Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 2
2016-09-08 09:52:52
Anna Herbich
Dziewczyny
z Solidarnoล ci
Znak Horyzont Krakรณw 2016
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 3
2016-09-08 09:52:53
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 2
2016-09-08 09:52:53
Spis treści
Prolog 7 JOANNA. ŚWIADEK MASAKRY 9 BEATA. MATURZYSTKA W WIĘZIENIU 41 JOANNA. GWIAZDA SOLIDARNOŚCI 73 OLGA. CÓRKA „WILKA” 109 JANINA. JAŚNIE PANIENKA W SOLIDARNOŚCI 141 IZABELLA. WIĘŹNIARKA, KTÓRA ZOSTAŁA MINISTREM 169 JADWIGA. PROFESOR Z CZERWONĄ SZMINKĄ 201 HANNA. U BOKU KSIĘDZA POPIEŁUSZKI 231 IZABELLA. GDAŃSZCZANKA Z KRWI I KOŚCI 257 JADWIGA. ŚCIGANA PRZEZ BEZPIEKĘ 289 ELŻBIETA. UCIECZKA Z INTERNOWANIA 323 Indeks osób 357 Źródła ilustracji 363
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 5
2016-09-08 09:52:53
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 6
2016-09-08 09:52:53
JOANNA ÅšWIADEK MASAKRY
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 9
2016-09-08 09:52:54
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 10
2016-09-08 09:52:54
M
ężczyzna zakręcił się wokół własnej osi i runął na chodnik jak rażony piorunem. Do licha, pomyślałam, przecież uderzenie kamieniem nie powinno wywołać takiej reakcji. Po chwili w podobny sposób na ziemię przewróciło się jeszcze parę osób. Upłynęło dobrych kilka chwil, zanim uświadomiłam sobie, co się dzieje. Zanim dotarło do mnie, że słyszę huk wystrzałów... Wtedy zrozumiałam, że ci ludzie nie padają od kamieni, lecz od kul. ZOMO otworzyło do tłumu ogień z ostrej amunicji! Te obrazy prześladują mnie do dzisiaj, nie mogę ich wymazać z pamięci. Na moich oczach ginęli ludzie. Ogarnęło mnie poczucie grozy. I wściekłości. Co za bydlaki! Obserwowałam wszystko z czwartego piętra budynku, w którym mieściła się Miejska Pracownia Urbanistyczna w Gdańsku. Nasz gmach stał pomiędzy Komitetem Wojewódzkim PZPR a komendą milicji. Wszystko widziałam jak na dłoni. Szary, śmiertelnie poważny tłum robotników przemaszerował tu spod bram stoczni. – Chce-my chleba, chce-my chleba! – skandowali zdesperowani ludzie. Był to jeden wielki pomruk, połączony z monotonnym stukotem butów o bruk. Szły ich tysiące. Z góry wyglądało to jak falujące morze kasków i czapek uszatek. Zawyły syreny, ZOMO przystąpiło do szturmu. W ruch poszły pałki i gaz łzawiący. Coraz częściej słychać było odgłosy strzałów.
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 11
2016-09-08 09:52:54
12
anna herbich | dziewczyny z solidarności
Kwadrans później w naszym budynku rozległ się donośny głos, jakby dochodzący z jakiejś tuby czy mikrofonu. Wyobrażałam sobie, że takim samym tonem musiało do tłumów przemawiać NKWD. – Proszę natychmiast opuścić budynek! – nakazał głos nieznoszący sprzeciwu. Wcześniej milicja nawoływała nas, żebyśmy odsunęli się od okien. Nie chciała, żebyśmy byli świadkami masakry robotników. Dużo nas w pracowni nie było. Najwyżej dziesięć osób. Kiedy wychodziliśmy na zewnątrz, musieliśmy przejść przez korytarze usłane rannymi. Byli na każdym piętrze. Leżeli na gołej podłodze, twarze mieli blade i powykrzywiane od cierpienia. Strasznie jęczeli. Wokół plamy krwi. Wrzaski milicjantów, syreny, smród prochu. Koszmar. Biegłam przed siebie, byłam w szoku. Znajdowaliśmy na parkingu, kiedy do jednego z kolegów, zastępcy przewodniczącego pracowni, ktoś zawołał: – Panie inżynierze, proszę się zatrzymać! Jest pan potrzebny do noszenia rannych!
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 12
2016-09-08 09:52:55
Joanna. Świadek masakry
13
Część mężczyzn już wcześniej poszła pomagać. On się jednak wykręcił. Powiedział, że zostawił dziecko w domu. Bzdura! Po prostu stchórzył. Nie chciał się mieszać. Wydarzyło się to we wtorek, 15 grudnia 1970 roku. Kilka dni wcześniej Gomułka drastycznie podniósł ceny większości produktów spożywczych, co wywołało falę protestów na Wybrzeżu. Wybuchły strajki, doszło do zaciętych walk ulicznych. 14 grudnia po południu zadzwoniła do mnie koleżanka. – Słuchaj, Joaśka, oni się w Gdańsku tłuką z komuną – powiedziała. – Musimy pojechać i zobaczyć, co się dzieje. Mieszkałyśmy we Wrzeszczu, więc musiałyśmy wsiąść do SKM-ki, czyli kolejki, która przejeżdża przez całe Trójmiasto. Chciałyśmy dojechać do centrum miasta, ale na przystanku Gdańsk Stocznia pociąg zakończył jazdę. Konduktorzy powiedzieli, że jest strajk i kolejka dalej nie pojedzie. Dalej musiałyśmy iść pieszo. Już na peronie zobaczyłam kilku zomowców. Pałki, mundury, tarcze. To byli młodzi chłopcy, bladzi, przerażeni. – Zobacz, jak oni się boją – powiedziałam do koleżanki. – I dobrze im tak – odpowiedziała. – Sama chętnie bym w nich rzuciła kamieniem. Wtedy była bardziej zdecydowana i radykalna niż ja. Gdy weszłyśmy na ulicę prowadzącą do Komitetu Wojewódzkiego PZPR, znalazłyśmy się w strefie wojny. Chodniki były usiane kamieniami i potłuczonym szkłem. Ludzie biegali po ulicach, milicyjne samochody pędziły na sygnałach. W powietrzu furkotały kamienie. Nigdy wcześniej nie widziałam podobnych zamieszek.
W grudniu 1970 r. na oczach Joanny ginęli niewinni ludzie. Podczas pacyfikacji demonstracji ZOMO użyło ostrej amunicji. Te obrazy prześladują ją do dziś.
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 13
2016-09-08 09:52:55
14
anna herbich | dziewczyny z solidarności
Ludzie mieli dość. Postanowili postawić się władzy. Podeszłyśmy prawie pod urząd, ale musiałyśmy zawrócić. Zobaczyłam tylko ogniki papierosów żarzące się w ciemnych oknach na samej górze komitetu. Przerażeni partyjniacy obserwowali to, co się dzieje. Bali się, że robotnicy ich zlinczują. Następnego dnia rzeczywiście tłum podpalił siedzibę komitetu. Wróciłam do domu rozemocjonowana. Czułam, że dzieje się coś wielkiego. Od progu zaczęłam wszystko opowiadać mężowi. Ale jego w gruncie rzeczy to niespecjalnie obchodziło. Leżał na tapczanie i czytał gazetę. Następnego dnia, 15 grudnia, poszłam do pracy trochę wcześniej. Byłam bardzo ciekawa, co się będzie działo. W najgorszych snach nie mogłam jednak przewidzieć, że będę świadkiem masakry. Mordowania ludzi. Mój mąż pracował wówczas w hotelu „Monopol”, naprzeciwko dworca kolejowego. Tam też się działo. Tego dnia pojechał do pracy na popołudnie. Zadzwonił do mnie. – Wiesz co, ale to fajnie wygląda! – relacjonował na bieżąco. – Ludzie biegają wokół jak na filmach! Rzucają w nich kamieniami. Trwa bitwa. Milicja ich pałuje. Potem zadzwonił jeszcze raz. Wieczorem. Tym razem był już poważny. – Aśka, słuchaj. Jakiś facet wyszedł z dworca. I wiesz co? Leży. Zastrzelili go! Okazało się potem, że ten mężczyzna przyjechał pociągiem z Wrocławia czy z Poznania. A rozkład jazdy nie był jeszcze przystosowany do właśnie wprowadzonej godziny policyjnej. W efekcie wyszedł, jak gdyby nigdy nic, na ulicę. Został zastrzelony z zimną krwią. W środę rano pojechałam do pracy. Przy wejściu do Urzędu Miejskiego – gdzie mieściła się pracownia – stały straszne typy. Normalny człowiek nawet nie miał pojęcia, że tacy ludzie w ogóle
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 14
2016-09-08 09:52:55
Joanna. Świadek masakry
15
istnieją. Grube karki, świńskie oczka, wstrętne, nalane mordy. To byli panowie z „organów”. Wpuszczali nas do środka z pogardą i nienawiścią wypisaną na twarzach. Około godziny jedenastej nasz architekt miejski, Zbigniew Czernichowski, powiedział, że mamy się wszyscy zebrać na korytarzu. – Przed chwilą pod stocznią zastrzelono czterech robotników – poinformował. – I bardzo dobrze. Najwyższy czas, żeby zrobić porządek. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Do końca mojej pracy w pracowni nie wybaczyłam temu człowiekowi tych słów. Naprawdę nie wiem, jak coś takiego mogło mu przejść przez gardło. Co ten człowiek miał wtedy w głowie? Nasz budynek był wypełniony zomowcami. Na dole był bar, w którym chlali wódkę i odurzali się narkotykami. Dlatego potem na ulicach wpadali w taki zwierzęcy amok, tak bestialsko katowali ludzi. Ich popisowym numerem były „ścieżki zdrowia”. Wyglądało to tak: zomowcy tworzyli dwa szpalery, między którymi przepędzali ludzi. Nieszczęśnicy ci byli przez cały ten czas bez litości okładani pałami przez kilkudziesięciu milicjantów. Widziałam, jak zrobili ścieżkę zdrowia młodemu chłopakowi. Nie miał nawet czternastu lat. A to wszystko były potężne, wyrośnięte chłopy. Bili tego dzieciaka pałami z całej siły. Potem długo płakał, ocierając krew i smarki z twarzy. Opierał się o latarnię, bo nie był w stanie iść o własnych siłach. Tak go skatowali. Po tym, co widziałam, trudno mi było znaleźć sobie miejsce. Wrócić do normalnego życia. Iść na zakupy, zrobić obiad. Moje życie po prostu nie mogło wrócić na swoje dawne tory. Komuniści w moim rodzinnym mieście zamordowali czterdziestu siedmiu niewinnych ludzi! Tego nie można było im tak po prostu wybaczyć.
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 15
2016-09-08 09:52:55
16
anna herbich | dziewczyny z solidarności
Poprzysięgłam sobie wtedy, że będę walczyć z tym systemem. Uznałam, że ten system musi zostać obalony. Do dziś ogarnia mnie groza, gdy wracam myślami do Grudnia ’70. Sceny, których wówczas byłam świadkiem, będą mnie prześladować do końca życia.
Ze Wschodu na Zachód Urodziłam się w Ostrowcu Świętokrzyskim. Mój ojciec, Zbigniew Kaliszczak, był malarzem. Studiował w Wilnie, potem w Lipsku. Miał innowacyjne podejście do sztuki. Robił przepiękne grafiki. Niedawno w Wilnie, którego ulice często malował, odbyła się wystawa jego obrazów. W czasie wojny ojciec przewodził grupie konspiracyjnej. Kierował też podziemną drukarnią. Mama zaś prowadziła komplety. Co ciekawe, wszystko było tak tajne, że rodzice nawzajem ukrywali przed sobą swoją działalność w podziemiu. A żeby było jeszcze ciekawiej, rodzice mieszkali wówczas w małym dworku w Ostrowcu, w którym często stacjonowali niemieccy żołnierze. Ryzyko więc było ogromne. Mam troje starszego rodzeństwa i o wojennych perypetiach mojej rodziny dowiedziałam się od nich. Po wojnie rodzice musieli zabrać wszystkie rzeczy i wyjechać do Gdańska. Dworek został bowiem zarekwirowany przez władze komunistyczne. Do dziś w rodzinie przechowywane jest zdjęcie, na którym wleczemy się z całym dobytkiem pociągiem towarowym na zachód. Mama jechała z półrocznym dzieckiem na ręku. To byłam ja. Dzieciństwo, jak zresztą całe życie, spędziłam w Gdańsku. Do snu usypiał mnie dźwięk Radia Wolna Europa, którego wieczorami słuchał ojciec. Czytał mi też Pana Tadeusza. Muszę przyznać, że nie znosiłam tego. Byłam jeszcze chyba zbyt mała na Mickiewicza.
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 16
2016-09-08 09:52:55
W czasie wojny rodzice działali w konspiracji. Robili to tak skutecznie, że sami nie wiedzieli, czym się nawzajem zajmują. Na zdjęciu: ojciec Zbigniew Kaliszczak.
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 17
2016-09-08 09:52:55
18
anna herbich | dziewczyny z solidarności
Z dzieciństwa mam niewiele wesołych wspomnień. Wszystko było raczej smutne, szare. Tak jak cały PRL. Dodatkowo między rodzicami nie bardzo się układało, a rodzeństwo dokuczało mi. Dla braci byłam trochę zabawką, maskotką. Najstarszy brat skończył szkołę morską. Ale władze nie pozwoliły mu pływać. W Szczecinie wziął udział w wiecu z udziałem Stanisława Mikołajczyka, a komuniści byli pamiętliwi. Wcześnie wyszłam za mąż. Byłam zaledwie rok po maturze. Mój wybranek, Rafał, nikomu z rodziny się nie podobał. Rzeczywiście był dla mnie nieodpowiednim facetem, zupełnie do siebie nie pasowaliśmy. Chciałam jednak wydostać się z domu, małżeństwo wydawało się jedynym sposobem. Miałam raptem dwadzieścia lat, kiedy urodziłam syna, Michała. Byłam już wtedy na studiach. Poszłam na Politechnikę Gdańską, na Wydział Architektury. Mój mąż pracował w „Społem”. Niestety, miał skłonność do alkoholu, który – nawiasem mówiąc – źle znosił.
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 18
2016-09-08 09:52:56
Joanna. Świadek masakry
19
W efekcie moje życie małżeńskie było dosyć nieprzyjemne. A raczej koszmarne. Skończyłam studia, zostałam architektem. Do pracy w Miejskiej Pracowni Urbanistycznej poszłam w 1970 roku. Już wtedy byłam zdecydowaną przeciwniczką komunizmu. To był przygnębiający, niesprawiedliwy system. System pomiatający człowiekiem, szargający jego godność. System powszechnych niedoborów i biedy. Do tego pełen absurdów. Weźmy taki przykład. W mieście nie było jedzenia, a na wsi papieru toaletowego. Brało się więc sześćdziesiąt rolek i jechało na wieś robić transakcje wymienne. A kolega, który pracował w stoczni, mówił, że robotnicy masowo wynosili z niej gwoździe. Na czarnym rynku były bowiem na wagę złota. W sklepach nigdzie nie można było ich dostać. Tak ludzie sobie dorabiali, każdy musiał jakoś kombinować. Ja trzy razy w roku wyjeżdżałam w rejsy. Ale na niby. Dostawałam tylko zaświadczenie, że jestem oficerem zaopatrzeniowym na takim a takim jachcie. Z tym zaświadczeniem jechałam do Baltony, przedsiębiorstwa zaopatrywania statków. A tam w cudownym aromacie wędlin – niedostępnych w normalnych sklepach – robiłam zakupy. Potem przywoziłam je do pracy, żeby podzielić między siebie i kolegów. Raz wezwał mnie do siebie dyrektor Baltony. – Pani przychodzi tu jako oficer zaopatrzeniowy – zaczął. – Proszę mi więc powiedzieć: ile liczy załoga, ile dni trwa rejs i ile ci pani marynarze mogą zjeść!? Jakoś z tego wybrnęłam. Ale już więcej nie „popłynęłam” w żaden rejs. W Baltonie przejrzeli nasz fortel. Joanna wcześnie wyszła za mąż. Mimo że jej małżeństwo nie było udane, z tego związku urodził się jej ukochany syn Michał.
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 19
2016-09-08 09:52:56
20
anna herbich | dziewczyny z solidarności
Jeździłam za to na wieś po wieprzowinę. Wymieniałam się też kartkami żywnościowymi ze znajomymi. Po masakrze w grudniu 1970 roku nastroje w społeczeństwie były fatalne. Ludzie byli przygnębieni, rozbici. O tym, co się wydarzyło, mówiliśmy w pracy przyciszonymi głosami. Wszędzie czaili się szpicle. Z mężem wkrótce się rozwiodłam. Nie potrafiłam już z nim dłużej żyć. Syn został ze mną. W 1976 roku wyjechałam na trzy miesiące do Stanów Zjednoczonych. Tam w jakimś polskim dzienniku przeczytałam, że w kraju powstał Komitet Obrony Robotników. Że znowu coś się zaczęło dziać. Poczułam, że muszę wracać do domu. Po powrocie szukałam dojścia do opozycji. Rozpytywałam ludzi, do których miałam zaufanie. Tak trafiłam do małżeństwa Mariusza i Teresy Muskatów, znanych trójmiejskich opozycjonistów. Szybko wsiąkłam w konspirację. W moim mieszkaniu odbywały się spotkania, przepisywałam na maszynie różne „antypaństwowe” materiały. Zaangażowałam się w działalność Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Tereska Muskat była wspaniała. Kiedy na pierwszym zebraniu Wolnych Związków Zawodowych zapytałam ją, czy nie boi się milicji, odpowiedziała bez wahania. – Właśnie po to mieszkamy na parterze, żeby w momencie najścia bezpieki uciekać. Jedyny szkopuł w tym, że zawsze wtedy zabierają nam powielacze. Takie podejście mi się szalenie podobało. Zaimponowała mi. To była twarda babka. W Urzędzie Miejskim nie układało mi się, na początku 1980 roku zwolniłam się z pracy. Wtedy za radą znajomych otworzyłam pracownię ceramiczną. Stała się ona miejscem, w którym ludzie mający problem z przyjęciem do pracy znaleźli zatrudnienie. I mogli
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 20
2016-09-08 09:52:56
Joanna. Świadek masakry
21
dostawać kartki żywnościowe. Zatrudniło się u mnie kilku znanych opozycjonistów. W piwnicy wyrabialiśmy glinę, a na górze – w mieszkaniu przyjaciół – lepiliśmy z niej różne rzeczy. Wazoniki, świnki-skarbonki, słoniki. Bawiliśmy się przy tym świetnie. Śpiewaliśmy opozycyjne piosenki, gadaliśmy. Jednocześnie w działalność opozycyjną zaangażował się mój syn Michał. Kiedy miał trzynaście lat, wstąpił do Młodej Polski. Otrzymał tam nawet pseudonim – Pistolet. Sprawa Grudnia, tego, co wtedy zobaczyłam, nie dawała mi spokoju. Uważałam, że moim obowiązkiem – jako świadka – jest przypominać o tej tragedii i jej ofiarach. W dziesiątą rocznicę masakry, w grudniu 1980 roku, zorganizowałam wystawę fotograficzną przedstawiającą tę tragedię. Napisałam ulotkę, która krążyła po mieście: „Ktokolwiek ma jakieś zdjęcia albo filmy z Grudnia ’70, jest uprzejmie proszony o zgłoszenie się do Joanny Wojciechowicz w pokoju 43 na drugim piętrze budynku Solidarności”. Zgłosił się między innymi rybak pochodzący z Gdyni. Miał film, który wywołał za granicą. W kraju się bał. Na zdjęciach było widać, jak ludzie niosą na rękach martwą dziewczynkę z białym szaliczkiem. Niósł ją między innymi jej kuzyn, który później również zginął. Udało się w końcu zgromadzić sporo zdjęć. Ludzie przynosili fotografie, nawet już po otwarciu wystawy. Edmund Pepliński przyniósł zdjęcie Zbyszka Godlewskiego, czyli bohatera słynnej Ballady o Janku Wiśniewskim. Widać na nim, jak ciało nieszczęsnego osiemnastoletniego chłopaka jest niesione na drzwiach przez robotników. Komuniści zastrzelili go, gdy szedł do pracy. Ojciec Zbyszka przyjechał na wystawę. Nigdy wcześniej nie widział tej fotografii... Andrzej Wajda wykorzystał później to zdjęcie w filmie Człowiek z żelaza. Moja wystawa nosiła tytuł „Od Grudnia do Sierpnia”.
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 21
2016-09-08 09:52:56
22
anna herbich | dziewczyny z solidarności
Otwarcie zaplanowaliśmy na 16 grudnia 1980 roku w Dworze Artusa w Gdańsku. Teraz mieści się tam muzeum. Mimo że wystawa nie była nagłaśniana, na otwarciu pojawiły się tłumy – ponad trzysta osób. Ludzie byli poruszeni, wstrząśnięci. Na krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego postanowiłam zrobić kopie zdjęć i negatywów z wystawy. Obawiałam się bowiem, że bezpieka może próbować przejąć te materiały i je zniszczyć. Zrobiłam więc pięć kopii i zdeponowałam je u pięciu zaufanych osób. Ludzie ci mieli przechować zdjęcia do lepszych czasów. Zachowała się tylko jedna kopia.
Strajk ’80 Nie było mnie w Trójmieście pierwszego i drugiego dnia strajku. To był sierpień, wakacje. Tak jak wcześniej wspominałam, rozstałam się z mężem i urlop w górach spędzałam z nowym partnerem. Nadawaliśmy na tych samych falach – godzinami rozmawialiśmy o polityce. 14 sierpnia przyjechaliśmy do Warszawy. Zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, Jadwigi Staniszkis. Poznałyśmy się, gdy chodziła z jednym z moich starszych braci. Ale u niej było cały czas zajęte. Zajęte i zajęte. Wróciliśmy więc do Gdańska nocnym pociągiem, nic nie wiedząc o tym, co się dzieje w stoczni. Na dworcu nie było ani jednej taksówki, ulicami nie jeździł żaden tramwaj. Co się dzieje? Spotkaliśmy jednego pana przy dworcu autobusowym. Powiedział nam, że nic nie jeździ, bo w stoczni trwa wielki strajk. Jak to usłyszałam, aż podskoczyłam. Natychmiast popędziłam do domu. W mieszkaniu zastałam pełno młodych chłopaków, kolegów syna. Byli gotowi do działania, powiedzieli, że jadą po chleb dla
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 22
2016-09-08 09:52:56
Joanna. Świadek masakry
23
stoczniowców. Po pięciu minutach już ich nie było. Położyłam się do łóżka, ale nie byłam w stanie zasnąć. Chciałam działać. Niestety, nie wiedziałam, jak dostać się stoczni. Następnego dnia zadzwonił telefon… Zdziwiłam się, dlaczego mój telefon działa. Wiele telefonów zostało wtedy odciętych na cały czas trwania strajku. Potem zorientowałam się, że mój bezpieka zostawiła w spokoju, żeby można mnie było podsłuchiwać. Po drugiej stronie odezwał się Jurek Strzelecki, chłopak Jadwigi Staniszkis. – Joanna? – powiedział. – Będziemy u ciebie za chwilę. Bardzo się ucieszyłam, bo spodziewałam się, że przyjdzie z Jadwigą. Tymczasem Jurek przyprowadził Bernarda Guetta, francuskiego dziennikarza z „Le Monde”. Bernard chciał dostać się do stoczni. Zadzwoniłam do Aleksandra Halla i poprosiłam o pomoc. Zgodził się bez wahania. Razem wkroczyliśmy na teren zakładu. Wpuścili nas pracownicy strajkowej służby porządkowej, którzy śmiertelnie poważnie traktowali swoje obowiązki. Zaraz po przekroczeniu bramy poczuliśmy moc. Ci sami robotnicy, do których dziesięć lat wcześniej komuna strzelała, postanowili znowu się zbuntować. Wiedzieli doskonale, czym to się może skończyć. Ryzykowali życiem. A mimo to znowu stanęli do walki. Od razu rzuciło mi się w oczy, że wielu z nich się modliło. To byli bardzo wierzący, porządni ludzie. Weszliśmy na salę BHP. Stał tam bardzo długi stół, przy którym siedziała niewielka grupka ludzi: Leszek Wałęsa, Alinka Pieńkowska, Alojzy Szablewski. Potem przyszli Bogdan Borusewicz i Andrzej Gwiazda. Nagle otworzyły się drzwi i na salę wkroczyła Henia Krzywonos z dwoma elektrykami po bokach. Powiedziała, że jest tramwajarką i że chciałaby wiedzieć, co się dzieje. Czy tramwaje mają jeździć, czy nie. Bo ona zatrzymała swój tramwaj i nie wie, czy to dobrze, czy źle.
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 23
2016-09-08 09:52:56
24
anna herbich | dziewczyny z solidarności
Bogdan zachował się fajnie, bo powiedział: – To prosimy panią do naszego stołu. Później dowiedzieliśmy się, że to nie było do końca prawdą. Po pierwsze, tramwajarze strajkowali już od dawna. A po drugie, odłączono prąd i Henia i tak nie mogłaby dalej pojechać. Mieliśmy z nią potem w stoczni sporo bardzo nieprzyjemnych, żenujących problemów. Wyszłam ze strajku późnym wieczorem z myślą, żeby kolejnego dnia przynieść robotnikom coś do picia i jedzenia. Strajk trwał już trzeci dzień, ludzie byli wykończeni. Następnego dnia o świcie zmobilizowałam koleżanki do robienia kanapek. Zaniosłam je do stoczni, a także grzałkę, żeby na miejscu robić herbatę. Pod bramą stoczni kłębił się dziki tłum. Trudno było się tam dostać nawet z przepustką. Po drodze zobaczyłam samochód z napisem na boku: „Służba spirytualna”. To był ksiądz Jankowski. Do stoczni przychodziłam codziennie i codziennie zostawałam do nocy. Tak jak wspominałam, nie wyłączono mi telefonu. W efekcie mój telefon został uznany za dyżurną linię dla strajkujących zakładów. Nieustannie ktoś przy nim czuwał. Moje mieszkanie stało się szybko mieszkaniem otwartym, różni ludzie mieli do niego klucze. Pewnego dnia odebrałam telefon i usłyszałam po drugiej stronie zrezygnowany męski głos: – Proszę pani, mamy cały samochód prowiantu dla robotników. Próbujemy się dostać na stocznię, ale nie ma o tym mowy. Milicja cały czas zatrzymuje nasz samochód i nas odsyła. – To przepakujcie wszystko do plecaków i spróbujcie na rowerach – odpowiedziałam. Tak też zrobili. To była jedna wielka improwizacja, ale dzięki zapałowi, odwadze i pomysłowości tysięcy ludzi dobrej woli wszystko świetnie działało. Do stoczni napływały produkty żywnościowe, poprosiłam Andrzeja Gwiazdę, żeby ogłosił, że kobiety ze stołówki
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 24
2016-09-08 09:52:56
Joanna działała w administracji Solidarności. Jako kierownik Działu Rozpowszechniania Informacji miała pod swoją opieką dystrybucję prasy i Radiową Agencję Solidarność.
proszone są o powrót do pracy. Wróciły i zakładowa stołówka zaczęła normalnie obsługiwać strajkujących. Udało się rozwiązać problem jedzenia, ale został problem z ubraniami! Oni wyglądali jak siedem nieszczęść. Wałęsa i Gwiazda mieli buty całe popękane od potu. W najgorszym stanie były jednak koszule – wręcz sztywne od brudu. Postanowiłam im kupić nowe. Podeszłam więc do obu – Leszka i Andrzeja – i zapytałam o numer kołnierzyka. Wałęsa pamiętał, natomiast Andrzej nie miał pojęcia. Urwałam więc długą trawę i za jej pomocą zmierzyłam mu kark. Następnie zwróciłam się do Ani Walentynowicz – była skarbniczką – o pieniądze. Ania się zbulwersowała. – Też coś! A dlaczego Danusia mężowi koszuli nie przyniesie? – Bo ma na głowie siedmioro dzieci – odpowiedziałam. – Gdzie jej tutaj jechać na tę stocznię i przepychać się przez te tłumy z koszulami. Nie żałuj tak pieniędzy.
Herbich -- Dziewczyny z Solidarnosci.indd 25
2016-09-08 09:52:57