Skip to main content

Historiomachia. Bitwy o historię

Page 1

NORMAN

Historiomachia BITWY O HISTORIĘ

Przekład Bartłomiej Pietrzyk

Znak horyZont • kraków 2026


Copyright © by Norman Davies Projekt okładki Michał Pawłowski Grafiki na okładce i wyklejkach Johann Bayer, Uranometria, omnium asterismorum continens schemata, nova methodo delineata, aereis laminis expressa, Ulm 1661 / Polona / domena publiczna Opieka redakcyjna Rafał Szmytka Koordynacja procesu wydawniczego Agata Błasiak Wybór ilustracji Rafał Szmytka Opieka promocyjna Maciej Pietrzyk Adiustacja Kinga Kosiba Korekta Paweł Denkowski, Magdalena Wołoszyn-Cępa Indeks Tomasz Babnis Łamanie Dariusz Ziach Opracowanie kartograficzne mapy Mortehoe i Woolacomobe, Dystrykt North Devon Marcin J. Sobiech, www.exgeo.pl Przekład wszystkich rozdziałów oprócz: Wykład z okazji rozpoczęcia roku akademickiego 2024/2025 na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, „Los Polski jest powiązany z losem wojennym Ukrainy”. Z prof. Normanem Daviesem rozmawia Alicja Lehmann Bartłomiej Pietrzyk © Copyright for the translation by SIW Znak sp. z o.o., 2026 © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026 ISBN 978-83-8427-598-6 Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2026. Printed in EU


Spis treści

Wstęp . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

7

PROLOG. HISTORIA MAGISTRA VITAE? Krew, serce, ruch i szczypta historii. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 31 Wiedza, edukacja, biznes, polonoznawstwo . . . . . . . . . . . . . . . . . . 58 GORZKA LEKCJA POLSKIEJ HISTORII Chopin – trudny, bardzo trudny czy zupełnie poza zasięgiem?. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 83 Wykład z okazji rozpoczęcia roku akademickiego 2024/2025 na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 113 Polska. Nienawiść, śmierć, przetrwanie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 130 INTERLUDIUM 1 Pamiętnik z podróży do ZSRR, marzec–kwiecień 1963 roku. . . . 149 HISTORIA NIE POWINNA SIĘ POWTARZAĆ Opowiadania Izaaka Babla z Armii Konnej a wojna polsko-bolszewicka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 201 5


Spis treści

U-977 i inne historie – fakty, fikcja i mistyfikacje. . . . . . . . . . . . . . 227 Prochorowka. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 244 Jedno jajo – profil genetyczny Hitlera . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 249 Staszek Aronson. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 263 Los Polski jest powiązany z losem wojennym Ukrainy. Z prof. Normanem Daviesem rozmawia Alicja Lehmann. . . . . . . 265 INTERLUDIUM 2 Luka w historii Ukrainy. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 279 TRUDNA SZTUKA PRZEBACZANIA „Przebaczamy i prosimy o wybaczenie” – historyczny moment sprzed sześćdziesięciu lat. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 289 Polska i Ukraina: sąsiedzi na dobre i na złe . . . . . . . . . . . . . . . . . . 315 EPILOG. CZEGO NAS UCZY HISTORIA LOKALNA? Opowieść o dwóch wsiach lub lekcja historii lokalnej . . . . . . . . . . 339 Stulecia przemian. Wrocław – Breslau – Vratislavia. . . . . . . . . . . . 376 ANEKS Przewodnik po zmodyfikowanych formach nazwisk i nazw użytych w tekście . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 399 Indeks. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 419 Spis źródeł ilustracji . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 430


Wstęp

Pisanie o historii nie jest profesją wolną od konfliktów. Większość historyków nie ogranicza się jedynie do prowadzenia badań i spisywania swoich wniosków; muszą oni również śledzić to, co opublikowali ich poprzednicy, nad czym pracują obecnie koledzy po fachu oraz w jakim kierunku temat, o którym piszą, może się rozwijać w przyszłości. Ci szczęśliwcy, którzy zajmują się niekontrowersyjnymi tematami – takimi jak historia lodów – mogą nie zdawać sobie sprawy z trudności takiego położenia1. Większość z nas doskonale jednak rozumie, że żyje i pracuje na intelektualnym polu bitwy. Ten stan rzeczy trafnie oddaje erudycyjny grecki termin „his­ toriomachia”, który oznacza „historyczne bitwy” lub „historyczne spory”. Co ciekawe, wcale nie wywodzi się on ze starożytności, mimo że w dawnej Grecji nie brakowało historyków toczących zacięte dyskusje. Termin ten został ukuty w 1974 roku przez wybitnego amerykańskiego filozofa i historyka niemieckiego pochodzenia Erica Voegelina, który użył go w swojej trylogii poświęconej ładowi i historii w celu opisania narracji historycznych służących interesom państw oraz imperiów w ich walce 1

Zob. L.B. Weiss, Ice Cream: A Global History, London 2012.

7


Wstęp

o władzę2. Jako neologizm naturalnie przyciągał on uwagę, ale stojąca za nim idea wcale nie była nowa. Najbardziej wyrazisty przykład politycznej manipulacji his­ torią przynosi powieść George’a Orwella Rok 1984, którą opubli­ kowano 8 czerwca 1949 roku – a więc w dniu moich dziesiątych urodzin. O istnieniu tej książki dowiedziałem się cztery lata później, gdy tuż po transmisji z koronacji królowej Elżbiety II wyemitowano poświęcony Rokowi 1984 program BBC; był to zarazem pierwszy raz, kiedy oglądałem telewizję. Doskonale pamiętam swoje przerażenie, gdy ekran wypełniła wykrzywiona twarz aktora, który z groźną miną poruszał wargami, bezgłośnie mówiąc: „Wielki Brat patrzy”. Z czasem przeczytałem zarówno Rok 1984, jak i Folwark zwierzęcy, które stały się kamieniami węgielnymi mojej rosnącej świadomości historycznej. Slogan totalitarnej partii z tej pierwszej książki na zawsze zapada w pamięć: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość”. Kiedy w 1963 roku, rok po wizycie w Polsce, po raz pierwszy odwiedziłem Związek Radziecki, znałem już podstawowe idee Orwella, ale – jak zanotowałem w swoim dzienniku (zob. s. 149–197) – nie zgłębiłem ich jeszcze na tyle, by w pełni pojąć podstępną naturę komunistycznej propagandy. Czułem, że mydli nam się oczy, ale nie potrafiłem do końca zrozumieć, jak dokładnie działał ten mechanizm. Pamiętam anglojęzyczną publikację na temat „fałszowania historii”, którą wręczono wszystkim uczestnikom naszej wycieczki. Z osłupieniem czytałem zawarte w niej oskarżenia skierowane pod adresem zachodnich badaczy i rządów, którzy mieli rzekomo w haniebny sposób przeinaczyć prawdę historyczną 3. Broszura stanowiła odpowiedź na amerykańską publikację, w której ujawniono bezcenny zbiór przejętych 2

E. Voegelin, Order and History, Vol. IV: The Ecumenic Age, Baton Rouges 1974, s. 162. 3 Falsifiers of history: an historical document on the origins of World War II with an introduction by Frederick L. Schuman, New York 1948.

8


Wstęp

niemieckich dokumentów, w tym tajne protokoły do paktu Ribbentrop–Mołotow z sierpnia 1939 roku4. W tamtym czasie Mosk­wa utrzymywała, że Związek Radziecki w 1939 roku zachowywał ścisłą neutralność, a te protokoły są zachodnią mistyfikacją. Twierdziła nawet, że do inwazji na ZSRR w 1941 roku zachęciły Hitlera mocarstwa zachodnie. Kiedy jednak w większym stopniu zainteresowałem się his­torią Polski, wkrótce zdałem sobie sprawę, że cała sowiecka narracja na temat drugiej wojny światowej była bezczelnym fałszerstwem. W latach 1939–1941 Stalin był wspólnikiem Hitlera. Armia Czerwona pomogła Wehrmachtowi zmiażdżyć Polskę, a następnie zaatakowała Finlandię (wojna zimowa), a wkrótce potem – Rumunię. W okresie obowiązywania paktu Ribbentrop–Mołotow wojska sowieckie zaanektowały terytoria sześciu krajów europejskich, podczas gdy Trzecia Rzesza zajęła dziewięć. Dlatego też potem posłużono się bałamutnym określeniem „wielka wojna ojczyźniana”, które zręcznie maskuje wszystkie wydarzenia poprzedzające operację Barbarossa. Tak właśnie przebieg­ło moje wprowadzenie do sowieckich rozgrywek politycznych w sferze historiografii. Jednocześnie zacząłem sobie uświadamiać, że historycy zachodni również nie są całkowicie wolni od stronniczości i uprzedzeń. Pierwszym całościowym ujęciem dziejów drugiej wojny światowej, po które sięgnąłem, było trzytomowe dzieło Winstona Churchilla i nie sposób było nie zauważyć jego oświadczenia zawartego w przedmowie: „Historia będzie dla mnie łaskawa, gdyż zamierzam ją sam napisać”5. Ów wielki człowiek stworzył narrację, która miała pomniejszyć jego niepowodzenia i wyeksponować osiągnięcia. Tak wyglądało moje pierwsze zetknięcie z tym, co nazwałem później „alianckim schematem historii” – narracją, w której wyolbrzymiano rolę mocarstw zachodnich, 4

Nazi-Soviet Relations 1939–1941: Documents from the Archives of the German Foreign Office, New York 1948. 5 W.S. Chuchill, The Second World War, Vol. I–III, Boston 1948–1950.

9


Wstęp

unikano krytyki Stalina i Związku Radzieckiego oraz przypisy­ wano całe zło pokonanym Niemcom6. Z czasem doszedłem do wniosku, że żaden historyk nie może zachować pełnej obiektywności. Wszyscy jesteśmy w pewnym stopniu uwarunkowani przez nasze wychowanie, wykształcenie, doświadczenia oraz otoczenie, a także to, w co wierzymy i wobec kogo jesteśmy lojalni. Niemniej jednak prawdą jest też, że auto­rów piszących o historii można podzielić na dwie grupy: tych, którzy dążą do osiągnięcia ideału obiektywizmu, oraz tych, którzy nie mają takiego zamiaru. Doskonałym przykładem reprezentanta tej drugiej grupy jest Władimir Putin, który w 2022 roku rozpętał nielegalną wojnę napastniczą na podstawie szowinistycznej teorii historycznej7. Z powodu takiego stanu rzeczy już na wczesnym etapie kariery zostałem wbrew swej woli wciągnięty w historyczne batalie. Teraz mam poczucie, że do ich toczenia dobrze mnie przygotowała gra w szkolnej drużynie piłkarskiej. Jako nastoletni lewy pomocnik miałem jasno określone zadanie: ubiegać przeciwników w wyścigu do piłki i obsługiwać napastników podaniami. Szybko zdałem sobie jednak sprawę, że rywale próbują robić dokładnie to samo, a niektórzy z nich mieli nie tylko umiejętności techniczne, lecz także gotowość do popełniania fauli. Dlatego ilekroć traciłem piłkę, wiedziałem, że muszę za nią ruszyć w pogoń, a takie powroty i walka należały do moich mocnych stron. Dopadnięcie przeciwnika, który mnie minął, i wygarnięcie mu piłki spod nóg w chwili, gdy szykował się do strzału na bramkę, sprawiało mi ogromną satysfakcję. Moja pierwsza – opublikowana w 1972 roku – książka, zatytułowana Orzeł biały, czerwona gwiazda, stanowiła oczywisty cel ataków ze strony apologetów ZSRR i ich komunistycznych sojuszników. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że klęska Armii 6

N. Davies, Europa walczy 1939–1945. Nie takie proste zwycięstwo, tłum. E. Tabakowska, Kraków 2023, s. 12–22. 7 V. Putin, On the Historical Unity of Russians and Ukrainians, http://en.kremlin. ru/events/president/news/66181, dostęp: 13.09.2026.

10


Wstęp

Czerwonej w Polsce w 1920 roku to nie był temat, który chcieliby oni nagłaśniać. W rzeczywistości jednak najbrutalniejszy atak nadszedł z zupełnie innej strony. W polskiej prasie panowała właściwie całkowita cisza, a jedyna recenzja, jaką wydrukowano, okazała się arcydziełem intelektualnego fechtunku. Autor – Tadeusz Cieślak, znawca historii regionu bałtyckiego, którego dobrze znałem jako dyrektora Instytutu Kultury Polskiej w Londynie – zaczął od potępienia książki jako pracy bezwartościowej i opartej na błędnych przesłankach. Cieślak, który przed popadnięciem w niełaskę był wysokim rangą członkiem partii i rektorem Szkoły Głównej Służby Zagranicznej, doskonale wiedział, co robi. Streszczał mianowicie po kolei każdy rozdział, po czym zbywał zawarte w nim wywody jako „dziwaczne”, „stronnicze” lub „bezsensowne”. W ten sposób udało mu się zarówno zadowolić peerelowskich cenzorów, jak i przedstawić polskim czytelnikom moje tezy na temat wojny polsko-bolszewickiej. Wkrótce potem bez uprzedzenia wezwał mnie do Londynu polski konsul generalny. Gdy dotarłem na miejsce, szybko przewieziono mnie z placówki do kawiarni przy Marylebone Road, gdzie dyplomata wyłożył mi, co naprawdę sądzi o mojej książce. „Dopóki jestem konsulem generalnym – powiedział – zawsze może pan liczyć na wizę wjazdową do Polski”. Jeszcze większe zaskoczenie przeżyłem, gdy ktoś zwrócił moją uwagę na polskie czasopismo emigracyjne „Zeszyty Historyczne”, w którym opublikowano recenzję Orła białego, czerwonej gwiazdy. Ku mojemu zdziwieniu recenzent – doktor Tadeusz Piszczkowski – ostro skrytykował moją ocenę marszałka Piłsudskiego jako dzielnego patrioty i wybitnego męża stanu, a mnie samego określił mianem „komunistycznego agenta”. Tak wyglądało moje pierwsze zetknięcie ze światopoglądem narodowych demokratów, czyli endeków. Tadeusz Piszczkowski (1904–1990) – jak się dowiedziałem, Lwowianin z urodzenia – był bardzo szanowanym historykiem, mającym dorobek rzetelnych prac z zakresu dyplomacji 11


Wstęp

i stosunków międzynarodowych. Doszedłem do wniosku, że musiał dostać napadu szału, prawdopodobnie dlatego, że należał do szkoły, w której panuje przekonanie, że tylko Polacy potrafią zrozumieć historię Polski. Muszę też powiedzieć, że dziesięć lat później, gdy przeczytał Boże igrzysko, napisał do mnie bardzo elegancki list z przeprosinami. Niemniej jednak zdążyłem już odczuć, że pisanie o historii bywa niebezpieczne. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował początkujący historyk, była łatka komunistycznego agenta. Po raz pierwszy w życiu umówiłem się zatem na spotkanie z adwokatem specjalizującym się w sprawach dotyczących zniesławienia. Prawnik wysłuchiwał przez kilka chwil moich gorzkich żalów, po czym wstał i objął mnie ramieniem. „Posłuchaj, synu – powiedział – moim poprzednim klientem z profesji historycznej był Serb, któremu dosłownie wbito nóż w plecy. Na twoim miejscu po prostu bym o tym zapomniał”. Nie znaczy to jednak, że autor Bożego igrzyska wyszedł z tej sytuacji bez szwanku. Po raz kolejny nie nadeszły żadne negatywne recenzje z Polski, gdzie książki zakazano. Po sielankowym okresie, który uśpił moją czujność, na ziemię sprowadziło mnie jednak poniewczasie dokonane odkrycie, że pewna grupa interesu jest do mnie szczególnie wrogo nastawiona. W mojej karierze doszedłem do etapu, na którym mogłem ubiegać się o prestiżową katedrę na Wydziale Historii Uniwersytetu Stanforda. Uzyskałem jednogłośne poparcie komisji rekrutacyjnej wydziału i zostałem zaproszony do Kalifornii w charakterze profesora wizytującego na czas załatwiania formalności. Od dziekana wydziału otrzymałem pismo, w którym potwierdzono, że – pod warunkiem zatwierdzenia przez Radę Powierniczą – obejmę katedrę imienia McDonnella. Na podstawie tego listu przeznaczyłem wszystkie nasze oszczędności na wkład własny w zakup mieszkania na terenie kampusu. Pewnego dnia zadzwonił jednak telefon. Dziekan głosem, w którym było słychać napięcie, oznajmił mi: „Na pana miejscu 12


Wstęp

wracałbym do Londynu. Nie dostanie pan tej katedry”. Gdy zapytałem dlaczego, padła następująca odpowiedź: „Nie jestem upoważniony, by powiedzieć cokolwiek więcej”. Przez kilka tygodni pozostawałem w stanie zawieszenia, nie mając pojęcia, co mnie czeka. Nikt z władz uniwersytetu nie chciał ze mną rozmawiać. Dział prawny najwyraźniej nakazał wszystkim pracownikom milczenie. Uczelniana rzeczniczka praw pracowniczych wybuchnęła płaczem i powtarzała: „Nie jestem upoważniona, by powiedzieć cokolwiek więcej”. Przewodniczący komisji rekrutacyjnej i dziekan powiedzieli mi: „Nie jesteśmy upoważnieni, by powiedzieć cokolwiek więcej”. Krążyły różne pogłoski. Po terenie kampusu przemaszerowali w geście protestu studenci pod przewodnictwem przyszłego ambasadora USA. Nic to nie dało. Po kilku trudnych miesiącach ktoś zapukał do naszych drzwi. Gdy otworzyliśmy, naszym oczom ukazał się siwowłosy mężczyzna o kwadratowej szczęce i groźnej aparycji. „Jestem Pete McCloskey, waleczny Irlandczyk – warknął – i przybyłem ci pomóc”. McCloskey był pułkownikiem piechoty morskiej USA w stanie spoczynku oraz najbardziej odznaczonym amerykańskim żołnierzem wojny koreańskiej. Co ważniejsze, był adwokatem prowadzącym kancelarię w Palo Alto, absolwentem Uniwersytetu Stanforda oraz członkiem rady nadzorczej Wydziału Prawa tej uczelni. „Nie martw się – kontynuował – ze mną będą musieli rozmawiać”. Mylił się jednak. Rektor Uniwersytetu Stanforda oświadczył mu: „Nie jestem upoważniony, by powiedzieć cokolwiek więcej”. W związku z tym mój prawnik napisał do władz uniwersytetu pismo, w którym zagroził, że jeżeli w ciągu trzydziestu dni nie wyjaśnią, dlaczego decyzja dziekana i komisji rekrutacyjnej została unieważniona, do sądu w Santa Clara wpłynie pozew o wielomilionowe odszkodowanie. Trzydzieści dni minęło bez jakiejkolwiek odpowiedzi, sprawa trafiła więc na drogę sądową, co dało początek długiej i bezowocnej batalii. Trzy dni później prorektor Uniwersytetu Stanforda wystosował pismo z informacją, 13


Wstęp

że jako „nie do przyjęcia” oceniono dziewiąty rozdział drugiego tomu Bożego igrzyska, który traktował o społeczności żydowskiej. Nie ujawnił przy tym, kto dokonał takiej oceny. Tak wyglądała moja pierwsza potyczka z syjonistycznymi historiomachoi, czyli „wojownikami historii”, którzy często żywią irracjonalną niechęć do Polski. Trzeba tu jednak poczynić pewne zastrzeżenie. W ciągu sześcioletniego procesu sądowego przekonałem się nie tylko, że syjonizm ma wiele odcieni, lecz także – że wielu pryncypialnych Żydów sprzeciwia się tej ideologii. Jedynymi współpracownikami ze Stanfordu, którzy odważyli się publicznie zakwestionować sposób, w jaki mnie potraktowano, byli Żydzi. Przeprosiny złożył mi na przykład żydowski historyk, członek zarządu B’nai B’rith, organizacji zależnej od żydowskiej Ligi Antydefamacyjnej. Życzliwa rodzina nowojorskich bundystów, którzy na co dzień rozmawiali ze sobą w jidysz, zaprosiła mnie do swego domu, abym mógł dojść do siebie po tych wydarzeniach. Niemniej jednak moi oponenci, z nieżyjącą już Lucy Dawidowicz na czele, przez ponad dekadę prowadzili na mnie nagonkę i określali mnie mianem „obrońcy nazistowskich kolaborantów”. Bezskutecznie próbowali uniemożliwić mi udział w konferencji na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, a po publikacji Europy w 1996 roku przypuścili na łamach prasy serię ataków na tę książkę8. Do tego czasu zdążyli już jednak stracić znaczną część swojej wiarygodności, a ja sam zyskałem większą wiedzę na temat zawiłych dziejów syjonizmu. Dowiedziałem się na przykład, że zdecydowanie największą grupę stanowią syjoniści chrześcijańscy, a w obrębie całego nurtu karty nie zawsze rozdawali twardogłowi. Przemożny wpływ na moje poglądy wywarł między innymi bliski kolega z Oksfordu, Avi Shlaim – urodzony 8

A. Applebaum, Norman Davies Is Innocent, Prospect, 19.07.1997, https:// www.prospectmagazine.co.uk/culture/55334/norman-davies-is-innocent, dostęp: 13.09.2026.

14


Wstęp

w Bagdadzie Izraelczyk, który wyrósł na czołową postać wśród antysyjonistycznych „nowych historyków”. Avi stoi na stanowisku, że ugodowa i nastawiona na współpracę koncepcja Teodora Herzla stopniowo przekształciła się w agresywny, dążący do supremacji ruch reprezentowany przez Menachema Begina i Benjamina Netanjahu. Jego najnowsza książka z 2024 roku nosi tytuł Genocide in Gaza (Ludobójstwo w Strefie Gazy)9. Kiedy po raz pierwszy odważyłem się opublikować książkę o dziejach mojego kraju, zatytułowałem ją Wyspy. Historia (1999). Wcześniej, podczas wykładu w Dublinie, udzielono mi reprymendy za użycie sformułowania „Wyspy Brytyjskie”. Jedna z osób w sali trafnie zwróciła uwagę, że wyspy te były brytyjskie jedynie w latach 1801–1922, a obecnie są podzielone między Zjednoczone Królestwo a Republikę Irlandii. Moim głównym celem było rzucenie wyzwania tradycyjnemu anglocentrycznemu podejściu do naszej historii narodowej oraz położenie odpowiedniego nacisku nie tylko na Anglię, lecz także na Szkocję, Walię i Irlandię. W rezultacie książka zebrała liczne laury od recenzentów szkockich, walijskich i irlandzkich, lecz spotkała się z dość mieszanym przyjęciem w prasie angielskiej. Pewien mój dawny kolega z Uniwersytetu Londyńskiego, specjalista od epoki Tudorów, nie krył oburzenia. „Absurdalne jest – napisał – aby o historii naszego kraju autorytatywnie wypowiadał się badacz Europy Wschodniej”. To się nazywa kogoś usadzić. Dwie kolejne książki poświęcone Polsce – Mikrokosmos (1999) o dziejach Wrocławia oraz Powstanie ’44 (2003) o tragicznych zmaganiach w Warszawie – zostały przyjęte niejednoznacznie. Pierwsza, która miała na celu ukazanie, że historii miasta nie należy sprowadzać wyłącznie do rywalizacji polsko-niemieckiej, spodobała się recenzentom. Zarówno wydanie polskie, jak i wydanie niemieckie, opublikowane przez monachijską oficynę C.H. Beck pod tytułem Die Blume Europas (Kwiat Europy), cieszyły się 9

A. Shlaim, Genocide in Gaza: Israel’s Long War on Palestine, Belfast 2024.

15


Wstęp

dużym powodzeniem10. Zanim wszakże światło dzienne ujrzała oryginalna wersja angielska, musiała ona pokonać wyboistą drogę. Umowa na publikację została pierwotnie podpisana z Cam­ bridge University Press, książkę trzeba było jednak przenieść do innego wydawcy, gdyż redaktorzy z Cambridge uparli się przy tytule A History of Breslau. Rising ’44, a raczej Powstanie ’44, wzbudziło ogromne zainteresowanie w Polsce. W dniu premiery w ogrodzie Muzeum Powstania Warszawskiego utworzyła się kolejka złożona z około 12 tysięcy czytelników, z których większość nie doczekała się niestety autografu autora. Główna myśl książki, która traktowała nie tylko o walkach w samej Warszawie, lecz także o słabo zaplanowanej i nieskoordynowanej operacji aliantów, spotkała się jednak ze znacznym sprzeciwem11. Polscy czytelnicy byli oczywiście w dużej mierze nieświadomi kontrowersji, jakie wywołało wcześniej angielskie wydanie dzieła. Większość recenzentów wyrażała się o książce pochlebnie, pewna grupa Polaków miała mi jednak za złe pewien eksperyment językowy. Często słyszałem od moich angielskich znajomych, że śledzenie narracji znacznie utrudniają im niełatwe do wymówienia polskie nazwiska. Gdy czytelnicy nie potrafią zapamiętać nazw głównych miejsc i imion kluczowych bohaterów, szybko tracą wątek. Wymyśliłem więc system, w ramach którego polskie nazwy geograficzne zostały zmodyfikowane, a polskie nazwiska – zastąpione odpowiednikami (często przetłumaczonymi konspiracyjnymi pseudonimami). Tak więc Lwów zamienił się w „Lvuv”, Sochaczew-Włochy – „Sohachev-Vlohy”, Gęsiówka – „Goose Farm”, Krakowskie Przedmieście – „the Cracow Fau­bourg”, a ulica Miodowa – „Honey Street”. Podobnie generał Bór-Komorowski został przedstawiony jako „General Boor” – co 10

N. Davies, R. Moorhouse, Mikrokosmos. Portret miasta środkowoeuropej­ skiego, tłum. A. Pawelec, Kraków 2002. 11 N. Davies, Powstanie ‘44, tłum. E. Tabakowska, Kraków 2004.

16


Wstęp

było o tyle niefortunne, że słowo boor oznacza po angielsku „niewykształconego prostaka” – Krzysztof Kamil Baczyński pojawił się jako „Christopher”, premier Mikołajczyk jako „Mick”, profesor Jerzy Kłoczowski ps. „Piotruś” jako „Peterkin”, a kapitan Zbigniew Ścibor-Rylski ps. „Motyl” jako „Butterfly”. Żaden z moich anglojęzycznych czytelników nie zgłaszał zastrzeżeń, ale kilkoro przedstawicieli Polonii było głęboko oburzonych. Ich zdaniem odarłem zarówno Warszawę, jak i samych powstańców z ich prawdziwej tożsamości. Nawet mój nastoletni syn żalił się matce: „Dlaczego tata nie może opowiedzieć tej historii po prostu tak, jak było naprawdę?”12. Moim największym błędem było użycie inicjałów zamiast naz­ wisk. Władysław Bartoszewski to „Ladislas B.”, generał Stanisław Maczek – „General M.”, doktor Janusz Korczak – „Yanush K.”, doktor Wanda Piłsudska – „Vanda P.”, a kardynał arcybiskup Stefan Wyszyński – „Father Stephen V.”. W języku angielskim taki zabieg nie niesie ze sobą negatywnych skojarzeń, wkrótce jednak te modyfikacje wywołały falę oburzenia. W języku polskim skrócenie nazwiska do samego inicjału oznacza bowiem, że dana osoba jest podejrzana w procesie karnym lub jest kimś, kogo pełnego nazwiska nie wolno ujawniać. W rezultacie rozpętało się prawdziwe piekło. Dla niektórych Polaków te zmiany, wprowadzone w dobrej wierze, okazały się niewyobrażalne i niewybaczalne. Raz czy dwa razy próbowałem tę sprawę wyjaśnić, ale potem dałem za wygraną (zob. Aneks, s. 397–418). Po Powstaniu ’44 zająłem się pracą nad dwiema kolejnymi pozycjami: Europa walczy 1939–1945 (2006; wydanie polskie 2008) oraz Zaginione królestwa (2010). Obie w głównej mierze czerpały inspirację z moich doświadczeń związanych z historią Polski. W pierwszej pracy przedstawiłem niezliczone przykłady na to, jak stronnicze, wybiórcze lub wręcz całkowicie błędne bywają 12

N. Davies, Rising ’44: The Battle for Warsaw, London 2003, Appendix 35: Guide to modified names used in the text, s. 689–703.

17


Wstęp

interpretacje wydarzeń drugiej wojny światowej13. W drugiej, zrodzonej z mojej znajomości tragicznych losów nieszczęsnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, zgłębiałem dzieje kilkunastu imperiów, państw i krajów, które niegdyś istniały, lecz których dziś nie ma już na mapach. Nie pamiętam szczegółowo reakcji na ukazanie się tych książek, choć Zaginione królestwa spotkały się z bardzo pozytywnym przyjęciem. Mój redaktor z wydawnictwa Penguin Books wygłosił komplement pod moim adresem – stwierdził, że jako autor fundamentalnych dzieł w czterech dziedzinach: Bożego igrzyska, Europy, Powstania ’44 oraz Zaginionych królestw, zdystansowałem wszystkich konkurentów wśród brytyjskich historyków. Nie przypominam sobie żadnego poważnego sporu z tamtego okresu. Mimo to jeden z rozdziałów Zaginionych królestw przyniósł sporą niespodziankę. W moim zarysie dziejów Wielkiego Księstwa Litewskiego dołożyłem starań, aby podkreślić, że średniowieczna i wczesnonowożytna Litwa znacznie różniła się od tej dzisiejszej pod względem terytorialnym, demograficznym i etnicz­nym. Wbrew mitom kultywowanym przez litewskich nacjonalistów w Wielkim Księstwie nigdy nie dominowali etniczni Litwini; wielki książę i szlachta ulegli polonizacji, większość ludności zawsze stanowili Rusini, a językiem urzędowym był słowiański ruski, nie zaś bałtycki litewski14. W tym kontekście nieopatrznie wkroczyłem na grząski teren tego, czy XIII- lub XIV-wieczna nazwa kraju wywodziła się od słowa Leičiai, czy też od słowa Lietuva, które miało odnosić się do nazwy rzeki Litawki będącej dopływem Wilii. Jako całkowity laik w tej kwestii nie sięgnąłem do źródeł archiwalnych, lecz zaufałem opracowaniom wtórnym, w których zgodnie wskazywano, że kluczową rolę w powstaniu Wielkiego Księstwa 13

N. Davies, Europa walczy 1939–1945. Nie takie proste zwycięstwo, tłum. E. Tabakowska, Kraków 2008. 14 N. Davies, Zaginione królestwa, tłum. B. Pietrzyk, J. Rumińska-Pietrzyk, E. Tabakowska, Kraków 2010, s. 241–316.

18


Wstęp

odegrała grupa wojowników, określana w kronikach zbiorczo jako Leičiai lub Lietuva. Czy jednak terminy odnosiły się do kasty, klasy społecznej, czy może raczej do plemienia? I czy byli to Bałtowie, czy Słowianie? Litwini zakładają, że chodziło o ich bałtyckich przodków, którzy zamieszkiwali ten region od niepamiętnych czasów. Natrafiłem jednak też na inną teorię, która głosiła, że chodziło tak naprawdę o Słowian zamieszkujących obszar położony obecnie w zachodniej Białorusi. Spodobała mi się ona i, nie zastanawiając się zbytnio, postanowiłem podążyć jej tropem. Gdy książka ukazała się na rynku, poniewczasie nabrałem wątpliwości. Popełniłem błąd porównywalny do przedstawienia sugestii, jakoby Mieszko I wraz oraz jego pobratymcy nie byli Polakami, lecz Germanami. W efekcie nie zaproszono mnie, bym wygłosił odczyt w Wilnie, a brytyjski ambasador w Mińsku napisał do mnie, że białoruscy historycy powitają mnie z otwartymi ramionami. Było to jedno z tych zaproszeń, z których nigdy nie skorzystałem. I tak oto dochodzę do moich siedemdziesiątych piątych urodzin, które obchodziłem w 2014 roku. Przy tej okazji uznałem, że moja wiedza oraz zainteresowania pozostają w przeważającej mierze ograniczone do Wysp i reszty Europy, w związku z czym wyruszyłem w podróż dookoła świata, by liznąć historii krajów, których nigdy wcześniej nie odwiedzałem. Mój bilet lotniczy zawiódł mnie do Azerbejdżanu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Indii, Malezji, Singapuru, na Mauritius, do Tasmanii, Nowej Zelandii, Polinezji Francuskiej, Kalifornii i Teksasu, aż wreszcie z powrotem na lotnisko we Frankfurcie, gdzie czekała na mnie żona. Na każdym z przystanków zatrzymywałem się na tyle długo, by zbadać historyczne miejsca, spotkać się z lokalnymi badaczami i wniknąć w skomplikowane dzieje, które dotąd umykały mojej uwadze. Notatki z podróży uzupełniłem później o intensywne kwerendy, zwłaszcza internetowe, i w ten sposób powstał zbiór egzotycznych szkiców historycznych – mój główny 19


Wstęp

wkład w modę na „historię globalną”15. Co ciekawe, jedyną bitwę związaną z tą książką stoczyłem z moimi wydawcami i – podob­ nie jak w wypadku Mikrokosmosu – dotyczyła ona tytułu. Początkowo wolałem Chasing the Sunrise (W pogoni za wschodem słońca), dział marketingu wydawnictwa Penguin Books obstawał jednak przy Native Lands („Ziemie ojczyste”). Z mojego punktu widzenia coś takiego nie wchodziło w grę. Moim zdaniem żaden naród na świecie nie ma podstaw do twierdzenia, że zamieszkuje swoje terytorium od zawsze. Prosta prawda brzmi następująco: stopniowa ekspansja Homo sapiens na całej kuli ziemskiej oznacza, że każdy naród osiedlił się na ziemiach, do których później rościł sobie prawa, dopiero po przybyciu tam z innego miejsca. Na przykład przodkowie Polaków rozprzestrzenili się po Europie wraz z innymi Słowianami we wczesnych wiekach pierwszego tysiąclecia. W tej samej epoce protoplaści Anglików przepłynęli morze na „Wyspy”, gdzie przejęli tereny zamieszkane przez plemiona celtyckie. Moi redaktorzy ani myśleli jednak o tym słyszeć. Napisali do mnie dość groźny list, w którym oświadczyli, że opublikują książkę tylko wtedy, gdy zgodzę się na ich propozycję. Po raz kolejny uparłem się przy swoim, uznawszy, że muszę zaryzykować otwartą konfrontację. Na szczęście po okresie pełnego napięcia klinczu wydawca ustąpił i zaproponował kompromis. Uzgodniony koniec końców tytuł brzmiał Beneath Another Sky (Pod innym niebem), wręcz doskonały był jednak ten wymyślony dla polskiego wydania – Na krańce świata16. Gdy emocje związane z tamtym sporem opadły, zabrałem się do pisania dwóch zupełnie różnych książek. Jedną z nich była minibiografia najbardziej nielubianego brytyjskiego monarchy, króla Jerzego II, wydana w ramach serii „Penguin Monarchs”17,

15

N. Davies, Beneath Another Sky: A Global Journey Into History, London 2018. N. Davies, Na krańce świata. Podróż historyka przez historię, tłum. E. Tabakowska, Kraków 2017. 17 N. Davies, George II, Not Just a British Monarch, London 2021. 16

20


Wstęp

drugą zaś – poświęcony niezwykłej odysei tak zwanej Armii Andersa bogato ilustrowany album Szlak nadziei (2015)18. Zlecenie napisania królewskiej biografii otrzymałem tylko dlatego, że żaden z pozostałych autorów wydawnictwa Penguin nie chciał się tego podjąć, praca ta nie przyniosła mi jednak zawodu. Czerpałem ogromną radość z odkrywania nieznanego mi tematu. Książę Georg August von Braunschweig-Lüneburg (1683–1760) należał do bocznej linii niemieckiego rodu Welfów i był synem oraz spadkobiercą elektora Hanoweru, który wstąpił na brytyjski tron jako król Jerzy I. W efekcie przez całe swoje długie panowanie w latach 1727–1760 pozostawał suwerennym władcą dwóch odrębnych państw – Królestwa Wielkiej Brytanii oraz Elektoratu Hanoweru (Księstwa Brunszwiku i Lüneburga). Znajdował się w takiej samej sytuacji jak jego bezpośredni sąsiedzi w Niemczech – dynastia Wettynów – którzy sprawowali równolegle władzę jako elektorzy Saksonii i królowie Polski. Wiedza ta doprowadziła mnie do przekonania, że kluczem do zrozumienia światopoglądu i polityki Jerzego był fakt odziedziczenia przez niego dwóch równoległych władztw. W przeciwieństwie do wcześniejszych angielskich biografów, którzy pogardliwie określali Elektorat Hanoweru jako „zapadłe księstewko”, pojąłem, że w jego mniemaniu zachowanie niemieckich dziedzin było równie ważne jak rządzenie „Wyspami”. Podczas kolejnych wojen Jerzy II dzielił ze swoimi poddanymi nieustanny lęk przed Francją, uważał jednak za rzecz naturalną wykorzystanie zasobów Królestwa do ochrony Elektoratu, podczas gdy oni oczekiwali, że to zasoby Elektoratu zostaną oddane do dyspozycji Królestwa. Ta fundamentalna rozbieżność znajduje odzwierciedlenie w pracach historyków i prawdopodobnie wyjaśnia, dlaczego moje piękne, elokwentne studium nie doczekało się ani jednej recenzji aż do chwili opublikowania niemieckiego 18

N. Davies, Szlak nadziei. Armia Andersa. Przemarsz przez trzy kontynenty, tłum. I. Zych, A. Zych, Izabelin–Warszawa 2016.

21


Wstęp

przekładu19. Musiałem czekać aż siedem długich lat, zanim wybitna felietonistka „New York Timesa”, oderwawszy się na chwilę od opisywania „najbardziej haniebnego prezydenta w historii Ameryki”, przeczytała moją książkę i napisała do mnie krzepiący list z wyrazami uznania20. W tym samym czasie, na krótko przed wybuchem pandemii, snułem plany dotyczące Szlaku nadziei. Wraz z moim przyjacielem, fotografem Januszem Rosikoniem, odbyłem serię krótkich wypraw do Rosji, Iranu, Izraela oraz Włoch, by osobiście przebyć ten szlak i zebrać niezbędne materiały. Było to niesamowite przeżycie i napełniło mnie ogromnym szacunkiem do dziesiątek tysięcy mężczyzn, kobiet oraz dzieci, którzy przemierzyli tę samą trasę w trudnych wojennych warunkach. Ta ostatnia książka przyniosła mi więcej listów od czytelników niż jakakolwiek inna. Niewielu andersowców powróciło po wojnie do Polski, a wielu osiedliło się w odległych częściach świata – w Kanadzie, Ameryce Południowej, Australii czy Nowej Zelandii. Ich odcięte od rodzinnych korzeni wnuki i prawnuki pałają ogromną chęcią dowiedzenia się, czym ich przodkowie zajmowali się w Uzbekistanie albo jak babcia trafiła do Ugandy, Indii bądź Meksyku. Jedyna bitwa, jaką wywołał Szlak nadziei, dotyczyła projektu okładki – moi polscy redaktorzy nalegali, aby znalazł się na niej widok Monte Cassino. Moim zdaniem heroiczny sens tej opowie­ści tkwi nie tyle w krótkiej, wieńczącej wszystko walce we Włoszech, która jest (słusznie) nagłaśniana, ile raczej w mozolnej wędrówce tłumu na wpół zagłodzonych uchodźców przez trzy kontynenty. Niechętnie zbliżam się do nieuniknionego kresu zawodowej drogi; czuję, że walczyłem po dobrej stronie, spisałem się 19

N. Davies, King George II: Ein deutscher Fürst auf dem britischen Thron, tłum. C. Hartz, Darmstadt 2021. 20 Maggie Haberman, https://www.nytimes.com/by/maggie-haberman, dostęp: 13.09.2026.

22


Wstęp

całkiem nieźle i wciąż drzemie we mnie bojowy duch. Sporadycznie wybuchają zresztą nowe bitwy. Moja najnowsza monografia, poświęcona fascynującej historii (środkowoeuropejskiej) Galicji, ukazała się w eleganckim polskim wydaniu, a obecnie jest tłumaczona na język ukraiński21. A jednak, co zaskakujące, po trzech latach książka wciąż nie znalazła anglojęzycznego wydawcy. Jednym z problemów jest fakt, że większości mieszkańców Zachodu Galicja kojarzy się z prowincją Hiszpanii, co sugeruje konieczność zmiany tytułu. Kolejny powód leży prawdopodobnie w tym, że przedłużający się konflikt zbrojny na wschodzie Ukrainy odwraca uwagę rynku wydawniczego od spraw Ukrainy Zachodniej i Galicji Wschodniej. Mimo to tematyka ukraińska często przyciąga moją uwagę. Jestem zdania, że Ukraińcy mają niewielką wiedzę na temat polskiego wpływu na ich historię, a zarazem wielu Polaków słabo się orientuje w dziejach Ukrainy. Moje niedawne wywiady dotyczące trwającego sporu o ludobójcze masakry na Wołyniu w latach drugiej wojny światowej poskutkowały dość absurdalnymi zarzutami. W rzeczywistości skazana od początku na porażkę Ukraińska Powstańcza Armia, która w 1942 roku zaczęła od prób kolaboracji z Niemcami w walce z bolszewiz­ mem, szybko przeszła do beznadziejnej kampanii oporu przeciwko jednocześnie nazistom i Sowietom. Przyświecało jej przy tym hasło: „Ani Hitler, ani Stalin”, które z pewnością wzbudziłoby uznanie każdego Polaka. Straszliwych masowych zbrodni na mieszkających na Wołyniu Polakach dopuściła się w latach 1943–1944 zbuntowana frakcja UPA-Północ. Wydarzenia te rozegrały się w okresie, gdy Stepan Bandera – człowiek najczęściej (błędnie) kojarzony w Polsce z tym epizodem – przebywał w nazistowskim obozie koncentracyjnym, po czym przez pół wieku były systematycznie ukrywane przed opinią publiczną przez sowiecką cenzurę. Ja sam zacząłem słyszeć pierwsze 21

N. Davies, Galicja. Historia nie narodowa, tłum. B. Pietrzyk, Kraków 2023.

23


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook