Skip to main content

Boskie zwierzęta

Page 1

S Z Y M O N H O ล O W N I A

Wydawnictwo Znak Krakรณw 2018


Projekt okładki Adam Gutkowski Opieka redakcyjna Kinga Janas Adiustacja Katarzyna Węglarczyk Korekta Barbara Gąsiorowska Łamanie Dariusz Ziach

Copyright © by Szymon Hołownia © Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5449-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2018. Printed in EU


ROZDZIAŁ PIERWSZY Czyli właściwie dłuższy wstęp o tym, po co to wszystko i dlaczego chrześcijanin powinien pogapić się czasem na zwierzęta, a nie tylko na obrazy czy w lustro


N

ajpierw należało ustalić, czy szczury, które pożarły roczne plony owsa i zostały za to pozwane przez rolników przed kościelny trybunał w Autun we Francji, powinny stanąć przed nim jako podsądni świeccy czy duchowni. Z sądem kościelnym – rozstrzygającym sprawy w imieniu samego Stwórcy – żartów nie ma, by nie zmienić go w ordynarny ludzki samosąd, lecz pozostać w kręgu boskiej jurysdykcji, należało skrupulatnie dopełnić przewidzianych przez kanonistów formalności. Mecenas Chassenée, którego sądowi oficjałowie wyznaczyli gryzoniom na obrońcę z urzędu, twardo bronił tezy, że szczury to jednak świeccy. Wszelkie stworzenia rodzą się bowiem w stanie świec­ kim. Wypada więc wyjść z założenia, że podsądni w nim pozostają, no chyba że ktoś dysponuje dowodem przyjęcia święceń lub złożenia zakonnych ślubów i zechce przedstawić go sądowi. Chassenée był zręcznym kauzyperdą, sroce spod ogona nie wypadł. Długo stosował wszystkie możliwe środki obstrukcji procesowej, próbując nie dopuścić do skazania klientów in absen­tia. Wykazywał na przykład, że trybunał nie może uzyskać pewności, iż rzeczywiście wszyscy zainteresowani otrzymali zawiadomienie o toczącym się postępowaniu (sąd nakazał więc odczytanie wezwania do szczurów w czasie mszy ze wszystkich 16


ambon w prowincji). Następnie sięgnął po przepis, który zwalniał z odpowiedzialności za niestawienie się przed sądem tego, kto nie był w stanie bezpiecznie dotrzeć na posiedzenie, by bronić swoich racji (a wiedzą powszechną było, ile kotów grasuje w okolicy). Rozstrzygnięcia procesu niestety nie zachowały się lub przynajmniej nie zostały odnalezione. Chassenée pozostawił nam jednak wydany w 1531 roku poradnik, swoisty pamiętnik z prawnych batalii stoczonych w licznych procesach, w których oskarżonymi byli nie-ludzcy mieszkańcy Ziemi. Rzecz nosi tytuł De excommunicatione animalium insectorum i dowodzi się w nim (na przykładach świętych usuwających z pól owady i biskupów oczyszczających swoimi pobożnymi zaklęciami jeziora z nadmiaru węgorzy), że ponieważ wszyscy wyszliśmy z ręki tego samego Stwórcy, a nie ze wszystkimi naszymi braćmi i siostrami w stworzeniu możemy się dogadać, zawsze istnieje droga odwoławcza – udanie się na skargę do Taty. Osiągnięcia myśli prawnej francuskiego mecenasa relacjonuje Edward Payson Evans w opublikowanej w 1906 roku, a odnalezionej kiedyś przeze mnie w jakimś londyńskim anty­ kwariacie pracy pt. The Criminal Prosecution and Capital Punish­ ment of Animals. Autor, sam z lekka chyba powątpiewający w supermoce kościelnej instytucji, ze zdumieniem konsta­ tuje, że Chassenée nie tylko wierzył, iż człowiek rzeczywiście ma prawo ekskomunikować (a precyzyjniej: przeklinać) roś­ liny i zwierzęta (powołując się między innymi na przykłady przeklęcia węża w ogrodzie Eden lub przeklęcia drzewa figowego przez Jezusa, który liczył na to, że skoro znalazł na nim liście, znajdzie i owoce), ale też był święcie przekonany o operacyjnej, mierzalnej skuteczności tej metody dezynsekcji czy deratyzacji. 17


Absurd sprzed wielu wieków? Zacznijmy od tego, że wcale nie sprzed tak wielu. Evans cytuje również prace na przykład z lat dziewięćdziesiątych dziewiętnastego stulecia, gdzie zastanawiano się nad poziomem prawnej odpowiedzialności zwierząt za akty przemocy, za jakie ludzie w identycznych okolicznościach są surowo karani. Na Bałkanach jeszcze w połowie dziewiętnastego wieku wykonywano publiczne egzekucje świń, które – żyjąc dużo bliżej ludzi niż dziś, w dobie rolnictwa przemysłowego – najczęściej gryzły małe dzieci. Przez wiele stuleci zwyczajem na naszym kontynencie było krzyżowanie pochwyconych na łupieniu trzód wilków (w Afryce Północnej robiono to samo z lwami) w przekonaniu, że wywrze to odstraszający wpływ na ich towarzyszy. W internecie można obejrzeć zdjęcia z dokonanej 13 września 1916 roku w Tennessee egzekucji (przez powieszenie na kolejowym dźwigu) słonicy Mary, która podrażniona w bolesne miejsce przez nieudacznego cyrkowego pomagiera, zrzuciła go z grzbietu i pozbawiła życia. Biedne zwierzę przeżyło pierwszą próbę wieszania, spadło z łańcucha, łamiąc sobie kości, i zmarło podczas drugiej próby, obserwowanej przez tysięczną gawiedź, w tym liczne grono dzieci. Gdy podobna sytuacja zdarzyła się w 1994 roku – słonica Tyke występująca w cyrku w Honolulu zaatakowała w czasie pokazu swojego tresera i zabiła go, po czym uciekła z areny na ulicę – sprawczyni zginęła zastrzelona przez policję (choć to nieprecyzyjny opis: została ostrzelana, trafiona ponad sto razy, umierała przeszło dwie godziny). A skoro już jesteśmy przy „problematycznych” zwierzętach cyrkowych: w 2017 roku pewien polski cyrk postanowił pozbyć się małpki kapucynki, która sprawiała kłopoty treserom, nikogo nie zabiła, ale była zbyt aktywna i podobno agresywna. Tu wyrok miano wykonać przez uśpienie. Na szczęście weterynarz okazał się odpowiedzialnym 18


człowiekiem i po ustaleniu, że częścią problemu były uciskające Juliana (bo takie imię dostał ów małpi samiec), wbijające się w podbrzusze szelki, zwierzę trafiło do poznańskiego zoo (polecam relacjonujący tę historię materiał na stronie internetowej TVN24). W dwudziestym pierwszym wieku nasze sprawy ze stworzeniami, które weszły nam w szkodę, załatwiamy w taki właśnie, bardziej „cywilizowany” sposób: insekty, gryzonie trujemy, ze wszystkim od kota w górę radzimy sobie za pomocą strzelby albo śmiertelnego zastrzyku. Tylko czasem komuś puszczą nerwy i zdarza się to, co miało miejsce w lipcu 2018 roku w indonezyjskiej części wyspy Papua, gdy ponadsześćsetosobowy tłum metodycznie wyrżnął 296 będących pod ochroną aligatorów w ośrodku opieki nad nimi w dystrykcie Sorong, mszcząc się w ten sposób za zabicie ziomka, który niechcący zapuścił się na teren „sanktuarium”. Ludzie podzielili się pracą: jedni wiązali krokodylom pyski, drudzy wykańczali je maczetami i szpadlami. Najgorsze wydaje się jednak co innego. Evans w swojej książce opisuje świat, w którym zwierzęta z całą pewnością nie miały lekkiego życia, ale niezależnie od tego, jak bardzo dla picu urządzane były te wszystkie procesy, kościelni formaliści czuli, że nie można przejść sobie, ot tak, do porządku dziennego nad porządkiem świata danym nam przez Stwórcę. Śmiech z naszych średniowiecznych przodków wlokących przed prawników świnie albo skazujących na uduszenie pszczoły, które śmiertelnie pożądliły człowieka, więźnie jakoś w gardle, gdy czyta się u niego o winiarzach z Saint-Julien. Otóż w drugiej połowie szesnastego wieku parokrotnie wnosili oni do kościelnego sądu sprawę przeciw niszczącym im uprawy insektom. Najpierw uznali, że skoro Bóg jest Panem 19


wszystkich stworzeń, najwyraźniej chce zakomunikować coś rolnikom przez zesłanie na nich takiej plagi. W podejściu drugim postanowili zaś wyznaczyć insektom całkiem obszerną działkę, w pełni odpowiadającą ich potrzebom (co miało zostać potwierdzone inspekcją owadziej delegacji), na którą miały się przenieść, tak by i one, i ludzie mogli spokojnie reali­ zować wyraźną instrukcję daną im przecież przez wspólnego Stwórcę: „A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i wszelkiego ptactwa powietrznego, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie życie, daję na pokarm wszelkie rośliny zielone” (Rdz 1, 30). Śmiech więźnie w gardle, bo kto dziś zawracałby sobie głowę takimi korowodami? Opryskano by co trzeba i po sprawie. Czasy po rewolucji przemysłowej, ze szczególnym wskazaniem na ostatnie trochę ponad pół wieku, to dla przyrody i dla wzajemnej relacji człowieka z resztą Bożych stworzeń czas najgorszy w całej naszej wspólnej (do niedawna), liczącej wiele wieków historii. W zdewastowanym przez drugą wojnę światową zachodnim świecie zadziałał mechanizm psychologicznej kompensacji nakazujący ludzkości odreagować koszmarne „lata chude”, wszyscy rzucili się więc do zaludniania Ziemi i przekształcania jej według coraz to bardziej ekspansywnych pomys­ łów w podręczny magazyn wszelkich dóbr. Jasne, że i dotąd bywało różnie. W ciągu tych paru milionów lat, w których po Ziemi pałętają się przedstawiciele gatunku homo, i tych paruset tysięcy, kiedy ma ona zaszczyt gościć u siebie homo sapiens (usilnie starającego się dowieść, że nie zasługuje na drugi człon swojej nazwy), zdarzały się liczne poważne kryzysy. Jak choćby ten, gdy nasi pradziadkowie zorganizowali się na tyle, że byli w stanie wydostać się z Afryki i Eurazji i popłynąć do Australii (działo się to jakieś czterdzieści tysięcy lat 20


temu). A z Syberii – gdy stopniały lodowce – w ciągu dwóch tysięcy lat (od około czternastu do dwunastu tysięcy lat temu) skolonizować obie Ameryki, aż do Ziemi Ognistej. W czasie tej tak zwanej rewolucji poznawczej, opisanej z właściwą mu brutalną, faktograficzną swadą przez izraelskiego pisarza Noaha Yuvala Harariego w megagłośnej książce Sapiens. Od zwierząt do bogów, ludzie w Australii wykończyli dwadzieścia trzy z dwudziestu czterech gatunków zwierząt o masie przekraczającej czterdzieści pięć kilogramów. W Amerykach w podobnym czasie (około dwóch tysiącleci) wybito w pień siedemdziesiąt– osiemdziesiąt procent gatunków tamtejszych wielkich ssaków: mamuty, amerykańskie wielbłądy, żyjące tam od trzydziestu milionów lat tygrysy szablozębe itd. Wszędzie – czy na Madagaskarze, skąd zniknęły lemury olbrzymie i półtonowe nieloty mamutaki, czy na wyspach Oceanii – powtarzał się ten sam schemat: zachwycająca biologiczna różnorodność, nadejście człowieka, gigantyczna eksterminacja fauny i flory i totalna dominacja homo sapiens. „Nie wierzmy idealistycznym ekologom przekonującym, że nasi przodkowie żyli w harmonii z przyrodą, bo żyli z nią w dysharmonii. Na długo przed rewolucją przemysłową homo sapiens był wśród wszystkich organizmów sprawcą wymarcia największej liczby gatunków roślin i zwierząt. Mamy wątpliwy zaszczyt bycia najbardziej morderczym gatunkiem w annałach biologii” – przekonuje Harari. Wraz z postępem technologii usprawniliśmy co trzeba i dziś jesteśmy na najlepszej drodze, by osobiście, bez żadnej pomocy bóstw czy wściekłych Kasjopean, wyprzedzić przewidywaną dotąd na za jakieś dwa–trzy miliardy lat zagładę życia na Ziemi (związaną ze starzeniem się, a więc i podgrzewaniem, naszego poczciwego Słońca). Histeria? Elizabeth Kolbert, dziennikarka pisząca o nauce do „The New York Times”, w swojej książce 21


Szóste wymieranie. Historia nienaturalna w przekonujący sposób dowodzi, że jeśli tylko utrzyma się tempo wymierania (obecnie – uwaga – tysiąc razy większe, niż wynikałoby to z normalnego rytmu przyrody nie tłamszonej przez człowieka), to dzięki nam do 2050 roku wymrze dwadzieścia cztery procent żyjących obecnie na naszym globie gatunków flory i fauny, a do końca wieku – uwaga – aż połowa! Marcin Rotkiewicz, dziennikarz naukowy tygodnika „Polityka”, w książce W królestwie Monsza­ tana. GMO, gluten i szczepionki (do której wracał tu będę jeszcze parokrotnie) bije po oczach każdego, kto choć raz w życiu był na wsi, spostrzeżeniem zdawałoby się oczywistym: rol­nictwo to przecież nic innego jak niszczenie wszystkiego poza tym, co akurat chcemy wyhodować; każde pole uprawne to pod względem bioróżnorodności pustynia. „Ceną za uwolnienie się od zbieractwa i łowiectwa była kumulacja dóbr prowadząca do powstania nierówności społecznych. A także zniszczenia środowiska naturalnego na niespotykaną skalę. Staliśmy się największymi destruktorami bioróżnorodności. Na świecie żyje dziś około czterystu tysięcy gatunków roślin, z których potencjalnie nadawałoby się do jedzenia jakieś trzysta tysięcy. Ale my zapewniamy przestrzeń i warunki rozwoju jedynie około dwustu gatunkom, spośród których największe znaczenie ma tylko piętnaście gatunków, dostarczających 95 proc. kalorii spożywanych w postaci żywności na świecie”. To nie jest problem wyłącznie teoretyczny, lecz jak najdosłowniej samobójcza pętla. Jeśli kogoś nie rusza fakt, że sto lat temu było na świecie pewnie koło stu tysięcy tygrysów, a dziś jest ich z pięć tysięcy – ma kłopot. Aysha Akhtar, amerykańska neurolog i epidemiolog, w książce Animals and Public Health. Why Treating Animals Better is Critical to Human Welfare zwraca uwagę, że mniejsza bioróżnorodność to na przykład większe 22


zagrożenie epidemiologiczne dla człowieka, większe zagęszczenie organizmów będących kolejnymi etapami rozwoju i mutacji groźnych patogenów. To mniej owoców, warzyw i setek innych produktów, gdy wyginą pszczoły. To mniej ryb dla nas, gdy wyłowimy i przerobimy na paszę dla krów mniejsze morskie organizmy, ich pożywienie (szerzej o tym procederze – w rozdziale trzecim), a dodatkowo zanieczyścimy ich środowisko tak, jak potrafimy tylko my (filozof Ewa Bińczyk w swojej znakomitej książce Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu cytuje prognozy, że w 2050 roku masa wyrzuconego do mórz plastiku ma się zrównać z masą żyjących tam ryb). Oto właśnie ów antropocen, Era Człowieka, a precyzyjniej rzecz ujmując: era prowadzenia przezeń okupacji reszty świata, któremu (a w konsekwencji i samemu sobie, trwającemu w złudzeniu, że uniezależnił się wreszcie od natury) – niesie śmierć. Dlatego nie brakuje takich, którzy ów „nasz czas” w historii świata nazywają czasem śmierci, nekrocenem. „Znowu jakiś ekooszołom robi wielki raban. Już miała nas zalać woda. I co, zalała? Smażalnia przy plaży w Dębkach – widziałem na wakacjach – jak stała, tak i stoi. Mięso miało nas zatruć, bo tyle było krzyku, że pakuje się w nie antybiotyki – a przecież ja żyję! Że gatunki jakieś znikają? Jak znikają! Las, który mijam, gdy jadę do pracy, ciągle stoi, widziałem bociana, a drogę przebiegł mi kot”. Zaprawdę, wiem coś o tym, jak trudno jest wytłumaczyć człowiekowi, którego refleksja opiera się na nakreślonych wyżej założeniach, że żyć w przekonaniu, iż jeśli coś się widzi, to to jest, a jeśli się nie widzi – to tego nie ma, ma prawo mniej więcej dwumiesięczne dziecko. Jak nader trafnie zauważył w jednym z tekstów dla portalu TVN24.pl polityk Paweł Kowal (choć on akurat pisał o końcu znanej nam geopolityki, 23


rozwodzie Europy i USA): „Ludzie nigdy nie wiedzą, że żyją na krawędzi epoki”. Wydaje się, że złe trendy przeminą, wszystko jakoś się ułoży. Jasne, wokół wiele się dzieje – wybuchają wojny, nadciągają kolejne kataklizmy, ktoś publikuje jakieś badania, ktoś ostrzega, ktoś w najlepsze błaznuje. Aż tu któregoś dnia, nie wiadomo jak i dlaczego właśnie tego, nagle wszystko leci na łeb na szyję: ktoś gdzieś długo zbierał proch, zupełnym przypadkiem komuś obok z ręki wyszła iskra. Doskonale wiem, że ludzie nie są gotowi umierać za nau­ ko­we wykresy i piętrzone przed nimi przez ekspertów liczby. Od nas nikt jednak nie wymaga (jeszcze) marszu na barykady. Jedyną realną ofiarą, jaką musielibyśmy ponieść, by zejść z drogi, którą – ze słuchawkami na uszach – zdążamy ku śmierci, i wrócić na drogę ofiarowanego nam przez Stwórcę życia, byłaby korekta smaków. Rezygnacja z – broń Boże, nie całego, ale choćby odrobiny – komfortu. Z samostraszących zaklęć, które powtarzamy, okłamując samych siebie, że przecież jeśli tylko zmienimy cokolwiek, zaraz czeka nas głód, nieszczęście, cierpienie. Mówiąc „my”, mam na myśli mieszkańców bogatszej części Ziemi. Nie raz w tej książce przyjdzie mi pokazać, jak rachunek za nasze wygody płacą nasi bracia i siostry z globalnego Południa. Kolejne dane z książki profesor Bińczyk: siedem procent największych gospodarek świata wytwarza pięćdziesiąt procent zagrażających nam coraz wyraźniej gazów cieplarnianych. Czterdzieści pięć procent najuboższych obywateli świata odpowiada za emisję siedmiu procent tych gazów. W tej książce będę wołał, jak umiem, o natychmiastową rewizję naszej relacji ze stworzonym światem, nie tylko dlatego, że uważam, iż on – nie nasz, lecz wciąż Stwórcy („do Pana należy ziemia i wszystko, co ją napełnia”; Ps 24, 1) – po prostu na to zasługuje. I nie dlatego, że zamierzam rozdzierać szaty 24


wyłącznie nad cierpiącą w rzeźni krówką czy umierającą od rolniczych oprysków pszczołą. Życie mrówki to życie poddające się dokładnie tym samym biologicznym prawom co życie Einsteina, moje, mojego dziecka, setek dzieci, które codziennie przez fundację Dobra Fabryka leczymy z głodu w prowincji Północne Kivu w Kongu. Jeśli samolot spada – klasa biznes i klasa ekonomiczna spadają i kończą tak samo. Z resztą stworzeń żyjemy i umrzemy razem. Ratowanie ich od przemysłowej eksterminacji nie jest więc dziś żadną tam „ochroną przyrody”, ale ratowaniem człowieka. A w nim – jego wiary. Na naszych oczach w dwudziestym pierwszym wieku powtarza się wszak – wypisz wymaluj – fundamentalna scena z Księgi Rodzaju: człowiek wyłącza się z podarowanej mu wspólnoty. Eric Mascall, angielski filozof i teolog anglikański, ujął to tak: „niczym mikroskopijne pęknięcie w porcelanowym wazonie zapoczątkował [człowiek] proces dezintegracji i zepsucia, którego konsekwencje rozciągnęły się daleko poza obszar ich powstania i dotknęły całą późniejszą historię rasy ludzkiej i świata materialnego”. „Można zatem stwierdzić, że grzech człowieka miał znaczenie antyekologiczne. (…) Po grzechu pierworodnym cała przyroda zaczęła uczestniczyć w losach upadłego człowieka – skutkiem niegodziwości człowieka żyzna ziemia zamieniła się w słony ugór, rzeka w pustynię, a oaza w ziemię spragnioną (por. Ps 107, 33–34)” – jak równie trafnie zauważył metropolita katowicki arcybiskup Wiktor Skworc we wspaniałej homilii wygłoszonej 4 października 2018 roku, w dniu wspomnienia świętego Franciszka, podczas inau­gu­racji roku akademickiego na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego. Panoszący się dziś antropocentryzm ma wręcz kosmiczne skutki. Pociąga bowiem za sobą nie tylko zamianę komunii 25


stworzeń na bolesne współuzależnienie, ale też faktyczną detronizację, „upupienie” Boga. Przejście z teizmu, czyli (z grubsza) przekonania, że Bóg jest i kieruje wszystkim, w deizm, czyli przekonanie, że Bóg, owszem, jest, ale to bezosobowy konstruktor, który stworzył świat i sobie poszedł. (Winston Churchill musiał mieć o Nim takie wyobrażenie, skoro w rozmowie z królem Jerzym VI miał powiedzieć o swoim ojcu, że „był niczym Bóg: zajęty gdzie indziej”). Sprowadzenie Go teraz do roli gwaranta mojego prawa do schaboszczaka czy futra z norek (o czym traktują rozdziały trzeci i czwarty) oznacza więc rażącą poznawczą niegospodarność, absurdalną redukcję Absolutu. To obraza Boga, który nie zaczął przecież swojej kadencji wraz z nami: dziś wiemy już, że był Bogiem wszystkiego przez te prawie czternaście miliardów lat, kiedy nas jeszcze we Wszechświecie nie było. I któremu nikt nie kazał umieścić w Objawieniu zdania o tym, że Chrystus „jest pierworodnym wobec wszelkiego stworzenia” (Kol 1, 15b). Antropocen to koniec teocenu. Zacytujmy jeszcze raz homilię arcybiskupa Skworca: „Problem ekologiczny sięga korzeni naszej wiary. Przypomina nam o tym choćby odmawiane przez nas Credo, w którym wyznajemy: »Wierzę w jednego Boga, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych«”. Bóg nie potrzebuje Wszechświata. On go chce. Jest jego wyłącznym suwerenem, a każdy z Jego poddanych ma prawo żyć w Jego królestwie na ustalonych przez Niego zasadach. Świat, w którym Bóg zostaje sprowadzony do roli moralnego certyfikatora kotletów – to świat zafałszowany i bardzo wygodny, bo my, ludzie, mamy w nim tylko prawa, włącznie z tym do pisania sobie listy obowiązków. One nie wynikają już z samej istoty rzeczy, lecz jedynie z naszego widzimisię. Nie ogranicza nas nic, nawet 26


ból innej istoty, choć on – w mojej ocenie – powinien być dla nas wartością graniczną, punktem, na którego przekroczenie nie powinniśmy dawać sobie prawa bez naprawdę najważniejszych powodów. Chrześcijaństwo nie jest wcale, jak twierdzi dziś wielu, reli­ gią ze swojego DNA antyekologiczną. Ewangelizacja nie jest synonimem ekoignorancji ani ekoeksterminacji. Bywa, ale to wypaczenie zasady, nie zasada. Wszak jeśli Bóg, w którego wierzę, rzeczywiście jest samym Życiem, źródłem wszelkiego, nie tylko ludzkiego, życia – to każde życie jest dla mnie dziełem, śladem, odciskiem dłoni Tego, Kogo kocham. Cały świat, jak chcieli klasyczni chrześcijańscy pisarze, staje się księgą, w której ślady Boga znajdą nawet ci, co nie znaleźli Go dotąd na kartach ksiąg zawierających święte teksty. Biofilia – termin ukuty przez Edwarda Wilsona z Uniwersytetu Harvarda: miłość do życia, poczucie realnej wspólnoty z innymi istotami żywymi – to moim zdaniem postawa chrześcijańska w stu procentach. Bycie „pro-life” w świecie, w którym – jak dowiaduję się z raportu o skutkach zanieczyszczenia powietrza udostępnionego mi przez Kamila Wyszkowskiego, szefa polskiego oddziału United Nations Global Compact – syf wrzucany do polskich pieców zwiększa o kilkadziesiąt procent ryzyko obumarcia płodu w trzecim trymestrze ciąży oddychającej zanieczyszczonym w ten sposób powietrzem kobiety, podwyższa prawdopodobieństwo rozwinięcia się u dziecka autyzmu, może skutkować obniżeniem jego inteligencji o cztery punkty IQ (a w innych badaniach, których wyników jeszcze nie opublikowano, przeczytamy być może, iż liczba poronień naturalnych z tego powodu zbliżona jest w Polsce do liczby dzieci ginących na skutek legalnie przeprowadzanych aborcji), to dziś naprawdę dużo szersze niż wczoraj pojęcie. 27


SPIS TRESCI WstĘp . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 9 Czyli uprzejma prośba do czytelników, jeszcze zanim się rozkręcę Rozdział pierwszy. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 15 Czyli właściwie dłuższy wstęp o tym, po co to wszystko i dlaczego chrześcijanin powinien pogapić się czasem na zwierzęta, a nie tylko na obrazy czy w lustro Rozdział drugi. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 37 O tym, czy zwierzęta idą do nieba, a jeśli tak, to gdzie są, kiedy my jesteśmy w czyśćcu. O tym, czy w ogóle mają duszę. I o tym, czy moja Żelka wie, że jest Żelką, gdy nikt nie patrzy – czy myśli o własnych myślach, a gdy boli ją łapa, to czy cierpi, czy po prostu ją boli Rozdział trzeci. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 77 O tym, jak człowiek zrobił z krów morskie drapieżniki. O tym, z czego jest szynka, skoro nie jest Babuni. O morderczych łosiach dyżurujących przy polskich drogach. I o ewidentnych związkach między męskością a strzelaniem do ptaka


Rozdział czwarty . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 137 O „zielonych nazistach”, o księżach, co strzelają z dwóch ambon, i o „teologii schabowego”. O tym, dlaczego papież musi przypominać człowiekowi, że jednak nie jest Bogiem. O tym, czy Matka Boża lubi wypchane lisy. O świętych, którzy woleli nie zbudować kościoła, niż wyciąć las. I o świętym Franciszku, który zainicjował ruch wykupywania zwierząt rzeźnych od handlarzy Rozdział piĄty. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 179 O tym, że Hitler nie był wegetarianinem. O powodach zakończenia przeze mnie romansu z paróweczką i wszczęciu małżeństwa z hot dogami z grochu. O tym, czy facet rzeczywiście musi wp...lać stejki. A także o stosunku katolika do mięsa z in vitro Rozdział szósty. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 211 O moim intymnym związku z Juliuszem Cezarem. O tym, czy chrześcijanin ma być lwem czy barankiem. O kosmicznych i wojennych psach. O tym, co ma wspólnego świat z Eucharystią. I o tym, iż choć ja twierdzę, że chyba nie zdążymy (się uratować przed nami), papież sądzi, że Pan Bóg zdąży. Zobaczymy. Dziesięć proponowanych kroków w kierunku Bardzo Dobrej Zmiany. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 243 Podziękowania. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 259 Bibliografia. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 261


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Boskie zwierzęta by SIW Znak - Issuu