Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 2
Dla Ani, Daniela i Emila
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 3
RYSZARD
HOROWITZ ˚ycie niebywa∏e Wspomnienia fotokompozytora Opracowanie redakcyjne Daniel Lis Kamila Sławiƒska
Wydawnictwo Znak Kraków 2014
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 4
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 5
Spis tre Êci
6
68 112
132 194 274
326 372 416
Kraków All that jazz B-14438 W czepku urodzony Fotograf snów Ania B-14438, raz jeszcze Powroty Kol Nidrei Ryszard Horowitz
444
Ka len da rium
450
Indeks osób
˚y cie nie by wa ∏e Wspomnienia fotokompozytora
5
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 6
Kraków
1 1 Kraków
6
Na po czàt ku był Kra ków. Im cz´ Êciej o tym myÊl´, tym wi´k szà mam pewnoÊç, ˝e moja historia nie mogła zaczàç si´ w ˝adnym innym mieÊcie. Mo˝e to przypadek, mo˝e przeznaczenie, tak czy siak – nie byłbym sobà, gdybym nie przyszedł na Êwiat i nie dorastał w Krakowie. La to 1945 roku nie tylko dla mnie – wówczas szeÊciolatka – było niezwykłe, cudowne, magiczne i zaskakujàce. Ludzie wracali do miasta, z którego wygnała ich wojna, i z nieprawdopodobnà ener già za bie ra li si´ do od bu dowy wa nia swo je go ˝y cia, przy wra ca nia wzgl´d nej nor mal no Êci. Sta re kra kow skie mury, nie naruszone przez wojn´, dawały poczucie, ˝e jest na czym budowaç, o co si´ oprzeç, ˝e nie wszystko zaprzepaszczone, mimo tak okropnych strat. Ocalałe ułamki pi´kna stworzonego ludzkà r´kà dawały nadziej´ na powrót do ˝ycia. Powo jen ny roz dział mo jej hi sto rii roz po czàł si´ w niewiel kim mieszkaniu przy ulicy Dietla, na granicy Kazimierza, gdzie mieszka ło wte dy bo daj z pi´t na Êcie osób. Kil ko ro krew nych, tro ch´ zna jo mych, wszy scy pró bu jà cy uło ˝yç na nowo ˝y cie, cu dem oca lo ne z wo jen ne go pie kła. ˚y cie co dzien ne w owym cza sie pełne było nieoczekiwanych zdarzeƒ: ktoÊ zaginiony znajdował si´ nie spo dzia nie, cu dem na po tka ny na uli cy – jak mój oj ciec, na którego matka wpadła po prostu na jednym ze staromiejskich traktów. Kilka dni wczeÊniej przedwojenna znajoma zapewniała jà, ˝e nie ma co czekaç na jego powrót, ˝e nie ˝yje; byli i tacy, co twierdzili, ˝e widzieli jego Êmierç. Mieszkanie było nadzwyczaj skromne. Mało kto miał cokolwiek prócz bolesnych wspomnieƒ. Wyposa˝enia było tyle co nic, za to lu dzi du ˝o, bo skoro ju˝ ktoÊ znalazł kàt, przygar niał zaraz bliskich, tu ła jà cych si´ bez da chu nad głowà. WÊród wie lu osób mieszkajàcych z naszà rodzinà – dziadkami ze strony ta ty, rodzicami i mojà starszà siostrà Niusià – był Romek, chłopiec starszy ode mnie o szeÊç lat, rezolutny i wygadany: idealny partner dla mnie, nieÊmiałego, delikatnego szeÊciolatka, poszukujàcego inspi ru jà ce go towa rzy sza za baw. Dla kil ku let nie go brzdà ca naj wa˝niejsze było, ˝e w mieÊcie ciàgle znajdowaliÊmy coÊ do od-
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 7
kry cia, ale dziw nym tra fem nie ba li Êmy si´ zgu biç. My, dzie ci woj ny, nie ba li Êmy si´ byle cze go, wi´c bu szowa li Êmy po dziu rach i wy kro tach sà sied nich po dwó rek w po szu ki wa niu skar bów, pó ki wo ła nie ma mu si nie we zwa ło nas na ko la cj´. Nawet naj dal sza eska pa da pr´ dzej czy póê niej koƒ czy ła si´ w domu, wÊród kochanych ludzi i znanych przedmiotów. Mamusia opiekowała si´ troch´ Romkiem, bo szybko dostrzegła, ˝e choç ma własny dom i krewnych, brak mu rodzinnego ciepła. Ma ma Rom ka zgi n´ ła tra gicz nie na sa mym po czàt ku oku pa cji – jak i moi dziad kowie ze stro ny ma my – a je go ta ta tu˝ po wojnie zwiàzał si´ z typowo krakowskà mieszczkà. Zapami´ta łem irchowe r´ kawicz ki, któ re ma co cha Rom ka no si ła bez wzgl´du na pogod´, i pogardliwe spojrzenia, jakimi go obrzucała. Kiedy wiele lat póêniej Romek osiàgnàł wielki Êwia towy sukces, spojrzała na niego inaczej i nawet zacz´ła si´ nim chwaliç. W moim dzieci´cym wspomnieniu pozostała na zawsze wcieleniem złej macochy z baÊni o Kopciuszku. Nie wiem, dlaczego Romek wybrał mnie na towarzysza zabaw. Mo˝e dla tego, ˝e mieszkaliÊmy razem, a nasze rodziny były ze sobà bardzo za przy jaê nio ne. Choç star szy ode mnie o kil ka lat, był drobniejszy od swoich rówieÊników – ja zaÊ, niewiele mniejszy od niego, wydawałem si´ idealnym kompanem. WyprawialiÊmy wspólnie ró˝ne brewerie, ale to Roman uchodził za urwisa. Jego ojciec nieraz pytał moich rodziców, co sprawiło, ˝e Rysio jest takim uło˝onym dzieckiem? WÊród innych dzieciaków wyró˝niał si´ tym, ˝e był troch´ dziki, zadzior ny, zawsze skłonny do bitki, tak jakby nazwisko, którego u˝ywał podczas okupacji – Wilk – wpłyn´ło na jego charakter. Mnie natomiast zawsze okazywał przyjaêƒ i cier pli woÊç, był moim przewod ni kiem, po my słodaw cà wspólnych zabaw, niemal bra tem. Po wojnie Romek nosił ju˝ nazwisko Polaƒski, ale przed jej wybuchem nazywał si´ Liebling, podobnie jak jego siostra cioteczna – Roma (po wojnie Ligocka). Była niewiele starsza ode mnie i towa rzy szy ła nam w niektó rych eska pa dach. Na zdj´ ciu zro bionym w 1946 roku nad brzegiem Wisły jesteÊmy we czwórk´: na sto let nia Niu sia w be re ci ku i pal cie za sia da na ka mien nym murku. Góruje wzrostem oraz ˝yciowym doÊwiadczeniem nad naszà trójkà. Obok niej – nad wyraz powa˝ny Romek, brzdàc o nieprawdopodobnie odstajàcych uszach, intensywnie wpa truje si´
Ryszard Horowitz ˚y cie nie by wa ∏e Wspomnienia fotokompozytora
7
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 8
w obiektyw. Wyglàda na mojego równolatka, obaj jesteÊmy wystrojeni w niedzielne ubranka. Ja stoj´ poni˝ej w marynarskiej blu zie z wy kła da nym koł nie rzem, obok Ro ma w bia łej ga lowej bluzeczce. Ta trójka towarzyszyła mi najcz´Êciej w pierwszych krakowskich la tach i w czasie wyjazdów: do Zakopanego, do domu naszej przedwojennej niani Antosi Struzik do Marcypor´by i do KroÊcienka nad Dunajcem, gdzie zwykle sp´dzaliÊmy la to. Z na szych wy czy nów lat wcze snosz cze ni´ cych za pa mi´ ta łem dwa epizody: rwanie czereÊni i sprzeda˝ sznurówek. Balkon domu przy Die tla wy cho dził na klasz tor ny ogród, w któ rym, nie opodal, rosła wielka czereÊnia, la tem obsypana słodkimi, połyskujàcymi owocami. Na wszelkie sposoby staraliÊmy si´ do nich dobraç. KonstruowaliÊmy przemyÊlne systemy sznurków, pozwala jà cych na giàç ga ł´ zie tak, by Êmy mo gli do nich do si´ gnàç. Nasz wspa nia ły wy na la zek nie spo tkał si´ jednak z uzna niem wła Êci cie li sa du: przy ła pa ni na go rà cym uczyn ku mu sie li Êmy ra towaç si´ ucieczkà. Innym razem postanowiliÊmy spróbowaç ka rie ry w han dlu. W opusz czo nym warsz ta cie szew skim zna leê li Êmy przy oka zji któ rejÊ z na szych eska pad wi´k szà iloÊç sznurowadeł. ZainstalowaliÊmy si´ na ulicy pod domem i oferowaliÊmy je przechodniom. Towar, o dziwo, miał wzi´cie! ZarabialiÊmy w ten sposób jakieÊ grosze, a Romek zarzàdził, ˝e zaoszcz´ dzi my je na wy jazd do Ame ry ki. Po dru giej stro nie uli cy, na ro gu, był skle pik ze sło dy cza mi; sym pa tycz ny sprze daw ca cz´stował nas czasami cukierkami. To wystarczało, by osłodziç troch´ ˝ycie. A ˝ycie w mieszkaniu przy Dietla nie zawsze było słodkie: ludzie z koniecznoÊci stłoczeni na niewielkiej przestrzeni sprzeczali si´ z byle powodu, trudno było o chwil´ spokoju, o intymnoÊci nie by ło co ma rzyç. W koƒ cu po dwóch czy trzech la tach ta kie go wspólnego egzystowania mój papa znalazł dla nas prawdziwie królewskie lokum.
1 Kraków
8
PrzenieÊliÊmy si´ do mieszkania w Rynku Głównym, pod numerem 24, na trze cim pi´ trze. Zaj mu jà cy ca łe pi´ tro apar ta ment skła dał si´ z trzech sy pial ni, sa lo nu, kuch ni i ja dal ni. Szło si´ na gór´ po kamiennych schodach, wchodziło przez ci´˝kie, d´bowe drzwi do ob szer ne go hal lu. Po prawej stro nie by ły dwie sypialnie z oknami wychodzàcymi na Rynek, wi´ksza nale˝ała
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 9
Niusia Horowitz-Karakulska, Roman Polaƒski, Ryszard Horowitz, Roma Ligocka, Wawel, 1946
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 10
1 Kraków
10
do ro dzi ców, mniej szà zaj mowa li Êmy ja i Niu sia. Po lewej by ła ogrom na sy pial nia dziad ków (a za ra zem ja dal nia), wspa nia ła, wykładana kafelkami łazienka, pi´knie urzàdzona przez tat´, oraz kuch nia, w któ rej miesz ka ła słu ˝à ca. Z kuch ni wy cho dzi ło si´ na oszklo nà we ran d´ prowa dzà cà do sà sied nie go bu dyn ku. Mieszkanie było umeblowane solidnymi mieszczaƒskimi meblami, wybra nymi i zaku pionymi przez moje go przedsi´ biorcze go ta t´: mie li Êmy bie liê niark´ i kre dens, gra mo fon, a nawet for te pian, zajmujàcy sporà przestrzeƒ w wielkim salonie, gdzie stała tak˝e mi´kka tapicerowana sofa, na której ojciec zwykł drzemaç po obiedzie. ChodziliÊmy wtedy po domu na paluszkach, aby go przy pad kiem nie obu dziç. Pa mi´ tam, ˝e kiedyÊ w cza sie ta kiej drzemki wskoczył tacie na piersi mój ra tlerek CacuÊ. Przestraszył go tak bardzo, ˝e ten, rozgniewany, kazał mi si´ pieska na tychmiast pozbyç. Bardzo było mi ˝al biednego Cacusia – do dzisiaj wi dz´ to ma leƒ stwo, trz´ sà ce si´ ni czym ga la ret ka, na cieniutkich jak pa tyczki nó˝kach. W salonie stała te˝ przeszklona serwantka, a w niej mnóstwo bibe lo tów, w wi´k szo Êci pre zen tów od cio ci Ma rian ny, zwa nej w domu Manci. Wiedenka Manci, mieszkajàca ju˝ wtedy po drugiej stronie Atlantyku, obdarowywała nas fajansowymi aniołkami, głów ka mi Mo zar ta, fi gurka mi pa ste re czek i in ny mi dro bia zga mi, rów nie efek tow ny mi co bez u ˝y tecz ny mi. Wszyst kie te skarby, nazywane u nas „cacydupkami”, co jakiÊ czas pracowicie odkurzała któraÊ z panien słu˝àcych. Je dy na powo jen na fo to gra fia ca łej na szej ro dzi ny – wy ko na na w 1955 czy 1956 ro ku, któ rà z pie ty zmem prze chowu j´ wÊród naj cen niej szych pa mià tek – przed stawia trzy po ko le nia Ho rowit zów w tym właÊnie salo nie w do mu przy Rynku. Nie zwy kłe to zdj´ cie – wy glà da, jak by zro bio no je w in nym stu le ciu, w mieszczaƒskim wieku dziewi´tnastym, w Êwiecie pełnym wykwintnych przedmiotów i eleganckich ludzi. Sà na nim wszyscy ci, którzy prze˝yli wojn´, zgromadzeni wokół masywnego stołu na so lid nych d´ bowych no gach. Pierw szy od lewej – dzia dek Horowitz, w ciemnym garniturze i krawacie, z siwymi włosami starannie zaczesanymi na tył kształtnej głowy; prawà dłoƒ wsunàł do kieszeni, lewà wspiera si´ na oparciu krzesła, na którym zasiada babunia, bardzo stylowo wyglàdajàca mimo wieku i choroby. Pod szyjà zapi´tej na ostatni guzik sukni ma broszk´ z kameà,
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 11
Rodzina Horowitzów, Kraków, 1955
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 12
1 Kraków
12
kraciasty wełniany pled okrywa jej kolana. Wkrótce po przeprowadz ce na Ry nek bab cia do zna ła wy lewu i stra ci ła mow´. Od tamtej pory rzadko wychodziła ze swojego pokoju. Dziadek za to ukła dał mnie zawsze spaç, ca łował w czo ło na do bra noc i opowia dał fan ta stycz ne hi sto ryj ki z pierw szej woj ny Êwia towej, kiedy to słu˝ył w wojsku austriackim. Ale wróçmy do fotografii. Za babcià stoi Niusia, moja Êliczna siostra, za lot nie prze krzy wia jà ca głów k´ o ciem nych wło sach i spoj rze niu przedwo jen nej ak torki. Czu łym ge stem obej mu je za szyj´ mamusi´, siedzàcà poÊrodku, eleganckà dam´ w ciemnej sukni, ozdobionej srebr nym naszyjnikiem, z lokami uło˝onymi w mi ster nà fry zu r´. Da lej ja, naj ra do Êniej ze wszyst kich uÊmiechni´ty, w marynarce i jasnej koszuli z modnym wtedy, wykła da nym koł nie rzem ∫ la Słowac ki, lewà r´ kà obej mu j´ ta t´ – ubranego w gar nitur, pod krawa tem, siedzàcego w swobodnej po zie z ra mie niem opar tym o blat sto łu. Na pod ło dze le ˝y pi´kny, r´cznie tkany dywan; w tle na Êcianie widaç obraz w stylowej ra mie, dziewi´t na stowiecz ny olejny por tret przed stawia jàcy jakàÊ austriackà ma tron´. Nie wiem, skàd wytrzasnàł go ta ta, ale pami´tam, ˝e wspaniała złocona rama zamówiona została u ku sto sza mu zeum na Wawe lu. Ob raz w tej chwi li wi si w na szym nowojorskim mieszkaniu na honorowym miejscu nad kominkiem; poni˝ej umieÊciliÊmy zdj´cie rodzinne, o którym teraz mowa. Ze smutkiem myÊl´ o tym, co przemin´ło, i o wszystkich najbli˝szych, którzy ju˝ odeszli. Do pie ro kie dy po sze dłem do szko ły, mi mowol nie za czà łem do strze gaç, jak bardzo skrom nie – by nie rzec: biednie – ˝y li moi koledzy. Wiele lat póêniej zrozumiałem, ˝e to dzi´ki niezmier nej, czułej miłoÊci mojej mamy i niespo˝ytej przedsi´biorczoÊci ojca, dzi´ki rodzicom, którzy stawali na głowie, by zrekompensowaç mi wojenne cier pienia, miałem kabanosy na drugie Êniadanie, zdj´ cia na ku cy kach, pa te fo ny czy in ne wspa nia łe rze czy, którymi mnie otaczali. Nie brakowało mi nawet ptasiego mleka. Ta t´ pami´tam jako człowieka ruchliwego i energicznego: nie było rzeczy ani sprawy, których nie umiałby zała twiç. Sklep „Budowa” z ar tykułami hydraulicznymi (mieszczàcy si´ na ulicy Âwi´tego Tomasza), który prowadził do spółki z ciotkà Romka a matkà Ro my, To sià Li goc kà, był dla kil ku let nie go chłop ca skarb cem nie zwy kło Êci. Za kład ten, bez li to Ênie n´ ka ny do mia ra mi przez
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 13
Zdj´cie Êlubne Dawida i Reginy Horowitzów, Kraków, 1931
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 14
1 Kraków
14
komunistyczne władze, był jednà z nielicznych prywatnych inicja tyw, któ re prze trwa ły t´ wal k´ paƒ stwa z ka pi ta li zmem. Oj ciec radził sobie doskonale przez długie la ta. „Budowa” zamkn´ła po dwo je do pie ro pod ko niec lat szeÊç dzie sià tych, gdy moi rodzice przeprowadzili si´ do Wiednia. Wn´trze sklepu zapełnione było szczelnie pudełkami, skrzynkami i kasztami z wszelkiego rozmiaru Êrubami, nakr´tkami, zaworami, kurkami i mnóstwem innych szpejów, których przeznaczenia nie po tra fi łem si´ do my Êleç. Ze skle pu scho dzi ło si´ do przepastnej piwnicy, do której samemu nie wolno mi było si´ zapuszczaç. Jej Êciany oplatały masywne półki pełne przeró˝nej arma tu ry. Ru ry i ru recz ki do urzà dzeƒ hydrau licz nych, mie rzo ne w nieznanych mi wtedy calach, poukładane według rozmiaru, silnie działały na wyobraêni´ dziecka. Kto mógł przypuszczaç, ˝e kiedyÊ pomiary w calach b´dà mojà codziennoÊcià? W sklepowej piw ni cy królował wychu dzo ny chłopi na imieniem Józio, po mocnik ta ty, które mu zawdzi´czałem inicjacj´ w Êwiat rowe rów. Któ re goÊ cie płe go dnia Jó zio za brał mnie z rowe rem na Planty i tak zaczarował, ˝e nawet nie zauwa˝yłem, kiedy pewny chwyt jego r´ki za mnà zel˝ał, a ja, nieÊwiadom swego dokonania, pojechałem samodzielnie na dwukołowym, „dorosłym” bicy klu. Do pie ro kie dy od kry łem, ˝e nikt mnie nie trzy ma, przewró ci łem si´ na tych miast. Od tej po ry po ko cha łem rower. W póêniejszych la tach pochłaniało mnie bez reszty udoskonalanie kolejnych egzemplarzy własnego pojazdu. Z naszego domu na Rynku niewiele ocalało poza kilkoma meblami, przechowanymi do dzisiejszego dnia w domu Niusi. Jeszcze w la tach szeÊçdziesià tych, krótko po moim wyjeêdzie, odebrano ro dzi com po kój, w któ rym miesz ka łem. Na szcz´ Êcie miał osobne drzwi na klatk´ schodowà. Dokwa terowano tam rodzin´ z dzieckiem, która musiała gnieêdziç si´ w nieludzkich warunkach – bez kuchni i łazienki. Gdy rodzice wyjechali z Krakowa, mieszkanie rozparcelowano na dwa oddzielne apar tamenty. Oryginalne, pi´kne wrota budynku zostały w la tach siedemdziesià tych wy mie nio ne na by le ja kie, ba nal ne drzwi; sty lowà bra m´ szpe ci dziÊ szyld ja kiejÊ ˝ar ło daj ni wci Êni´ tej w po dwó rze, a wejÊcie na schody zamyka złowroga ˝elazna kra ta. Nic jednak nie odbierze mi pi´knych wspomnieƒ domu pełnego ludzi, rozmów, Êmiechów, Êpiewu i ra doÊci. Gdy tylko wynieÊli-
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 15
Êmy si´ od gro ma dy krew nych z miesz ka nia przy Die tla, mo ja mama zacz´ła przyjmowaç goÊci – a robiła to z rozmachem i umiłowaniem, jak prawdziwa dama. Była zresztà damà, takà wszyscy jà zapami´tali: pi´kna i elegancka przedwojenna modystka, umiała zadbaç o właÊciwy strój i wystrój mieszkania. Nie wiem doprawdy, jakim cudem przetrwały jej fotografie sprzed wojny, ale do dziÊ mam ich kil ka. Od kry łem je w nowo jor skim do mu cioci Manci na kilka miesi´cy przed jej Êmiercià. Fotografie dowodzà bezsprzecznie, ˝e ci, którzy nazywali mojà mam´ najpi´kniejszà dziewczynà w Krakowie, nie mylili si´. Fiołkowooka, o delikatnych rysach, małym nosku i pi´knym wykroju wàskich ust mu sia ła po do baç si´ m´˝ czy znom. Uwiel bia ła si´ wy twor nie ubieraç, przystrajaç w pi´knà bi˝uteri´ i nosiç kapelusze. Była przy tym wspa nia łà pa nià do mu. Jej kuch nia sły n´ ła wÊród wszystkich, którzy kiedykolwiek skosztowali jej potraw czy wypieków. Ojciec, chudy jak pa tyk po powrocie z obozu, w którym do cze kał koƒca wojny, od kar mił si´ w domu w nie spełna kilka miesi´cy, a nawet wyhodował wydatny brzuszek. Kilka razy w tygo dniu zbie ra ło si´ w na szym sa lo nie towa rzy stwo za przy jaê nionych krakusów, w wi´kszoÊci jeszcze przedwojennych znajo mych. By wa li u nas paƒ stwo Lewan dow scy, Szpit ze rowie, Loewentonowie i wiele innych osób. Biesiadowali, muzykowali, czasem grali w remika do białego rana. Mama bywała te˝ ch´tnie w cukier ni Noworolskiego, gdzie w niedziel´ schodziło si´ całe krakowskie towarzystwo, albo w Feniksie, po drugiej stronie Rynku. Te wyjÊcia rodziców były dla Romka i dla mnie okazjà do przeró˝nych zabaw, szczególnie takich, na które nawet moja wyrozumiała mama mogłaby si´ nie zgodziç. UstawialiÊmy na komodzie mały epidiaskop z kar tonu i wyÊwietlaliÊmy obrazki, udajàc, ˝e to prawdziwe kino. KiedyÊ podkusiło mnie, ˝eby wyÊwietliç film prosto na Êcian´ Wie˝y Ratuszowej vis-∫-vis moich okien, co zakoƒczyło si´ niezbyt miłà wizytà milicji. Kiedy bawiliÊmy si´ w teatr, potrzebowaliÊmy sceny, kładliÊmy wi´c szaf´ na płask na podłodze, bezlitoÊnie rozrzucajàc jej zawar toÊç. Ch´tnie przebieraliÊmy si´ w najlepsze mamusine suknie na potrzeby naszych kostiumowych przedstawieƒ. Po powrocie mama załamywała swoje Êliczne r´ce teatralnym gestem, ale nigdy nie spotkała nas za te wybryki ˝adna powa˝niejsza kara.
Ryszard Horowitz ˚y cie nie by wa ∏e Wspomnienia fotokompozytora
15
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 16
1 Kraków
16
Ulubionym celem moich miejskich wypraw był miesz czàcy si´ na rogu ulic Âwi´tego Tomasza i Szpitalnej „sklep cynamonowy” mojego dzieciƒstwa: antykwariat pana Taffeta, słynny na cały Kraków z ogromnego wyboru unika towych druków. Zresztà z całej Polski ludzie przyje˝d˝ali, ˝eby przeglàdaç te zbiory. Na Szpitalnej było w tamtych czasach jeszcze kilka antykwariatów: był Peltz, był tak zwany „garbus” w gotyckiej kamienicy. Taffetowie jednak byli jedyni w swoim rodzaju: właÊciciele – mał˝eƒstwo – siedzieli poÊród okropnego bałaganu, bo oprócz ksià˝ek zgromadzili mnóstwo papierów, dokumentów, rycin i czasopism pi´trzàcych si´ niemal pod sufit. Mo˝na tam było znaleêç istne skarby, szczególnie jeÊli zdobyło si´ zaufanie właÊcicieli. Bywałem u Taffetów bardzo cz´sto. Antykwariusz, zaprzyjaêniony z naszà rodzinà, przyjmował mnie ch´tnie i pozwalał buszowaç wÊród półek, z których z j´kiem zachwytu Êciàgałem najpierw przedwojenne wydania przygodowych powieÊci, a w kilka lat potem – ksià˝ki o sztuce, pełne upragnionych reprodukcji. Chodziłem do tego pachnàcego zakurzonym papierem kró lestwa jak in ne dzieciaki do sklepów z zabawkami, a właÊciciel w swej niezwykłej hojnoÊci nieraz wypo˝yczał mi niektóre z tych białych kruków do domu. Dopiero jako dorosły człowiek uÊwiadomiłem sobie w pełni, jak war toÊciowe były te starocie: wÊród ksià˝ek, które pierwszy raz wziàłem tam do r´ki, było niemało pozycji albo zakazanych przez komunistyczne władze, albo nie wznawianych od przedwojnia. Nie ja jeden sp´dzałem tam ka˝dà wolnà chwil´: mój ojciec widywał u Taffetów przesiadujàcego godzinami ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza, który delektował si´ dziełami niemo˝liwymi do zdobycia w nor malnym obiegu ksi´garskim. W tym właÊnie anty kwa ria cie od kry łem powie Êci Ka ro la Maya. Czy ta łem z wy pie ka mi na twa rzy i od de ski do de ski hi sto rie o Old Shat ter han dzie i wo dzu in diaƒ skim Win ne tou, a tak ˝e – dzisiaj zapomniane – opowieÊci orientalne z Kara ben Nemzim i jego słu˝àcym Halefem. Miały one niezwykły wpływ na rozwój mojej wyobraêni. An ty kwariat prze trwał w r´kach rodziny Taffetów a˝ do lat szeÊçdziesià tych. Dopiero w 1968 roku, kiedy zo sta li zmu sze ni do wy jaz du z kra ju, za mkni´ to go na do bre. Do dziÊ, idàc ulicà Âwi´tego Tomasza od Rynku w stron´ Plant, niemal spodziewam si´ zobaczyç szyld ksi´gar ni na rogu, i niezmiennie ogar nia mnie smutek, gdy go nie znajduj´.
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 17
Naj wi´k szà mło dzieƒ czà pa sj´ dzie li łem z Rom kiem: eks pe ry men towa li Êmy z wkra cza jà cà wła Ênie na ry nek, doÊç ubo gà z dzisiejszego punktu widzenia, elektronikà. Do koƒca ˝ycia nie zapomn´ wra˝enia, jakie zrobił on na mnie, konstruujàc na moich oczach radio kryształkowe. Zanim si´ obejrzałem, stos elektro nicz nych cz´ Êci o˝ył w je go r´ kach – usły sze li Êmy szu my i trza ski, wymie sza ne z po szcze kiwa niem komu ni stycz nej pro pagandy i dêwi´kami socjalistycznych szlagierów, zagrzewajàcych „do ro bo ty”. Ja kiÊ czas póê niej powsta ły na sze au tor skie audycje radiowe. Romek, który od małego zdradzał talent aktorski, wyst´pował ju˝ wówczas w radiowym teatrzyku „Gromadka Êwietlicowa” i tam podpa trzył, jak powstajà nagrania; pod jego kierownictwem utrwalaliÊmy wi´c nasze wyst´py, zło˝one z zaimprowizowanych dialogów i wstawek muzycznych. U˝y wa li Êmy ów cze sne go cu du tech ni ki – enerdow skiej przy staw ki ma gne to fo nowej. Urzà dze nie to, nad zwy czaj pry mi tyw ne, wy ko na ne z to por ne go ba ke li tu, mia ło kształt trój kà ta, je den na ro˝ nik za kła da ło si´ na oÊ ta le rza gra mo fo nu, któ re go ob ro ty na p´ dza ły ca łe ustroj stwo. Na dwa po zo sta łe na ro˝ ni ki nakładało si´ taÊm´; umieszczona w tej cz´Êci głowica rejestrowa ła dêwi´k. Cza sa mi ta lerz gra mo fo nu zwal niał, a wte dy gło sy znie kształ ca ły si´ w ko micz ny spo sób. Na gra nia za re je strowa ne za po mo cà rze czo nej przy staw ki na brà zowej ta Êmie stylonowej ci´ło si´ potem ˝yletkà i montowało przylepcem. Jednym ze zna ko mit szych na szych do ko naƒ na po lu te atru ra diowego był cykl za tytułowany „Urodziny u rodziny”. BawiliÊmy si´ fantastycznie: improwizowane wyst´py, wygłupy z ró˝nymi efekta mi dêwi´ kowy mi, nar ra cje z wkom po nowa ny mi uryw ka mi utwo rów mu zycz nych od gry wa nych na tym, co nam wpa dło w r´ ce, głów nie na garn kach, pio sen ki wła sne go au tor stwa. Nie ste ty, ma te rial ne Êla dy na szej en tu zja stycz nej twórczo Êci za gi n´ ły bez pow rot nie. Miałem mo˝e z dziesi´ç lat, kiedy dostałem od ojca pierwszy aparat fotograficzny. To była leica z lat trzydziestych. Nie wiem, czy ta ta prze chował u kogoÊ ten przedwojen ny model, czy ku pił jà na tandecie. Jak wie le przedmiotów w moim dzieciƒstwie, aparat po jawił si´ na gle, zma te ria li zował w nie mal cu dow ny spo sób. Nie rozstawałem si´ z nim nigdy. Pierwsza moja fotografia, którà dokładnie pami´tam, przedstawiała rzeêbiony maszkaron
Ryszard Horowitz ˚y cie nie by wa ∏e Wspomnienia fotokompozytora
17
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 18
1 Kraków
18
ze skle pie nia piw ni cy na w´ giel w na szym do mu przy Ryn ku. Piwnica miała pi´kne, krzy˝owo-beczkowe sklepienie gotyckie, z rzeêbionymi wspornikami poÊrodku – na jednym z nich był właÊnie ten potwór, którego oÊwietliłem za pomocà zwykłej ˝arówki. Wi´kszoÊç moich chłopi´cych zdj´ç przedstawia Kraków. Fotografowanie miasta było wtedy przygodà, nieograniczonà zakazami, kra tami, kłódkami i tablicami ostrzegawczymi zabraniajàcymi wst´pu intruzom. Wsz´dzie mo˝na było si´ dostaç: na dach Sukiennic, na wie˝´ Mariackà, w głàb podwórek, w przeró˝ne dziwaczne, mroczne, nieraz niebezpieczne zakàtki. Fotografowałem wi´c bajkowe miejskie pejza˝e, zaczarowane doro˝ki jak z Gałczyƒ skie go, za kon ni ce na za sy pa nym Ênie giem Ryn ku, fan ta styczne gotyckie i barokowe detale architektoniczne – cały ten magiczny, galicyjski melan˝. Kilka lat temu siostra przysłała mi odnalezionà przypadkiem fotk´ z połowy lat pi´çdziesià tych. ByliÊmy wtedy na jakiejÊ wycieczce w Warszawie, grupa uczniów w szarych płaszczach i berecikach. Jestem na tym zdj´ciu jedynà osobà z apara tem fotograficznym. Wiele lat póêniej leic´ podarowałem mojej ˝onie Ani i właÊnie nià zrobiła mi seri´ zdj´ç, na któ rych sie dz´ w wan nie i go l´ bro d´. Dla cze go w pew nym momencie zapozowałem na Hitlera? Jeden Pan Bóg wie. Zdj´ cia trze ba by ło gdzieÊ wy wo ły waç, zbu dowa li Êmy wi´c z Romkiem zaimprowizowanà ciemni´ w łazience. Mama oczywiÊcie rwała włosy z głowy, bo przewracaliÊmy cały dom do góry nogami, a nasze eksperymenty utrudniały ˝ycie innym domownikom. Szczególnie Niusia bywała na nas wÊciekła – tak jak potrafi byç w takich wypadkach wÊciekła elegancka młoda dziewczy na go dzi na mi czekajàca na dost´p do lu stra, w któ rym chciałaby si´ przejrzeç. Zwłaszcza ˝e w jej nastoletnim ˝yciu pojawił si´ właÊnie Tadeusz Karakulski, młody, przystojny student medycyny, którego poznała na potaƒcówce w YMCA. Dzi´ki wspania łe mu uspo so bie niu szyb ko zo stał fawo ry tem mo jej ma my, a póê niej cie szył si´ wielkà sym pa tià i sza cun kiem swo ich pa cjentów, nie mówiàc ju˝ o ogromnej miłoÊci mojej siostry, którà da rzy go do dzi siaj. Nic dziw ne go, ˝e w cza sie gdy z Rom kiem urzàdzaliÊmy naszà zaimprowizowanà ciemni´, brak dost´pu do łazienki przed wyjÊciem na randk´ doprowadzał Niusi´ do szału. Kilka razy w bezsilnej złoÊci nawet zapaliła nam Êwiatło, przeÊwietlajàc wszystkie materiały. UznawaliÊmy to za atak, wÊciekaliÊmy
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 19
Na kucyku, B∏onia, Kraków, 1947
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 20
si´, byliÊmy gotowi jà zabiç. Nasze eksperymenty fotogra ficz ne były dla nas najwa˝niejsze na Êwiecie. Wszystko w tej naszej ciemni sami zbudowaliÊmy albo poskładaliÊmy do kupy ze znalezionych przedmiotów. Umywalka i wanna zast´powały kuwety, do płukania filmów Êwietnie nadawał si´ bidet, elegancki w tamtym czasie element wyposa˝enia naszej łazienki. Odczynniki trzeba było samemu przygotowaç z produktów zakupionych w aptece. Z przera˝eniem myÊl´ dzisiaj o wszystkich tych truciznach, któreÊmy własnymi r´kami mieszali i wdychali. Powi´kszalnika nie mieliÊmy, wi´c u˝ywaliÊmy starego epidiaskopu. MusieliÊmy te˝ sami zbudowaç z pudełek maskownic´, ˝eby kontrolowaç iloÊç Êwiatła, a odbitki naÊwietlaliÊmy, rzucajàc obraz poziomo na Êcian´. Pami´tam, ˝e tata palił wtedy playersy. Ich blaszane pudełko zdobiło koło ratunkowe z głowà marynarza w Êrodku. Z tych opakowaƒ robiło si´ pierwszorz´dne podkładki do przymocowania zdj´ç: przylepialiÊmy pudełka plastrem do Êciany, a potem do nich gumkami recepturkami przyczepialiÊmy papier. Nasze techniczne improwizacje nie znały granic. Zdarzało si´ nam oczywiÊcie bawiç tak, jak wi´kszoÊci naszych rówieÊników. Dwie gry wspominam ze szczególnym sentymentem: zoÊk´ i pchełki. Obie wymagały samodzielnego przygotowania rekwizytów, co obecnie wprost nie mieÊci si´ dzieciom w głowach. Gra w zoÊ k´ po le ga ła na pod bi ja niu przo dem lub bo kiem bu ta niewielkiej piłeczki, zrobionej z kawałka ołowiu i wełny. PotrafiliÊmy kopaç jà godzinami, organizowaliÊmy rozgrywki dru˝ynowe i indywidualne mistrzostwa. W pchełki grało si´ w domu, przy stole. Wi´kszym guzikiem naciskaliÊmy na kraw´dê mniejszego, powodujàc jego „skoki” w kierunku bramki. Cała sztuka opierała si´ na odpowiednio spreparowanych guzikach. Najbardziej po˝àdane były du˝e, odpowiednio ci´˝kie i Êliskie od spodu. Bez wahania odcinaliÊmy mamom i babciom eleganckie zapi´cia od płaszczy i fu ter, szli fowa li Êmy je pa pie rem Êcier nym i ru sza li Êmy do walki. Kiedy opowiadałem o naszych szalonych rozgrywkach moim kilkuletnim wówczas synom, wychowywanym w epoce gier komputerowych, pa trzyli na mnie jak na waria ta.
1 Kraków
20
Pierwsze la ta mojej for malnej edukacji pami´tam jak przez mgł´ – biednà szkoł´ podstawowà na Kazimierzu, gdzie wÊród gromadki wyl´knionych dzieciaków, w wi´kszoÊci sierot, z który mi
Ryszard H. Zycie niebywałe 04 Korekta_Layout 1 17/10/14 13:30 Page 21
W oknie w mi eszkaniu na Ry nku G∏ównym , Kraków, 19 52