Skip to main content

Państwo Gucwińscy. Zwierzęta i ich ludzie

Page 1

Projekt okładki Katarzyna Ewa Legendź Zdjęcie na okładce Zenon Zyburtowicz / East News Redakcja Katarzyna Węglarczyk Korekta Barbara Gąsiorowska Łamanie Dariusz Ziach

Copyright © by Marek Górlikowski © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2021

ISBN 978-83-240-6194-5 Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zrealizowano przy pomocy finansowej Województwa Pomorskiego

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2021. Printed in EU


Ptasie wnioski

Powinienem był się domyślić, że to ten dom. Na całej Siemiradzkiego tylko na nim siedziało ich z piętnaście. Gołębie w kolorze ołowianym. Niektóre z pojedynczymi białymi piórami. W lipcu 2011 roku na X Zjeździe Towarzystwa Biologii Doświadczalnej w Glasgow francuscy naukowcy przedstawili dowód, że gołębie rozpoznają ludzi po twarzy. Moją te wrocławskie zobaczyły pierwszy raz w październiku 2018 roku. Ze szczytu dachu dobrze widać, jak zbliżam się ulicą do ich państwa. Państwa Gucwińskich. Zza metalowych drzwi, zza wysokiego płotu, głos z telewizji:  – Już otwieram. Jak na rozkaz gołębie fruną z dachu niżej, może po to, by zapamiętać twarz. Antoni Gucwiński nie ma garnituru znanego z programu Z kamerą wśród zwierząt, jedynie popruty przez lata sweter. Nie ma po lewej stronie Hanny Gucwińskiej.  – Jest w środku, ale najpierw musi pan zobaczyć jej rośliny. Wolnym, osiemdziesięciosiedmioletnim krokiem Antoniego idziemy po gołębich odchodach. Są wszędzie, nawet w powietrzu. Z tyłu domu ostre październikowe słońce oświetla polskie 15


PAŃSTWO GUCWIŃSCY

cytryny i krwawe granaty na zielonym tle wielkich kaktusów, araukarii i palm. Do domu wchodzi się przez werandę. Gołębie tuż nad głową, w powietrzu lekkie piórka. Na progu groźne szczekanie i coraz szybszy bieg po schodach. Zamknięty gdzieś pies próbuje wyważyć bramkę. Antoni:  – Widzę, że ma pan szacunek dla Astora. Trzeba go zamykać przed obcymi, mógłby zrobić krzywdę. Przez następne dni Astor zawsze będzie próbował się wydostać, a ja za każdym razem będę się witał pytaniem, czy dziś może mu się to udać. Gucwiński prowadzi do pokoju rozświetlonego przylegającą szklarnią. Zielony blask roślin miesza się z czerwienią grubych bordowych zasłon. Hanna Gucwińska tonie w fotelu. Taksuje mnie uważnie wzrokiem, a razem z nią kolejny pies – mały, biały, ukryty za jej plecami. Musia, przygarnięta ze schroniska, boi się, że obcy ją zabierze. Hanna ma włosy krótsze niż w telewizji, brak końskiego czarnego ogona, ale głos niezmiennie stanowczy. Do męża:  – Czy Łaciaty już jadł? To o gołębiu. Do mnie:  – Czy wyobraża sobie pan, że idąc ulicą, jest pan obserwowany przez ptaki? Widzą nawet, jaką pan ma sznurówkę w bucie. Każdy ptak nie tylko obserwuje, ale i wyciąga wnioski. Na przykład siedzi wrona przy moich nogach i patrzy mi w oczy, a ja wiem, co ona mówi: „Czemu mi nic nie dajesz?”. Rozwiązuje mi sznurówkę. Mówię: „Poczekaj, pójdę do domu, coś przyniosę”. Ona to rozumie, siedzi i czeka. 16


Ptasie wnioski

Na parapetach dwa koty, daremne skoki na liść za szybą. Coś pluska. Żółwie w kuwecie. Tu siedem wodnych, w pokoju obok jeszcze trzy lądowe. I jeże. Za ścianą jest też para kurek chińskich i kogut. Piętro wyżej, gdzie nie wolno mi wchodzić, mieszkają papugi i szpak. Antoni:  – Tam są dwie papugi średnie. Hanna:  – W sumie są trzy, przecież Ilona siedzi tutaj, ta pluja, co jej nie mogę na górę wziąć, bo je i wypluwa na zewnątrz klatki. Antoni:  – Tak, to lora wielka, jest też jedna amazonka i papuga żako Kuba. No i dwie mniejsze papugi, właściwie nierozpoznane, jakieś krzyżówki. Hanna:  – Jest taka złota papuga, ktoś ją przyniósł wiele lat temu, nikt jej nigdzie nie chciał. Siedzi wiele lat z nami. Wyżyje albo nie wyżyje. Ma zwyczaj, że gromadzi jedzenie w budzie. Myśli, że jej ukradną. Każda ma inne cechy. Inna siedzi koło mnie i śpimy razem. Rano się kłania pięknie i mówi: „Krysia jestem”. Ja na to: „Wiem”. Ona: „Dzień dobry”. Ja: „Dzień dobry”. Ona: „Krysia jestem, kurwa jestem”. Ja: „Nie jesteś kurwa”. Ona: „Kurwa”. No i tak się bawimy. Obok siedzi żako, Kuba. Kuba się odzywa: „Haniu, co to jest?”. Ja: „Elektroluks”. Uwielbiają, jak wjeżdża odkurzacz. Kojarzy im się z czyszczeniem pokoju i od razu czyszczą siebie, wszystkie są gotowe do kąpieli. Kuba wkłada jedną nogę, szoruje. Potem drugą nogę, szoruje. Potem łepek. Wydaje się, że nie jest to dokładny spis mieszkańców tego domu. Wokół nas cztery stojące zegary. Właściwie stoją trzy, zatrzymano im serca, by nie oszaleć od nierównego tykania. Czwarty 17


PAŃSTWO GUCWIŃSCY

chodzi jak nakręcony. Trzymają wartę nad stadami drewnianych słoni, ptaków, małp poustawianych na parapetach, namalowanych na obrazach, wyszytych na makatach. Na podłodze wielki brązowy ptak nie zrywa się do lotu, podobno wzięty z godła Luftwaffe. Czymś niepasującym do tej menażerii jest czarne pianino ze złotym napisem „C.J. Quandt, Berlin”. Hanna:  – Kiedy mi smutno, opieram na nim głowę. Przywiozłam je z Gorlic po sprzedaży swojej części domu. W czasie wojny działało tam kasyno. Niemiecki lekarz, jak zrozumiał, że wojna prze­ grana, zagrał na tym pianinie i strzelił sobie w łeb. Pierwszą kulę wpakował w instrument, drugą trafił. Strasznie rozpaczałam, bo ojca mi zastępował. Kiedyś weszłam na drzewo, ale nie umiałam zejść. Krzyczałam do mamy, żeby mi pomogła, a mama: „Jakżeś weszła, to i umiesz zejść”, i wtedy ten lekarz przybiegł i mnie ściągnął. Potem już zawsze wołałam tego Niemca. Nie pamiętam nazwiska. Nosił mnie na ramionach. Sadzał na kolanach przed tym pianinem. Nawet chciał zabrać do Berlina, bo miał córkę w moim wieku, ale mama się nie zgodziła. Po tacie, który był policjantem, ciągnęło mnie do mundurów. Zakleiłyśmy z mamą wlot kuli.


Pływając z traszkami

Na pianinie wgłębienie cały czas jest widoczne. Jeśliby wydrapać klej z dziury, przyłożyć odwróconą lunetę, najpierw byłoby widać Niemca z przestrzeloną głową. Dużo, dużo dalej – osiemnastolatka w szaroniebieskim mundurze armii austro-węgierskiej Franciszka Józefa. To tata Hanny, Piotr Jurczak. W 1915 roku wkłada pierwszy mundur. Nie tak miało być. Miał zostać rolnikiem, jak jego ojciec i bracia z Szymbarku, ale jest niezwykle zdolny, zostaje więc posłany do gimnazjum w Gorlicach. Wybucha Wielka Wojna, w 1915 roku Piotr musi przerwać naukę. Zostaje poborowym cesarsko-królewskiej armii. Wysłany na front rosyjski w styczniu 1916, zostaje ranny nad Strypą, a kilka miesięcy później w bitwie pod Buczaczem. Ucieka z rosyjskiej niewoli, ukrywa się przed austriackim poborem. W listopadzie 1918 roku rozbraja żołnierzy cesarstwa austriacko-węgierskiego. Drugi mundur wkłada w styczniu 1919 roku, już polski. Ma guziki Szkoły Podchorążych w Warszawie. W czerwcu Piotr zostaje podporucznikiem Obozu Szkół Oficerskich w Dęblinie. W wojnie 1920 roku walczy z Rosjanami w pociągu pancernym „Piłsudczyk”. Jako dowódca oddziału karabinów maszynowych bierze do niewoli czterdziestu czterech jeńców bolszewickich. 19


PAŃSTWO GUCWIŃSCY

Jedzie „Piłsudczykiem” bić się w trzecim powstaniu śląskim, ale przesiada się do pociągu pancernego „Nowina-Doliwa”, dowodzi nim w najważniejszych śląskich bitwach: o Górę Świętej Anny i Kędzierzyn. Dostaje Krzyż Walecznych. Zapina kolejny mundur porucznika 4. Baonu Straży Granicznej w Drus­ kiennikach, a w lipcu 1923 roku – granatowy mundur Szkoły Policyjnej. Zdjęcie sprzed wojny: mała dziewczynka z uwielbieniem wpatruje się w mężczyznę z wąsikiem w błyszczących oficerkach i mundurze obwieszonym medalami. Po wojnie uwielbienie przejdzie w tęsknotę, tęsknota w kult, który trwa do dziś. Hanna zamówi duży olejny obraz ojca w mundurze, każdy z medali na jego piersi ma być jak na zdjęciu.  – Muszę powiedzieć, że ojciec był politycznie nawiedzony. Całkowicie oddany niepodległej Polsce. Dostał dużo odznaczeń za walkę z bolszewikami, z komunizmem, za powstania śląskie. To było takie pokolenie. Nieraz sobie myślałam, że on w ogóle nie miał tego przejściowego etapu w karierze, który powinien mieć każdy policjant, kiedy jakiegoś pijaka łapie za kołnierz. Wszędzie od razu był czegoś szefem. W 1925 roku Piotr Jurczak z policjanta w Wołkowysku awansuje na komendanta II i I Komisariatu w Białymstoku. Tam poznaje siedem lat młodszą Stefanię Nizner, która jest dopiero w klasie maturalnej białostockiego gimnazjum. Pobierają się w lutym 1931 roku.  – Ojciec matki, Julian Nizner, nie dość, że był Niemcem, to jeszcze z przekonania komunistą. Pracował jako stolarz, ale przez te poglądy zewsząd go wyrzucali, a tata był przecież antykomunistą, walczył z bolszewikami. Nie wiem, jak oni się dogadywali, ale chyba nie najlepiej. Dziadek był podobno bardzo rygorystyczny, a babcia Zofia, warszawianka, z głową w poezji, zaczytana, nie 20


Pływając z traszkami

Mała Hanna z tatą


PAŃSTWO GUCWIŃSCY

nadawała się do prowadzenia domu. Tylko jedno z pięciorga ich dzieci założyło rodzinę – moja mama. Następny awans Jurczaka – zostaje komisarzem policji w Warszawie. Tam 25 kwietnia 1932 roku w służbowym mieszkaniu przy ulicy Ciepłej 13 przychodzi na świat Hanna. Przy Ciepłej mieszczą się koszary wspólne dla 1. Dywizjonu Żandarmerii Wojskowej i Policji Państwowej, jest też stajnia i maneż.  – Mama opowiadała, że mojego wózka w Warszawie pilnowały policyjne psy, a ojciec woził mnie na koniu. Miał białą klacz Kropkę. Sprowadził nawet nianię ze swojej wsi, z Szymbarku, prostą kobietę, która nie umiała od razu się odnaleźć w Warszawie, raz nie zamknęła okna i jako trzylatka wypadłam z pierwszego piętra. Pod oknem była sterta koksu i się w niego wryłam. Byłam niespokojnym dzieckiem. Mama siedziała przy moim łóżku i płakała, a ja mówiłam: „biedna musia”. Mam nawet zdjęcia z ogrodu zoologicznego w Warszawie. Przed klatką niedźwiedzi robię to, czego nie wolno, czyli wyciągam do nich rękę, chcę je karmić. Potem przeprowadziliśmy się na ulicę Wileńską, gdzie w 1935 roku urodziła się moja siostra Alina. Podobno mówiłam, że jak dzidziuś będzie płakał, zamkniemy go w szafie. Mama mi potem wypominała całe życie, że byłam taką egoistką. W ramach osadnictwa wojskowego na Kresach Wschodnich komisarz Jurczak dostaje na Wołyniu majątek Zarzeczka w powiecie Gostopol koło Równego. Osadnicy wojskowi w Ukrainie mieli zagospodarować tereny, polonizować je, ale też być pierwszą strażą przed wiecznie groźną Rosją. Ojciec Hanny nie po to jednak wyrwał się z chłopskiej chaty, by wracać do pracy na roli. Majątek daje bratu Ignacemu, a sam kupuje efektowną willę z 1910 roku w samym centrum Gorlic. Budynek stoi do dziś. Zachowały się kolumny przy wejściu i balkony z półokrągłymi zadaszeniami. Nowe bloki i drogi zabrały 22


Pływając z traszkami

wielki ogród, park z alejami wysadzanymi tujami i świerkami. A był jeszcze basen kąpielowy, aleja tujowa, sosnowa i świerkowa, stajnia, wozownia i sala balowa z antycznymi rzeźbami. Willi Jurczaków nie dało się nie zauważyć w mieście, Hanna pamięta, że na elewacji bił po oczach biały napis „OAZA”. Dom sąsiaduje z Państwowym Gimnazjum i Liceum im. Marcina Kromera. Szymbark leży na tyle blisko Gorlic, że Jurczakowie z dziećmi spędzają tam każde lato w gospodarstwie prowadzonym przez Stanisława, drugiego brata Piotra.  – Wujek i kuzyni stawiali dla mnie balię i miałam kąpie­lisko. Jednocześnie w tym czasie czyścili wybetonowane koryto w ziemi z wodą dla koni, wyciągali stamtąd całe wiadra traszek i wrzucali do mojej balii, pływałam z nimi. Takie piękne z czarnym grzbietem i czerwonymi brzuszkami. Wszyscy mówili: pomylone dziecko, bo każdy się bał, brzydził. A ja byłam szczęśliwa z tymi traszkami, które pływały wokół mnie. Kąpała się też ze mną kura wielkości naturalnej, ale z materiału, malowana w białe prążki. W kąpieli prążki się zmyły. Strasznie płakałam, myślałam, że zabiłam kurę. Każdy awans ma swoją cenę. Sanacyjna Polska jest szarpana kryzysami politycznymi i gospodarczymi, władza potrzebuje Poli­ cji Państwowej. Kapitan Piotr Jurczak zostaje w 1936 roku skierowany do Myślenic na stanowisko komendanta powiatowego. Trzydzieści kilometrów od Krakowa, ponad dwadzieścia tysięcy mieszkańców. Jurczakowie szybko trafiają do śmietanki towarzyskiej Myślenic. Hanna zapamięta, że są zapraszani do dworu w pobliskim Pcimiu na święta i inne uroczystości oraz że może się bawić na dziedzińcu więzienia, którego dyrektor przyjaźni się z komendantem policji. Myślenice przechodzą wówczas do historii Polski z dwóch ponurych powodów: stają się scenerią antysemickiego marszu 23


PAŃSTWO GUCWIŃSCY

radykalnego działacza Stronnictwa Narodowego Adama Doboszyńskiego w czerwcu 1936 roku oraz jednym z miejsc wielkiego strajku chłopskiego w sierpniu 1937, kiedy Policja Państwowa zabija czterdziestu czterech demonstrantów, pozostawia setki rannych, a pięć tysięcy aresztuje. Antysemita Adam Doboszyński napada w nocy z 22 na 23 czerwca na posterunek policji w Myślenicach z siedemdzie­ sięcioosobową bojówką. Miasto w jednej trzeciej zamieszkane jest przez Żydów, należy do nich wiele sklepów, zasiadają w radzie miasta. Bojówka rozbraja policjantów, kradnie broń, rozbija szyby w sklepach żydowskich i pali zrabowane towary na rynku w Myślenicach, demoluje synagogę i próbuje ją podpalić. W pościgu ginie jeden z ludzi Doboszyńskiego, a on sam zostaje najpierw uniewinniony, potem zaś w drugiej instancji skazany na trzy i pół roku więzienia. Broni go Oskar Stuhr, dziadek Jerzego Stuhra. To jeden z najsłynniejszych procesów Polski sanacyjnej. W materiałach procesu marszu myślenickiego nie pojawia się nazwisko komendanta Piotra Jurczaka. Hanna też nie pamięta antysemickiego napadu na posterunek.  – Miałam cztery lata, a może myśmy przyjechali do Myślenic już później? Mieszkaliśmy na drugim piętrze domu z balkonem, mieliśmy pięć pokoi i pokój dla służącej. Na parterze działała poczta. Teraz w tym budynku jest komenda policji, a w naszym dawnym mieszkaniu działa wydział kryminalny. Na pierwszym piętrze mieszkała rodzina żydowska. Były w niej dzieci, Adam i Ewa, ja się bawiłam często z Ewą, bo była chyba w moim wieku. Próbuję od lat, ale nie mogę sobie przypomnieć ich nazwiska. W czasie wojny Niemcy podobno rozstrzelali ich w jednej z pierwszych egzekucji razem z Polakami. Ale pamiętam, że na pewno tata był sprowadzony do Myślenic z powodu chłopskiego strajku. Czasem mąż mi dogryza, że ojciec jako chłop wykształcił 24


Pływając z traszkami

się, by iść przeciwko swoim, chłopom. Nie mam zamiaru po tylu latach go tłumaczyć. Wielki strajk chłopski przeciw rządom sanacyjnym ogłasza w sierpniu 1937 roku Stronnictwo Ludowe. Na wyznaczonych placówkach chłopi przez dziesięć dni blokują drogi, by furmanki nie woziły produktów do miasta, a wieś nie kupowała żadnych towarów. Rok wcześniej policja zabiła dziewiętnastu chłopów, a ścigany Wincenty Witos przebywa na emigracji. Strajk z czasem zaczyna przypominać wojnę domową. W całej Polsce biorą w nim udział miliony ludzi. Policja krwawo tłumi zamieszki, rozbija blokady, pacyfikuje wsie, używając nie tylko pałek, ale i broni palnej. Chłopi ukryci w lasach odpowiadają kamieniami albo bronią na śrut. W okolicach samych Myślenic strajkuje ich dziesięć tysięcy. Do najtragiczniejszego wydarzenia dochodzi dwadzieścia kilo­ metrów od Myślenic we wsi Kasinka Mała. Policjanci zabijają tam 23 sierpnia 1937 roku dziewięciu chłopów, a dwóch ranią. W 1967 roku Władysław Gomułka odsłania pomnik ofiar w Kasince Małej, w 1998 komendant policji z Myślenic na budynku komisariatu odsłania tablicę na cześć kapitana Piotra Jurczaka.


Wszystko runęło

Siedmioletnia Hania cieszy się, że jest wojna.  – Mama miała zasadę, że dzieci przed nocą muszą zjeść kaszę na mleku, której ja nienawidziłam. Jak wybuchła wojna, to pomyślałam, że ktoś za mnie zje całą kaszę na mleku. Policja wpadła nas pakować dzień czy dwa po wybuchu wojny. Pamiętam tłum, szał policjantów. Mama twierdziła, że pakowali to, czego nie trzeba było, na przykład firanki. Ojciec jako komendant na Myślenice, Limanową i dalej kierował całą grupą policyjną i nie było go w domu. Wyrwałam się na łąkę, narwałam koniczyny dla królika Puszka. Mama go kupiła na rynku, ale potem krzyczała, że obgryza frędzle w dywanie. Zamknęłam go pokoiku przy kuchni, gdzie mieszkała służąca, i sądziłam, że przetrzyma wojnę na tej mojej koniczynie, ale podobno go komuś oddali. Gdy 5 września 1939 roku Niemcy wchodzą do Myślenic, Hania z mamą i siostrą są daleko od miasta. Zatłoczonymi drogami z tysiącem innych uciekają na wschód.  – Siedmioletnie dziecko już zapamiętuje obrazy. Na uciekinierce trupy koni i trupy ludzi. Pamiętam, jak zniża się niemiecki samolot, wszyscy z wozu uciekają, a potem patrzą: kto żywy, kto ranny, kto trup. Blokowały się drogi przez samochody, które ludzie 26


Wszystko runęło

porzucali, bo brakowało benzyny. Raz gdzieś się wyrwałam i znaleźli mnie, jak waliłam kamieniami w niewybuch. Na szczęście policjanci to zobaczyli, nie pocisk wybuchł, tylko straszna afera. Byłyśmy same z Aliną i mamą, a wokół policjanci, ojciec gdzieś z przodu kolumny z wojskiem. Spotkaliśmy się w końcu z nim pod Równem. Zatrzymaliśmy się na postój w jakiejś dużej pustej willi. Znalazłam tam piękną lalkę. Bardzo ją chciałam mieć. To była ostatnia nauka mojego ojca: nie wolno ci wziąć tej lalki, kiedyś wróci dziewczynka, która tu mieszkała, i będzie jej szukać. Lalkę zostawiłam. Dziewczynka pewnie nigdy nie wróciła. Piotr Jurczak żegna się na drodze z żoną i z córkami. Rozjeżdżają się. On musi pojechać z wojskiem dalej na wschód, ale nie na długo. One mają poczekać w majątku Zarzeczka, gdzie gospodarzy jego brat Ignacy Jurczak.  – Stryj był dość brutalny. Złapał śliczną zieloną ważkę i nad lampą naftową trzymał za skrzydła, i spalił na moich oczach. Nie było tam elektryczności, tylko lampy naftowe. Strasznie płakałam. Potem zapowiedział, że utopi kota. Ze strachu nosiłam tego kota w małej walizeczce trzy kilometry do szkoły i z powrotem piaszczystymi drogami pośród brzóz i muchomorów. Na polach rosły ogromne łany tytoniu. Byli już ruscy. Hania zaczyna chodzić do szkoły.  – Szkółki wiejskie były małe, a mnie – przyjezdną, córkę i bratanicę kogoś ważnego z majątku – traktowano jak świętą. Cokolwiek robiłam – czy chodziło o układanie kasztanów, czy liczenie – to było najlepsze, najwspanialsze w klasie. I tak o sobie potem przez pewien czas myślałam, że jestem taka wspaniała, co oczywiście było nieprawdą. Czas upływał mi na czekaniu na ojca; za każdym razem gdy drzwi się otwierały, myślałam, że może wejdzie. Stefania Jurczak, nie mając wieści od męża, próbuje pomagać w gospodarstwie Ignacego, choć w Białymstoku i Warszawie 27


PAŃSTWO GUCWIŃSCY

Hanna z rodziną – po lewej matka Stafania z d. Nizner, po prawej ojciec Piotr Jurczak

28


Wszystko runęło

przywykła do miejskiego życia. Zajmuje się kuchnią. Dla córek nowe dni na wsi też nie są łatwe.  – Wszystko runęło. W Myślenicach zawsze ubierała mnie służąca, a tam sama musiałam. Nie umiałam. Mama z tego stresu – bez męża, z nami, zależna od stryja – stała się nerwowa. Ja byłam żywym, upartym dzieckiem. Raz po kłótni zamknęła mnie w pokoju, gdzie były myszy, a ja zamiast chcieć wyjść, krzyczeć, siedziałam i budowałam pałac dla tych myszy. Stryj hodował dużo owiec, pamiętam, jak ukraiński parobek Hryćko woził mnie na baranie. Podobno był potem w UPA jak wielu Ukraińców z tego terenu, tam była też rzeź wołyńska. W styczniu 1940 roku Stefania jedzie do rodzinnego Białegostoku, również pod sowiecką okupacją, odwiedzić siostrę Leokadię. W pociągu spotyka kolegę z gimnazjum, Rosjanina. Ten bardzo dziwi się na jej widok, bo nazwisko Jurczaków, krewnych komendanta białostockiej policji i wroga z bolszewickiej wojny 1920 roku, jest na listach NKWD przedstawiających osoby przeznaczone do wywózki na Sybir. Każe jej natychmiast uciekać. Stefania wraca do majątku nocą, szybko ubiera dziewczynki, błaga Ignacego, by wszyscy uciekali na zachód, na niemiecką stronę, bo Rosjanie szukają Piotra i każdego z jego rodziny. Ignacy Jurczak odmawia, nie chce zostawić całego majątku, zwierząt, plonów tylko z powodu plotek zasłyszanych w pociągu. Stefania ucieka z dziewczynkami – początkowo pieszo, potem udaje się zapłacić za furmankę.  – Podjeżdżałyśmy tą furmanką pod zieloną granicę. To było gdzieś koło Białegostoku. Na wozie mama, ja z siostrą oraz jeszcze dwie rodziny, same kobiety z dziećmi. Rosjanie mieli otworzyć granicę, ale zamiast tego wyłapywali ludzi. Nas też złapali. Mama miała swoją filozofię, że na ruskich trzeba wrzeszczeć. Jak pan wrzaśnie, Rosjanin trochę mięknie. Wychowana w Białymstoku, 29


PAŃSTWO GUCWIŃSCY

mówiła doskonale po rosyjsku, a co szalenie ważne, z idealnym akcentem. Udawała Rosjankę i rozdarła się na tego żołnierza: jeden cziornyj komandir kazał jej tutaj iść, a ty taki owaki zatrzymujesz?! No to ją strażnik z córkami odstawił na bok. A dwie pozostałe rodziny z naszego wozu na naszych oczach rozstrzelali, pamiętam, jak padali. Rusek poszedł sprawdzać, co to za cziornyj komandir, a mama nas za ręce i w pole biegiem. Czołgałyśmy się, a oni za nami strzelali, mama nam głowy wciskała w te zamarznięte, zimne bruzdy kartoflane. Oświetlali za nami niebo i strzelali. Do tej pory, jak widzę na niebie na sylwestra światła, to się wzdrygam. Przeczołgałyśmy się w końcu na pas neutralny i dalej na stronę niemiecką. Był luty, miałyśmy letnie ubrania, bo kiedy wyjeżdżałyśmy, mówiono, że pięć dni i wojna się skończy. Stefania z domu Nizner mówi też doskonale po niemiecku. To ułatwia podróż. Przez trzy tygodnie wracają pociągami do Gorlic, gdzie została ich willa. Docierają w marcu 1940 roku. Na miejscu okazuje się, że w dwóch sąsiednich budynkach, kiedyś szkołach, działają szpitale, a pośrodku w ich domu mieszkają wojskowi lekarze i administracja, w tym rodzina szczególnie agresywnego Niemca Sztofregena. W mieszkaniu stoją meble ukradzione Żydom, do piwnicy trafiają wina z Francji. Niemcy proponują Stefanii Jurczak jako córce Niemca zapisanie się na volkslistę, ale ta odmawia. Jedzie z dziećmi do Szymbarku, do drugiego brata męża, Stanisława. Dostają pokój, ale pewnego dnia ośmioletnia Hania mówi, że kuzyn zapytał ją, jak długo będą jadły za darmo ich chleb. Stefania wie, że dziecko powtarza słowa dorosłych. Wracają do Niemców, do Gorlic.  – Zamieszkałyśmy we trójkę w oficynie ogrodnika, pana Ćwiertniaka. Niemcy za naszą willę dali nam mieszkanie w mieś­ cie, ale mama zamieniła się z ogrodnikiem, żeby być blisko swego 30


Wszystko runęło

majątku. To były dwa małe pokoiki, kuchnia i piwnica. Oficyna była cała obsadzona dzikim winem, wieczorami ćwierkały tam stada wróbli. Przy oficynie stała budka ze szwabskim wartownikiem, jak przechodziłam nadąsana, zawsze mi pięknie salutował. Niemiec Sztofregen robi wszystko, by Jurczakową wykurzyć z oficyny w ogrodzie. Proponuje pieniądze za majątek, ale Polka uparcie odmawia. Hanna:  – Miał dwa wilczury: Alfa i Wolfa, którymi mnie szczuł, ale one mnie nigdy nie ugryzły. Polubiliśmy się. Raz odkrył pokrywę zamykanej studni w podłodze piwnicy i wykręcił żarówki, tak że było zupełnie ciemno, i mama o mało do tej studni nie wpadła. Kiedyś jak w willi było przyjęcie, pijany Sztofregen wziął dwa rodzaje broni i strzelał nam pod oknami, chowałyśmy się z Aliną pod łóżkami. Rano poszedł na Gestapo z oskarżeniem, że przychodzą do nas partyzanci i chcieli go zastrzelić. Pokazał dwie łuski. Gestapo aresztowało mamę. Ale niemiecki lekarz, który był na przyjęciu i widział wszystko, zeznał, że Sztofregen tę biedną kobietę z małymi dziećmi prześladuje. Wysiedlili go, a w willi zrobili kasyno dla lekarzy wojskowych. 5 listopada 1940 roku do Szymbarku przychodzi list z Rosji od Ignacego Jurczaka, brata ojca Hani, który nie chciał opuścić majątku: „Droga Mamo i wszyscy Bracia i Bratowe. Piszemy do Was z niewoli sowieckiej, taki los nas spotkał, trudno. Na razie jesteśmy zdrowi, żyjemy bez Kościoła i księdza, dużo ludzi pomarło. Maryśka zdrowa i nie pracuje. Ja i Bolek pracujemy na życie, żeby z głodu nie zginąć (…)”. Do listu dołączone jest zdjęcie kobiety stojącej na śniegu w ogromnym szynelu i walonkach, obok zarośnięty mężczyz­ na w czapie i kufajce. To Ignacy z żoną zesłani na Sybir. Oboje 31


PAŃSTWO GUCWIŃSCY

mają przerażone oczy, w liście proszą o pomoc, wyciągnięcie ich z zesłania. NKWD zjawiło się w majątku Zarzeczka dwa dni po ucieczce Stefanii z córkami. Aresztowało Ignacego z żoną Marią i synem Bolesławem. W liście są słowa żalu, że zsyłka jest przez brata Piotra. Ignacy umrze w Uzbekistanie, w drodze do armii Andersa, żona powróci do Polski dopiero po wojnie. Kuzyn Hanny Bolesław będzie walczył na Zachodzie. Po wojnie osiądzie w Belgii, gdzie popełni samobójstwo. Od Piotra Jurczaka na razie żaden list nie przychodzi.


Spis treści

Prolog

9

Część I Ptasie wnioski Pływając z traszkami Wszystko runęło Mundury i mundurki Byłam w sytuacji nieprestiżowej Dlaczego nie zostałem szewcem Lamparty zamiast świń

13 15 19 26 33 38 49 53

Część II W ptaszarni bielizna, w pawilonie antylop ludzie Misie też atakują Dwa życia i śmierć Herr Globiga Sprawy sercowe Dzieci w formie zwierząt Pawilon: małpy

61 63 76 84 94 101 107

Część III

117 119 134 150 162 168 172

Najważniejsze jest gówno Goryle Safari w kraju Krecika Koko – święta łysa papuga I wtedy nam ogon wypadł Przyjęli nas jak zwierzęta. Z sercem

413


PAŃSTWO GUCWIŃSCY

Część IV Kawa została rozlana Goryl patrzy na PRL Zawiść rośnie jak oglądalność Niedźwiedź zamiast Jaruzelskiego Dary Szkoda kamery dla dwójki ludzi i paru ptaszków Obywatelka Stadnicka – szalet na ogół czysty Odrzańskie żyrafy Śmierć

181 183 189 198 216 225 234 242 256 265

Część V Zoo to państwo, Państwo Gucwińscy Największe lody stanu wojennego Śmierć w ptaszarni Ludzkie odruchy

269 271 290 299 303

Część VI

309 311 325 330 338 344 352

Niedźwiedzia przysługa One nawet w locie śpią Powódź Karawana Wolności Odbite światło słodkich zwierzątek Posłanka zoo

Część VII Mago To wszystko fałsz Rozwiązanie problemu kotów Sygnał dla innych

365 367 380 386 391

Zakończenie Podziękowania

405 407

Wybrane książki i filmy Hanny i Antoniego Gucwińskich Źródła ilustracji

409 411


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Państwo Gucwińscy. Zwierzęta i ich ludzie by SIW Znak - Issuu