1. i 3.indd 2
22.11.2017 15:45
Projekt okładki Katarzyna Ewa Legendź Na okładce wykorzystano fotografię The United States of India autorstwa Marcina Ryczka Opieka redakcyjna Przemysław Skrzyński Adiustacja Bogumiła Ziembla Korekta Katarzyna Onderka Opracowanie map Anna Styrska-Mróz Łamanie Ryszard Baster Rozdziały Za murami Dżajsalmeru i Święty Nikt – Wojciech Jagielski Rozdział Kamal – Grażyna Jagielska © Copyright by Wojciech Jagielski © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018 ISBN 978-83-240-5333-9
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2018. Printed in EU
za mur ami dżajsalmeru Poganiacze wielbłądów Radżesz i Kumar przez całą noc palili ognisko na pustyni. Gdy jeden udawał się na spoczynek, drugi pilnował ognia, juków i pojękujących w mroku wielbłądów. Tak było co noc, tego dnia jednak, mimo późnej pory, obaj nie spali, trwali w bezruchu nad dogasającym ogniem lub ożywieni jakąś dziwną siłą zaczynali się spierać, bezwiednie grzebiąc patykami w rozżarzonych węglach. Księżyc wyjrzał w końcu zza chmur i pustynia zrobiła się całkiem biała. Leżąc nieruchomo na ziemi, widziałem całe obozowisko, posłania ze śpiworów i grubych, szorstkich derek, które rozłożone na piasku zastępowały materace. Księżyc był ogromny, okrągły na gębie i bijący jasnym światłem. Wyciągnąłem rękę i wsunąłem otwartą dłoń między gwiazdy. – Co tam? – spytała. – Masz pojęcie, jak daleko mogę sięgnąć ręką? Aż do samego nieba. Wiedziałem, że powinna być tuż obok, możliwe że czarnowłosa i spalona słońcem, nie pamiętałem dobrze, a jednak jej głos 9
dobiegał z daleka. Podniosłem głowę, ale jej nie zobaczyłem. Ognisko również się oddaliło, a przecież rozkładaliśmy się ciasno wokół niego, w przekonaniu że tylko ono zapewni nam bezpieczeństwo. Poganiacze mówili, że przewracając się we śnie z boku na bok, wturlamy się do ognia. Teraz to oni byli tuż obok, spierali się wsparci o siodła, które o świcie nakładali na wielbłądzie garby. Choć nie znałem ich języka, w tej chwili rozumiałem, co mówią. – Ach, więc to tak – zaśmiałem się, dopiero teraz zrozumiawszy opowieść Eliksira o tym, jak ogląda indyjskie filmy w kinie Imperial na delhijskim Pahargandżu. Nie przepuszczał żadnego nowego filmu. Cierpliwie stał w kolejce po bilet, a gdy ta po otwarciu kasy w mgnieniu oka przemieniała się w bezładną bitewną ciżbę, walczył jak inni, sam przeciw wszystkim, by wcisnąć kasjerowi zwitek banknotów, a w zamian wyrwać mu z rąk kolorowy świstek papieru, przepustkę do świata czarów. W kinie Imperial wyświetlano filmy dla tubylczej widowni, w języku hindi, bez napisów i lektora. Eliksirowi to nie przeszkadzało. Siadał wśród miejscowych w wypełnionej po brzegi, gorącej i zatęchłej salce i z niemym zachwytem przeżywał losy filmowych bohaterów. Po skończonym seansie, a nawet jeszcze w trakcie trwania filmu, zaciekawieni i mile zaskoczeni jego obecnością Hindusi szturchali go palcami, zaczepiali, by zapytać, czy zna ich język. „Nie – odpowiadał. – Ale potrafię czytać z ust”. Teraz na pustyni, wsłuchując się w wysokie, chropawe głosy Radżesza i Kumara, zrozumiałem, że wcale się nie kłócą, po prostu naradzają się gorączkowo, usiłując rozwiązać jakiś dręczący ich problem. Nie zgadzali się z sobą. Przerywali sobie w pół zdania, przekrzykiwali się, obwiniali o błędne wybory. „Co im się powie?” – pytał Kumar Radżesza. 10
Pustynia robiła się coraz bielsza. – No co tam? – usłyszałem znowu. Wyciągnąłem rękę, ale między palcami przesypywał mi się tylko zimny piasek. – Gdzie jesteś? – zapytałem. – A gdzie niby mam być? Tutaj jestem. – Nigdy nie było mi lepiej – wymamrotałem. I wtedy usłyszałem orkiestrę. Dźwięki trąb, jakich używają także zaklinacze węży, piszczałki, głuche dudnienie bębnów, metaliczne dzyń, dzyń blaszanych talerzyków karatali, tęskne zawodzenie pieśniarzy. Poderwałem się z ziemi, żeby wypatrzyć, skąd dobiegała muzyka. – Słyszycie?! – zawołałem. – Tu gdzieś odprawia się wesele! Po chwili między siwymi wydmami dojrzałem weselny orszak. Przodem szli muzykanci, za nimi weselnicy – kobiety obwieszone kolczykami, naszyjnikami i bransoletami, w odświętnych, obszytych cekinami sari w krzykliwych barwach błękitu, czerwieni i szafranu, oraz kroczący sztywno mężczyźni w surdutach szerwani, ulubionych przez potomków radżpuckich rycerzy. Za nimi na białych koniach jechali państwo młodzi ustrojeni w girlandy kwiatów, przejęci, uroczyści i nierzeczywiści jak święty obraz. Pan młody w złotym turbanie rzucał spojrzenia na jadącą obok oblubienicę. Dziewczyna, z twarzą zakrytą muślinową zasłoną, zerkała na wymalowane rudawą henną dłonie i ramiona. Gdyby imię narzeczonego, które kazała sobie wyrysować, a także inne malunki zbladły zbyt wcześnie, uznano by to za złą wróżbę dla jej małżeństwa. Ślubny pochód zamykał pomalowany na różne kolory słoń i jadący na jego grzbiecie kornak. Był to ten sam słoń, którego widywałem na Pahargandżu w Delhi. Trzymano go w świątyni Ramakriszny. Kapłani wyprowadzali go, by uświetnić najważniejsze 11
święta, i wiedli ulicami ku uciesze tubylców i cudzoziemców. Odkąd jednak tuż koło świątyni poprowadzono szeroką obwodnicę oraz wybudowano stację metra, przestano tam widywać świątynnego słonia. Ucieszyłem się, że żyje i ma się dobrze. Weselna procesja zmierzała między wydmami w kierunku widocznego w oddali, skrzącego się w świetle księżyca świętego stawu, gdzie pod wielkimi namiotami, wśród lampionów i kwietnych girland miała się pewnie dopełnić uroczystość i gdzie zaplanowano biesiadę, zabawę i tańce. – Chodźmy tam! – zawołałem, wygrzebując się ze śpiwora. – Nie macie ochoty pobawić się na weselu? – Nie ma żadnego wesela. Jesteśmy sami na środku pustyni. Nikogo więcej tu nie ma. Ale zaraz odezwał się Koleżka. – Wesele! Świetnie! O to właśnie w tym chodzi! A nie mówiłem, że to towar pierwsza klasa! Pierwszorzędny towar był specjalnością i dumą Koleżki. Mówił, że w każdym większym mieście ma sprawdzonych dostawców, którzy nigdy go nie zawiedli. Lubił powtarzać, że nigdy nie kupuje od nieznajomych, nigdy byle czego: „Nie tknę żadnej chemii, żadnej trucizny!”. Nie ufał też nowinkom, których skutków działania nie znał albo nie był ich pewny. Brał tylko to, co już znał, a od wielkiego święta to, co zachwalali ludzie, którym bezgranicznie ufał. „U mnie wszystko musi być pewne, czyste i naturalne, pierwszej jakości. Płacę, więc wymagam”. Trzymał swoje skarby w przepastnych kieszeniach luźnych szarawarów i długiej do kolan koszuli, podobnej do tych, które noszą mężczyźni w Afganistanie i Pakistanie. Wieczorami, najpierw na hotelowym dachu w Dżajsalmerze, a potem przy palonych na pustyni ogniskach, z tajemniczym uśmiechem, jak magik podczas 12
występu na cyrkowej arenie, wyciągał torebki z suszonymi liśćmi tytoniu i kwiatami indyjskich konopi, miękkawe grudki haszyszu czy opium, jakieś proszki, pigułki mniejsze i większe. Do zażywania tych ostatnich nigdy nikogo nie namawiał, ale i nie odmawiał, jeśli ktoś o nie poprosił. „W co się dziś bawimy?” – pytał, potem powoli, z namaszczeniem usypywał stosiki suszu, sporządzał z niego odpowiednie mieszaniny i zawijał w papierosowe bibułki. Robił to ze znawstwem, a także z powagą. Potem regulował tempo, w jakim skręty wędrowały po kręgu, a także dbał, żeby mieć pod ręką naczynia z napojami do ugaszenia pragnienia, które zawsze się pojawiało. Rozlewał wodę, lemoniadę czy herbatę do kubków albo glinianych czarek, czasami dosypując do nich białego proszku. „Żeby lepiej smakowało” – mówił. Na koniec zbierał zamówienia i pieniądze na następny dzień. „Co komu potrzeba? – pytał. – Kto na co ma ochotę?” Spojrzałem na pustynię, próbując odnaleźć wśród szarych wydm weselny orszak, ale już go nie było. Ucichła też towarzysząca mu orkiestra. – Koleżko! Widziałem słonia… – Słonia? Czemu nie? No pewnie! A gdybyś wziął ode mnie to różowe maleństwo, tego cukiereczka, to nie tylko byś go widział, ale na nim na oklep jechał. I zawiózłby cię choćby do samego Kabulu! Koleżka zazdrościł mi Afganistanu, bo nigdy tam nie był, a ja tam jeździłem jako korespondent gazety. Ja zazdrościłem Koleżce, że był hipisem, pierwszym, jakiego poznałem. Uważałem go za hipisa, chociaż się upierał, że wcale nim nie jest. Owszem, zadawał się z hipisami w Londynie, do którego jako nastolatek 13
uciekł z rodzinnej doliny Rhonddy w Walii. Uciekł z domu, bo nie uśmiechało mu się spędzić życia jako górnik w kopalni, jak ojciec i dziadek. I wszyscy mężczyźni z jego rodziny, których potrafił sobie przypomnieć. Oczekiwał od życia czegoś więcej. Wtedy też uciekł od imienia Cedric, jakie nadali mu rodzice. Odkąd wyjechał z Walii, kazał na siebie mówić po prostu Buddy, Koleżka. Hipisów poznał już na dworcu kolejowym Paddington. Wyróżniali się w tłumie i nic dziwnego, że właśnie oni przyciągnęli jego uwagę. Zapytał, czy nie wiedzą, gdzie mógłby znaleźć dach nad głową, możliwie tanio, a oni zaproponowali, żeby zamieszkał razem z nimi. Nie miał grosza przy duszy, więc chętnie się zgodził. Przesiedział z nimi do późnego wieczora pod dworcem, a potem zabrali go do dzielnicy Notting Hill, gdzie w kilkanaście osób zajmowali dwa pokoje w starej kamienicy. Sprawiała wrażenie porzuconej, niczyjej. „Kilka przecznic stąd, w hotelu Samarkanda, Jimmy Hendrix dokonał swojego żywota” – powiedział mu jeden z chłopaków, a Buddy-Koleżka zastanawiał się, czy miała to być zachęta czy może przestroga. Przystał do nich, żył jak oni, zapuścił włosy, zaczął inaczej się nosić. Razem jeździli po kraju na muzyczne festiwale. „Ale to już nie było to samo, co festiwal na wyspie Man w siedemdziesiątym. kiedy to pół miliona ludzi zjechało ni z tego, ni z owego, żeby zobaczyć Hendrixa, Doorsów i The Who – wspominał tamte czasy. – Wszystko się powoli kończyło. Urodziłem się za późno, żeby zdążyć na najlepsze”. Z tamtych czasów została mu niechęć do wszelkiej zwierzchności, nakazów, reguł, obawy, co ludzie powiedzą. A także do pogoni za karierą i pieniędzmi, do wszelkiej rywalizacji. Zawsze cenił sobie swobodę, ale odtąd zaczął ją także doceniać. Pracował dorywczo, to tu, to tam, najchętniej w kwiaciarniach. Zarabiał tyle, że stać go było na długie podróże. Bo poza przejętą od hipisów 14
umiejętnością ograniczania potrzeb do tych naprawdę najważniejszych, zostało mu także umiłowanie włóczęgi. Zdążył się jeszcze zabrać z nimi na wyprawę do Indii. Starym piętrowym autobusem. Za bilet przez pół świata zapłacił trzydzieści funtów. Zbiórkę wyznaczono w Dover. Stamtąd przeprawili się na francuski brzeg i dalej jechali już lądem, aż do Indii. O Afganistanie dowiedział się gdzieś w okolicach Bejrutu, kiedy przygarnęli do autobusu chłopaka z gitarą, wyglądającego na poboczu okazji do podwózki. Kierowca wyznaczył mu miejsce w autobusie obok Koleżki. „Człowieku! To prawdziwy koniec świata! Jakby się czas w miejscu zatrzymał! Wszystko jest tam inne niż tutaj”, mówił z zachwytem autostopowicz, kiedy wieczorem na postoju zapalili skręta. Opowiadał o czerwonych, ciągnących się po horyzont polach maku, z którego miejscowi wyrabiali najlepsze na świecie opium, o wysokich na człowieka konopiach rosnących dziko przy drogach, tylko sięgać i brać. O wykutych w skałach i ogromnych jak kamienice posągach Buddy, o bezkresnych skalistych pustyniach, górskich przełęczach i zagubionych pośród gór dolinach zamieszkanych przez ludzi surowych, pobożnych i zupełnie nieciekawych świata, ale słynnych z gościnności. Koleżce najbardziej do wyobraźni przemówiło jednak to, co chłopak mówił o drogach na skróty i że w Afganistanie ich nie ma. „Tam wszystko jest prawdziwe, słowa i gesty. Mają swoje znaczenie, nie są puste jak u nas, nie wytarły się i nie straciły terminu ważności”. Koleżka nie szukał we włóczęgach po świecie ucieczki ani oświecenia. W drogę ciągnęła go ciekawość, a przede wszystkim chęć przeżycia czegoś niezwykłego, czegoś, co określi jego życie i nada mu sens. Podczas tamtej pierwszej wyprawy na Wschód nie zboczyli jednak do Afganistanu, choć chętnych na to nie brakowało. Kierowca 15
zaprotestował, twierdził, że autobus nie wytrzyma wędrówki przez góry. Pojechali więc prosto, przez Iran, pustynne bezdroża Beludżystanu i Pendżab, rozpołowiony między Pakistan i Indie. Koleżka obiecał sobie, że następnym razem odwiedzi Afganistan, choćby miał nadłożyć drogi. Nigdy jednak tam nie dotarł, mimo że jeździł do Indii jeszcze wiele, wiele razy. Prawdę powiedziawszy, jeździł wyłącznie do Indii. Zbierał się w drogę, ilekroć dopiekło mu albo znudziło go londyńskie życie i ilekroć uzbierał wystarczająco dużo pieniędzy na podróż. Nie odkładał na nic innego. Mało brakowało, a wybrałby się do San Francisco. Chciał się przekonać, jacy są ci pierwsi, oryginalni hipisi z Kalifornii i czym się różnią od londyńskich, z którymi się zadawał w Notting Hill. Myślał o Meksyku, o indonezyjskiej wyspie Bali, o której słyszał cuda, i o Maroku, gdzie wyrabiano ponoć najlepszy na świecie haszysz. Ale bez względu na to, ile myślał i planował, zawsze kończyło się na tym, że wędrował na wschód, do Indii. A kiedy już wybierał się w drogę, myślał też o Afganistanie. Najwyraźniej nie był mu jednak pisany. Aż w końcu drogę lądową do Indii przegrodziły rewolucja ajatollahów w Iranie i wojna w Afganistanie. Gwarny jeszcze niedawno wędrowny trakt z każdym rokiem pustoszał. Mało kto już wybierał się w długą i niepewną podróż lądem. Wszyscy zaczęli latać. Tanio, wygodnie i szybko, w linii prostej, bez przesiadek, przystanków, etapów pośrednich. Wyposażając się w lepsze, większe i szybsze samoloty, linie lotnicze żądały coraz niższych opłat za przewóz z Zachodu na Wschód. Niegdyś dostępne tylko dla wybrańców, stały się osiągalne dla wszystkich. Położony na uboczu Afganistan przestał być po drodze. Nie dawało się już więcej o niego zahaczyć przy okazji ani nawet do niego zabłądzić. Koleżkę też stać już było na bilety lotnicze i choć 16
nadal wracał do Indii, nigdy nie zobaczył Afganistanu ani nawet nie był tego bliski. Nie zobaczył więc minaretów Heratu ani skalnych posągów Buddy, nie widział Przełęczy Chajberskiej ani nawet Kabulu. Dlatego zżymał się, kiedy mówiłem, że zazdroszczę mu wędrówki szlakiem dzieci kwiatów. „Nie byłem w Afganistanie, a bez Afganistanu cała reszta się nie liczy. To tak, jakbyś przebiegł jakiś wyścig, ale ominął któryś z etapów. Nie wiadomo, czy się go ukończyło czy tylko brało w nim udział. Żeby nie wojna, tobym się pewnie jeszcze do tego Afganistanu wybrał”. I znów powtarzał, że zazdrości mi Afganistanu, z którego akurat wracałem i do którego jako korespondent gazety jeździłem właśnie dlatego, że toczyła się w nim wojna. Gdyby nie ona, pewnie nigdy bym się tam nie wybrał. „No to jak tam jest? – pytał Koleżka. – W tym Afganistanie”. Poznaliśmy się w restauracji na dachu hoteliku Z Widokiem na Fort w Dżajsalmerze, dawnej stolicy radżputów wzniesionej pośrodku pustyni Thar. Położona na końcu świata wydawała się doskonałym miejscem, żeby odpocząć i odetchnąć po afgańskich sprawach. W drodze powrotnej zamierzałem też zatrzymać się na parę dni w Puszkarze, żeby odwiedzić święte miasto i obejrzeć coroczny wielbłądzi targ, który z kupieckiego zgromadzenia przeradzał się w karnawał pustelników, pielgrzymów, fakirów, tancerzy i wróżbitów. Koleżka musiał słyszeć, jak w restauracji opowiadam o afgańskiej podróży. Siedział przy sąsiednim stoliku. Na dźwięk brzmiących jak zaklęcia afgańskich nazw – Kandahar, Herat, Czarikar – podszedł i zapytał, czy aby przypadkiem nie byłem w Afganistanie. Koleżka i jego dziewczyna Maggie mieszkali w pensjonacie tuż obok, a na dach hoteliku Z Widokiem na Fort przychodzili, 17
żeby popatrzeć na zamczysko oraz spokojnie, w milczeniu wypalić skręta. Albo i dwa. W ich pensjonacie właściciel krzywo na to patrzył. Niby niczego nie zabraniał, ale zwietrzywszy słodki dym, rzucał gniewne spojrzenia. Koleżka nie przypominał długowłosych, dziwacznie poubieranych włóczęgów, którzy błąkali się po pustyni. Wyglądał raczej na urzędnika, który z jakiegoś niezrozumiałego powodu postanowił nie wydawać ciężko zarobionych pieniędzy na wakacje nad morzem, lecz na daleką podróż na pustynne bezludzie, pełną znoju i niegwarantującą ani przygody, ani dobrych wspomnień. Nie nosił długich włosów, lecz strzygł je krótko, prawie przy skórze, żeby ukryć, że łysieje. Nie miał też brody, jedynie kilkudniowy, szpakowaty zarost. Niedawno stuknęła mu czterdziestka, ale patrząc na niego, nie sposób było określić, ile ma lat. Spodobało mu się, kiedy powiedziałem, że wygląda jak dziennikarz, bo o ludziach pracujących w tym zawodzie mówi się, że szybko się starzeją, ale na zawsze pozostają młodzi. Eliksira na dach hoteliku Z Widokiem na Fort przyprowadził Koleżka. Mieszkali w tym samym tanim pensjonacie naprzeciwko. Wpadli na siebie przypadkiem przy recepcji. Eliksir przyjechał właśnie do Dżajsalmeru i szukał dachu nad głową, najlepiej za pół darmo. Wkroczył do pensjonatu akurat w chwili, gdy jego właściciel prawił Koleżce kazanie na temat haszyszu. Groził, że jeśli jeszcze raz przyłapie go na paleniu, wyrzuci go na ulicę. Eliksir dzielił upodobanie Koleżki do odurzających ziół i choć dzieliło ich kilkanaście lat, natychmiast przypadli sobie do gustu. „Swój zawsze wyczuje swego” – mówiła Maggie, która nie przepadała za narkotykowymi nawykami swojego chłopaka. „Same Indie ci już nie wystarczą?” – pytała czasami z przekąsem, gdy sięgał do kieszeni po woreczek z bibułkami i suszem. Koleżka może 18
się i przejmował tymi przytykami, ale odkąd się zeszli z Eliksirem, złośliwości Maggie puszczał mimo uszu i tylko uśmiechał się figlarnie pod nosem. Eliksir był Duńczykiem i naprawdę nazywał się Erikssen. Eliksirem ochrzciła go w Indiach jego dziewczyna Karen. Mówiła do niego po nazwisku: „Podaj mi, proszę, wodę, Erikssen, uśmiechnij się, Erikssen. Erikssen! Jakie tu wszystko niezwykłe!”. Zmyliło to tubylców, którzy nazwisko Duńczyka wzięli za brzmiącą im znajomo angielską formę grzecznościową. „Erik sir!” – zwracali się do Duńczyka, wymawiając to jak „Elik sir”. Tak oto Erikssen został Eliksirem. Przed dwoma laty skończył studia filozoficzne na uniwersytecie, potem wyjechał i błąkał się po świecie, to tu, to tam, w poszukiwaniu przygody, zabawy, beztroski. Było coś niepokojącego w gorliwości, z jaką nawiązywał nowe znajomości, ufnie, bezbronnie. Próbował zobaczyć, poznać i przeżyć jak najwięcej, ile się da, zanim będzie za późno. Jakby przeczuwał, że dorosłość i pierwsze poczynione w niej, nawet pozornie niewinne zobowiązania nieodwracalnie przekreślą marzenia, tęsknoty i plany. Bez względu na to, czy będzie tego chciał, czy będzie na to gotów. Podróżował więc, szukając wszelkich nowości, doznań i doświadczeń, a także mając cichą nadzieję, że podczas wędrówki coś go olśni, oświeci, podpowie, co zrobić z życiem, jak nim pokierować. To on wpadł na pomysł, żeby do świętego miasta Puszkaru pojechać na wielbłądach, przez pustynię. Jasny i złoty w słonecznych promieniach za dnia, także po zmierzchu Dżajsalmer zachowywał miodową barwę, wyglądał jak zatopiony w cieple bursztynu. Na pustyni nazywano go zresztą Złotym Miastem, od barwy piaskowca, z którego został wzniesiony. 19
Zachwalając przed przybyszami miasto, właściciel hotelu Z Widokiem na Fort zapewniał, że choć najstarsze zakątki Dżajsalmeru liczą sobie tysiąc lat, to wciąż mieszkają w nich ludzie. Jeśli chce się je zobaczyć, trzeba iść na zamek i zanurzyć się w labiryncie wąskich, ocienionych uliczek. Kiedyś, dawno temu, w złotych czasach, domy należały do miejscowych bogaczy, kupców, którzy dorobili się fortuny na pustynnym karawanowym szlaku. Pałace, jeden większy i wspanialszy od drugiego, a wszystkie ozdobione wymyślnymi wieżyczkami, balkonami, łukami, kopułami, kolumnami, ażurowymi misternymi płaskorzeźbami, każdy z własnym podwórzem, każdy z ogrodem, rywalizowały o miano najpiękniejszego. Z czasem podupadły, jak zresztą całe miasto, i zostały opuszczone przez właścicieli, podzielone i przemienione na mieszkania, hotele, sklepiki. Ale życie, choć już inne, wciąż w nich kipiało. I to ono dawało przybyszom ułudę, że zatapiają się w czasie równie odległym jak ten, z którego pochodzą rozbrzmiewające gwarem kamienne budowle. Złudzenie to powracało podczas każdej wędrówki po mieście, zwłaszcza po zmroku, pośród rozświetlonych sklepików i straganów pachnących wyprawioną skórą, przyprawami, skwierczącym olejem i kadzidełkami. Drogę przez zgiełk wskazywały ciche, ale wyraźne dzwoneczki dobiegające ze świątyń dżinistów, wyznawców jednej z najstarszych żywych religii świata, nauczającej, że drogą do wyzwolenia z kołowrotu wcieleń i cierpienia jest czystość, uczciwość, wstrzemięźliwość i pielgrzymowanie, a przede wszystkim uszanowanie życia w każdej jego postaci i troska, by nie wyrządzić krzywdy żadnemu z żywych stworzeń. Poczucie niecodzienności pojawiło się także tego wieczoru, gdy siedząc na dachu hotelu Z Widokiem na Fort, przyglądaliśmy się, 20
jak z mroku otaczającej miasto pustyni wyłania się niewielka karawana wielbłądów. Zajechała na okrągły placyk, na którym stał hotel. Patrzyliśmy z góry, jak poganiacze wielbłądów pomagają podróżnym zsiąść z siodeł, jak rozkulbaczają zwierzęta, poją je wodą ze studni pod drzewem sandałowym. – A może i my byśmy tak spróbowali? – rzucił Eliksir. – Na wielbłądach? – W głosie Karen zdumienie zmieszało się z zachwytem. Przez cały wieczór, popalając skręty, przeglądała kolorowe pisma zostawione w restauracji przez hotelowych gości. Nie czytała artykułów, przerzucała jedynie kartki, z rzadka zatrzymując się na którejś dłużej niż na mgnienie oka. Zwolniła przy zdjęciach pałaców maharadżów, nizamów i nababów, którzy zubożeli w nowoczesnych czasach i wyprzedawali rodowe majątki. Na pustyniach w Radżasthanie czy Gudżaracie przerabiano je na hotele dla bogatych cudzoziemskich gości albo na rezydencje nuworyszów z wielkich miast, szukających na odludziu szlachectwa, klasy i wszelkich dowodów, które potwierdzałyby ich znaczenie. Artykuł w ilustrowanym piśmie opowiadał, że pewna sławna modelka wynajęła właśnie na cały tydzień jeden z takich przerobionych na hotele pałaców pod Dżodhpurem, żeby w komnatach maharadżów wyprawić urodzinowe przyjęcie swojemu narzeczonemu, rosyjskiemu bogaczowi, który dorobił się na handlu diamentami. Zaprosiła znanych z telewizji aktorów i muzyków, a żeby dowieźć ich wszystkich na pustynię, wynajęła dwanaście odrzutowców i karawanę limuzyn w starym, kolonialnym stylu. – Naprawdę tam pojedziemy? – spytała Karen, podnosząc głowę znad gazety. – Piszą tu, że drugiego takiego hotelu nie ma na całym świecie! Mój Boże! Wszyscy tam będą! 21
– Może innym razem, nie teraz – odparł Eliksir. – Zgoda, Kocurku? Teraz mówimy o tym, żeby pojechać przez pustynię do pewnego miasta, o którym mówi się, że jest święte. Do świętego miasta dobrze jest wybrać się przez pustynię. To powinno uczynić przeżycia duchowe jeszcze głębszymi. – O tak… Święte miasto… Przez pustynię… Duchowa głębia… – westchnął rozmarzony Koleżka. Tego dnia prawie się nie odzywał. Rano, po śniadaniu złożonym z kawy i naleśników z bananami, zapalił skręta, a potem gdzieś zniknął. Wrócił w porze obiadu z trzema papierowymi kubkami wypełnionymi mlecznym napojem. „Bhang! – powiedział, stawiając je ostrożnie na stole. – Tutejsi tak to nazywają. Bhang! Miałem pięć, ale dwa mi się na schodach rozlały. Musicie się podzielić trzema. Spróbujcie, choćby po łyku, a sami się przekonacie, że warto. Sprzedają to w aptece, zaraz za rogiem. Paliłem to kiedyś w fajce, ale nie wiedziałem, że przyrządzają to też jako napój”. Kupując bhang z rozstawionego na ulicy straganu, sądził, że to lassi, orzeźwiający i wzmacniający koktajl przyrządzany z jogurtu, owoców i przypraw. Poprosił od razu o dwa. „Trzeci za darmo” – uśmiechnął się porozumiewawczo sprzedawca, który okazał się farmaceutą. Koleżka wypił duszkiem. Były tam jogurt, sól, mielone pistacje, szafran. I jeszcze coś, w czym nie od razu rozpoznał wywar z liści i kwiatów konopi. Poczuł go dopiero po dłuższej chwili, a jego siłę i działanie odczuwał jeszcze wieczorem. Niewykluczone, że to jego przemożny wpływ sprawił, że pomysł jazdy wielbłądami do odległego o pół tysiąca kilometrów Puszkaru zrobił na nim takie wielkie wrażenie. „Duchowość… i te rzeczy… to mi się podoba… święte miasto… jadę z wami, ma się rozumieć”. Maggie zgodziłaby się na wszystko, byle tylko wyjechać z Dżajsalmeru. Zamierzała wybrać się z Koleżką w góry Arawali i pobyć 22
jakiś czas w Udajpurze, Wenecji Wschodu. Machnęła jednak ręką na Udajpur i była gotowa jechać dokądkolwiek, byle tylko oderwać go od narkotyków. Choćby na pustynię. Ja nie miałem nic lepszego do roboty. I tak musiałem czekać. Dwa, trzy tygodnie. W najlepszym wypadku. Tak powiedział znajomy Kaszmirczyk, gdy zapytałem, jak długo przyjdzie mi czekać, aż jego zaufany człowiek wróci ze Śrinagaru do Delhi z wiadomościami. „Dwa, trzy tygodnie. Minimum. A może dłużej. W górach drogi są jeszcze przejezdne, ale zima za pasem. W każdej chwili może spaść śnieg i zamknąć na kilka dni przełęcze. Trzeba cierpliwie czekać”. I dodał jeszcze: „Takich spraw inaczej załatwić się nie da. A już na pewno nie przez telefon”. O niczym poważnym Szafi przez telefon nie rozmawiał. Połączenie ze Śrinagarem nie było pewne, wciąż się zrywało. Poza tym obawiał się podsłuchu. Był Kaszmirczykiem, prowadził w Delhi interesy, znał wielu ludzi, wielu zaglądało do jego kantoru na przydworcowym Pahargandżu, dzielnicy targowisk i tanich zajazdów. Tajna policja musiała założyć mu podsłuch, tak na wszelki wypadek, żeby wiedzieć, z kim rozmawia, kto u niego bywa, z kim się spotyka. Dlatego żeby umówić mnie z Jasinem Malikiem, młodym przywódcą zbrojnego powstania od kilku lat trwającego w Kaszmirze, Szafi posłał do Śrinagaru kuzyna, do którego miał zaufanie. W kaszmirskiej stolicy, uruchamiając wszystkie znajomości, miał przekazać Jasinowi Malikowi moją prośbę o spotkanie i przywieźć mi do Delhi jego odpowiedź. Uznałem, że na pustkowiach Radżasthanu, z dala od zgiełku Pahargandżu, czas oczekiwania upłynie szybciej i że na pustyni łatwiej mi będzie się otrząsnąć z afgańskich spraw – stolicy szturmowanej przez wrogie armie, ulicznych walk, nocnych ostrzałów artyleryjskich ze wzgórz otaczających zewsząd Kabul, które służyły 23
oblegającym za stanowiska strzeleckie, rozmów z mieszkańcami na wpół zburzonego, na wpół martwego miasta, szykujących się do chłodnej i głodnej zimy, niemogących liczyć na żadną pomoc, żadną ucieczkę. Na niosącą wytchnienie oazę doskonale nadawał się słoneczny, złoty Dżajsalmer, położony z dala od wszystkiego, a jeszcze bardziej – maleńki, cichy Puszkar, święte miasteczko o łagodnym klimacie, leżące nad jeziorem, na skraju pustyni, pełne kapłanów i pielgrzymów, pogrążone w zadumie i modlitwie. Przy okazji najważniejszego z miejscowych świąt, odprawianego ku czci boga Brahmy, urządzano tam dodatkowo wielbłądzi targ, uchodzący za największy na całym świecie. Święto to, zgodnie z przykazaniem Pana Stworzenia, przypadało w ostatnich dniach lunarnego miesiąca kartika, tuż przed pełnią Księżyca. Kończył się październik i pora ta właśnie się zbliżała. Dowiedziawszy się o naszej wyprawie do Puszkaru, właściciel hotelu Z Widokiem na Fort złapał się za głowę. Jak większość hotelarzy w mieście zajmował się też urządzaniem wycieczek po pustyni i utrzymywał znajomości z wieloma właścicielami wielbłądzich stad. – Nikt wam nie da zwierząt ani przewodników na taką podróż – powiedział. – I w ogóle po co się tłuc po pustyni na wielbłądzim garbie, jeśli można wygodnie przejechać całą drogę samochodem?! Potem jednak zmienił front, ale uprzedził, że będzie to kosztowało dużo więcej niż zwyczajna wycieczka po pustyni. – Droga do Puszkaru jest daleka i trudna… – Trzy, najwyżej cztery dni – wtrącił Eliksir. – … daleka i trudna, powiadam… Ale warta zachodu. – Zaświeciły mu się oczy. – Na pustyni człowiek widzi rzeczy, których 24
na co dzień nie dostrzega. Nawet te, których istnienia nie podejrzewał. U nas wielu wędruje na pustynię, żeby naprawić swoje życie i dojrzeć to, co w nim jest naprawdę ważne. Jednym się to udaje, innym nie, jedni wracają mądrzejsi i spokojni, a czasami nawet święci. Inni w ogóle się nie zmieniają, a zdarza się, że do reszty tracą rozum. Jak to w życiu. Ale jak ktoś chce, to spróbować zawsze warto. A odwodzić: grzech! Długo obliczał koszty najmu karawany, kaligrafował na kartce rzędy liczb, dodawał, odejmował, przekreślał. W końcu ciężko wzdychając, podał kartkę Eliksirowi. Wyliczona suma była dziesięciokrotnie wyższa od opłaty za czterodniowe safari po pustyni. – Z powrotem karawana jedzie na pusto. Żadnych podróżnych, żadnego ładunku, zarobku nie ma, a zwierzęta i tak jeść potrzebują – powiedział. – Czy wy aby wiecie, co za święto jest w tych dniach obchodzone w Puszkarze? Według miejscowych wierzeń tej nocy, przy pełni Księżyca, wody świętego jeziora w Puszkarze nabierają cudownej, oczyszczającej mocy i każdy, kto się w nich zanurzy, będzie miał odpuszczone wszystkie niecne uczynki i grzechy, nawet te najcięższe. Ludzie pobożni, którzy tego dnia w tym miejscu umrą, zostaną na zawsze wyzwoleni i już nigdy więcej nie odrodzą się na ziemi. Kąpiele w pomniejszych jeziorach, stawach, źródłach i strumieniach zapewniają wszelkie błogosławieństwa Brahmy i innych bogów, którzy w tym świętym czasie zstępują do Puszkaru i spełniają życzenia, prośby i tęsknoty ludzi. – Na każdego, kto w tym czasie znajdzie się w świętym mieście, spłynie największa łaska. Czy wobec tych wszystkich dobrodziejstw, jakie was tam czekają, naprawdę warto się wykłócać o parę rupii? – zapytał hotelarz. 25
spis tr eści za murami dżajsalmeru 9 święty nikt 36 kamal 225