Tłumaczenie Ewa Morycińska-Dzius
Wydawnictwo Znak KRAKÓW
2022
Projekt okładki Mariusz Banachowicz Zdjęcie na okładce © Joanna Czogala/Arcangel Zdjęcie autorki na czwartej stronie okładki Archiwum prywatne autorki Redakcja historyczna Jan Jaroszczuk Redaktor prowadzący Wiktoria Penszkal Opieka redakcyjna Katarzyna Mach Adiustacja Ewdokia Cydejko Korekta Małgorzata Biernacka Katarzyna Onderka Copyright © 2019 by Joanna Millicer Hempel Tłumaczenie Ewa Morycińska Dzius Copyright © for the translation by Joanna Millicer Hempel Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2022 ISBN 978-83-240-6412-0
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2022. Printed in EU
4
1. Wanda – Moje życie będzie przepiękne… – szepnęła cicho sama do siebie, jeszcze niezupełnie rozbudzona z popołudniowej drzemki. Wyciągnęła dłonie do światła, tam gdzie lipcowe słońce, migocząc, delikatnie przeświecało przez liście. Nabrała powietrza w płuca i przeciągnęła się jak kot. – Tak, przepiękne, tylko nie mam jeszcze nikogo, kogo bym mogła kochać. Za oknem rozpościerała się cudowna zieleń ogrodu. – Wodżgiry… – szepnęła – tu, gdzie las sczepia się z wodą w miłosnym uścisku, a życie płynie niczym słodka melodia z dala od trosk tego świata. Tu wśród lip, dębów i brzóz i ja płynę, płynę niesiona ich tajemną ciszą i spokojem. „Powinnam się ubierać…”, pomyślała. „Niedługo przecież się zacznie wesele siostry”. Wanda podniosła nową sukienkę, wsunęła ją na siebie, po czym spojrzała w lustro. Oszołomiła ją wyczuwana pod palcami miękkość kremowych fałd i gładkość perłowych guzików. Przeniosła w roztargnieniu wzrok za okno i na bladoróżowe piwonie, które rosły w ogrodzie w najdalszym kącie trawnika: przekwitłe, wyglądały teraz jak matrony z wielkimi, opadającymi biustami. Tego ranka, zebrawszy świeże kwiaty w najchłodniejszej porze dnia, tak jak ją uczono, starannie ułożyła bukiety – w pralni, tak żeby nie przeszkadzać służbie. Jej kwietne kompozycje ozdabiały teraz cały dom. Tymczasem goście weselni – ku wielkiej radości matki – już przy śniadaniu zachwycali się delikatnym smakiem wędzonych szynek, 15
pysznego wiejskiego twarogu i świeżego żytniego chleba, a także podziwiali wspaniałość zdobiących stół piwonii. Słysząc ich słowa, Wanda się zarumieniła. – Tylko na Litwie, w tej krainie deszczów, piwonie kwitną tak cudnie i tak obficie – oznajmił przy stole jej ojciec, Antoni Dowoyna. Dodał, że kwiaty sadziła jeszcze jego matka, nieboszczka Julia, kiedy wróciła do Wodżgir jako młoda wdowa, „gdy – jak to ujął – zaczęła odzyskiwać pogodę ducha”. Na to wspomnienie wszyscy przy śniadaniu na chwilę zamilkli z pełnym współczucia szacunkiem, wiedzieli bowiem, że babcia Julia pochowała męża, pięćdziesięcioletniego zaledwie Karola Dowoynę, w Kursku, mieście położonym wiele kilometrów na południe od Moskwy, gdzie służył w carskim sądzie. „Tyle babci zawdzięczam”, myślała Wanda, kończąc się ubierać. Nie czuła zdenerwowania. Zaplanowane na wieczór utwory muzyczne wibrowały teraz w koniuszkach jej palców i w głębi serca. „Niech moje ręce tego wieczoru będą silne jak korona drzewa – westchnęła – a nuty niech wylatują z nich jak ptaki… Zwłaszcza niech szybują w tym zawiłym scherzo! Tak będzie, jak mi Bóg miły. Jeżeli ktoś tu się denerwuje, to wyłącznie Bronia”. Warszawskie przyjaciółki Wandy jeszcze w Warszawie dyskretnie sugerowały, że jej siostrę Bronię „czeka straszny szok”, zapewne chcąc sprawdzić, jak dalece Wanda jest zaznajomiona ze sprawami „cielesnymi”. Ona sama nie uważała bynajmniej za naiwne stwierdzenia, że „małżeństwo jest unią dwóch ciał i dwóch dusz”. Przyznawała ciału taką samą rangę jak duszy. Zresztą Bronia i Leon czuli do siebie „pociąg ze względu na wspólne zainteresowania”, jak z upodobaniem powtarzała jej matka; podkreślała też, że ich małżeństwo w najmniejszym stopniu nie było „zaaranżowane”, jak to niektórzy insynuowali. „Młodzi poznali się w bibliotece w Genewie” – mówiła. Rozmyślania Wandy przerwało pukanie do drzwi. Po chwili ukazała się w nich twarz Broni. – Och, dobrze… – rzekła z ulgą siostra. – Jesteś sama. 16
Bronia miała na sobie miękką suknię z muślinu o barwie polnych chabrów. Do pokoju wraz z nią wpadły dalekie odgłosy zajęć gospodarskich i lekka woń pieczonych potraw. Wanda podsunęła siostrze krzesło, po czym wróciła do ubierania się. Dostrzegła w lustrze, że Bronia jest nieobecna duchem i zdaje się spoglądać jakoś hen, ponad czas i przestrzeń… w daleką przyszłość, więc przysunęła sobie drugie krzesło i usiadła obok niej. Wytrącona z rozmyślań Bronia utkwiła w siostrze roztargniony wzrok. Przez chwilę dziewczęta obserwowały się nawzajem. Wanda zastanawiała się, czy nie powinna przypadkiem wspomnieć o „strasznym szoku”, ale widząc, że na twarzy Broni i tak już malowała się obawa, odegnała tę myśl. – Nie umiem sobie wyobrazić, co czujesz, Broneczko – zaczęła, wątpiąc w duchu, czy zdoła kiedykolwiek pokochać jakiegoś mężczyznę na tyle mocno, by go poślubić, a potem opuścić wraz z nim rodzinny dom i wyjechać do dalekiego Dorpatu w kraju Estów. Bronia odpowiedziała jej niepewnym uśmiechem, po czym rozciągnęła się na łóżku na wznak i zapatrzyła w sufit. Ich pokój sąsiadował ze szwalnią. Siostry zajmowały go przez całe dzieciństwo i okres dorastania, więc Bronia nadal zachowywała się tak, jakby był i jej własnością. – Chciałabym, żebyś mi powiedziała – rzekła wpatrzona w sufit – co zaobserwujesz dzisiaj wieczorem. – Gdzie? – No… między Leonem a mną. – Dzisiaj wieczorem gram, muszę się skupić. Bronia powiodła palcem po kwiatku wytłoczonym na różowej tapecie. – Chcę, żebyś spojrzała na nas jak na parę. – Tak, tak właśnie myślałam, że to miałaś na myśli… „Co powinnam zauważyć dwadzieścia cztery godziny przed ślubem?”, zastanawiała się Wanda. „Małżeństwo to wszak taka doniosła sprawa, połączenie dwóch kontynentów, dwóch mas ludzkich, dwojga obcych 17
sobie ludzi, którzy znają się ledwie ze słyszenia, a mają trwać przy sobie już na zawsze!” Postanowiła, że jutro zerwie i tak przekwitłe już piwonie, a ich płatki rozsypie na grobie babci Julii i stopniach kościoła, tuż przed ceremonią ślubną Broni. Za dębowymi drzwiami sypialni rodziców rozległy się stłumione głosy. Przebudzili się już widać z drzemki. Syczący niski szept matki i wysokie tony protestów ojca wskazywały, że spierali się o coś, pewnie o jakiś drobiazg. „Dlaczego się kłócą?”, myślała. „I to teraz, kiedy za chwilę przyjadą goście?” – Jak ty wytrzymujesz w tym pokoju? – mruknęła Bronia, nadal wodząc koniuszkami palców po kwiatku na tapecie. – Na górze miałabyś więcej swobody. Ona sama tuż przed wyjazdem na uniwersytet obwieściła domownikom, że przecina oto „pępowinę” i zaczyna nowe życie, po czym przeniosła swoje rzeczy do pokoju na piętrze, położonego w odległym skrzydle domu. Wanda uznała wówczas ten gest za dość brutalny, sama przeniosłaby się na piętro tylko wtedy, gdyby miała pewność, że nerwy mamy są w lepszym stanie. Na razie, kiedy miała możliwość przejścia przez szwalnię do jadalni oraz wyjścia na werandę i do ogrodu, chciała pozostać tam, gdzie od zawsze mieszkała, tu, w tym pokoju. Wtem głosy rodziców ucichły. – Nie powiem ci, na co dokładnie masz zwrócić uwagę między Leonem i mną, bo to by, Wandeczko, było niezgodne z zasadami. – Bronia podniosła wzrok, by sprawdzić reakcję siostry. Ale ta tylko mrugnęła niepewnie okiem. – Najwyraźniej nic nie słyszałaś o zasadach obowiązujących w nauce. Wandę zalała fala lekkiego rozdrażnienia. Studia Broni w Genewie istotnie dość kontrastowały z jej własnymi, skromnymi osiągnięciami w Chyliczkach: we francuskim, w sztuce prowadzenia domu i trochę w zarządzaniu majątkiem. Ale teraz, dzięki niespodziewanej nagrodzie za wykonanie scherza Chopina, mogła jej odpowiedzieć z godnością, i to nie głową, lecz sercem: 18
– Widziałam cię, Broniu, razem z Leonem, trzy razy i podziwiam, jak poprawnie zachowuje się wobec mamy i papy… no i oczywiście wobec ciebie. Nie wspomniała o pełnym napięcia obiedzie z rodziną Leona, ani tym bardziej o przyczynach tego napięcia, gdyż ich nie rozumiała. – Poza tym szanuję go za błyskotliwość i wiedzę – ciągnęła. – Jej przyszły szwagier wszystkich olśniewał cytatami z Szekspira, Goethego i jakiegoś rosyjskiego filozofa, którego nazwisko daremnie usiłowała sobie w tej chwili przypomnieć. – Za to, jak on mówi o Sow… Sowju… – O Sołowjowie – podsunęła Bronia. Jej błękitne atłasowe trzewiczki zakreśliły niecierpliwy łuk w powietrzu. – …Sołowjowie. Czy to nie o nim Leon napisał pracę doktorską? – Wciąż ją pisze. Bronia ponownie wbiła wzrok w sufit. Wanda chciałaby czegoś więcej się dowiedzieć o sprawach, które najwyraźniej zaczynały być ważne, jednak na przeszkodzie stała czteroletnia różnica wieku i doświadczenia… Podniosła z łóżka chiński szlafrok, zgnieciony nogami Broni. Zostawiła go tu ich kuzynka, Marianna Piłsudska. Miała dziś u nich nocować. Wanda powiesiła szlafrok w szafie i na powrót usiadła na krześle. – Mam już dwadzieścia trzy lata – ciągnęła Bronia. – Mama miała tylko osiemnaście, kiedy wychodziła za papę. Wyobrażasz to sobie? Wyobrażała to sobie, i owszem. Wanda nieraz słyszała, jak to energia Anny Dowoyny przemieniła po ślubie stary dwór. Znów zapadła cisza. Siostry milczały. Z dalekich pól dobiegło muczenie zaniepokojonej krowy, po kilku sekundach odpowiedział mu żałosny bek cielęcia. „Życie jest pełne tajemnic”, myślała Wanda. „Tyle się jeszcze muszę nauczyć…”. – Osiemnaście lat! – podjęła Bronia. – Więc to nie może być aż takie straszne… Jak bardzo siostra chciałaby jej teraz powiedzieć coś mądrego! Lecz szukając odpowiedniego słowa, zdołała tylko wybąkać: 19
– To wielkie błogosławieństwo dla ciebie… Ledwie wypowiedziała te słowa, od razu ich pożałowała, Bronia bowiem podniosła się i w milczeniu zaczęła przechadzać się po pokoju tam i z powrotem. Wanda przypomniała sobie, że jej siostra nie wierzy w Boga, nie wierzy więc w żadne błogosławieństwa, a ślub bierze w miejscowym kościele tylko dlatego, że to normalne, no i dlatego, że Leon był pobożnym katolikiem. Zatem to, co powiedziała, musiało zabrzmieć głupio i świętoszkowato w jej uszach – i Bronia jej słowa z pewnością zignorowała. W każdym razie nadal krążyła zamyślona wte i wewte po pokoju. „Ależ ona się niepokoi”, pomyślała Wanda. „Dziewczęta w Chyliczkach to właśnie musiały mieć na myśli, kiedy mówiły o nerwach przedmałżeńskich. Jednak może jej napomknę o tym strasznym szoku…”. – To zrozumiałe, że się denerwujesz – rzekła. – Naprawdę zrozumiałe. Poskutkowało. Dziewczyna usiadła na krześle naprzeciw Wandy. – Wszystko, co mi powiedziała mama – zaczęła Bronia konspiracyjnym tonem – to to, że kobieta musi zaufać mężczyźnie. – Aha… – W głosie Wandy brzmiał zawód, liczyła na to, że się wreszcie dowie czegoś więcej o sprawach „cielesnych”, o wiele, wiele więcej. – A czy ty… ufasz Leonowi? Popatrzyła w napięciu na siostrę, ale Bronia parsknęła tylko śmiechem tak niespodziewanie, że Wanda się wystraszyła. Więc zamiast ciągnąć przesłuchanie, zmieniła całkiem ton i powiedziała: – Uroczo wyglądasz w tych kremowych muślinach… Cudnie podkreślają błękit twych oczu. Rozległo się głośne pukanie do drzwi i po chwili stanęła w nich Gusia, nowa pokojówka, w białym fartuszku i czepeczku z falbankami. Jej pucołowata twarzyczka w równym stopniu wyrażała zmieszanie i zapał. – Pseprasam, panienki… – zaczęła nieśmiało. – Nie ce pseskadzat, tylko ze… pani Anna… niepokojna. – Dygnęła, wymachując przy tym rękami. – Bo… powozy juz zajechajom i obie panienki prosone. 20
Rzeczywiście, w całym domu rozbrzmiewały już głosy podniecenia. Z oddali dobiegało parskanie koni. – Już idziemy, Gusiu – odparła Bronia normalnym tonem. Rzuciła okiem na swoje odbicie w lustrze i wygładziła suknię… Na jej twarzy nie było już ani śladu lęku. Wanda, też uspokojona, ucałowała serdecznie siostrę. Zachrzęściły kopyta na żwirowym podjeździe – zaczęło się. Nadjeżdżali kolejni goście. Bronia, śpiesząc przez jadalnię i wypatrując z niepokojem, kto właśnie zajechał przed dwór, na chwilę odwróciła się w stronę idącej za nią Wandy. – To Leon i jego siostra Maria – poinformowała. – Eugeniusza nie ma? – Młodego doktora Eugeniusza Piestrzyńskiego zaproszono ze względu na wiek; idealnie pasował do Marii, niespokojnej siostry Leona. Dziewczyna dogoniła Bronię i obie wyszły teraz z domu, idąc ramię przy ramieniu. A tymczasem wielki, stary dwór obserwował je uważnie i wtórował ich lekkim krokom i niespokojnemu biciu serc cichym trzeszczeniem i szmerami.
2. Eugeniusz Eugeniusz Piestrzyński wiedział, że Wanda Dowoyna nie żywi wobec niego romantycznych uczuć. Wystarczało mu, że zalicza go do grona swoich przyjaciół, bo i on myślał o niej w podobny sposób. Sądził, że zaproszono go na ten ślub, żeby zwiększyć pulę młodych mężczyzn, i zamierzał się dobrze bawić. W wolnej chwili rozmyślał raczej o żonie, która pomogłaby mu założyć klinikę ginekologiczną w Warszawie i podjąć się wraz z nim trudnych zadań. Niestety, w Wandzie nie odkrył partnerki do interesów. 21
Przesiadłszy się w Kownie z pociągu na statek, siedział teraz wygodnie rozparty na pokładzie parowca i chłonął mijane widoki. Tu, gdzie Wilia wpadała do Niemna, na istniejącym od starożytności szlaku handlowym, nadal głównym środkiem transportu były łodzie i statki. Eugeniusz mógł dzięki nim szybko przemierzyć dwadzieścia wiorst do Wodżgir i zdążyć na wesele. Minął po prawej stronie mury obronne zamku w Kownie, wzniesionego setki lat temu przez Litwinów walczących z Krzyżakami. Teraz zamek ze wszystkich stron otaczało miasto, którego strzegła z kolei biała forteca zbudowana przez Rosjan. „Czyżby Niemcy nadal byli tu uważani za zagrożenie?”, pomyślał. Kiedy Kowno pozostało już daleko w tyle, a słońce przygrzewało mu lewe ramię, Eugeniusz zobaczył wysokie, strome brzegi rzeki, na których rosły niebotyczne drzewa, wyglądające jak wartownicy. Od czasu do czasu wyłaniały się zza drzew ściany jakiegoś dworu. Podczas wizyty w regionie zamierzał wsłuchać się w zapatrywania polityczne tutejszych wpływowych rodzin. Wcześniej, jeszcze jako student medycyny w Krakowie, w sali wypełnionej przez kolegów i profesorów słuchał, jak socjalista Józef Piłsudski mówi z bólem o wysiłkach Rosji dążącej do oddzielenia Litwy od Polski. Wiedział skądinąd, że Piłsudski wywodził się z rodu książąt litewskich, a rodzina Dowoynów była z nim spokrewniona. Wszystko to mocno intrygowało Eugeniusza. Kiedy parowiec, posapując, sunął w dół rzeki, wzrok Eugeniusza zatrzymał się na długonogim mężczyźnie, zwłaszcza zaś na jego lewej ręce, na której błyszczał sygnet. Okazało się, że nieznajomy jest wujem narzeczonej, panny Broni, i że udaje się na to samo wesele. Przedstawił się jako Edward Wereszczyński. Opowiedział pokrótce o przesiadce w Wilnie z pociągu Petersburg–Warszawa i o dalszej podróży parowcem; z lekkości tonu można było wnioskować, że podróż owemu dżentelmenowi nie sprawiała najmniejszych trudności. Eugeniusz już po kilku zdaniach rozmowy polubił tego wytwornego pana; od słowa do słowa dowiedział się, że jest on właścicielem firmy inżynierskiej w Petersburgu. 22
Ponieważ nigdy jeszcze w tym mieście nie był, zasypał więc swego rozmówcę gradem pytań. Tamten odpowiadał na nie uprzejmie, choć z rezerwą. Eugeniusz dowiedział się też, że Wereszczyński wygrał właśnie przetarg na budowę nowego ważnego mostu wiodącego przez Newę do Ermitażu – projekt, którym ponoć stale i osobiście interesował się sam car Mikołaj II. – A… pan? – W końcu i Wereszczyński zainteresował się swoim rozmówcą. Eugeniusz zawahał się, uznając jednak, że najlepiej będzie powiedzieć prawdę. – Pochodzę z Kalisza. Mój ojciec jest księgowym w fabryce tekstyliów. – A skończył pan – Wereszczyński uniósł brew – studia… gdzie? – W Krakowie, na Uniwersytecie Jagiellońskim. W tej chwili tylko w zaborze austriackim można studiować po polsku. – Słuszny wybór. – Wereszczyński pokiwał głową. – A rodzinę Dowoynów zna pan od jak dawna…? – Odkąd przeprowadziłem się do Warszawy, czyli od dwóch lat – wyjaśnił Eugeniusz. Nie dodał, że zauroczyła go ich staroświecka gościnność, ich wytworne maniery. Nie chciał się przyznać, że nie zna za dobrze starszej siostry Wandy, Broni, tej intelektualistki, jak mówiono, która większość czasu spędzała w Genewie. Nie przyznałby też za skarby świata, że sympatyczny pan Antoni Dowoyna, bez przerwy będący w drodze pomiędzy Warszawą a wsią i z pasją studiujący sanskryt, rzadko kiedy pamiętał jego imię. Zamiast tego rzekł tylko: – Pani Anna Dowoyna i panna Wanda wzięły mnie pod swoje skrzydła. Po dalszej uprzejmej wymianie zdań obaj panowie w końcu znaleźli wspólny temat i zaczęli dyskutować o potrzebach oświatowych kraju. Zauważywszy, że jego towarzysz jest wzorem konserwatywnego arystokraty, Eugeniusz postanowił nie ujawniać swoich zapatrywań politycznych, zwłaszcza zaś ich przejawów, takich jak czynione regularnie ćwiczenia strzeleckie w drużynach Piłsudskiego. 23
Kiedy statek przybił wreszcie do niewielkiego pomostu, obaj zostali na brzegu powitani przez stangreta; nieopodal czekał na nich lekki biały powóz. Stary Litwin, mnąc czapkę w ręku, głęboko skłonił się Wereszczyńskiemu, gdy ten mu przypomniał, że się poznali siedem lat temu. – Kiedy miałem jeszcze swoje zęby! – rzucił żartem Siemionas. Eugeniusz nie od razu zrozumiał, co ten stary człowiek powiedział, mówił bowiem z silnym litewskim akcentem. Trzymał się jednak mocno na koźle, kiedy konie pokonywały stromą dróżkę wiodącą od rzeki i potem, gdy ruszyły kłusem przez gęsty las. Po paru kilometrach ujrzał nagle przed sobą pola złocone pszenicą i żytem. Daleko na północy, na horyzoncie, ciągnęło się ciemne pasmo lasu. – Nasza Żmudź! – zawołał z powagą Siemionas, wymachując ręką, i surowym głosem zaśpiewał polski hymn po litewsku. Kiedy konie zwolniły na rozstaju dróg i skręciły w lewo, dodał: – Już niedaleko! Jego oczom ukazała się kępa drzew otaczająca kościół ze strzelistą wieżą. Widząc ją, konie przyspieszyły, tak że Eugeniusz i Wereszczyński musieli się mocno trzymać poręczy. „A więc to są Wodżgiry…”, pomyślał Eugeniusz, kiedy wjechali do wioski. Jej małe drewniane domki były pomalowane jasnożółtą albo błękitną farbą, każdą otaczały klomby kwiatów i zagony warzyw, które wypełniały całą wolną przestrzeń. Minęli pasącą się przy drodze, uwiązaną do palika krowę i śpiące nieco dalej na łące cielątko. Po ich prawej stronie, z dala od drogi, wznosił się wysoki, drewniany kościół. Konie zwolniły, parskając, i skręciły w lewo na podjazd. Wjechali pod zielony baldachim drzew: tuż przy podjeździe rosły dęby, nieco w głębi brzozy i lipy. Kopyta koni zadudniły o mały mostek, przerzucony nad strumieniem. Między drzewami po prawej Eugeniusz dostrzegł w oddali podłużną taflę stawu; nieco bliżej kładka, wąska jak stonoga, łączyła liściasty zagajnik z wysepką, na której stała urocza kapliczka. Wkrótce dęby ustąpiły miejsca otwartej przestrzeni; podjazd okrążał trawnik i wiódł do dużego dworu, zbudowanego z kamienia i drewna. 24
„Oto dom Wandy”, pomyślał z uczuciem. Główne wejście wspierały cztery białe kolumny, liczne okna zdobiły białe ramy i okiennice, a wysoki dach z kilkoma kominami przydawał całości szczególnego uroku starych szlacheckich dworów. Spod dachu mrugały do niego okienka strychu, otwarte teraz, by wpuścić do domu nieco letniej bryzy. Eugeniusz odniósł wrażenie, że ten dwór, tak ze wszystkich stron osłonięty drzewami, przypomina dom z jakiejś starej baśni, wyśniony przez kogoś, komu nie brakło wyczucia proporcji i ładu, kto jednak szukał przede wszystkim wygody i spokoju. Na frontowych schodach dworu stał ojciec narzeczonej, Antoni Dowoyna. Gospodarz przywitał Eugeniusza zrazu niepewnie, co widząc, stojąca obok męża pani Anna pospieszyła z wyjaśnieniami: – Często bywał u nas w Warszawie, to ten doktor. Na pewno go pamiętasz, kochanie. – Ach tak, klinika Aleksandra Rosseta! – wykrzyknął pan Antoni, prowadząc Eugeniusza po schodach. – Miło nam, że pan zadał sobie trud dotarcia do nas aż z Warszawy. To, że gospodarz zapamiętał akurat jego klinikę, a nie nazwisko, wzbudziło w Eugeniuszu niekłamaną sympatię. Bronia i jej narzeczony przywitali się z nim i Wereszczyńskim sztywno i bardzo oficjalnie w przedpokoju, po czym Eugeniusz zwrócił się do Wandy, która serdecznie wyciągnęła ku niemu obie ręce. – Dojechał pan, i to z tak daleka! – zawołała uradowana, kiedy się pochylał nad jej pachnącą konwaliami dłonią. * Kiedy Eugeniusz odświeżył się po podróży, Wanda wprowadziła go do wielkiego salonu, w którym wzdłuż ścian stały szeregiem zabytkowe meble. Wyciągając szyję przez gromadzący się tłum, dojrzał ojca Wandy, zatopionego w ożywionej rozmowie ze starszą matroną w czarnej koronkowej toalecie, a na werandzie – Edwarda Wereszczyńskiego z otyłą damą w beżowej, koronkowej sukni. Na zewnątrz w ogrodzie jasnowłosy młodzieniec, zapewne jej narzeczony, z pobłażliwym 25
uśmiechem obserwował Bronię celującą w piłkę do krokieta. Wodząc wzrokiem po tym szykownym zgromadzeniu i wspominając zarazem swoje studenckie czasy w Krakowie, gdzie w każdej kawiarni aż buzowało od tajemnic i spisków rewolucyjnych, Eugeniusz poczuł się nagle zupełnie „nie na miejscu”. – Mam nadzieję, że będzie panu wygodnie u ciotki, w Plekach – powiedziała Wanda. – Tutaj robi się raczej ciasnawo… – Kim jest ta dama w beżowym? – Eugeniusz obrócił wzrok na werandę – która rozmawia w tej chwili z pani wujem? – To matka narzeczonego – wyjaśniła Wanda. – Wywodzi się z jednego z tych dworów, które mógł pan widzieć, płynąc Niemnem. Eugeniusz uśmiechnął się nerwowo. – Ależ spokojnie, proszę pana! – dodała. – Narzeczony Broni to jej najstarszy syn, jest filozofem. Musi pan też poznać Marię, siostrę Leona. Będzie nocowała w Plekach. Sporo czasu spędza w Petersburgu. To mówiąc, Wanda wskazała oczami na modnie ubraną kobietę. Jej kasztanowate włosy były misternie upięte w wysoki kok. Nie przerywając rozmowy z dwiema młodymi dziewczętami, obrzuciła Wandę i Eugeniusza krótkim spojrzeniem. Zanim odwróciła wzrok, Eugeniusz przez moment widział jej błyszczące oczy. Serce mu zabiło. Wiedział, że Petersburg jest miastem eleganckim, królewskim, pełnym klasowych różnic, a równocześnie przystanią wszelkiej maści rewolucjonistów, wizjonerów i studentów, w tym wielu dotkniętych nędzą. Do którego z kręgów w tym wrzącym kotle kontrastów należała ta urocza kobieta? Myśli przerwał mu nagle młodzieńczy, męski głos. – Gdzie powinienem studiować medycynę? W Wiedniu, Petersburgu czy Genewie? Eugeniusz odwrócił się i ujrzał przed sobą mniej więcej piętnastoletniego chłopca, z krótko ostrzyżoną głową, ubranego w jasny dwurzędowy garnitur i pumpy. Jego rysy stanowiły niezwykłą męską wersję ładnej twarzyczki Wandy. 26
– Jestem Ludwik Dowoyna, kuzyn przyszłej panny młodej – przedstawił się młodzian. Podając mu rękę, Eugeniusz spytał: – A pan jest z…? – Z majątku mojej mamy, tu w pobliżu – oznajmił. – Ale do szkoły chodzę w Warszawie. – Ach, Ludek wprost marzył o poznaniu pana – wtrąciła Wanda, najwyraźniej przywiązana do chłopca. – Chce zostać lekarzem. Dużo mu o panu opowiadałam. No, przepraszam was, wrócę za chwilę – szepnęła, po czym zostawiła Eugeniusza samego z chłopcem. Patrząc, jak Wanda podchodzi do siostry narzeczonego, a zarazem czując, że powinien okazać zainteresowanie przyszłemu adeptowi medycyny, Eugeniusz powiedział: – Wybór miasta do studiów zależy, chłopcze, od twoich języków. Ja wybrałem Kraków. Orientując się, że zabrzmiało to cokolwiek prowincjonalnie, wyprostował się jak struna, jako że chłopiec był całkiem wysoki, i dodał: – Dopiero co byłem w Rydze. Jest tam kilku znakomitych ginekologów. – To mogłoby tłumaczyć, dlaczego Bronia urodziła się w Rydze – zastanawiał się chwilę Ludek. – Pierwsze dziecko i tak dalej… Natomiast Wanda urodziła się już w Wodżgirach, tu, w tym domu… wiedział pan o tym? Nie wiedział. Obrócił spojrzenie ku Wandzie, której młodzieńcza świeżość i niewinność kontrastowały z wytwornością damy z wysoką koafiurą. – Och, języki to dla mnie żaden problem – ciągnął swobodnie chłopiec. – Mama mówi, że mogę studiować tam, gdzie zechcę. Interesują mnie choroby serca. Eugeniusz kiwnął głową. Chciałby już dołączyć do pań. Czyżby Piłsudski, gdy namawiał studentów do bratania się ze sobą różnych klas, miał na myśli takie właśnie eleganckie damy i synów buchalterów w fabryce ubrań w Kaliszu? 27
Pulchna pokojówka w fartuszku i czepeczku z falbankami podeszła z tacą. – Zycą panowie sie napic? – spytała łamaną polszczyzną. – Tak, proszę! – zawołał Ludek. Dziewczyna zachichotała. – To jest domowy sok z jablek, a to wino. – Nowa jesteś, prawda? Jak ci na imię? – wypytywał Ludek. Nieśmiała dziewczyna dygnęła i lekko się skrzywiła. – Augusta. Ale oni mówiom na mnie… Gusia. – Wobec tego ja cię będę nazywał Augustą – szarmancko zaproponował chłopiec. Eugeniusz patrzył z rozbawieniem, jak dziewczyna mocno się zaróżowiła i umknęła. Znów spojrzał w stronę Wandy i jej towarzyszki: porównywały teraz swoje fryzury. Ponownie więc zwrócił się do młodzieńca: – A więc chcesz studiować choroby serca. – Mój ojciec miał paskudną śmierć. Słyszał pan może o tym? Nie słyszał. – Przykro mi – rzekł tylko. – Aleksander Dowoyna. Umarł w więzieniu na atak serca – uzupełnił chłopiec. – Był wydawcą w Wilnie oraz socjalistą. Ja też chcę być socjalistą, chcę pomóc chłopom. Eugeniusz czuł, że już się rozluźnia, bo powaga chłopca złagodziła nieco jego sztywne nastawienie. Tymczasem Wanda i dama z koafiurą omawiały teraz swoje suknie. Eugeniusz spytał: – Co wydawał twój ojciec? – Książki, artykuły… Jego ostatni artykuł pod tytułem „Oczekiwane jutro” obraził cara. Śledztwo trwało trzy miesiące… – Chłopiec zamilkł na chwilę. – Tajna policja wiedziała, że ojciec należy do jakiegoś koła. Ale przecież nie można ot tak zdławić podziemnego ruchu niepodległościowego, prawda? – Nie, nie można – zgodził się Eugeniusz. – Piłsudski też siedział w więzieniu za wydawanie tajnej gazety. Wiedziałeś o tym? 28
– Wiem! – Młodego Ludwika ogarnęła najwyraźniej ekscytacja. – Ponoć udawał wariata i w ten sposób uciekł z petersburskiego więzienia. Mój ojciec, niestety, nie miał tyle szczęścia… – Głos chłopca załamał się. – Odszedł dwa i pół roku temu. Teraz już możemy o tym mówić, mama i ja. – A twoja mama jest…? – O tam. Rozmawia z wujkiem. – Chłopiec wskazał ubraną w czarną koronkę damę rozmawiającą z gospodarzem. A więc ów wydawca musiał być bratem pana Antoniego. Nic dziwnego, że Wanda chciała, żeby Eugeniusz porozmawiał z tym chłopcem. „To tacy ludzie jak ja”, powiedział sobie. „Jeśli wierzyć Piłsudskiemu, stoimy jako społeczeństwo przed dynamiczną przyszłością, pełną trudności, ale i nadziei.
3. Maria Stojąca nieopodal Maria szepnęła Wandzie do ucha: – Kim jest ten pan z twoim kuzynem? – Ten starszy to mój stryj, folklorysta – odparła Wanda. – A ten drugi? – niby obojętnie spytała Maria. – Znajomy z Warszawy, doktor Eugeniusz Piestrzyński. – Bliski znajomy? – spytała Maria, trochę zawiedziona, że nie hrabia czy książę. – Nie, nie w tym znaczeniu… – Wanda się zaczerwieniła. – Jeszcze mi go nie przedstawiaj – Maria dodała, przyglądając się. – To, że zbieram baśnie i pieśni litewskiego ludu – folklorysta mówił z dumą, a Maria słyszała każde słowo – i że mam zbiór trzech tysięcy dzieł ludowych, Polacy uważają za niepatriotyczne. – Ależ to absurd – odpowiedział doktor. 29
– Pytam więc tych krytyków – badacz nie przerywał: – Niepatriotyczne? Wobec kogo? – Biedny wujek Micia…– westchnęła Wanda i przymknęła oczy. Maria przypatrywała się, jak do doktora podchodzi pokojówka, on bierze jeden pasztecik, kuzyn dwa, a folklorysta odmawia i ciągnie z jeszcze większą werwą: – Czy było coś „niepatriotycznego” w działaniu Stanisława Dowoyny, który musiał prowadzić negocjacje z Iwanem Groźnym? – Broń Boże – odparł doktor z pełnymi ustami. Maria spostrzegła, że młody kuzyn się wycofuje. Wanda uśmiechnęła się niepewnie. – O Boże… Wszyscy na stryja patrzą. Pokojówka podeszła do Marii z tacą i powiedziała po cichutku: – Te z dwa dziurkami są z piecarkami, te bez dziurki z kapustą. Maria wzięła pasztecik. Wanda podziękowała, wpatrując się w folklorystę. – Czy Dowoyna, poseł do Moskwy – zabrzmiał znów głos uczonego – a następnie więzień carski, pozwoli szanowny pan, że go spytam, czy on był Litwinem czy Polakiem? Piestrzyński się zastanawiał. – A czy to ma jakieś znaczenie? Litwini i Polacy są przecież braćmi. Wanda podeszła do mężczyzn. – Ależ stryju kochany, to było czterysta lat temu. Maria zauważyła, jak Wanda wsuwa mu rękę pod ramię, a stryj stoi z pochyloną głową, kiedy ona mówi mu do ucha coś, czego Maria nie słyszy. Niezrażony stary uczony podniósł głowę. – Twierdzenie, że ludowe podania są kontrowersyjne, jest godne pożałowania! – Jego głos wypełnił salę, gdzie przed chwilą panowała cisza. – Wystarczy, że pan spojrzy na wielkość Rosji, a potem na Litwę i Polskę! Nasze państwo rozciągało się niegdyś od Bałtyku 30
po Morze Czarne! Dziś nie istniejemy w ogóle, wchłonięci przez Wszech Rosję! A skoro nie istniejemy, niech przynajmniej przetrwają nasze ludowe podania i pieśni! „Starszy pan cierpi na zaburzenia umysłu i to go niszczy” – pomyślała Maria ze współczuciem. Podeszła do rozmawiających. – Uważam, że zapisywanie ludowych podań nie jest wcale kontrowersyjne – powiedział doktor dobrodusznie. – Raczej, inspirujące. – Widzisz stryju kochany, masz przyjaciela – powiedziała Wanda. Doktor odwrócił się do Marii. Z bliska wyglądał poważniej niż przypuszczała, miał już chyba prawie trzydziestkę; był przystojny, ale tęskny wyraz twarzy zdradzał brak pewności siebie; do tego, gęste czarne włosy i piwne oczy, brwi zaś tworzyły dwie idealne linie na sympatycznej twarzy. – Eugeniusz Piestrzyński. Jestem lekarzem – przedstawił się lekko drżącym głosem. – Maria Szyłkarska. Enchantée*. – To rzekłszy, wyciągnęła ku niemu rękę w sięgającej za łokieć rękawiczce. Gdy się pochylił nad jej dłonią, owionęła go chmura jej silnie pachnących egzotycznych perfum. – Jest pani siostrą narzeczonego? – spytał. Skinęła głową. – Przybyła tu pani z daleka? – Z południowego pobliża Dźwiny, czyli raczej z daleka. „Dotarcie do Wodżgir zajęło całe dwa nudne dni”, pomyślała. – Maria mieszka z rodzicami w Bodzianach – pospieszyła z wyjaśnieniami Wanda, wodząc wzrokiem od jednego do drugiego. – Ale tylko latem – sprostowała Maria, nie chcąc, by doktor myślał o niej jak o kimś, kto marnuje czas na wsi. – Kiedy Leon przyjeżdża, wraca tu życie. Ja zdecydowanie wolę miasto. Od zawsze. – Chciała,
* Enchantée (fr.) – miło Pana poznać.
31
by jej głos brzmiał urzekająco. Wbrew woli poczuła, jak jej serce zaczyna bić szybciej. – Które miasto? – zaciekawił się doktor. – Oczywiście Petersburg! A które inne miasto się liczy? – Niektórzy Warszawę nazywają Paryżem Wschodu… – To muszę ją kiedyś odwiedzić. Maria rozłożyła wachlarz, zamykając tym samym temat. Jej rodzice często narzekali, że jest zafascynowana rosyjską arystokracją. Teraz, pomna tych utyskiwań i chcąc się przedstawić jako osoba poważna, rzuciła od niechcenia: – Myśli pan, że będzie wojna? – Co za pytanie! – Wanda nie kryła zaskoczenia. – Nikołajewska Akademia Sztabu Generalnego w Petersburgu zapowiada odrodzenie militarne – oznajmiła Maria. – Pani niepokój jest uzasadniony – zgodził się Piestrzyński, ściszając głos. – Piłsudski uważa, że wojna między Rosją, Prusami i Austrią jest tylko kwestią czasu. – Mnie się zdaje, że Rosja zawsze toczy z kimś jakąś wojnę – rzekła Wanda. – Krym, Japonia… – Wśród oficerów mówi się nawet o nowym duchu ofensywy – dorzuciła Maria, która dopiero co zakończyła krótki romans z pewnym porucznikiem. – Bałkany są dla świata stałym problemem – dodał Piestrzyński. – Miejmy nadzieję, że to tylko niemądre prężenie muskułów – rzekła Maria z uśmiechem. – Ot, duzi chłopcy, którzy chcą się sprawdzić. – Lecz na widok zaniepokojonej miny Wandy prędko dodała: – Oczywiście nie w Wodżgirach! – W razie wojny – odezwał się Piestrzyński – Józef Piłsudski chciałby zjednoczenia Polski i Litwy. – Tu zwrócił się do Wandy: – To, zdaje się, państwa krewny… – Tak, babka mojego ojca… – zaczęła Wanda, ale przerwała im pokojówka, nadchodząc z tacą. 32
Spis tr eści Postaci występujące w powieści 11 Znane historyczne postaci 12 Część I
Lipiec 1913 – sierpień 1914 Kolos się przebudza 13 Część II
Sierpień 1914 – sierpień 1915 Kolos się wycofuje 133 Część III
Październik 1915 – grudzień 1916 Chaos 219
Część IV
Styczeń – lipiec 1917 Zamęt 315 Część V
Sierpień – październik 1917 Rewolucja w Rosji 393 Część V I
Listopad 1917 – czerwiec 1918 Bolszewicki pokój 449 Część V II
Lipiec 1918 – listopad 1918 Niepodległość Polski 507 Jak powstała ta książka 567