Skip to main content

Melodia zapomnianych miłości

Page 1

elodia M zapomnianych miłosci

Dorota GÄ…siorowska


DOROTA

GĄSIOROWSKA

Melodia zapomnianych miłości


Copyright © by Dorota Gąsiorowska Projekt okładki Izabella Marcinowska Fotografia na okładce Copyright © Rodjulian/Dreamstime.com Redakcja Natalia Michalczyk Opieka redakcyjna Monika Kucab Agata Pieniążek

Opracowanie tekstu i przygotowanie do druku d2d.pl

ISBN 978-83-240-4635-5

Między Słowami ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków e-mail: promocja@miedzy.slowami.pl Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2017 Druk: Abedik


Mojej mamie Stanisławie


Prolog

N

a uliczkach Petersburga zapalały się pierwsze latarnie ga­ zowe. Mroźne listopadowe powietrze świadczyło o tym, że do miasta pomału wkrada się zima. Wzdłuż kamienic szedł wysoki, szczupły mężczyzna odzia­ ny w szary surdut zapięty na szereg ołowianych guzików, któ­ re z oddali skrzyły się jak małe gwiazdki. Jego mądre orzecho­ we oczy patrzyły przed siebie ze spokojem właściwym ludziom, którzy mimo bagażu doświadczeń wciąż potrafią zachwycać się światem. Obok niego podskakiwało małe, kilkuletnie dziewczę o pszenicznych lokach wypadających spod fikuśnego kapelusza, związanego pod brodą wstążką w okazałą kokardę. Dziewczynka podrygiwała, ciągnąc ojca za rękę, a poły jej granatowego płasz­ czyka rozchylały się, tworząc falującą rozetę. –   Walentyno, jeszcze tylko jeden zakręt i będziemy na miej­ scu. – Henryk starał się utemperować córkę. –   Papo, zimno mi. – Dziewczynka wsunęła rączkę w skórza­ nej rękawiczce w dużą dłoń ojca. Wkrótce doszli do niewielkiej oficyny. Z okienka sączyło się blade światło. Walentyna wyrwała się ojcu i stanęła na palcach, by zajrzeć do środka. Po ciemnozielonych ścianach pełzał cień człowieka.

7


Dorota Gąsiorowska –   Jest przy stole! – krzyknęła z entuzjazmem, a jej policzki jeszcze bardziej się zaczerwieniły. –   Walentyno, chodź tutaj. Dobrze wychowanej dziewczynce nie przystoi tak się zachowywać – skarcił ją ojciec. Walentyna odwróciła się do niego, w jej rozigranym wzroku próżno było szukać pokory. –   Chodź, chochliku. – Henryk przyciągnął córkę, po czym razem przekroczyli próg. W małym kwadratowym pomieszczeniu o ścianach, których od dawna nie dotykały pędzel i świeża farba, rozchodziła się woń drewna i egzotycznych olejów. Walentyna skrzywiła się i schowała za Henrykiem. Nie lubi­ ła unoszącego się tu zapachu, a właściciel pracowni, ten dziwny pan o krzaczastych brwiach i długiej siwej brodzie, która łączy­ ła się z białymi włosami, wydawał jej się strasznie nudny. Ciągle kazał jej chwytać skrzypce i na nich grać, a kiedy już myślała, że zabiorą je z papą do domu, ten cudaczny staruszek w długiej purpurowej szacie sięgającej niemal do kolan zabierał skrzypce i chował je do wysokiej mahoniowej szafy. –   Jeszcze nie teraz, nie tym razem – mówił raz po raz. W ciągu ostatnich trzech miesięcy to była już szósta wizyta Walentyny i jej ojca Henryka w najsłynniejszej pracowni lutni­ czej mistrza Wasyla w Petersburgu. Trudno się dziwić, że ży­ wiołowe dziecko czuło coraz większe zniecierpliwienie. Dzisiaj jednak było inaczej… Zaczęło się jak zwykle: Wasyl ustawił Walentynę między krzesłem obitym wypłowiałym szmaragdowym pluszem, w kilku miejscach nadgryzionym przez mole, a niedomkniętym drew­ nianym kufrem, z którego wystawały różne klamoty, i podał jej

8


Melodia zapomnianych miłości skrzypce. Ale kiedy mała skończyła grać, na jego twarzy było widać emocje. –   No dobrze, Walentyno. – Uśmiechnął się, gładząc brodę. – Wygląda na to, że w końcu będziesz mogła je zabrać. Walentyna się rozpromieniła. –   I już nigdy więcej nie będę musiała do pana przychodzić? – Uniosła główkę i wbiła niebieskie oczy w pobrużdżoną twarz. –   Nie będziesz musiała – zapewnił ją Wasyl. – Chciałbym jednak, żebyś mi coś obiecała. – Skupione ciemne oczy lutnika zbyt intensywnie wpatrywały się w dziewczynkę. Popatrzyła na niego z obawą. Wasyl zbliżył się do mosiężnego stolika z drewnianym blatem i przesunął lampę naftową na jego skraj. Światło się rozproszyło, rzucając na lutnika magnetyczny blask, dzięki czemu jego twarz wydawała się znacznie młodsza i pogodniejsza. –   Żyła kiedyś piękna, młoda dziewczyna o imieniu Prozer­ pina – zaczął snuć opowieść tajemniczym głosem. – Pewnego dnia zbierała na łące kwiaty w towarzystwie zaprzyjaźnionych nimf. – Wasyl spoglądał w zaparowaną szybę. – Ale… – Urwał, a później podniósł głos. – Zauważył ją władca podziemi Pluton. Tak bardzo mu się spodobała, że ją porwał i pojął za żonę. Od­ tąd dziewczyna musiała żyć w ciemności. Nie widziała słońca, gwiazd ani pięknych kolorów świata, które tak dobrze znała. –   To straszne! – Walentyna wydała z siebie okrzyk przera­ żenia. – Przecież bajki dobrze się kończą – szepnęła drżącymi ustami, przytulając do piersi skrzypce z jaworowego drewna. –   Ta opowieść też nie skończyła się źle. – Wasyl błądził wzro­ kiem po ciemnej szybie, z której zaczęły spływać drobne kro­ pelki wody. – Chociaż… – Zastanowił się, sprawiając wrażenie

9


Dorota Gąsiorowska nieobecnego. – W życiu nigdy nie ma idealnego rozwiązania – rzekł filozoficznie, pociągając za czubek brody. – Prozerpina mia­ ła ukochaną matkę Ceres, która wciąż szukała córki, bo nie po­ trafiła o niej zapomnieć. W końcu odnalazła swoje dziecko, ale niedobrych czarów nie można było do końca cofnąć. Ceres mog­ ła zabrać ze sobą Prozerpinę na osiem miesięcy w roku. Resztę czasu Prozerpina miała spędzać z mężem pod ziemią. I tak każ­ dego roku. –   Nie podoba mi się ta bajka. – Walentyna odważyła się wy­ powiedzieć swoje myśli na głos. Opowieści, które słyszała od mamy, miały pięknych bohaterów i dobre zakończenia. Nie było w nich groźnego króla podziemi ani ciemności, której Walentyna, jak każde dziecko, bardzo się bała. –   Jesteś niewinna i maleńka, ale kiedyś poznasz życie. Być może zejdziesz nawet do królestwa ciemności. – Wasyl przy­ mrużył oczy, lecz po chwili otworzył je bardzo szeroko, przez co Walentynie wydały się zbyt duże i zbyt okrągłe. Pośrodku nich, jak dwie czarne kuleczki, połyskiwały źrenice. Walentyna przysunęła się do ściany i jeszcze mocniej przy­ tuliła skrzypce. –   Masz wielki talent. Grając na tych skrzypcach, zaczarujesz niejedno serce. – Uśmiechnął się, choć na jego twarzy malował się niepokój. – Ale pamiętaj: nigdy nie wolno ci wykorzystać ich do haniebnego czynu. Muzyka nie może nikogo zniewolić, ona ma rozświetlać duszę. Jeśli kiedykolwiek skrzywdzisz kogoś za pomocą tych skrzypiec, nie będzie ci wolno już więcej na nich zagrać. Te słowa przeraziły dziewczynkę. Nikt nigdy nie zwracał się do niej takim tonem, nikt nie mówił o takich strasznych sprawach.

10


Melodia zapomnianych miłości Kogo miałaby skrzywdzić? Nie potrafiła nawet dać kuksańca swojemu starszemu bratu Maksymowi. A muzykę, poza mamą, papą i Maksem, kochała najbardziej na świecie. Pani Teofila, jej nauczycielka, mówiła, że paluszki Walentyny zostały stworzone właśnie po to, by grać. –   Rozumiesz? – Czarne oczy Wasyla rejestrowały każdy ruch dziewczynki. Przytaknęła. Wtedy podszedł do niej i zabrał jej skrzypce. Wolnym krokiem ruszył do szafy. Wyciągnął z niej futerał oble­ czony miękką wiśniową skórą i wpakował do niego instrument, po czym wrócił do dziecka. –   Proszę, Walentyno. – Podał jej futerał. –   Dziękuję. – Dygnęła tak, jak uczyła ją mama, choć nie była pewna, czy robi to dobrze. Wasyl odprowadził wzrokiem ojca i córkę, a potem stał przy oknie i spoglądał na dwie sylwetki przesuwające się po wilgot­ nej ulicy. –   Powodzenia. Pamiętaj, że życie nie zawsze jest piękną baj­ ką! – Zasłoniwszy okno skrawkiem sukna, zatrzymał sękate pal­ ce na nierównym brzegu tkaniny. Później zgasił lampę i opuścił pracownię.


N

ad poznańskimi Winogradami szalała burza. Co kilka­ naście sekund błyskawice przecinały granatowe niebo. Wiatr bezlitośnie smagał uśpione rośliny, zanosząc się szyder­ czym śmiechem. Strugi deszczu uderzały w szyby tak mocno, jakby chciały je roztłuc. Zygmunt siedział przy kuchennym stole i spoglądał przez okno. Z czwartego piętra widział tylko ciemne czubki drzew i wąski osiedlowy parking. Dochodziła druga, ale nie mógł usnąć. Ta burza przyszła w samą porę – przynajmniej miał realny po­ wód swojej bezsenności. Mógł wstać i zrobić sobie herbatę bez obawy, że obudzi Biankę. Inaczej pewnie męczyłby się do rana, przewracając z jednego boku na drugi. W mieszkaniu było ci­ cho jak makiem zasiał. Po pierwszym uderzeniu pioruna odłą­ czono prąd. Znużyło go siedzenie w ciemności. Wstał i zapalił świecę, a po­ tem ruszył z nią do pokoju gościnnego. Stanął naprzeciw szafy, przysunął płomień do zamka, przekręcił klucz i rozchylił oba skrzydła. Odłożył świecę na podłogę i sięgnął ręką na najwyż­ szą półkę, na której leżały ciasno ułożone ubrania. Zygmunt był niewysoki, miał niewiele ponad metr sześćdziesiąt, więc żeby do­ sięgnąć tego, czego szukał, musiał stanąć na palcach.

12


Melodia zapomnianych miłości –   Jest. – Uśmiechnął się, ściskając ciemnowiśniowy futerał. W tej samej chwili w drzwiach pokoju stanęła jego córka. –   Tatku, czego tutaj szukasz? – Bianka przecierała oczy, sta­ rając się coś dostrzec w ciemnym wnętrzu. Jedyne, co udało jej się zauważyć, to zmieszanie na twarzy Zygmunta. Mężczyzna pomału się podniósł, mocno ściskając futerał. Spra­ wiał wrażenie zakłopotanego, jakby został przyłapany na czymś niestosownym. Bianka podeszła do niego, jej wzrok natychmiast powędro­ wał w stronę podłużnego pudełka. Było obleczone chropowatą skórą i zamknięte na trzy mosiężne skobelki, z których każdy ozdobiono rozetą. –   Co to ma znaczyć, tatku? – Bianka wyciągnęła rękę przed siebie, ale Zygmunt się cofnął. –   Chodźmy do kuchni, tam jest trochę jaśniej – powiedział i nie patrząc na córkę, wyszedł z pokoju. W kuchni położył futerał na stole. Bianka zbliżyła się z obawą. –   O co chodzi? Przecież nigdy nie pozwalałeś ich… –   Otwórz – szepnął ochryple. –  Tatku… – Bianka nie miała pojęcia, jak się zachować. Od dziec­ ka wiedziała, że ma się trzymać z daleka od wiśniowego futerału. Zygmunt ujął jej rękę i położył ją na wierzchu pokrowca. –   No, otwórz – ponaglił. Powoli przesunęła dłoń na jeden z trzech skobli i odhaczy­ ła go. Potem to samo zrobiła z kolejnymi. Licząc swoje oddechy, rozchylała wieko, hipnotycznie się w nie wpatrując. –   Wyjmij je – zachęcił Zygmunt. Zerknęła na niego przelotnie. Już po chwili dotykała śliskie­ go jaworowego drewna.

13


Dorota Gąsiorowska –   Są cudowne i pachną tak… – Długo wciągała w nozdrza powietrze. Potem wzięła instrument i przyłożyła do policzka, jakby witała się z bliską osobą, której nie widziała przez długie lata. –   To skrzypce twojej babki Walentyny. – Głos Zygmunta nieznacznie zadrżał. –   Wiem, do kogo należały. Chciałabym tylko, żebyś wyjaśnił mi, dlaczego właśnie teraz je wyjąłeś. –   Dobrze wiesz dlaczego – odrzekł Zygmunt z powagą. –   Czy to znaczy, że mam je zabrać? –   Tak. Chociaż nadal uważam, że porywasz się z motyką na słońce. – Pokręcił głową. –   Nie wierzysz, że mi się uda? – spytała zaczepnie. Zygmunt westchnął. Najchętniej pozostawiłby to pytanie bez odpowiedzi, lecz córka wpatrywała się w niego z oczekiwaniem. –   Przepraszam, Bianko, ale nie wierzę, że ci się uda. Wiem, że wolałabyś usłyszeć ode mnie coś innego… –   W porządku. Podjęłam decyzję i nic tego nie zmieni. Zresz­ tą już nie mogę się wycofać, przyjęłam zaliczkę. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to za dwa miesiące skończą się nasze problemy finansowe. Zygmunt nie wytrzymał napięcia i uderzył ręką w stół. –   To moja wina! – rzekł podniesionym głosem. – To ja po­ winienem zarobić te pieniądze. –   Tatku, spokojnie. – Bianka chwyciła rozdygotaną rękę ojca. – Przecież starasz się, jak możesz. Dobrze wiesz, że etat w filhar­ monii i drobne zlecenia nie wystarczą, żebyśmy wyszli na pro­ stą. Moja pensja nauczycielki też nie zapełni dziury w budżecie domowym. Ten wyjazd to dla nas wielka szansa.

14


Melodia zapomnianych miłości Zygmunta wcale nie przekonały jej słowa. –   Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek wyjdziemy na prostą – odezwał się z rezygnacją. – Gdy żyła Marianna, wszystko wyda­ wało się dużo prostsze. Pieniądze były nieważne, bo wciąż tliła się nadzieja. A teraz nie ma ani Mani, ani szansy na lepsze jutro. Zo­ stały tylko długi. – Pochylił się nad stołem i oparł głowę na łokciach. Bianka objęła jego wygięte w łuk plecy. –   Próbowaliśmy. Zrobiliśmy wszystko, co się dało. –   Tak – stwierdził smutno. – Ta nowatorska metoda leczenia w klinice w Genolier była ostatnią deską ratunku, ale… Od śmierci Marianny minęły już cztery lata, jednak wciąż do­ tkliwie odczuwali jej brak. –   Tatku, będzie dobrze. Obiecuję ci to. – W głosie Bianki słychać było niezachwianą pewność. Zygmunt jęknął, starając się stłumić szloch. Potem wyprosto­ wał się i przytulił córkę. Wzrok obojga jednocześnie ­powędrował w kierunku błyszczących skrzypiec, które Bianka odłożyła na skraj stołu. –   Może z nimi ci się powiedzie. – Zygmunt wysilił się na uśmiech. –   Więc jednak dajesz mi szansę? – Bianka przybliżyła się do stołu, pogładziła cztery struny i dotknęła palcami główki w kształ­ cie ślimaka. –   Zawsze jest jakaś szansa. Nie chciał odbierać córce nadziei, ale jej pomysł od początku wydawał mu się niemożliwy do zrealizowania. Jeszcze ta kobie­ ta, która znalazła Biankę w szkole muzycznej, gdzie jego córka uczyła gry na skrzypcach. Ta cała Klara od początku nie wzbu­ dziła w nim zaufania. Kwota, którą proponowała, była wprawdzie

15


Dorota Gąsiorowska bajeczna, lecz Bianka nigdy nie przykładała wagi do pieniędzy. Dla niej zawsze najważniejsze były muzyka, przyjaźń, życzliwość. Dobrze ją z Marianną wychowali. Teraz jednak zachowywała się irracjonalnie. Od razu przyjęła propozycję Klary, bez wcześniejszej konsultacji z ojcem. Wszy­ scy troje spotkali się później w kawiarnianym ogródku na sta­ rówce. To wystarczyło, aby wyrobił sobie zdanie o tej wysuszo­ nej paniusi. W jej wzroku było coś gryzącego, nie dało się tak po prostu spojrzeć jej w oczy. Mimo pięknych słówek, którymi chciała ich oczarować, nie uwierzył w jej przemowę. Bianka natomiast była tak rozentuzjazmowana, jakby wygra­ ła los na loterii. Zygmunt miał niejasne przeczucie, że ta kobieta wciągnie jego ukochaną córkę w spiralę spraw, które niekoniecz­ nie dobrze się zakończą. W rodzinie Zygmunta przeczucia były czymś normalnym. Wiązały się z muzyką, z dźwiękami, którymi oddychał niemal od kołyski. Tak jak Bianka. To on zaszczepił jej miłość do muzyki. A może miała ją w genach? Wydawało się, że w rodzinie Zamojskich jest się na nią skazanym. Zygmunt od dziecka grał na altówce, a jego matka Walentyna była jedną z najbardziej utalentowanych młodych skrzypaczek w Petersburgu. Jako nastolatka przyjechała z ojcem Henrykiem i bratem Maksymem do Polski. Osiedli w rodzinnym folwarku Henryka w Podstolicach, na południu kraju. Henryk był Polakiem, Rosję pokochał tylko ze względu na swoją żonę Ludmiłę. Kiedy Ludka odeszła z tego świata, spakował dobytek do kilku olbrzy­ mich skórzanych walizek i nie bacząc na protesty dzieci, wrócił do rodzinnego kraju. Wbrew obawom Henryka ziemia przodków oczarowała jego pociechy. Maksym uczył się zarządzać folwarkiem, a Walen­

16


Melodia zapomnianych miłości tyna – grać na skrzypcach, choć mówiono, że godziny nauki z francuską nauczycielką Henryk opłacił tylko dla zasady. Uta­ lentowana Walentyna miała w dłoniach magię. Już jako kilku­ latka była w stanie zagrać ze słuchu niemal wszystkie utwory, a nuty potrafiła zapisywać na pięciolinii, jeszcze zanim nauczy­ ła się cyrylicy. „Cudowne dziecko”, mawiano i obchodzono się z nią jak z jajkiem. Rodzice, świadomi jej wyjątkowości i talentu, traktowali ją jak księżniczkę. Mimo swojej eteryczności Walentyna wyrosła na rezolutną kobietę, choć skrzypce zawsze były najważniejsze. Zrobił je dla niej uzdolniony lutnik Wasyl z Petersburga. –   Zawojujesz nimi cały świat i zaczarujesz niejedno ludzkie serce – powiedział małej Walentynie, przekazując jej skrzypce, za które już wcześniej zainkasował kwotę tak pokaźną, że można byłoby nabyć za nią przynajmniej pół kamienicy. Rodzice Walentyny tak mocno uwierzyli w talent córki, że byli skłonni wydać na nią każdą kwotę. I rzeczywiście, skrzyp­ ce Walentyny coś w sobie miały, bo kiedy tylko ulatywały z nich pierwsze dźwięki, publiczność nie mogła wyjść z podziwu. Nie było osoby, która pozostałaby obojętna na grę dziewczynki. „Ta mała to czarodziejka”, mówiono, kiedy Walentyna stała na środ­ ku sceny, sycąc zmysły słuchaczy wyjątkową muzyką. –   Tatku… – Bianka przysunęła się do stołu i pochyliła nad skrzypcami, jakby chciała się im przyjrzeć jeszcze dokładniej. – Sądzisz, że dam radę na nich zagrać? –   Jestem tego pewien – odrzekł z przekonaniem Zygmunt, uśmiechając się pod nosem. – W niczym nie ustępują stradiva­ riusowi.

17


Dorota Gąsiorowska Długo milczeli, wpatrując się w płomień świecy, który nagle zaczął się poruszać we wszystkie strony. –   Jaka ona była? – Bianka popatrzyła na ojca nieśmiało. –   Kto? – Głos córki wyrwał Zygmunta z zamyślenia. Nie odpowiedział. Odkąd wyjął futerał, wciąż myślał o Walentynie. –   Tatku, słyszysz mnie…? Dopiero te słowa całkowicie go oprzytomniły. Spojrzał na córkę pytająco. –   Jaka była moja babka? – powtórzyła. –   Była taka… – Zygmunt pogładził brodę i przesunął ręką za uszami, jakby chciał ułożyć włosy, których tam nie było. Unikał rozmów o matce. Bianka niewiele o niej wiedziała, bo Walentyna zmarła, za­ nim dziewczyna pojawiła się na świecie, ale to tylko potęgowało jej ciekawość. Postać Walentyny od dziecka ją intrygowała. Niestety poza kilkoma wypłowiałymi fotografiami, skrzypcami i mieszkaniem na poznańskiej starówce, które kiedyś zajmowali, nic po niej nie zostało. Gdy wybuchła druga wojna, Walentyna była młodziutka, ledwie skończyła dwadzieścia wiosen. Ojca i brata zwerbowano do wojska; nie wrócili już do rodzinnego dworu. Nie wiadomo dokładnie, co działo się później z Walentyną. Okres po opusz­ czeniu rodzinnych Podstolic jest jak czarna dziura w jej historii. W Poznaniu pojawiła się, gdy była tuż przed trzydziestką. Właś­ nie wtedy poznała Nikodema. Wkrótce go poślubiła. Urodził się Zygmunt, ich jedyne dziecko. Walentyna była dobrą, choć surową, matką. Zygmuś od małe­ go pobierał lekcje gry na altówce. Nie buntował się, mimo że nie pałał do muzyki aż tak wielką miłością jak jego mama. Tylko ona

18


Melodia zapomnianych miłości miała ten szczególny dar malowania dźwiękiem. Niestety mąż i syn nigdy nie usłyszeli, jak Walentyna gra. Odkąd pojawiła się w Poznaniu, nie zagrała na swoich skrzypcach. Podobno często brała je do rąk i gładziła, jakby pieściła ukochaną osobę, ale kie­ dy tylko nasyciła się ich dotykiem, wkładała je z powrotem do ciemnowiśniowego futerału, który zaraz potem znikał na naj­ wyższej półce ciężkiej dębowej szafy. Skrzypce leżały w niej do dzisiaj, w tym samym miejscu, otulone zapachem kulek lawen­ dowych. Zmieniały się tylko ubrania otaczające skórzany futerał. Szafa wraz z kilkoma innymi wiekowymi meblami i liczny­ mi bibelotami przyjechała do mieszkanka na Winogradach trzy lata wcześniej. Musiały się w nim zmieścić komody, szafy i eta­ żerki, które przez ponad siedemdziesiąt lat oddychały swobodnie na prawie stu metrach mieszkania z wysokim stropem w starej kamienicy na poznańskim rynku. Zygmunt i Bianka wciąż bez­ skutecznie poszukiwali kupca na to mieszkanie, a pośredniczka nieruchomości radziła, żeby je opróżnić. Parę przedmiotów udało się sprzedać, ale to wciąż była kropla w morzu ich potrzeb. Dług zaciągnięty na leczenie Marianny właściwie nie malał. –   Te skrzypce to jedyna osobista pamiątka po mojej mamie. – Zygmunt długo wpatrywał się w instrument. – Uważaj na nie. – Zbliżył się do stołu, wziął skrzypce i schował je do futerału. – Są nastrojone, brzmią idealnie. –   Dziękuję. – Bianka wciąż nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Dotychczas skrzypce babki Walentyny zawsze znajdowały się poza zasięgiem jej wzroku, schowane głęboko w szafie. Jako kil­ kulatka wymyślała na ich temat różne fascynujące historie. Ocza­ mi wyobraźni widziała babkę Walentynę na wielkiej scenie jako

19


Dorota Gąsiorowska młodą dziewczynę w szerokiej wytwornej sukni, z rozwianymi włosami i marzycielskim spojrzeniem, właściwym ludziom, któ­ rzy żyją w ulotnym świecie nut. Bianka miała trzydzieści lat, ale wyglądała na dużo młodszą. Była drobna, po ojcu odziedziczyła niski wzrost. Podobno nikt z rodziny Zygmunta nie przekroczył metra sześćdziesięciu pię­ ciu. To dziwne, ale zewnętrznie Bianka nie była podobna ani do Zygmunta, ani do swojej mamy Marianny. Mania była ciemną szatynką o brązowych oczach, a Bianka miała lekko kręcone jas­ ne włosy i duże chabrowe oczy w ciemnej oprawie rzęs. Do złu­ dzenia przypominała Walentynę. To podobieństwo można było dostrzec, patrząc na jedną z trzech sfatygowanych fotografii, które pozostały po skrzypaczce. Na jed­ nym zdjęciu, zrobionym jeszcze w rodzinnym folwarku w Podsto­ licach, Walentyna ma nie więcej niż osiemnaście lat. Babka Bianki uśmiecha się, pokazując rząd ładnych perłowych zębów, w jej policz­ kach zaś widać dwa urocze dołeczki. Bianka też takie miała, a ponie­ waż uśmiechała się bardzo często, stanowiły jej znak rozpoznawczy. Od niemowlęctwa miała niezwykle jasne włosy. Kiedy Ma­ rianna ujrzała ją po raz pierwszy, nie mogła oderwać oczu od gęstych pukli na główce córki. –   Nadam ci imię Bianka, bo jesteś taka bialutka – powiedzia­ ła od razu. Później poinformowała o swojej decyzji męża, nawet nie bio­ rąc pod uwagę tego, że Zygmunt może się sprzeciwić. Nie pro­ testował. Co więcej, przyjął pomysł żony z dużym entuzjazmem, a imię to wydawało mu się w tamtej chwili najpiękniejsze na świe­ cie. Tak zresztą pozostało do dzisiaj. Córeczka była jego oczkiem w głowie. Była najważniejsza.

20


Melodia zapomnianych miłości –   Połóż się już do łóżka, chochliku, powinnaś się wyspać. To ostatnia noc we własnym łóżku – zauważył smutno. –   Tatku, nie ostatnia. – Bianka miała ochotę przytulić się do ojca, ale coś podpowiedziało jej, żeby tego nie robić. Widziała, jak przeżywa tę sytuację. Do końca wierzył, że na­ kłoni ją do zmiany decyzji. Bianka nie mogła jednak tego zro­ bić. Zaliczkę od Klary natychmiast zaniosła do banku i spłaciła zaległe raty. Zostawiła tylko drobną kwotę potrzebną na życie. Jej nauczycielska pensja nie była wysoka, a po spłaceniu kre­ dytu nie zostawało z niej zbyt wiele, ale jakoś jej to wystarcza­ ło. Była typem dziewczyny, która z niczego potrafi zrobić cuda. Ubrania, które kupowała na wyprzedaży albo w ciucholandzie za kilka złotych, potrafiła tak zręcznie przerobić, że zawsze wy­ glądała świetnie. Była indywidualistką, co podkreślała ubiorem. Do spódnicy zazwyczaj doszywała dodatkową listwę lub falbanę, żeby od­ różniać się od reszty dziewczyn. Zresztą właściwie nie musiała tego robić. I tak wyglądała inaczej. Z marzycielskim spojrzeniem i anielskimi falowanymi włosami do ramion sprawiała wrażenie, jakby unosiła się metr nad ziemią. Być może to z powodu obca­ sów, którymi chciała dodać sobie kilka centymetrów. Kiedy szła korytarzem ogólnokształcącej szkoły muzycznej, w której uczyła gry na skrzypcach, wszyscy się do niej uśmiechali. Bianka należała do osób, od których trudno było oderwać wzrok. Była ulubienicą nie tylko swoich podopiecznych, lecz tak­ że kadry nauczycielskiej. „Jak ty to robisz, kochana, że zawsze masz dobry humor?”, pytały koleżanki, które podziwiały Bian­ kę, doskonale wiedząc, z jakimi problemami boryka się ta mło­ da kobieta.

21


Dorota Gąsiorowska Każdy chciał jej pomóc, ale ona nie chciała przyjąć tej pomocy. Czuła się odpowiedzialna i za siebie, i za ojca, a wcześniej rów­ nież za mamę. Choć trzeba przyznać, że Zygmunt także był roz­ ważnym człowiekiem. Tę roztropność mieli w genach – wszyscy Zamojscy tacy byli. Nagle Zygmunt przybliżył się do Bianki i mocno ją przytulił. –   Uważaj na siebie, chochliku. – Przesunął ręką po jej wło­ sach i zakręcił ich końce na palcu wskazującym. Zawsze tak robił. Już w dzieciństwie, kiedy wspinała mu się na kolana, bawił się jej jasnymi puklami, układając je w sprężynki. Przeważnie szeptał jej wtedy do ucha: „Moja mała Bianko, mój chochliku”. Teraz nie była już jego małą Bianką. Była po prostu Bianką. Kiedy Marianna zachorowała, córka stała się jego powiernicą. Patrzyła mu prosto w oczy jak dorosła, doświadczona życiem kobieta i podpowiadała rozwiązania, o których nie miał pojęcia. Gdy poznał diagnozę żony, długo nie radził sobie z sytuacją. Do­ piero Bianka uzmysłowiła mu, że muszą walczyć. Że dla mamy powinni zjednoczyć siły. Że Marianna nie może zobaczyć w ich oczach wahania. Potrafili walczyć, dla Mani walczyli do końca. Nawet wtedy, gdy wszystko wydawało się już przesądzone, a budząca nadzieję metoda leczenia, która tyle ich kosztowała, nie przyniosła skutku, wciąż wierzyli, że Marianna wróci ze Szwajcarii zdrowa. Prze­ konywali ją nawet kilka godzin przed śmiercią, kiedy patrzyła na nich spokojnym wzrokiem. Wtedy już wiedziała, że odejdzie, ale nie chciała odbierać im wiary. Uśmiechała się tylko smutno. Równie nagle, jak ją przytulił, Zygmunt wypuścił Biankę z ob­ jęć i oddalił się do swojego pokoju. Wiedziała, że płacze. Był bardzo wrażliwym człowiekiem, nie wstydził się łez. Kiedy brał

22


Melodia zapomnianych miłości do rąk swoją altówkę, czasami też zdarzało mu się uronić łez­ kę. Ale tylko w zaciszu domowym, na scenie był profesjonalistą. W orkiestrze symfonicznej w Filharmonii Poznańskiej grał już ponad trzydzieści lat. Od początku szanowano go nie tylko za punktual­ność, ale też za doskonały warsztat. –   Zadzwoń, jak dojedziesz – poprosił. Bianka wiedziała, że rano się nie zobaczą. Orkiestra Zygmunta właśnie przygotowywała się do serii wakacyjnych występów, któ­ re miały się rozpocząć 1 lipca. Pozostało zaledwie kilka dni, więc na próbach wrzało. Każdy dawał z siebie wszystko, a Zygmunt zazwyczaj jeszcze więcej niż inni. O siódmej rano miał już być w filharmonii. Bianka zamierzała wyjechać później. Była już spakowana, a dzień wcześniej oddała samochód do mechanika, żeby w czasie jazdy nie zaskoczyły jej ewentualne nie­ spodzianki. Miała do przejechania ponad czterysta kilometrów i trochę denerwowała się podróżą.


Czy muzyka zaklęta w starych skrzypcach otworzy drzwi do tajemnicy sprzed lat? Bianka nikogo i niczego nie kocha bardziej niż muzyki. Gdy pewnego dnia jej rodzina staje na krawędzi bankructwa, dziewczyna zgadza się przyjąć niecodzienne zlecenie. Wyjeżdża do malowniczego Kazimierza, by zamieszkać z tajemniczą zleceniodawczynią i jej niewidomym synem. Zabiera ze sobą jedynie ukochane skrzypce – rodzinną pamiątkę po babce Walentynie. Mroczne, stare domostwo na skraju miasteczka skrywa sekrety, których obecność dziewczyna wyczuwa już od progu. Czy to możliwe, że jaworowe skrzypce łączą historie rodzin Bianki i niewidomego Sama? Czy skrzypcowa muzyka rozwiąże kłębiące się wokół zagadki i otworzy zamknięte serca?

Najnowsza powieść Doroty Gąsiorowskiej intryguje i uwodzi niczym pełna tajemnic melodia ciepłych sierpniowych wieczorów.

Cena 34,90 zł


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Melodia zapomnianych miłości by SIW Znak - Issuu