ntykwariat A spełnionych marzen
Porusza. Pozwala marzyć. Daje nadzieję.
Dorota Gąsiorowska
DOROTA
GĄSIOROWSKA
Antykwariat spełnionych marzeń
Copyright © by Dorota Gąsiorowska Fotografia na okładce Copyright © Yolande de Kort/Trevillion Images Redakcja Emilia Kolinko Opieka redakcyjna Monika Kucab Agata Pieniążek
Opracowanie tekstu i przygotowanie do druku cała jaskrawość, www.calajaskrawosc.pl
ISBN 978-83-240-3757-5
Między Słowami ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków E-mail: promocja@miedzy.slowami.pl Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2017 Druk: Abedik
S
tare krakowskie uliczki kąpały się w strugach jesiennego deszczu. Padało od kilku dni, a studzienki ściekowe nie nadążały zbierać wody, która zalewała chodniki. Emilia szła środkiem Floriańskiej. Nawet nie starała się omijać kałuż. Na nogach miała wysokie kalosze, a w ręku duży parasol w kolorowe paski. Nie śpieszyła się. Co chwila zatrzymywała wzrok na sklepowych witrynach lub oknach kamienic. Na moment stanęła przy salonie z biżuterią, przyglądając się oryginalnemu medalionowi z eliptycznym bursztynem. W szybie zamajaczyła jej sylwetka. Przyjrzała się sobie dokładniej. Drobna, okrągła twarz, jasnozielone oczy, sprawiające wrażenie wiecznie zdziwionych, i ładnie wykrojone, pełne usta z zamyślonym uśmiechem. Ciemne proste włosy pod wpływem wilgoci nieco przykleiły się do ramion, a na zarumienione policzki spadła niewielka kropla wody z brzegu parasola. Starła ją natychmiast i włożyła rękę do kieszeni palta w kolorze butelkowej zieleni, idealnie dopasowanego w pasie do jej szczupłego ciała. Zaraz potem wsunęła rękę we włosy i przeczesała je, chcąc poprawić fryzurę. Natrafiła palcami na wypukłe, rubinowe oczko srebrnej spinki. Zapięła ją dokładniej. Poczuła dotkliwy chłód i ruszyła przed siebie. Drogę znała doskonale. To była jej stała trasa już od kilku lat, odkąd zaczęła pracować w antykwariacie na Siennej.
7
Dorota Gąsiorowska Dwa lata temu skończyła polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale u pana Franciszka terminowała jeszcze w czasach liceum. Właściwie od dziecka znała jego sklepik. Kochała tego starego człowieka i książki, którymi się otaczał. Trzymał je nie tylko w swoim antykwariacie. Opasłe, podniszczone tomy tkwiły niemal we wszystkich kątach jego przedwojennego domu znajdującego się niecałe trzydzieści minut drogi od głównego rynku. Gęste krople deszczu uderzały o parasole przechodniów. Emilia weszła na Rynek. Odwróciła się, licząc, że być może zaraz zobaczy pana Franciszka, ale zamiast znajomej twarzy dostrzegła tylko kilka skulonych gołębi szukających schronienia pod ulicznym straganem. Popatrzyła na kolorowe, zroszone deszczem kwiaty wystawione przez kwiaciarki. Wyglądały świeżo i pięknie. Ich barwy ożywiały ponury, zamglony pejzaż soczystym refleksem. Przystanęła przy bukiecie białych margerytek i zaraz znów ruszyła przed siebie. Przeszła obok sklepu z pamiątkami i ulubionej piekarni. Dziś nie wydobywał się z niej aromat świeżych wypieków. Zamknięte przeszklone drzwi broniły wnętrza przed natrętnymi odwiedzinami deszczu. Z oddali dostrzegła duże okno zakończone łukiem, rozjaśnione światłem niewielkiej lampy. Pan Franciszek był już w środku. Kiedy otworzyła drzwi, on jak zwykle siedział przy niedużym biurku na zapleczu, gdzie wcześniej siadywali jego ojciec i dziadek. Antykwariat przetrwał czas wojny i burzliwe zmiany ustroju. Bywało różnie, ale mały sklepik z książkami, który pan Franciszek otrzymał na dwudzieste pierwsze urodziny od swojego ojca – Alojzego, stał nadal. – Dzień dobry! – odezwała się głośno. Wiedziała, że antykwariusz, zaczytany, zapominał o bożym świecie. Nawet niewielki
8
Antykwariat spełnionych marzeń mosiężny dzwonek, wiszący nad drzwiami, często nie był w stanie przywołać go do rzeczywistości. – Witaj, kochana! Weszła dalej. Poczuła znajomy zapach tabaki, którą pan Franciszek zawsze nosił przy sobie. Nie zażywał jej już tak namiętnie jak w młodości, ale nieduże pudełeczko musiał mieć zawsze pod ręką. – Panie Franciszku, zaparzę kawę. Antykwariusz zamruczał z aprobatą. Emilia weszła za rząd długich dębowych regałów, gdzie znajdowały się niewielka kuchenka elektryczna i wąska szafka, wciśnięta w narożnik pomieszczenia. Wyjęła z niej zmieloną arabikę, sproszkowany kardamon, goździki, imbir i aromatyczny cynamon. Do niewielkiego garnka wlała wodę i postawiła na kuchence. Kiedy woda zawrzała, Emilia po kolei wsypała do niej wszystkie składniki. Już po chwili całe wnętrze wypełnił zapach korzennej kawy, którą oboje pili każdego ranka. Właśnie tak zaczynali wspólnie kolejny dzień. – Proszę. – Postawiła filiżankę na biurku. – Dziękuję – mruknął Franciszek, nie podnosząc głowy znad otwartej książki. – Jest idealna, wczoraj kupiłam nową porcję przypraw. – Tak, tak… rzeczywiście. – Oderwał wzrok od tekstu i zdjął duże druciane okulary. Włożył je do welurowego, brązowawego etui, które niegdyś miało barwę soczystej zieleni. Powoli zbierał myśli. Jego jasnoniebieskie oczy bez okularów wydawały się mniejsze i lekko zapadnięte. Jak zawsze były jednak wesołe i żywe. Z burzą siwych, niezbyt perfekcyjnie zaczesanych włosów Franciszek wyglądał jak miły starszy pan. Szczupła twarz, wąski, prosty
9
Dorota Gąsiorowska nos i nieduże usta o lekko uniesionych kącikach sprawiały, że postrzegano go jako pogodnego człowieka. Emilia poprawiła włosy, przesuwając lekko spinkę w taki sam sposób, jak czyniła to Zofia. To zawsze rozczulało Franciszka. – Dobrze, że jesteś. – Uśmiechnął się, odstawiając filiżankę na brzeg biurka. Rzuciła okiem na książkę, którą Franciszek kartkował jeszcze przed chwilą. Przypominała tę z dzieciństwa, Baśnie z tysiąca i jednej nocy. Też miała ciemnobrązową, bardzo zniszczoną okładkę. – Co to za książka? Franciszek przysunął tom do siebie i położył na nim dłoń. Wyglądało to tak, jakby chciał go ogrzać. Potem pogładził sfatygowaną okładkę i cofnął rękę. – To ulubiona książka Zosi… – Nie wiedziałam. – Przyglądała się z ciekawością zniszczonemu egzemplarzowi. – To znaczy… nigdy wcześniej jej nie widziałam. – Zosia nie pokazywała jej nikomu. Sam nie wiem, dlaczego ta książka była dla niej taka ważna. – Ważna? W jakim sensie? – Przybliżyła się, ale nie miała śmiałości, by wziąć ją do rąk. Niby wyglądała jak jedna z tysiąca innych książek w antykwariacie. Było w niej jednak coś, co czyniło ją niepodobną do reszty. Wytarte litery, kiedyś prawdopodobnie złote, po których teraz zostały jedynie wyblakłe kontury, przyciągały uwagę Emilii. Wpatrywała się w okładkę zachłannie, jakby chciała z niej odgadnąć treść książki. Na właściwym brzegu – przeczytała tytuł, bez powodzenia starając się dostrzec imię i nazwisko autora. – To zbiór aforyzmów. Część z nich jest niedokończona. Niby nie brakuje stron, ale ma się wrażenie, że autor nie napisał
10
Antykwariat spełnionych marzeń najistotniejszego, jakby dawał czytelnikowi swobodę dopowiedzenia. Wydaje się, że niektóre fragmenty nie pasują do pozostałych. Ta książka intryguje mnie już od tylu lat. Mój dziadek Wincenty opowiadał, że kiedy był młody, książkę razem ze stertą innych wiekowych egzemplarzy przyniósł do antykwariatu pewien handlarz starzyzną. Podobno wszedł do sklepu z parcianym, wytartym workiem zarzuconym na plecy i długim brzozowym kijem, którym się podpierał. Na głowie miał sfatygowany kapelusz. Zdjął go na powitanie, kiedy przekroczył próg antykwariatu. Podszedł do dziadka i wysypał zawartość worka na biurko. Nie odezwał się przy tym ani słowem, stąd dziadek uznał, że jest niemową. Wincenty pobieżnie przejrzał książki, a potem wyjął z szuflady plik banknotów. Bez słowa wręczył je nieznajomemu. Mężczyzna włożył je za wewnętrzny otok kapelusza. Żegnając się, lekko pochylił się do przodu i wyszedł ze sklepu. Dziadek mówił, że w swoim życiu widział wielu dziwaków, ale ten zwrócił jego szczególną uwagę. Mówił, że wędrowiec miał w sobie coś wyjątkowego, jakąś nieokreśloną dzikość. A ta książka z aforyzmami… Tak się złożyło, że nikt jej nie kupił. Została. Zosia wypatrzyła ją kiedyś i zabrała. Od tamtej pory były nierozłączne. Co jakiś czas ją czytała, jakby chciała odgadnąć brakujące wersy. Może tobie się to uda? – To znaczy, że… – Nieśmiało przesunęła rękę w kierunku książki. – Powinnaś ją przeczytać. Może ta książka sprawi, że w końcu ruszysz z miejsca. – Ja? – Udała zdziwioną, choć doskonale wiedziała, o co chodzi antykwariuszowi. – Kochana, powinnaś w końcu coś z tym zrobić. Przecież uwielbiasz pisać. Odważ się wreszcie i wyślij swoją powieść do
11
Dorota Gąsiorowska jakiegoś wydawnictwa, a nawet kilku. Jestem pewien, że dostaniesz odpowiedź szybciej, niż mogłabyś się spodziewać. – Nie, to nie jest dobry czas. – Odwróciła głowę. – Zawsze powtarzasz to samo. Uparciuch z ciebie. A ja wiem, że właśnie teraz jest ten właściwy moment. – Mówi pan to samo co Iga. – Nagle ugryzła się w język. Wiedziała, z jaką niechęcią Franciszek reaguje na jej najbliższą przyjaciółkę. – Zrobisz, jak zechcesz. Ale pamiętaj, nie można wciąż uciekać przed tym, co się kocha. Schowaj ją. – Przysunął książkę jeszcze bliżej. – Zosia na pewno bardzo by tego chciała. Byłaś dla niej jak córka. Wyczuła wzruszenie w jego głosie. W tym samym czasie rozbrzmiał dzwonek. Ktoś wszedł do środka. Przy regale z encyklopediami i słownikami stanął wysoki, młody mężczyzna. Na pierwszy rzut oka wyglądał na rówieśnika Emilii. Nie pasował jednak do tego miejsca, cichego, wzbudzającego tęsknotę za dawnymi czasami. Mężczyzna zauważył jej badawcze spojrzenie. Sprawiał wrażenie sympatycznego. Ładna twarz, niebieskie oczy, ciemne krótkie włosy, do tego przekorny uśmiech. Był typem chłopaka, którego można od razu polubić. Tylko ten jego strój… Wytarte niebieskie dżinsy wyglądały, jakby zaraz miały się rozpaść. Ciemna koszulka i czarna skórzana kurtka sprawiały, że w oczach Emilii wyglądał nieporządnie. Iga na pewno byłaby nim zachwycona. – Dzień dobry – przerwał ciszę, widząc krytyczny wzrok dziewczyny. – Dzień dobry. – Wyprostowała się i poprawiła spódnicę. – Zastałem pana Franciszka? Byliśmy na dziś umówieni.
12
Antykwariat spełnionych marzeń – Tak – odpowiedziała, cofając się w głąb sklepu. – Panie Franciszku, ktoś do pana! Dał się słyszeć zgrzyt przesuwanego krzesła i trzask zamykanej szuflady. Po chwili antykwariusz stanął obok nich. – Witam, panie Mikołaju. – Wyciągnął rękę do stojącego przed nim młodego mężczyzny. – Dzień dobry, panie Franciszku. Przepraszam, że odwołałem nasze spotkanie, ale w ostatnim momencie wyskoczyło mi coś ważnego. – Nic nie szkodzi, najważniejsze, że w końcu dotarł pan do mnie. Mam część książek, o które pan prosił. Kilka zostało u mnie w domu. – Uśmiechnął się wyjątkowo serdecznie. Emilia wiedziała, że taki uśmiech antykwariusz rezerwował tylko dla wybranych. – Niech pan spocznie, a ja zaraz wszystko przyniosę. – Przysunął do mężczyzny drewniany taboret z siedziskiem obitym materiałem w zielono-żółtą kratę. Lubił ten deseń. W oknie antykwariatu wisiały zasłonki w beżowo-brązową kratę, a na biurku stał ulubiony kubek ze szkockim wzorem. Taki sam Franciszek kupił Emilii. – Nie, dziękuję. Nie chcę zabierać czasu, pewnie jest pan zajęty. – Gość był najwyraźniej skrępowany. Naglił go czas. Jak potem wyjaśnił Emilii stary antykwariusz, Mikołaj jest grafikiem, a obiecanych książek potrzebował do projektu. Dobry znajomy polecił mu Franciszka, który znany był z zamiłowania do unikatowych książek. Mikołaj potrzebował kilku tytułów dotyczących Krakowa z okresu rozbiorów, pierwszej i drugiej wojny światowej, ilustrowanych fotografiami, a Franciszek zapewnił, że właśnie takie ma w swoich zasobach. – Niechże pan usiądzie. Może napiłby się pan gorącej herbaty? Dzisiaj na dworze straszny ziąb. Wygląda na to, że jesień weszła
13
Dorota Gąsiorowska już podstępem do miasta. – Popatrzył na mokrą szybę. – Jaką herbatę pan lubi? – Uznał, że młody mężczyzna milcząco przyjął propozycję. – Ja naprawdę… – Emilio, kochana, może zaparzyłabyś dla wszystkich herbatę imbirową? Bez słowa zniknęła na zapleczu. Wróciła z filiżankami i dzbankiem wypełnionym herbatą. Zauważyła, że Mikołaj siedział przy wysokim sekretarzyku vis à vis drzwi. Oprócz tego oryginalnego biurka i kilku wypełnionych książkami regałów w głównej części antykwariatu było wiele interesujących przedmiotów. Pod dużym oknem wystawowym, tuż przy drzwiach wejściowych stał stary drewniany kufer. Franciszek dostał go kiedyś od dobrego znajomego. Teodor trzy uliczki dalej prowadził maleńki sklepik ze starociami. Przed laty stanął w drzwiach antykwariatu. Przyciągnął ze sobą na rozchybotanym wózku stary kufer. Podarował go przyjacielowi, mówiąc, że chce go oddać w dobre ręce. Franciszek domyślił się, że poczciwy Teoś nie miał w swoim maleńkim sklepiku nawet metra, by upchnąć to wiekowe cudo, przyjął więc prezent i postawił go pod oknem. Z jego wieka, pomalowanego brązową farbą przypominającą kolor kory drzewa, ciekawie spoglądały trzy duże ciemnobeżowe sowy. Pan Franciszek cenił sobie ten wyjątkowy podarunek, tak samo jak lubił drewnianego konika na biegunach stojącego przy jednym z regałów. Pomalowany na zielono, był pamiątką z dzieciństwa. Antykwariusz twierdził, że ta zabawka przynosi mu szczęście, więc chciał mieć ją blisko siebie. Na jednej z półek gabloty stojącej najbliżej sekretarzyka trzymał ulubioną kolekcję starych zakładek do książek, które zbierał
14
Antykwariat spełnionych marzeń nieprzerwanie od dzieciństwa. Miały wygórowane ceny, bo Franciszek nie chciał się z nimi rozstawać. Kiedy jednak zauważył u kogoś ten szczególny błysk w oku, obniżał cenę. Trzy ulubione zakładki trzymał na zapleczu, w szufladzie biurka. Srebrną, z głową Ateny, dostał na dwudzieste pierwsze urodziny od dziadka. Lnianą, z haftowanym wizerunkiem Sukiennic, przyniosła mu kiedyś zaprzyjaźniona Cyganka. Powiedziała, że ta zakładka przynosi szczęście, i oddała ją za darmo. Trzecią podarowała mu Zosia, gdy jeszcze byli narzeczeństwem. Ta zakładka była najpiękniejsza. Namalowane farbą akrylową maki do tej pory nie straciły na wyrazistości. A kaligraficzny napis tuż pod nimi: „Zawsze będę Cię kochać” wywoływał u Franciszka łzy wzruszenia za każdym razem, kiedy wyjmował ją z biurka. Zakładek było dużo i wyglądały naprawdę oryginalnie. Wykonane z drewna, papieru, mosiądzu, srebra, a nawet szkła, przypominały małe dzieła sztuki. Półkę nad nimi zajmowały stare piórniki, w większości drewniane, rzeźbione i malowane w różne wzory. Obok nich kałamarze oraz kilka gęsich piór. Na najwyższej półce Franciszek umieścił oprawione w skórę o śliwkowym kolorze albumy ze starymi pocztówkami i fotografiami. Emilia ustawiła dzbanek na brzegu sekretarzyka, a obok białe filiżanki Rosenthala. Po wojnie z okazałego serwisu zostały zaledwie trzy sztuki. Rozlała do nich herbatę, tak by nie uronić z dzbanka nawet kropelki. Dokładności w codziennych obowiązkach i sumienności w prozaicznych czynnościach nauczyła jej Zofia. – Emilko, zostań przez chwilę i porozmawiaj z panem Mikołajem. Wydaje mi się, że na zapleczu mam trzy książki, o które pan mnie prosił.
15
Dorota Gąsiorowska – Panie Franciszku, będzie mi bardzo miło, jeśli zdecyduje się pan zwracać do mnie po imieniu. Proszę mi mówić po prostu „Mikołaj”. – Dobrze, Mikołaju. – Franciszek uścisnął mu rękę. – Ja w takim razie idę po książki. Zaczekajcie na mnie. Zapanowała cisza, którą co kilka sekund przerywał odgłos przekładanych tomów. – Panie Franciszku, może panu pomóc? – Emilia zwróciła się w kierunku najciemniejszej ściany. – Nie trzeba – usłyszeli przytłumiony głos. – Nikt tak dobrze nie radzi sobie z książkami jak ja! Pijcie spokojnie herbatę, a ja… zaraz do was dołączę. – Sapnął i zamilkł. Emilia popatrzyła na Mikołaja. Czuła się niezręcznie. Nie wiedziała, co powiedzieć. – Idealnie pasuje pani do tego miejsca – powiedział z uśmiechem. Czekał, jak zareaguje. – Tak? Dlaczego? – Po prostu pasuje pani. Lekko uniosła głowę. Zawstydzająca pewność siebie Mikołaja zaczynała ją irytować. Już na pierwszy rzut oka było widać, jak bardzo się od siebie różnią. Ona od dziecka niezwykle dokładna i skromna, co tak irytowało Lili, która uważała swoją córkę za dziwaczkę. „Wcale nie da się z tobą rozmawiać – narzekała. – Jak ty znowu wyglądasz?! W końcu zrobiłabyś coś ze sobą!” – mówiła, kiedy jej córka stała przed lustrem, przymierzając którąś z sukienek Zofii. Na szczęście świadoma swojej wartości i odporna na krytykę, nic sobie nie robiła z tych uwag. – Niech pani usiądzie. – Przysunął jej swoje krzesło.
16
Antykwariat spełnionych marzeń – Nie, dziękuję. Proszę się częstować herbatą. – Wydaje mi się, że jesteśmy w podobnym wieku. Może po prostu przeszlibyśmy na „ty”? – Spojrzał na Emilię z góry, był od niej sporo wyższy. Akurat mieszała herbatę. Odłożyła łyżeczkę na spodek i wyciągnęła rękę do mężczyzny. – Emilia – odezwała się głośniej, prostując plecy. – Mikołaj – rzucił swobodnie grafik. Przez kilka chwil w milczeniu pili herbatę. Mikołaj wodził wzrokiem po grzbietach książek, a ona zapatrzyła się na zalaną deszczem szybę. – Powiedziałem, że pasujesz do tego miejsca. Naprawdę tak uważam. Nie odezwała się, tylko uniosła brwi. Mikołaj zorientował się, że czeka na wyjaśnienia. – Nie chciałbym, żebyś mnie źle zrozumiała, ale… jesteś taka staroświecka… To znaczy twój ubiór, sposób bycia. – Przecież mnie nie znasz! Skąd możesz wiedzieć, jaki mam sposób bycia? – Zrobiła obojętną minę. – Jesteś wyrazista. To się czuje już przy pierwszym spotkaniu. – To chyba dobrze? – spytała konkretnie, ale spojrzała na niego niepewnie. Mikołaj miał ciepłą barwę głosu. Miło było go słuchać. – Tak, tak, bardzo dobrze. Dzisiaj wszyscy próbują tylko naśladować innych. Kiedyś to wyglądało inaczej. – Kiedyś… Masz rację. W tym momencie do głównego pomieszczenia wszedł pan Franciszek, niosąc książki.
17
Dorota Gąsiorowska – Proszę, Mikołaju. – Położył na blacie sekretarzyka dwa egzemplarze: dziewiętnastowieczną Historyę Krakowa w zarysie Klemensa Bąkowskiego oraz cieniutką broszurę Zwierzyniec pod Krakowem i jego zabytki historyczne Wacława Dutkiewicza. – Niestety, pozostałe egzemplarze, o których ci wspominałem, są u mnie w domu. Wygląda na to, że będziesz musiał do mnie zajrzeć. – Zrobię to z wielką przyjemnością – odparł Mikołaj.
Tego dnia, choć aura była deszczowa, w antykwariacie zjawiło się wielu klientów. Było kilkoro cudzoziemców, którzy znaleźli się w magicznym sklepiku pana Franciszka niby przez przypadek, ale wychodzili z książkami, które w tajemniczy sposób same wybierały sobie właścicieli, wysuwając się z rzędów ciasno ustawionych tomów. Było kilkoro znajomych, tak jak Emilia lubiących zapach przeszłości. Ludzie kochali to miejsce. Kto zawitał tu choć raz, zawsze powracał. W obszernych zbiorach zawsze panował idealny porządek. Na najdłuższej ze ścian, tuż przy wejściu, znajdowały się najdroższe Franciszkowi książki pisarzy polskich. Ułożone alfabetycznie, przegrodzone ręcznie wykonanymi, niewielkimi mosiężnymi tabliczkami z wygrawerowanymi literkami, zajmowały szczególne miejsce w księgozbiorze. Wśród nich było kilka perełek: Dziady Mickiewicza z 1832 roku i Noce letnie Włodzimierza Przerwy-Tetmajera z 1902 roku. Po przeciwległej stronie, na solidnym dębowym regale ustawiono powieści pisarzy brytyjskich: Dickensa, Woolf, Thackeraya. Biblioteczka obok dumnie prezentowała dzieła twórców literatury francuskiej: Zoli, Prousta i Balzaca. Klienci
18
Opowieść o tym, jak jedna książka uratowała życie wielu osób Emilia kocha książki. W malutkim antykwariacie na Siennej, otoczona aromatem kawy z kardamonem, czyta niezwykłe opowieści i snuje marzenia o prawdziwym szczęściu. Pewnego dnia w jej życiu pojawia się tajemniczy Szymon. Pełne uniesień chwile nie dają o sobie zapomnieć. Ale los ma dla Emilii również inne niespodzianki. Okazuje się, że ludzie, których od dawna zna i kocha, skrywają mroczne tajemnice. Gdy Emilia zaczyna gubić się w ich labiryncie, dostaje od losu cenny dar. Książkę, która przechodząc z rąk do rąk, zmienia życie tych, którzy zajrzeli w jej karty. Czy tajemnicza książka pomoże również Emilii? I co się stanie, kiedy na jaw wyjdą skrywane przez lata sekrety?
Najnowsza powieść Doroty Gąsiorowskiej to pełna tajemnic historia, która otuli cię niczym ciepły koc i przeniesie w zaczarowany świat najskrytszych marzeń.
Cena 34,90 zł