani Maria świętowała sześćdziesiątą rocznicę ślubu. Przeżyć z jednym człowiekiem sześćdziesiąt lat – już samo to było dla Miry nie do pojęcia. A przecież wiedziała o jej mężu nieco więcej.
Podobno na początku ich małżeństwa był ciepły, serdeczny i troskliwy. Czasy były paskudne, rządziła partia komunistyczna, w sklepach brakowało żywności, ubrań i przedmiotów codziennego użytku. Kilometrowe kolejki dezorganizowały życie, wszechobecny aparat władzy będący jej „oczami i uszami” budził powszechny strach. Mimo to, jak mawiała pani Maria, życie było znośne. Mąż pracował w fabryce, zarabiał niedużo,
ale wystarczało. Zawsze coś załatwił, z kimś się dogadał, to przyniósł pęto świeżej kiełbasy, innym razem kupon kwiecistego materiału na nową spódnicę. Nie pytała nigdy, skąd i jak. Cieszyła się, że coś ma.
Mira zastanawiała się czasem, czy pani Maria doświadczyła wydarzeń Poznańskiego Czerwca. Sama może niewiele pamiętała z lekcji historii, ale opowieści ludzi, którzy coś przeżyli, zostawały w niej głęboko. Z jakichś powodów pani Maria nie opowiadała o dramatach tamtych dni. Mawiała: „O tym to w podręcznikach trzeba przeczytać, Mireńko kochana. Teraz już są takie, w których prawdę piszą”.
Pani Maria zajmowała się domem i synkiem Kazikiem, który wspólnie z mamą rozwijał swoją pasję do książek. Była to ich ucieczka od ponurej codzienności. Pochłaniali wszystko, co udało jej się znaleźć – od klasyków literatury po nowoczesne opowieści i reportaże. Pani Maria często zdobywała książki dzięki znajomościom lub wymianie z innymi rodzicami, co stawało się w ich domu swego rodzaju małym rytuałem. Przez wiele lat prowadzili skromne i spokojne życie. Aż do dnia, w którym Kazik zginął w tragicznym wypadku podczas wakacji. Miał zaledwie dwanaście lat. Jego śmierć była dla rodziny ogromnym ciosem. Pani Maria okazała się silniejsza od męża, a może tylko tak jej się wydawało?
Odnalazła ukojenie w codziennych modlitwach, później podjęła się wolontariatu w ośrodku dla trudnej młodzieży. Tam szukała swojego syna w każdym chłopcu, którym się opiekowała, a z czasem każdego obdarzała miłością prawie matczyną. Każdy obibok, ancymon, szczun, bo tak ich opisywała, który trafiał pod jej opiekę, najpierw dostawał ścierą przez plecy, a jakiś czas później razem z panią Marią lepił
pierogi, cerował swoje skarpetki, malował ściany ośrodka i wykonywał wszelkie inne czynności, które miały go nauczyć szacunku do pracy, do drugiego człowieka i do samego siebie. Gdyby mogła, porzuciłaby pracę w sklepie i w pełni poświęciła się tym chłystkom. Musiała jednak zarabiać, aby utrzymać siebie i męża.
Mąż pani Marii nie poradził sobie ze stratą jedynaka. Długo to właśnie żonę obwiniał za jego śmierć. Uważał, że to po niej syn odziedziczył ten niepoprawny optymizm i głowę w chmurach, że to, co się stało, wynikało, jak mawiał, „z tego latania nie wiadomo za czym”. Kazik zginął pod kołami samochodu. Przebiegał przez ulicę po tym, jak zobaczył, że po drugiej stronie zmieniają wystawę w księgarni. Mąż uważał, że gdyby nie tłukła mu ciągle do głowy tego całego czytania, to chłopak miałby w nosie witrynę księgarni, szedłby z kolegami w stronę boiska i nic by się nie wydarzyło.
„To twoja wina!” – takie słowa rzucał pod jej adresem, po czym ciskał w nią tym, co akurat miał pod ręką. Dobrze, jeśli to był kapeć albo gazeta. Gorzej, jeśli naszło go w trakcie obiadu, wówczas rzucał łyżką, nożem albo talerzem, nierzadko pełnym… „To twoja wina!” stało się z czasem hasłem ostrzegawczym. Wiedziała, że musi się uchylić albo zasłonić ręką. Nie zawsze się udawało. Nieraz musiała jechać do szpitala założyć szwy lub opatrunek. Przy każdej wizycie mówiła lekarzowi: „To moja wina”. Po chwili dodawała coś jeszcze, żeby uchronić męża przed oskarżeniami. „Jestem niezdarna, potknęłam się, sprzątając ze stołu”. Albo: „Poślizgnęłam się w wannie, oj, niezdara ze mnie, to moja wina”. A on pił. Z każdym dniem coraz więcej. Szybko wyrzucili go z pracy,
jego frustracja narastała. Żałoba zmieniła się w stały gniew na wszystko i wszystkich, zwłaszcza zaś na żonę.
Próbowała odejść. Tylko raz. Skończyła z podbitym okiem i złamaną ręką. Powiedział, że jest jego żoną i albo z nim będzie, albo niech wskoczy pod samochód, jak ich syn. Bóg jeden wie, ile razy marzyła o takim rozwiązaniu.
Została z nim. Modliła się i przy nim trwała. Tak często słyszała o swojej winie, że pewnie podświadomie sama w nią wierzyła. Z czasem poczuła się odpowiedzialna za życie męża, ubzdurała sobie, że musi przy nim być, że kolejna strata go wykończy. On zarządzał jej życiem. Dyktował warunki, decydował o wszystkim, a przynajmniej tak mu się wydawało. Nie zabronił jej nigdy wychodzić do ośrodka ani do pracy, ale gdy tylko orientował się, że nie ma jej w domu o umówionej godzinie, wychodził po nią. Szedł pod sklep obuwniczy albo do ośrodka, kontrolował ją. Gdy jej nie zastawał, wściekał się. Przez całe życie chodziła na palcach, zapamiętywała, co wprawia go w złość, aby nigdy potem tego nie robić.
Życie stało się lżejsze, kiedy dostał pracę jako stróż przy budowie. Pracował na zmiany, więc zdarzały się takie tygodnie, gdy się prawie nie widywali. Pani Maria miała wtedy ochotę tańczyć i śpiewać. Mówiła: „Mireńko kochana, tańczyłam po mieszkaniu podczas sprzątania, śpiewałam… Bóg jeden wie, co sąsiedzi o mnie wtedy myśleli. A niech sobie myślą, co chcą. Słyszeli, jak mnie tłukł, i nie reagowali, to co im przeszkadza moje śpiewanie. Pewnie sądzili, że zwariowałam, a ja po prostu cieszyłam się, że go nie ma”.
Kolejny zwrot w życiu pani Marii nastąpił, gdy po wielu całkiem znośnych latach pod jednym dachem z pijącym,
ale „przynajmniej pracującym” mężem doszło do wypadku, w wyniku którego mężczyzna doznał urazu kręgosłupa. Upił się podczas nocnej zmiany, poszedł na obchód i wpadł do wykopu z betonowymi rurami.
Pani Maria nie potrafiła opowiedzieć o tym nic więcej. To był jeden z tych momentów, w których Mira dostrzegała nagłą zmianę. Rozmówczyni zacinała się, wracała myślami do tamtych chwil i przeżywała je na nowo. Później bez wchodzenia w szczegóły kontynuowała opowieść. Mąż stracił władzę w nogach. Stał się zupełnie zależny od żony, którą od lat traktował z podłością. Wtedy pani Maria miała ogromną nadzieję, że chłop teraz spokornieje, że uderzy się w pierś, przeprosi za te wszystkie lata i zacznie traktować żonę z godnością. Tę, która odtąd podsuwała mu nocnik, zakładała skarpetki, przynosiła jedzenie, myła…
Wiele miesięcy minęło, zanim mógł samodzielnie przerzucić swoje kościste ciało na wózek inwalidzki. Ich niewielkie mieszkanie stało się dla niego więzieniem. Mieszkali na trzecim piętrze, bez windy. Pani Maria często powtarzała: „Dużo przeszedł, życie mu się drugi raz skończyło, to jak ma być miły”. Tłumaczyła jego zachowanie, a on nawet z wózka albo łóżka potrafił rzucić w nią kubkiem. Taki miał zwyczaj. Jakie ścieżki doprowadziły do tego, że pani Maria postanowiła uroczyście świętować sześćdziesiątą rocznicę ślubu? Mira nie umiała tego poskładać. Dostrzegała, że w tej staruszce bije najbardziej niezwykłe z serc, że jej niewielkie ciało dźwiga pokorę całego następnego pokolenia.
– Miro, skarbie, popsikaj jeszcze tym lakierem, żeby się lepiej trzymało – poprosiła niespodziewanie pani Maria, wyrywając fryzjerkę z zamyślenia.
– Dobrze – odparła ciepło Mira i z rozmachem spryskała misternie ułożoną fryzurę.
Pani Maria wyglądała elegancko i schludnie. Jej krótkie miedziane włosy układały się w delikatne fale. Przy uszach miała fikuśne pejsiki, linia nad uchem i na karku była starannie wyrównana. Tak jak klientka lubiła.
– No więc chłopcy obiecali, że go zniosą – wtrąciła żwawo pani Maria, kontynuując wcześniej przerwaną opowieść. –Nie robią tego często. Zawsze mi mówią, że on nie zasłużył, ale co oni tam mogą wiedzieć, Mireńko? Oni tylko dla mnie czasem, żeby mi ulżyć i gdy pilnie trzeba było do lekarza albo coś, to go znosili. Moi chłopcy. Oni mnie jak matkę traktują… Czym ja sobie zasłużyłam?
– Ależ mi pytanie! Całym swoim życiem, pani Mario –odpowiedziała z energią Mira i poczuła, jak wszystkie włoski na ciele stają jej dęba.
Zawsze bardzo łatwo się wzruszała. W mig wyobraziła sobie dorosłych mężczyzn, którzy kiedyś, jako nastolatkowie, wpakowali się w kłopoty, a którym pani Maria dała całą siebie, aby pomóc im wyjść na prostą. Z tego, co mówiła, nie wszystkim się udało, ale wielu wiodło teraz dobre życie. Kilku nadal było blisko niej. Nie co dzień, nie zawsze, ale odwiedzali ją i gdy dzwoniła z prośbą, zawsze pomagali.
Okazało się, że to ktoś z grupy parafialnej, do której od jakiegoś czasu należała pani Maria, uparł się na mszę z okazji ich rocznicy, a po mszy – wspólną kawę i ciasto. Starsza pani ostatecznie uległa namowom i dała się wciągnąć w wir przygotowań. Sama upiekła dwa serniki. Kawę i inne ciasta obiecały przygotować dwie panie z grupy. Spotkanie miało się odbyć w salce przy kościele.
Pani Maria odprasowała z tej okazji swoją kremową, jedwabną bluzkę z ozdobnym żabotem i beżową spódnicę do pół łydki. Ubrała się przed wizytą u Miry, aby potem podczas przebierania się nie zepsuć sobie fryzury. Do tego zestawu zwykle zakładała jasnobrązowy sweter, ale było bardzo ciepło i postanowiła z niego zrezygnować. Wyglądała ślicznie.
Mira przyglądała się jej zdecydowanym ruchom, gdy pani
Maria wyjmowała portmonetkę z torebki. Mały rytuał. Zawsze wyjmowała powoli złożone na dwa razy banknoty. Prostowała je, starannie odliczała kwotę i dodawała do niej maleńki napiwek. Mira mogła przewidzieć niemal każdy gest podziękowań i pożegnania.
Pani Maria chwyciła swoją laskę, zatrzymała się w progu i z uśmiechem spojrzała na fryzjerkę.
– Idę! Będzie bal! Hi, hi, hi! – zachichotała mocno rozbawiona swoimi myślami. – Co też im przyszło do głowy? Ale niech będzie, niech im będzie. Dobrego dnia, Mirusiu! Odpocznij w końcu. Tyle godzin stoisz. Odpocznij!
– Tak, odpocznę. Jeszcze tylko jedna klientka i mam weekend – odparła z uśmiechem. – Jeszcze raz gratuluję jubileuszu. I wszystkiego dobrego!
– Niech już przyjdzie! – odkrzyknęła z oddali pani Maria. Mira zaczęła sprzątać stanowisko, zastanawiając się, czy chodziło o jej następną klientkę, czy może o… śmierć.
Rozdział 2
Lato 2015
Tego dnia już nie pracowała. Kolejna klientka nie dotarła. Nawet nie raczyła zadzwonić. Poirytowana Mira spakowała do torby terminarz. Zabierała go zawsze ze sobą, na wypadek gdyby ktoś zadzwonił, by umówić się na wizytę. Były kobiety, które bez pardonu dzwoniły nawet późnym wieczorem. Mira zawsze odbierała.
Upewniwszy się, że wszystko jest tak, jak powinno, woda zakręcona, wtyczki wyjęte z gniazdek, włosy dokładnie zamiecione, a salon gotowy na rozpoczęcie pracy po weekendzie, wyszła na rozgrzaną słońcem ulicę. Skrupulatnie zamknęła drzwi na dwa zamki i zaciągnęła roletę antywłamaniową. Za każdym razem, gdy to robiła, z lekką pogardą pytała samą siebie: „Ciekawe, kto chciałby się tu włamać?”.
Było lato. Słońce przez cały dzień mocno przypiekało. Nawet teraz, późnym popołudniem, gorące powietrze zdawało się nie ruszać. Mira na zmęczonych nogach, z bolącymi
plecami poszła w kierunku przystanku tramwajowego. Usiadła na ławce i nawet nie sprawdzała rozkładu jazdy. „Któryś w końcu podjedzie” – pomyślała, opierając plecy o wiatę. Oczy jej się zamykały. Na przystanku nie było nikogo oprócz niej. Myślami przeniosła się już do swoich chłopców. To był ten moment, w którym ogarniała ją fala tęsknoty. Podczas pracy, rozmów z klientkami nie rozmyślała o dzieciach. Gdy tylko ruszała w stronę domu, w głowie już miała tylko to. Powieki ciążyły coraz bardziej. Przysnęła.
Z otępienia wyrwał ją stukot nadjeżdżającego tramwaju. Zerwała się gwałtownie i ruszyła do drugiego wagonu. Wsiadając ostatnimi drzwiami, nie musiała się przepychać. Nie lubiła tego robić. W wagonie nie było wolnych miejsc. W powietrzu unosiła się woń spoconych ciał, zmieszanych perfum i ta specyficzna dla tramwaju nuta, trudna do określenia.
Mira widziała ten zapach. Przypominał zapach starej ceraty, zardzewiałego metalu i kałuży. Czy można widzieć zapachy? Ona widziała. Z każdą odczuwaną nutą w jej głowie pojawiał się obraz. Mimowolnie, analizując tramwajową woń, dostrzegła, że tramwaj skręca w złą stronę.
„Fuck!” – zaklęła bezgłośnie. „Pomyliłam tramwaje” – pomyślała i ustawiła się przy drzwiach, aby wysiąść na kolejnym przystanku.
Wyrzut adrenaliny sprawił, że zapomniała na chwilę o zmęczeniu. Szybkim krokiem ruszyła w stronę Fredry, aby tym razem pojechać w dobrą stronę. Właściwy tramwaj nadjeżdżał. Przyśpieszyła. Zdążyła. Zdyszana usiadła na jedynym wolnym miejscu. Na kolejnym przystanku wsiadł starszy mężczyzna.
Kolejne „fuck!” przeleciało przez głowę Miry. Nie usiedzi, gdy trzeba ustąpić miejsca. Już miała wstać, kiedy to samo zrobił młody chłopak przed nią. Ulga. Oparła głowę o szybę i znów przymknęła oczy. Zawsze tak przysypiała w tramwaju. Jak mawiała: „Szybkie ładowanie baterii”.
W domu zastała chłopców siedzących na dywanie. Pośrodku rozsypane były klocki, a oni zapamiętale składali jakąś budowlę.
– Cześć, chłopaki! – zawołała, a obaj jak na komendę zerwali się i podbiegli, żeby się przytulić. Uściskała każdego po kolei i z czułością ucałowała w czubki głów. – Dajcie mi się przebrać. Gdzie tata? – zapytała.
– Na balkonie. Rozmawia przez telefon – odparł Leoś i usiadł z powrotem do klocków.
– Kupiłaś mi coś, mamo? – zapytał, ciągle przyklejony do jej brzucha, młodszy synek Piotruś, zadzierając głowę i uśmiechając się do mamy całą buzią.
– Nie, ale zaraz zrobię wam coś pysznego. Idź, dokończ budowlę, a ja pójdę do łazienki. Dobra? – Połaskotała go czule po pleckach i kolejny raz pocałowała w czuprynę.
W łazience natychmiast zdjęła z siebie przepocony T-shirt i stanik. Umyła ręce i przemyła twarz letnią wodą. Spojrzała na swoje odbicie. Choć całymi dniami miała przed sobą lustro, tylko w tym jednym prawdziwie się sobie przyglądała. Westchnęła przeciągle i natychmiast odwróciła wzrok. Nie lubiła tego widoku. Wspomnienia nadal żywo się pojawiały
w jej oczach. Zsunęła dżinsowe szorty razem z majtkami i weszła pod prysznic. Wzięła słuchawkę i szybko spłukała z siebie wszystkie drobne włoski, które gromadziły się na jej ciele podczas pracy. Zwłaszcza te króciutkie, męskie, które strzelały spod maszynki. Przyklejały się do dekoltu i wpadały do stanika.
Nie umyła włosów. Zrobi to jutro rano. Teraz chciała jak najszybciej skończyć i przywitać się z mężem. Słyszała, jak śmieje się razem z chłopakami. Owinęła się ręcznikiem i wyszła z łazienki. Chichot, który jeszcze przed chwilą wypełniał pokój, nagle umilkł. Mąż spojrzał na nią. Uśmiechnął się i zrobił krok w jej stronę.
– Cześć, kochanie – powiedział, podchodząc do niej z ciepłym uśmiechem i obejmując ją w swój wyjątkowy, czuły sposób.
Zawsze zamykał ją całą w swoich szerokich ramionach. Gdy ją tak przytulał, jej dłonie były uwięzione między ich ciałami. Uwielbiała to. W tych krótkich chwilach czuła się jak w kokonie. Bezpieczna.
– Dużo pracy? – zapytał, zwalniając uścisk.
– Sporo. Ale ostatnia babka nie przyszła, więc szybko posprzątałam i jestem wcześniej. Zrobię chłopakom naleśniki. Zostały jakieś truskawki? – zapytała, chowając się za drzwiami szafy, aby włożyć wygodne ciuchy.
– Truskawki to już wspomnienie. Te dwa potwory pożarły je co do jednej – odparł Michał, uśmiechając się do chłopców.
– Nie szkodzi. Zjedzą z serkiem lub dżemem od cioci Jadzi – odparła Mira, schylając się do szafki w kuchni po mąkę i jajka.
Chłopcy uwielbiali naleśniki, gofry, racuchy. Leoś zazwyczaj dodawał do nich tylko serek waniliowy. Nie lubił mieszać dodatków. Piotruś z kolei nakładał różne warstwy. Dziś nie było owoców, więc musiały mu wystarczyć dżem i serek, ale i tak jadł z apetytem. Mira uśmiechała się na widok tych słodkich, dżemowych policzków. Wiedziała, że do spania jeszcze trochę czasu. Odrobina słodyczy nie powinna im zaszkodzić. Od kiedy została mamą, pilnowała, aby zdrowo się odżywiać, ale unikała radykalnych zasad. Pozwalała sobie i rodzinie na małe ustępstwa. Na słodkie chwile przyjemności. Na wyjątki od reguły. Uważała, że zdrowiej jest zjeść czasem coś niezdrowego, niż patrzeć, jak robią to inni, i im zazdrościć.
Kolacja, jak zawsze, upłynęła na rozmowach i opowieściach o ważnych wydarzeniach w przedszkolu. Mira usłyszała, jak to pani Marzenka kazała im kolorować kwiatki na żółto, a Piotruś chciał na czerwono.
– Płakałem! Wiesz, mamo? To były jakieś żółkile i dlatego musiały być żółte – emocjonował się młodszy synek. – A ja nie chciałem i wyrzuciłem kartkę z tym żółkilem.
– Żonkilem, kochanie. To kwiat, który rzeczywiście jest żółty. Nieładnie zrobiłeś, wyrzucając go do śmieci. Mogłeś po prostu oddać kartkę pani albo dać komuś, kto lubi żółty kolor.
– No bo ja pokreśliłem na czerwono i było nieładnie – odparł ze smutkiem Piotruś.
– Ja to sobie tak myślę, że nawet czerwony żonkil byłby fajny. Spróbujemy takiego narysować.
– Nie – sprzeciwił się stanowczo synek. – Będziemy dalej budować komisariat policji.
– Dobra – zgodziła się Mira, czując lekką ulgę, bo to znaczyło, że nie będzie musiała się zbytnio angażować w zabawę. – Ale najpierw idź umyj buzię i rączki, żeby komisariat nie zamienił się w naleśnikarnię.
Piotruś z ociąganiem poczłapał do łazienki.
– Aha! Mamo, dzisiaj Zuzia rzygała przy stoliku! – Z entuzjazmem przypomniał sobie Leoś. – I mówiła, że jej brat też rzygał, tylko wczoraj wieczorem!
Mira z przerażeniem spojrzała na męża. Jego spojrzenie mówiło jej, że już to wiedział. Wiedział i tak samo jak ona rozumiał, co może ich czekać w ten weekend.
– Mówi się „wymiotowała”, synku – upomniała chłopca i nie czekając na reakcję, zapytała: – Czy Zuzia siedziała blisko ciebie? Bawiliście się wcześniej razem?
– Nie. Ona dziś od rana nie chciała się z nikim bawić. Była smutna. A rzy… yyy, wymiotowała przy stoliku obok. Ale i tak wszystko widziałem – oświadczył dumnie Leoś.
Mira poczuła, jak zmęczenie znów przejmuje kontrolę nad jej ciałem, a ciężar całego dnia zaczyna na nowo przygniatać jej ramiona. Znała doskonale ten przedszkolny scenariusz. Jeśli jakieś dziecko wymiotowało, to zazwyczaj w ciągu tygodnia dopadało to większość grupy. A skoro brat Zuzi rozchorował się poprzedniego wieczoru, to na pewno był to wirus. Mira oparła brodę na splecionych dłoniach. Tak się cieszyła na pierwszą od miesięcy wolną sobotę. Jeśli chłopcy się rozchorują, może zapomnieć o odpoczynku. Najgorsze, że równie dobrze mogą się rozchorować całą rodziną.
– Muszę lecieć. – Michał wstał, przerywając jej rozmyślania. – Daj znać, gdyby coś się wydarzyło.
Rozdział 1. Lato 2015
Rozdział 2. Lato 2015
Rozdział 3. Wiosna 2013
5. Lato 2015
Spis treści
9.
13. Koniec lata 2015
14. Wiosna 2013
15. Jesień 2015
Rozdział 16. Wiosna 2013
Rozdział 17. Jesień 2015
Rozdział 18. Wiosna 2013
Rozdział 19. Jesień 2015
Rozdział 20. Wiosna 2013
Rozdział 21. Jesień 2015 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Rozdział 22. Wiosna 2013 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Rozdział 23. Jesień 2015
Rozdział 24. Wiosna 2013
Rozdział 25. Jesień 2015
Rozdział 26. Wiosna 2013
Rozdział 27. Jesień 2015
Rozdział 28. Wiosna 2013 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Rozdział 29. Jesień 2015 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Rozdział 30. Wiosna 2013
Rozdział 31. Jesień 2015
Rozdział 32. Wiosna 2013
Rozdział 33. Jesień 2015 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Rozdział 34. Wiosna 2013 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Rozdział 35. Wiosna 2013 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Rozdział 36. Lato 2013 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 279
Rozdział 37. Lato 2013 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 286
Rozdział 38. Zima 2014 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 295
Rozdział 39. Zima 2014 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 313
Rozdział 40. Sylwester 2014 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 316
Rozdział 41. Wiosna 2015 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Rozdział 42. Wiosna 2015
Rozdział 43. Jesień 2015
Rozdział 44. Jesień 2015
Rozdział 45. Jesień 2015
Rozdział 46. Jesień
