przekład Jerzy Kozłowski
wydawnictwo znak Kraków 2017
Tytuł oryginału The Nix THE NIX by Nathan Hill. Copyright © 2016 by Nathan Hill. By arrangement with the Author. All rights reserved. Projekt okładki Oliver Munday Zdjęcie wykorzystane na okładce Parade and Rally for Freedom, Grant Park, Chicago, Illinois, April 27, 1968. Chicago History Museum Opieka redakcyjna Dorota Gruszka Adiustacja Anna Szulczyńska Korekta Małgorzata Biernacka Katarzyna Onderka Łamanie Jan Szczurek
Copyright © for the translation by Jerzy Kozłowski © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017 ISBN 978-83-240-4958-5
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2017. Printed in EU
1
Ten nagłówek pojawia się pewnego popołudnia niemal jednocześnie w kilku informacyjnych portalach internetowych: ATAK NA GUBERNATORA PACKERA! Kilka chwil później telewizja podchwytuje temat, podany w programie jako pilna wiadomość z ostatniej chwili, gdy prowadzący spogląda z poważną miną do kamery i informuje: – Dowiadujemy się od naszych korespondentów w Chicago, że zaatakowano gubernatora Sheldona Packera. Chwilowo wiadomo tylko tyle – że został zaatakowany. I przez kilka oszałamiających minut każdy zadaje te same dwa pytania: Czy gubernator żyje? Oraz: Czy ktoś to nagrał? Pierwsze relacje pochodzą od reporterów z miejsca zdarzenia, którzy dodzwaniają się ze swoich komórek i wchodzą na antenę na żywo. Mówią, że Packer pełnił rolę gospodarza na bankiecie w chicagowskim Hiltonie, gdzie wygłosił przemówienie. Po uroczystości, gdy razem ze swoją obstawą przechodził przez Grant Park, ściskając dłonie, rozdając całusy dzieciom, wykonując wszystkie typowe kampanijne gesty, nagle jakaś osoba lub grupa osób z tłumu przystąpiła do ataku. – Co rozumiemy przez „atak”? – pyta prowadzący. Siedzi w studiu o lśniących czarnych podłogach, z oświetleniem 15
w kolorach czerwonym, białym i niebieskim. Twarz ma gładką jak lukrowany tort. Za nim widać pracujących przy biurkach ludzi. Zadaje pytanie: – Jak możesz opisać ten atak? – Na tę chwilę wiem tylko – mówi reporter – że czymś w niego rzucono. – Ale czym? – Na razie nie jest to jasne. – Czy gubernator został trafiony? Coś mu się stało? – Wydaje mi się, że został trafiony, tak. – Widziałeś napastników? Było ich wielu? Tych, którzy zaatakowali gubernatora? – Powstało wielkie zamieszanie. Słychać było krzyki. – Te przedmioty, którymi go obrzucono, były duże czy małe? – Przypuszczalnie na tyle małe, by można było nimi rzucać. – Większe od piłki baseballowej? – Nie, mniejsze. – Więc rozmiaru piłki golfowej? – Może to bardziej precyzyjne określenie. – Ostre? Ciężkie? – Wszystko działo się tak szybko. – Działanie z premedytacją? Spisek? – Pada tutaj wiele tego typu pytań. Powstaje specjalny napis: „Akt terroru w Chicago”. Przelatuje ze świstem do miejsca przy uchu prowadzącego i powiewa jak flaga na wietrze. Na gigantycznym ekranie dotykowym wyświetlona zostaje mapa Grant Parku, co w nowoczesnej telewizji informacyjnej jest na porządku dziennym: oto postać na ekranie komunikuje się poprzez inny ekran, stoi przed monitorem i steruje obrazem o najwyższej rozdzielczości, powiększając go i zmniejszając nieznacznymi ruchami dłoni. To wszystko wygląda naprawdę cool. 16
W oczekiwaniu na nadejście nowych informacji omawia się kwestię, jak ów incydent wpłynie na szanse wyborcze gubernatora. Rozmówcy dochodzą do wniosku, że korzystnie, rozpoznawalność jego nazwiska jest bowiem dość niska poza żelaz nym elektoratem z kręgów konserwatywno-chrześcijańskich, czyli ludźmi, którym po prostu podoba się to, czego dokonał w czasie swojej gubernatorskiej kadencji w Wyoming, gdzie natychmiast wprowadził zakaz aborcji i obowiązek porannego recytowania dziesięciu przykazań w szkołach przez dzieci i n a u c z y c i e l i, przed przysięgą na wierność sztandarowi, angielski uczynił oficjalnym i jedynym językiem w sądach oraz zakazał posiadania nieruchomości osobom, które nie posługują się płynnie angielszczyzną. Poza tym zezwolił na używanie broni palnej w każdym stanowym rezerwacie przyrody. Wydał także dekret, na mocy którego prawo stanowe zyskało pierwszeństwo przed prawem federalnym we wszystkich dziedzinach, posunięcie, które zdaniem konstytucjonalistów było równoznaczne z faktycznym odłączeniem się Wyoming od Stanów Zjednoczonych. Nosił kowbojki. Konferencje prasowe organizował na swoim ranczo, chodził z prawdziwą, najprawdziwszą bronią, rewolwerem bujającym się w skórzanej kaburze na biodrze. Pod koniec pierwszej kadencji gubernatorskiej ogłosił, że nie ubiega się o reelekcję, ażeby się skupić na sprawach ogólnokrajowych, i oczywiście media zinterpretowały te słowa jako chęć udziału w wyborach prezydenckich. Opanował do perfekcji sposób bycia kaznodziei ukośnik kowboja i antyelitarystyczny populizm, znajdując odzew zwłaszcza wśród białych konserwatywnych robotników, których obecna recesja skazała na bezrobocie. Porównywał imigrantów odbierających pracę Amerykanom do kojotów zabijających zwierzęta hodowlane, a gdy to robił, wymawiał „odbierajom” zamiast 17
„odbierają”. Przekręcał nazwy, przeciągał samogłoski, zamiast „zmęczony” mówił „wypluty”, a zamiast „wziąć” – „wziąść”. Jego zwolennicy twierdzili, że tak właśnie mówią normalni, zwyczajni ludzie z Wyoming. Jego krytycy za to zwracali uwagę, że w sytuacji kiedy sądy odrzuciły wszystkie inicjatywy legislacyjne gubernatora w Wyoming, jego dokonania na tym polu praktycznie równają się zeru. Najwyraźniej nie przeszkadzało to tym, którzy nadal płacili po pięćset dolarów za udział w kolacjach dla sponsorów (on sam, nawiasem mówiąc, nazywał je „wyżerką za darmochę”), po dziesięć tysięcy honorarium za wykład i po trzydzieści dolarów za książkę w twardej oprawie pod tytułem Serce prawdziwego Amerykanina, zasilając jego – jak to lubili określać dziennikarze – „skarbiec wojenny”, fundusz na „przyszłą, być może, kampanię prezydencką”. A teraz gubernator został zaatakowany, choć nikt najwyraźniej nie wiedział, w jaki sposób, czym i przez kogo ani czy polityk ucierpiał jakoś w wyniku tej napaści. Prezenterzy wiadomości snują spekulacje o potencjalnych obrażeniach, jakie mogą powstać przy trafieniu prosto w oko rozpędzonym łożyskiem kulkowym lub szklaną kulką. Rozprawiają o tym przez dobrych dziesięć minut, przedstawiając na grafikach, w jaki sposób drobny przedmiot lecący z prędkością blisko stu kilometrów na godzinę może przebić gałkę oczną. Gdy temat ten się wyczerpuje, przerywają program na reklamy. Przypominają o zbliżającej się premierze filmu dokumentalnego w dziesiątą rocznicę ataku z jedenastego września: Dzień strachu, dekada wojny. Czekają. A potem coś wyrywa program z impasu, w którym zaczął grzęznąć: prowadzący pojawia się znowu i donosi, że przypadkowy świadek utrwalił całe spektakularne zajście na filmie opublikowanym właśnie w internecie. 18
Zaprezentowane zostaje więc nagranie, które w kolejnych dniach będzie pokazane w telewizji tysiące razy, które nabije miliony odsłon i stanie się trzecim najczęściej oglądanym filmem w sieci tuż za nowym teledyskiem nastoletniej gwiazdki muzyki pop Molly Miller do singla Akcja reprezentacja i rodzinnym wideo z brzdącem, który przewraca się ze śmiechu. Oto, co zostało zarejestrowane: Film zaczyna się w bieli i świstach wiatru owiewającego odsłonięty mikrofon, przy którym po chwili manipulują czyjeś palce, wywołując muszelkowe szumy, gdy kamera dostosowuje przesłonę do jasnego dnia i biel przechodzi w błękit nieba, nieokreśloną, rozmazaną zieleń, przypuszczalnie trawy, a potem rozlega się, zbyt blisko mikrofonu, donośny męski głos: – Nagrywa się? Nie wiem, nagrywa się już czy nie? Obraz nabiera ostrości w chwili, gdy mężczyzna mierzy kamerą we własne stopy. Mówi poirytowanym i zdesperowanym głosem: – Czy coś się w ogóle nagrywa? Skąd mam wiedzieć? A potem kobiecy głos, spokojniejszy i melodyjny, pyta: – Co jest w tle? Co ci się wyświetla w tle? Wtedy jej mąż, chłopak, w każdym razie mężczyzna, który nie potrafi ustabilizować obrazu, odburkuje: „Może byś mi tak pomogła?” agresywno-oszczerczym tonem, który ma zakomunikować, że jeśli biedak ma jakiekolwiek problemy z obsługą kamery, odpowiedzialna za nie jest ona. Film przez cały ten czas składa się ze skaczących, przyprawiających o zawroty głowy zbliżeń jego butów. Pękatych, białych, sięgających kostek. Nadzwyczajnie białych i wyglądających na nowe. Stoi chyba na blacie parkowego stołu. – Co widać w tle? – pyta kobieta. – Gdzie? – W tle ekranu. 19
– To akurat wiem – obrusza się. – Gdzie dokładnie? – W dolnym prawym rogu – informuje z niewzruszonym spokojem kobieta. – Co się wyświetla? – Pisze „R”. – To znaczy, że się nagrywa. Zacząłeś nagrywać. – Jakie to głupie – stwierdza mężczyzna. – Powinno być „N”. Obraz przeskakuje chwiejnie z jego butów na coś, co wygląda na grupę ludzi na dalszym planie. – Jest! Patrz! To on! Jest! – wykrzykuje mężczyzna. Nakierowuje kamerę przed siebie i gdy w końcu przestaje nią potrząsać, w kadrze ukazuje się Sheldon Packer, w odległości około trzydziestu metrów, w otoczeniu organizatorów i ochroniarzy. Jest trochę ludzi. Ci z przodu nagle sobie uświadamiają, że coś się dzieje, że w pobliżu znajduje się ktoś znany. Kamerzysta wywrzaskuje teraz: – Gu-ber-na-tor! Gu-ber-na-tor! Gu-ber-na-tor! Gu-ber-na-tor! Gu-ber-na-tor! Gu-ber-na-tor! Gu-ber-na-tor! Obraz znów zaczyna się trząść, przypuszczalnie dlatego, że mężczyzna macha, podskakuje albo jedno i drugie. – Jak się w tym cholerstwie zoomuje? – pyta. – Wciskasz „ZOOM” – podpowiada kobieta. Obraz zaczyna się przybliżać, co wywołuje jeszcze więcej problemów z ostrością i naświetleniem. Właściwie cały ten materiał nadaje się do telewizji tylko dzięki temu, że mężczyzna w końcu podaje kamerę swojej partnerce ze słowami: „Masz, zabierz to ode mnie”. I biegnie, żeby uścisnąć gubernatorowi dłoń. Później ta paplanina zostanie wycięta, toteż fragment powtarzany setki razy w telewizji będzie zaczynał się w tym miejscu, a potem znieruchomieje, by realizatorzy wiadomości mogli wziąć w czerwone kółeczko kobietę siedzącą na parkowej 20
ławce po prawej stronie ekranu. „Oto najprawdopodobniej sprawczyni incydentu”, informuje prezenter. Jest siwowłosa, ma około sześćdziesięciu lat, siedzi na ławce i czyta książkę, w żaden sposób się nie wyróżniając, jest jak statystka w filmie, która wypełnia kadr. Ma na sobie T-shirt, na nim lekką niebieską koszulę, czarne elastyczne legginsy jak do jogi. Jej krótkie włosy są zmierzwione i na czoło pada kilka wystrzępionych kosmyków. Ma w sobie atletyczną zwartość – jest szczupła, lecz także muskularna. Zauważa, co się wokół niej dzieje. Widzi nadchodzącego gubernatora, zamyka książkę, wstaje i obserwuje. Jest na skraju kadru i najwyraźniej usiłuje podjąć decyzję, co zrobić. Opiera dłonie na biodrach. Przygryza od wewnątrz usta. Wygląda, jakby rozważała, jakie ma możliwości. Jej poza zdaje się pytać: „Powinnam czy nie?”. Zaczyna iść szybkim krokiem, zbliża się do gubernatora. Odrzuciła książkę na ławkę i idzie, sadząc wielkie kroki jak mieszkańcy przedmieść w trakcie swoich rund po galeriach handlowych. Z tym że ramiona pozostają wyciągnięte wzdłuż boków, a dłonie zaciskają się w pięści. Podchodzi do gubernatora blisko, na odległość rzutu, i w tym momencie, przypadkowo, tłum się rozstępuje, toteż z perspektywy naszej kamerzystki nic nie zasłania kobiety i polityka. Kobieta stoi na żwirowej ścieżce, spogląda w dół, przyklęka, zgarnia garść kamyków. Uzbrojona w ten sposób woła – co akurat słychać bardzo wyraźnie, jako że dokładnie w tym momencie zamiera wiatr i tłum się ucisza, prawie jakby wszyscy wiedzieli, co ma się za chwilę wydarzyć, robią więc, co w ich mocy, żeby cały incydent można było z powodzeniem zarejestrować – a więc woła: „Ty świnio!”. Po czym ciska kamykami. Na początku powstaje tylko zamieszanie, gdy ludzie odwracają głowy, sprawdzając, skąd dobiegł krzyk, albo krzywią się lub wzdrygają trafieni. Potem napastniczka zgarnia 21
kolejną garść żwiru i ciska nim, zgarnia i ciska, zgarnia i ciska, jak dziecko w czasie szalonej bitwy na śnieżki. Tłumek uchyla się przed atakiem, matki zasłaniają dzieciom twarze, a gubernator zgina się wpół i łapie za prawe oko. Kobieta nie przestaje miotać żwirem, dopóki nie przypadają do niej ochroniarze gubernatora. Właściwie nie tyle przypadają, ile opasują ramionami i powalają na ziemię niczym wyczerpani zapaśnicy. I tyle. Cały filmik trwa niespełna minutę. Po emisji w niedługim czasie wyłania się kilka faktów. Upublicznione zostaje nazwisko kobiety: Faye Andresen-Anderson, co wszyscy w wiadomościach przekręcają na „Anderson-Anderson”, nawiązując do innych niesławnych podwójnych imion, w szczególności Sirhan Sirhan. Szybko wychodzi na jaw, że uczy w pobliskiej szkole podstawowej, co jest wodą na młyn części telewizyjnych ekspertów, których zdaniem świadczy to tylko o tym, jak bardzo liberalne idee rozpanoszyły się w państwowych szkołach. Nagłówki zostają przeredagowane na: NAUCZYCIELKA ATAKUJE GUB. PACKERA!, ale po jakiejś godzinie ktoś odnajduje zdjęcie rzekomo ukazujące Faye w czasie demonstracji w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym. Siedzi na polu z tysiącem innych, w olbrzymiej, anonimowej ludzkiej masie, gdzie wielu trzyma domowej roboty transparenty, a jedna osoba powiewa amerykańską flagą. Kobieta spogląda sennie w stronę obiektywu zza wielkich okrągłych okularów. Pochyla się na prawo, jak gdyby oparta o kogoś, kto się nie zmieścił w kadrze – widać tylko czyjś bark. Na lewo od niej, znad srebrnych lotniczych okularów przeciwsłonecznych, spogląda groźnie długowłosa kobieta w wojskowej kurtce. Nagłówek przechodzi w: HIPISOWSKA EKSTREMISTKA ATAKUJE GUB. PACKERA! 22
I jak gdyby ta historia nie była jeszcze dość smakowita, pod koniec dnia pracy następują dwa wydarzenia, które katapultują ją do stratosfery z siłą wodotrysku. Najpierw pojawia się informacja, że gubernator Packer przechodzi pilną operację oka. A potem ktoś odgrzebuje policyjne zdjęcie, które świadczy o tym, że jego gnębicielka w sześćdziesiątym ósmym została aresztowana – choć nigdy oficjalnie nie postawiono jej zarzutów ani nie skazano – za p r o s t y t u c j ę. Tego jest już za wiele. Jak w jednym nagłówku można pomieścić tyle rozmaitych szczegółów? HIPISKA EKS TREMISTKA NAUCZYCIELKA EKSPROSTYTUTKA OŚLEPIA GUB. PACKERA W BRUTALNYM ATAKU! Realizatorzy wiadomości ciągle odtwarzają ten fragment nagrania, w którym gubernator zostaje ugodzony. Pragnąc koniecznie pokazać wszystkim ten moment, kiedy ostry kawałek żwiru wbija się w rogówkę prawego oka, powiększają obraz do tego stopnia, że staje się spikselowany i ziarnisty. Eksperci spierają się co do znaczenia tej napaści i czy stanowi ona zagrożenie dla demokracji. Niektórzy nazywają kobietę terrorystką, inni wskazują na to, jak nisko upadł dyskurs polityczny, jeszcze inni twierdzą, że gubernator właściwie sam się o to prosił, prowadząc tak lekkomyślną kampanię na rzecz prawa do posiadania broni. Dokonuje się porównań z ruchem Weather Underground i Czarnymi Panterami. Narodowe Stowarzyszenie Strzeleckie wydaje oświadczenie, utrzymując, że do ataku nigdy by nie doszło, gdyby gubernator miał przy sobie swój rewolwer. Tymczasem ludzie przy biurkach w tle za prezenterem wiadomości nie sprawiają wrażenia, by w tym momencie pracowali bardziej lub mniej intensywnie niż wcześniej tego dnia. Jakiemuś bystremu copywriterowi zajmuje około trzech kwadransów wymyślenie rymowanego hasła „zmora gubernatora”, podchwyconego z miejsca przez wszystkie kanały 23
telewizyjne i wprowadzonego do specjalnych napisów, którymi reklamują swoje relacje. Sama kobieta przebywa w miejskim areszcie i czeka na postawienie zarzutów, nie udzielając żadnych komentarzy. Bez jej wyjaśnień narracja tego dnia powstaje tak jak zawsze, gdy opinie mieszają się z domysłami i garstką faktów, tworząc protowersję, która tężeje w ludzkich umysłach: napastniczka jest dawną hipiską, obecnie zaś radykalną liberałką, która nienawidzi gubernatora tak bardzo, że przyczaiła się na niego i brutalnie go zaatakowała. Tylko że w tej teorii zieje jedna logiczna dziura, mianowicie wyjście gubernatora do parku było czymś zupełnie spontanicznym, o czym nie wiedziała wcześniej nawet jego obstawa. A zatem napastniczka nie mogła wiedzieć o nadejściu Packera i nie mogła się na niego zaczaić. Ta niekonsekwencja ginie jednak pośród bardziej sensacyjnych doniesień i nigdy nie zostaje w pełni naświetlona.
Spis treści
Prolog. Późne lato 1988 roku 9 Część pierwsza Zmora gubernatora. Późne lato 2011 roku 13 Część druga Duchy starego kraju. Późne lato 1988 roku 103 Część trzecia Wróg, przeszkoda, zagadka, pułapka. Późne lato 2011 roku 231 Część czwarta Domowy skrzat. Wiosna 1968 roku 303 Część piąta Ciał starczy dla wszystkich. Lato 2011 roku 387
861
Część szósta Gatunek inwazyjny. Późne lato 2011 roku 473 Część siódma Circle. Późne lato 1968 roku 533 Część ósma Przeszukanie i zajęcie. Późne lato 2011 roku 641 Część dziewiąta Rewolucja. Późne lato 1968 roku 705 Część dziesiąta Delewerowanie. Późne lato 2011 roku 783
Podziękowania 857