ŚWIĘCI PIERWSZEGO KONTAKTU
Wydawnictwo Znak | Kraków 2017
Projekt okładki Oksana Shmygol Fotografie na okładce Gabriela Buzek-Garzyńska (ikony ze zbiorów Szymona Hołowni) EAST NEWS zbiory prywatne Opieka redakcyjna i wybór ilustracji Katarzyna Węglarczyk Adiustacja Katarzyna Mach Korekta Barbara Gąsiorowska Katarzyna Węglarczyk Łamanie Piotr Poniedziałek
Copyright © by Szymon Hołownia © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017
ISBN 978-83-240-5002-4
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2017. Printed in EU
TYDZIEŃ 1: TY W układaniu się z samym sobą hagioterapia bywa szczególnie pomocna. Alojzy i Kinga nauczą iść własnym tempem niezależnie od okoliczności, a jeśli te ostatnie okażą się naprawdę hardkorowe, dodatkowego wsparcia udzielą Agnieszka i Emerencjana. Antoni i Jerzy pomogą ci wyjść ze strefy komfortu, u Feliksa znajdziesz zrozumienie słabostek, u Elżbiety – pociechę, że żadne pęknięcie ani złamanie nie wyklucza szczęśliwego życia, a z Serafinem zwyczajnie pogadasz. W sytuacji kryzysowej, gdy już nie wiesz, kim jesteś i co w ogóle robisz na tym łez padole, pamiętaj, że pod telefonem zaufania czeka Małgorzata.
CZCIGODNY SŁUGA BOŻY ALOJZY KOSIBA (1855–1939) GDY NACHODZI OCHOTA, ŻEBY JEDNAK JUŻ COŚ TAK W ŻYCIU ZMIENIĆ
Od wielu już lat nie jestem stałym oglądaczem telewizora. W nosie mam dzienniki i dobranocki, włączam go – przyznaję bez bicia – jedynie na moje religijno-detektywistyczne opium dla mas, czyli Ojca Mateusza. Czasem, skacząc po kanałach, odkrywam jednak, że tak jak w Boże Narodzenie zawsze na którymś będzie szedł Kevin sam w domu, tak w innych okresach roku wystarczy posiedzieć chwilę, by na ekran wjechał Pułkownik Kwiatkowski. Miejsce trzecie w lidze filmów, na które najczęściej trafiają moje oczy (a może to już po prostu ramówka tak interaktywna, że wyświetla widzowi to, co zgodne
37
Czcigodny Sługa Boży Alojzy Kosiba (1855–1939)
z profilem jego zainteresowań), jest bez wątpienia Braciszek, polska produkcja z 2007 roku opowiadająca o życiu brata Alojzego Kosiby, którego zagrał Artur Barciś. To z tego filmu dowiedziałem się, że ów brat Alojzy był. Parę lat temu na zaproszenie franciszkanów reformatów pojechałem na jakieś spotkanie z młodzieżą w ich klasztorze w Wieliczce, gdzie – jak się okazało – ów braciszek przez ponad pół wieku żył. Pokazano mi jego celę, w oczach laika wyglądającą raczej jak karcer – malutki pokoik z zimnymi sklepieniami, najprostszym drewnianym łóżkiem, taboretem, paroma wieszakami na habit i pelerynę. Z filmu zapamiętałem dwie rzeczy: że brat Alojzy był kwestarzem, czyli jeździł po terenie, wypraszając darowizny w naturze i pieniądzu, dzięki czemu klasztor mógł funkcjonować, a do tego że miał – na pierwszy rzut oka dość irytujący – zwyczaj zdrabniania wszystkich możliwych wyrazów. Jadąc do roboty, wyruszał więc na „kwesteczkę” dla „klasztorka”, po drodze odmawiał „modlitewki”, „litanijki”, „pacioreczki”, pijał „herbateczki”, upraszał o „meterek” zboża albo „ziemniaczków”, biednym, których nazywał swoimi „paneczkami”, rozdawał „chlebeczki” i tak dalej. Nic dziwnego, że wszyscy w całej wielickiej okolicy nazywali go po prostu „Alojzeczkiem”, przełożeni mówili też czasem do niego „Dzieciusiu”. Właśnie z tego powodu (podbitego chyba ciut za bardzo krea cją pana Barcisia we wspomnianym filmie) łatwo jest wyższościowo zaszufladkować brata Alojzego do kategorii swoistych pobożniuchnych głupeczków, protekcjonalnie poklepać po obrazku, z którego spogląda na nas uśmiechnięty, łysy jak kolano staruszek z odstającymi uszami, przypominający któregoś
T ydzień 1: T y
38
z bohaterów Gwiezdnych wojen. I iść dalej do swoich rozbuchanych intelektualnie duszpasterstw, modnych kaznodziejów tudzież przeżywania dniami i nocami w publicystyce oraz w dyskusjach na Facebooku, czy „Kościół powinien” to czy tamto. Można tak zrobić, ale to byłaby wielka strata. Nie tylko dlatego, że Jezus wyraźnie i dobitnie mówi, iż Bóg objawił najważniejsze rzeczy o świecie i o sobie nie tym, na których wszyscy się gapią, lecz właśnie tym, od których odwracają się z politowaniem, wyższością, zniecierpliwieniem. Także dlatego, że gdy podłubie się nieco w życiorysach brata Alojzego i relacjach tych, co znali go osobiście, trzeba by było naprawdę ciężkiej duchowej ślepoty, by nie dostrzec, ile można się od niego nauczyć. To był prosty chłopak. Urodził się w 1855 roku w wielodzietnej biednej rodzinie w Libuszy, gdzie ludzie próbowali wiązać koniec z końcem, tyrając na roli, wyrabiając płótno oraz wypalając wapno używane do wyrabiania murarskiej zaprawy. Jego mama zmarła, gdy miał dwa lata, na szczęście macocha okazała się bardzo w porządku. Piotr, bo takim imieniem został ochrzczony, miał smykałkę do nauki, dlatego ojciec – kosztem sporych wyrzeczeń – po szkole parafialnej wysłał go do szkoły ludowej (czyli podstawówki) w Bieczu. Piotr chciał się dalej uczyć, jednak jego ojca zwyczajnie nie było już stać, by opłacić mu kolejny etap, czyli gimnazjum, młody człowiek poszedł więc na naukę zawodu i został szewcem. Przez dwa lata pracuje w Tarnowie, po czym w 1878 roku wstępuje do franciszkanów reformatów. Czym różnią się oni od franciszkanów konwentualnych albo bernardynów, albo kapucynów – niech to już tłumaczą oni sami za karę, że zamiast trzymać się w kupie, jak
39
Czcigodny Sługa Boży Alojzy Kosiba (1855–1939)
nakazał im święty Franciszek, pączkowali przez wieki w sieć organizacji, w której nawet ja po dwudziestu paru latach zgłębiania tematu nie jestem w stanie się dobrze połapać. Już wtedy o Piotrze – który w zakonie dostał imię Alojzy (we włoskim oryginale brzmi to jednak dużo lepiej: Luigi) – wiadomo było dwie rzeczy. Primo: że to jest dobry człowiek – jeszcze jako „cywil” podczas jednej z wizyt w Libuszy napotkał skrajnie biedną rodzinę Grabowskich, wrócił cztery kilometry pieszo do Biecza, sprzedał tam swoje buty i kupił dla nich jedzenie. Secundo: że jest w swoich postanowieniach konkretny i stały. To właśnie to zdanie wśród tysięcy napisanych o nim przygwoździło moją uwagę na dobre: ktoś ze świadków jego życia powiedział o Alojzeczku, że on był „zawsze ten sam”. Nie że jednego dnia w emocjonalnej depresji, drugiego w euforii, raz bez kija nie podchodź (bo braciszek się modli albo ma słabszy dzień), a potem: skaczmy po łące i ach, razem chwalmy Pana. Jeden z nowicjuszy, który wychowywał się w wielickim klasztorze, mówi, że fakt, iż brat Alojzy „nigdy nie był inny”, bywał dla otoczenia wręcz nieznośny. Wiadomo, w duchowości, w życiu wspólnym – tak jak w każdej innej dziedzinie – człowiek raz chce przyspieszyć, raz zwolnić, a Dzieciuś przez osiemdziesiąt cztery swoje ziemskie lata jechał z tempomatem. I dojechał. Przez prawie sześćdziesiąt lat kwestował od Wieliczki aż po Nowy Sącz i Zakopane. Bracia kwestarze wyposażeni byli przez swoje kierownictwo w specjalny podręcznik do fundrai singu, w którym oprócz naturalnych sugestii z zakresu savoir vivre’u znajdujemy również całkiem przytomne wskazówki socjotechniczne („4. Każdemu mówić, że się wiele dobrego o nim
T ydzień 1: T y
40
słyszało”, 7. „Wszędzie mówić, że czasy są ciężkie”. 29. „Dla gospodyń księżych trzeba okazywać grzeczność i uprzejmość, jednak bez poufałości; one są bardzo drażliwe na swój honor, a mogą wiele zaszkodzić lub pomóc”). Alojzy szybko jednak „ogarnął” własną metodę proszenia, sprawnie łącząc pozyskiwanie papu dla klasztoru z pozyskiwaniem ludzi dla Pana Boga. Gdzie się dało, zapraszał do wspólnej modlitwy, gdy proszono, mówił jakieś krótkie nauki, gdy ktoś go wyśmiewał lub przeganiał albo obrażał, żegnał się grzecznie i wychodził, nie żywiąc urazy. Jednemu z jego stałych prześladowców spaliło się kiedyś gospodarstwo. Alojzy bez słowa ruszył na pogorzelisko, by „odpalić” poszkodowanemu część użebranej żywności; tego tak to poruszyło, że wziął i się nawrócił. Bardzo często zresztą kwestować musiał Alojzy podwójnie czy potrójnie. Widząc, w jakiej biedzie żyli wówczas mieszkańcy Galicji, nie mógł im przecież nie zostawić czegoś z tego, co akurat miał na swoim wozie. Podobne rzeczy robił w klasztorze, gdzie fizycznie spędzał pewnie połowę każdego roku i słynął tu jako opiekun najbiedniejszych i chorych, którzy – zwykle w liczbie około dwudziestu paru – przychodzili codziennie, czekając, aż Alojzeczek wyniesie im posiłek. Gotując obiadki dla siebie, bracia szykowali też garnek zupy ekstra właśnie z przeznaczeniem dla ubogich. Czasem jednak przychodziło ich tylu, że jedzenia nie wystarczało. Alojzy oddawał im więc własne albo nie tylko własne – i wtedy dostawał baty od nieco mniej wrażliwych na ideały świętego Franciszka współbraci. W klasztornej jadalni trzeba było naprawdę pozostawać w stanie wzmożonej czujności. Zdarzało się bowiem, że Alojzy, widząc na przykład, jak któryś z gości
41
Czcigodny Sługa Boży Alojzy Kosiba (1855–1939)
tak żywo konwersuje, iż zapomina jeść, natychmiast zabierał mu talerz z wyjaśnieniem: „Żeby nie wystygło!”, i leciał z nim do furty. Swoim podopiecznym (i dzieciom, które go – gdziekolwiek się pojawił – po prostu uwielbiały) dawał też chleb oraz jabłka ze specjalnie wybranych w klasztornym sadzie jabłonek. Co to swoją drogą jest za super pomysł na zarządzanie jałmużną! Wskaż teraz, zaraz, rodzaj zajęcia albo liczbę godzin w tygodniu, które będą jak ta jabłonka ubogich: cokolwiek na niej wyrośnie, idzie dla potrzebujących. Alojzy skrupulatnie przestrzegał też innej zasady: o nikim nigdy nie wypowiedział ani jednego złego słowa. Przeciwnie – nawet gdy mu bluzgano (na kweście, na furcie czy w klasztorze), robił wszystko, by o agresorze mimo wszystko mówić później dobrze. Ten rodzaj męczeństwa, przez ascezę języka, zdaje się niedoceniany we współczesnych czasach. Chrześcijanie jakby stracili dar rozeznania rzeczywistości: czekają, aż przyjdą ich zabić jacyś islamiści albo hiperliberałowie, a marnują codziennie sto okazji do złożenia ofiary z siebie, która może być tak samo efektywna jak ta składana kiedyś na rzymskich arenach, gdzie naszych braci rozszarpywały głodne lwy czy niedźwiedzie. Alojzego w jednym z zamożnych domów wyśmiano i obrażono. Gdy ludzie pytali później, co z tego dworu udało mu się wyżebrać, Alojzy odpowiadał: „Dali, dali, co mogli – to dali” (proszę zwrócić uwagę: nie skłamał ani słowem). Gdy ów zamożny człowiek dowiedział się później, co brat Alojzy raportował w sprawie wizyty u niego, był głęboko poruszony, a wyraz dał temu tak, jak potrafił – natychmiast odpalił sutą jałmużnę na klasztor.
T ydzień 1: T y
42
Chciał być księdzem – ale w domu, jak już wspomnieliśmy, nie było na naukę pieniędzy – został więc bratem „drugiej kategorii” (tak wówczas myślano, choć założyciel zakonu święty Franciszek też przecież księdzem nie był). Może dlatego wyraźnie zdawał sobie sprawę, że hierarchia Boża nijak się ma do hierarchii ludzkiej. Jednemu z braci radził: „Pamiętaj, żebyś nikim nie gardził z tych najbiedniejszych ludzi, którzy są wzgardzani, poniżani, wyśmiewani, bo ja niejednemu z nich zazdroszczę tej łaski Bożej, której jako zakonnik nie mam w tym stopniu, co oni posiadają”. Miał rację. W lipcu 2017 papież Franciszek podpisał dekret potwierdzający, że brat Alojzy Kosiba był człowiekiem i chrześcijaninem w stopniu heroicznym. On – Dzidziuś, Dzieciuś, Herbateczka, Alojzeczek – przeżył życie lepiej, pełniej, bardziej szczęśliwie niż zastępy papieży, biskupów, prezydentów, milionerów i profesorów. Teraz trzeba tylko porządnie udowodnić cud i pewnie w ciągu najbliższych paru lat Wieliczka będzie miała swojego osobistego błogosławionego. Od czasów Alojzeczka dzieli mnie już prawie sto lat. Nie wiem, pewnie gdybym żył wtedy, nie raziłoby mnie to wszystko, co dziś wydaje mi się trochę démodé: to odpytywanie każdego, kogo się dało, z katechizmu, obowiązkowe „nauki” do biedaków po ich nakarmieniu, roznoszenie po domach prasy katolickiej, której każdy egzemplarz przed wręczeniem Alojzy miał zwyczaj całować (ja bym czasem owe egzemplarze raczej kąsał, daję słowo). To przecież jednak tylko forma, sens pozostaje ten sam: on dobrze wiedział, że nie da się karmić człowieka słowem, jeśli najpierw nie nakarmi się go chlebem. A z kolei karmienie chlebem to jeszcze nie wszystko, co możesz dla człowieka zrobić.
43
Czcigodny Sługa Boży Alojzy Kosiba (1855–1939)
Bo człowiek staje się w pełni człowiekiem, gdy nakarmiony chlebem, zaczyna wcielać słowo w życie. O nie, to nie był „pobożny głupeczek”. To bohater, inspiracja, mistrz ewangelizacji marchewką, nie kijem. Człowiek, któremu z całą pewnością nikt nie czyniłby żadnych wyrzutów, gdyby nie robił tego wszystkiego, co robił: nie prowadził całej tej katechizacji, nie zastępował de facto opieki społecznej w czasach, w których jej nie było (Alojzy załatwiał też chorym lekarzy, jeździł po leki, organizował zapomogi, rozprowadzał ubrania, prowadził mediacje w domach, parafiach, wsiach), i nie troszczył się po ojcowsku o swoich młodszych współbraci. Dokładnie to różni świętego od tego, kto świętym nie został. W chrześcijaństwie nie chodzi wyłącznie o to, żeby nie wyrządzać zła. Chodzi o to, by robić dobro, którego robić nie musisz.
ŚWIĘTA KINGA (1234–1292) GDY CZAS JUŻ ZACZĄĆ SOLIĆ, A WRESZCIE PRZESTAĆ PIEPRZYĆ
Znany historyczny heheszek głosi, że „Kinga została świętą, bo Bolesław był wstydliwy”. W rzeczywistości mogło zdarzyć się jednak (i pewnie to prawda) tak, że to Kinga namówiła swojego Bolcia na życie w białym małżeństwie, a on się temu podporządkował. W ogóle podporządkował się małżonce jeszcze w paru innych kwestiach, o czym świadczy spora lista dokumentów kontrasygnowanych przez Kingę i takich, w których występuje ona jako udzielająca mu rad. Bilans w tym małżeństwie przechylał się raczej na damską stronę. Bolesław był tylko jednym z polskich
45
ŚWIĘTA KINGA (1234–1292)
książąt dzielnicowych, Kinga – córką króla Węgier i wnuczką cesarza bizantyńskiego. Poza tym miała pieniądze, których Bolesławowi brakowało (podczas tragicznych najazdów mongolskich w XIII wieku spłonęły Lublin, Sandomierz, Kraków, Wrocław). Podobno książę miał nawet zaciągnąć u żony konkretną pożyczkę, a w zamian dać jej Sądecczyznę, z którą się później na dobre związała (wcześniej otrzymała jako tak zwaną oprawę wiana, która była formą zabezpieczenia majątkowego małżonki i rodzajem odwzajemnienia się za jej posag, również inne ziemie). Nie brakuje historyków przekonujących wprost, że Bolesław był po prostu mamałygą. Nie wiadomo, czy to prawda, jedno jest pewne: od dzieciństwa nie miał łatwego życia, padł bowiem ofiarą jednego z najgłupszych pomysłów w historii naszej ojczyzny, czyli rozbicia dzielnicowego. Już w wieku siedmiu lat znalazł się wraz z matką w niewoli u Konrada Mazowieckiego – w męczący sposób nadaktywnego militarnie (to ten mistrz strategii i polityki, co sprowadził do Polski Krzyżaków). Później musiał żyć w cieniu Henryka Brodatego, który go z tej niewoli uwolnił. W międzyczasie zaś jego włościom w Małopolsce zagrozić chciał śląski książę Bolesław Rogatka, wreszcie Konrad znów najechał Kraków (a nawet na chwilę zdobył Wawel) i tak dalej, i tym podobne, et cetera. Dzięki małżeństwu z Kingą (gdy przybyła na dwór Bolesława i w Wojniczu odbyły się ich zaręczyny, miała pięć lat; ślub się odbył, gdy skończyła lat dwanaście) nasz książę załapał się do innej politycznej ligi, stając się aktywnym graczem w sporach czesko-węgiersko-ruskich. W sumie chyba dobrze im się z Kingą rządziło i żyło. Oboje mieli ciągoty ku sprawom pobożnym, interesowały ich nowe
T ydzień 1: T y
46
prądy rodzące się wówczas w Kościele, czego wyrazem było choćby powstanie zakonów żebraczych: franciszkanów i dominikanów. To właśnie za czasów Bolesława do Krakowa sprowadzili się franciszkanie, a Kinga wspierała cystersów i benedyktynów, fundowała klasztory (norbertanek, kanoników regularnych) oraz kościoły w Bochni i Nowym Korczynie, gdzie przez jakiś czas mieszkała z Bolesławem – przepiękny kościół pod wezwaniem Świętego Stanisława bezwzględnie warto zwiedzić, jadąc drogą numer siedemdziesiąt dziewięć z Sandomierza do Krakowa. Po śmierci Bolesława (zmarł w wieku pięćdziesięciu trzech lat) w 1279 roku Kinga na jego pogrzebie wystąpiła w habicie klaryski, po czym przeniosła się do (Starego) Sącza – miasta, którym opiekowała się od dawna, załatwiając przywileje dla tutejszych kupców, lokując w pobliżu wsie i reformując system chłopskich danin. W 1280 roku ufundowała tam dwa klasztory: franciszkanów i klarysek, sama została zaś pewnie kimś w rodzaju przewodniczącej rady nadzorczej, a zarazem dyrektor finansowej drugiego z nich. Podobno nalegała na wprowadzenie w klasztorze modlitw w języku polskim i zleciła prace nad przetłumaczeniem z łaciny Księgi Psalmów. Jak ładnie napisał o niej przedwojenny biograf: „Kinga nie miała wątpliwości, iż o Bogu trzeba ludziom mówić w języku dla nich zrozumiałym, że siostry w klasztorze mogą śpiewać psalmy w języku polskim, że wszystkie ludy we własnych językach powinny chwalić Boga, ale wszystkie powinny tworzyć jedną wspólnotę Kościoła, jedną rodzinę, jak to było w początkach chrześcijaństwa”. Podobno z odrazą wypowiadała się o chrześcijańsko-chrześcijańskiej zbrodni z 1204 roku, jaką było splądrowanie przez krzyżowców Konstantynopola.
47
Święta Kinga (1234–1292)
Wiemy o jeszcze jednym wydarzeniu z jej życia – siedem lat później wraz z siostrami (zakonnymi, ale też i z dwiema rodzo nymi) musiała chować się na Zamku Pienińskim (dziś ruiny jego ruin zwiedza się w górach, niedaleko Szczawnicy) przed kolejnym najazdem Mongołów, którzy podeszli pod Kraków i Sącz. Tymczasem obserwowała też, pewnie z dużym bólem, kolejne odsłony polsko-polskich wojen o Kraków. Śluby zakonne Kinga złożyć miała dopiero w 1289 roku, a trzy lata później zmarła. Mimo że bardzo szybko zaczęto spisywać cuda wypraszane za jej wstawiennictwem, beatyfikacja ciągnęła się ponad trzysta lat, a kanonizacji dokonał Jan Paweł II ponad siedemset lat po śmierci księżnej, w 1999 roku. Na ołtarze trafiły też dwie rodzone siostry Kingi: Małgorzata Węgierska (dominikanka, mistyczka i stygmatyczka) oraz błogosławiona Jolenta Helena, żona księcia Bolesława Pobożnego. Kinga naoglądała się w życiu sporo. Widziała wojnę, biedę, nienawiść i zawiść. To doświadczenie prowadziło ją do jednego wniosku: nie ma ludzi z gruntu złych, złego człowieka tworzą okoliczności. Robiła, co mogła, by były jak najlepsze, nie traciła też jednak z oczu jednostkowej perspektywy. Jedna z legend głosi, że gdy jadąc w swojej uprzywilejowanej kolumnie z Nowego Korczyna do Pacanowa, napotkała trędowatego, nie wyprzedziła go na sygnale, lecz wzięła do swojego pojazdu, opatrzyła mu rany, nakarmiła go, po czym podwiozła tam, dokąd zmierzał. W pobożnych figurach jest, rzecz jasna, wysmukła i wściekle piękna, nie tylko Matejko wymalował ją jednak jako obdarzoną dość męskimi rysami niską kobietę, mocno przy kości. Jakkolwiek wyglądała, może chyba być dobrą patronką dla tych,
T ydzień 1: T y
48
co nie wierzą, że w małżeństwie można się dogadać (nie tylko w sprawie, która od razu przychodzi na myśl po pierwszym zdaniu tego tekstu). I że w ogóle da się przeżyć życie zgodnie z wyznaczonym przez urodzenie czy pracę miejscem i jednocześnie zgodnie ze swoimi ideałami – jedno nie musi zastępować drugiego, mogą się nawzajem stymulować. A ponieważ według legend świętej Kindze mamy też zawdzięczać sól, której technologię wydobywania ponoć przywiozła z Węgier w posagu – można się też chyba do niej zwracać, gdy życie wydaje się nieco mdłe. Gdybym obdarzony był lekkosłownością mojego kolegi Prokopa, z pewnością natychmiast wzniósłbym w tym miejscu hasło: „Przestań pieprzyć, zacznij solić!”.
SPIS TREŚCI
Kurs intensywnej hagioterapii – zaproszenie . . . . .
5
Kto wyjdzie po ciebie? . . . . . . . . . . . . . . .
9
O różnicach między Panem Bogiem a Lotto, czyli: jak modlić się o cuda i czy w ogóle warto? . . . . 14 Izba przyjęć: Chiara Corbella Petrillo . . . . . . . . 21 TY D ZIE Ń 1 : T Y
Czcigodny Sługa Boży Alojzy Kosiba . . . . . . . . . 37 Święta Kinga . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 45 Błogosławiony Antoni Leszczewicz, błogosławiony Jerzy Kaszyra . . . . . . . . . . . . . . . . . . 50 Feliks z Sieradza OP . . . . . . . . . . . . . . . . 56 Święta Agnieszka i święta Emerencjana . . . . . . . 60 Święta Elżbieta Fiodorowna . . . . . . . . . . . . 65 Święty Serafin Wyrycki . . . . . . . . . . . . . . . 73 Ostry dyżur: święta Małgorzata Clitherow . . . . . . 78 TY D ZIE Ń 2 : T Y I BÓ G
Służebnica Boża Catherine de Hueck Doherty . . . . . 85 Święty Kutbert . . . . . . . . . . . . . . . . . . 101
317
Spis treści
Święty Leopold (Bogdan) Mandić . . . . . . . . . . 109 Błogosławiony Rafał Chyliński . . . . . . . . . . . 116 Ève Lavallière, wł. Eugenie Fenoglio . . . . . . . . . 130 Święty Jan z Kronsztadu . . . . . . . . . . . . . . 138 Starzec Józef Hezychasta z Góry Atos . . . . . . . . 149 Ostry dyżur: Święty Pantelejmon . . . . . . . . . . 158 T Y D ZIE Ń 3 : TY I I NNI
Święta Ksenia Petersburska . . . . . . . . . . . . . 169 Święty Gengulf . . . . . . . . . . . . . . . . . . 179 Święta Makryna Młodsza . . . . . . . . . . . . . . 183 Święty Agaton Egipski . . . . . . . . . . . . . . . 191 Błogosławiona Wiktoria Rasoamanarivo . . . . . . . 200 Święta Genowefa z Paryża . . . . . . . . . . . . . 205 Czcigodna Służebnica Boża Satako Kitahara . . . . . 209 Ostry dyżur: Sługa Boży ksiądz Dolindo Ruotolo . . . 214 T Y D ZIE Ń 4 : TY I ŚW I AT
Sługa Boży Friedrich Joseph Haas . . . . . . . . . . 229 Błogosławiony Rajmund (Ramon) Lull . . . . . . . . 240 Błogosławiony Odoryk z Pordenone . . . . . . . . . 249 Święci Nowi Męczennicy z Butowa . . . . . . . . . 255 Święty Junípero Serra . . . . . . . . . . . . . . . 262 Brat Antoni Marczewski . . . . . . . . . . . . . . 271 Błogosławiony Jerzy Matulewicz . . . . . . . . . . 281 Ostry dyżur: Święty Józef . . . . . . . . . . . . . 296 Bibliografia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 307 Spis ilustracji . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 316