KATARZYNA GACEK Pies ogrodnika
Wydawnictwo Znak Kraków 2022
Projekt okładki Alicja Beryt Redakcja Zbigniew Kowerczuk Opieka redakcyjna Dorota Gruszka Redaktor prowadzący Paulina Gwóźdź Adiustacja Anastazja Oleśkiewicz Korekta Marta Tyczyńska-Lewicka Barbara Wójcik
© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2022 Copyright © by Katarzyna Stachowicz-Gacek ISBN 978-83-240-6422-9
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2022. Printed in EU
PROLOG
Ostatnia niedziela stycznia przyniosła temperaturę poniżej zera i porywisty wiatr, który szarpał gałęziami drzew w miejskim parku, łopotał reklamowymi banerami i przenikał przez najgrubsze okrycia nielicznych, kulących się z zimna przechodniów. Żeby opuścić dom w taką pogodę, trzeba mieć naprawdę ważny powód, toteż ulice Milanówka, w ciągu dnia opustoszałe, wieczorem wymarły zupełnie. Zbliżała się dwudziesta, kiedy na Modrzewiowej pojawiła się dziewczyna. Szła szybko, zgarbiona, jedną ręką przycis kając do ciała cienką puchową kurteczkę, a drugą przytrzy mując na głowie kaptur. Wiatr jednak niewiele sobie robił z jej wysiłków. Kilka razy udało mu się wśliznąć pod ubranie, zatrzepotać krótką spódnicą w czerwoną kratę i podrażnić szczupłe nogi w nierozsądnie cienkich rajstopach. Było jasne, że dziewczyna marznie, jednak gdyby ktoś przyjrzał jej się z bliska, nie zauważyłby na jej twarzy irytacji czy zniechęcenia, tylko radosne podekscytowanie. Justyna owinęła się szczelniej kurtką i przyspieszyła. Nie dlatego, że bała się spóźnienia, wyszła z domu wystarczająco wcześnie. Nie dlatego też, by rozgrzać się ruchem. Po pros tu nie mogła się już doczekać, kiedy go zobaczy. Pierwszy -5-
raz mieli być ze sobą sam na sam i ta perspektywa bardzo ją podniecała. Na tę chwilę czekała od dawna i trochę już straciła nadzieję, że się wydarzy. Aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie, on zaproponował, żeby się spotkali. Co prawda miejsce, które wybrał, było dość dziwne, jednak kiedy sama próbowała wymyślić inne, lepsze, nic nie przychodziło jej do głowy. Przecież żadna kawiarnia czy restauracja nie wchodziły w grę. Nie mogli pozwolić, żeby ktoś zobaczył ich razem. Jeszcze nie teraz. Dziewczyna pokonała kolejne kilkadziesiąt metrów i zatrzymała się przed zardzewiałą furtką, przytwierdzoną grubym łańcuchem do krzywego słupka. Łańcuch, spięty kłódką, sprawiał solidne wrażenie, jednak płot, którym otoczona była działka, składał się głównie z mniejszych i większych dziur. Można się było przez nie bez trudu dostać na posesję, w głębi której majaczyła ciemna bryła zrujnowanej willi Krysin. To miejsce, nieprzyjemne za dnia, teraz, wieczorem, mogło przejmować grozą, ale Justyna widziała w nim tylko oryginalne miejsce sekretnej schadzki. Dziewczyna znalazła w płocie dziurę na tyle dużą, by ostre druty siatki nie podarły jej kurtki, i ostrożnie się przez nią prześliznęła. Słabe światło ulicznej latarni wydobywało z mroku fragment ponurego, zapuszczonego ogrodu i rozpadający się drewniany garaż. Justyna minęła ruderę i po popę kanych płytach starej ścieżki ruszyła w kierunku willi. Nie zamierzała na razie wchodzić do środka, pomyślała jednak, że ściany budynku osłonią ją od wiatru. Zatrzymała się przy drzwiach domu, wypaczonych i obdrapanych. Rozejrzała się szybko, żeby sprawdzić, czy on się już czasem nie pojawił, a ponieważ nikogo nie zauważyła, sięgnęła do opalizującej jak skóra węża nerki, którą -6-
miała przypiętą w pasie, wyjęła z niej komórkę i sprawdziła godzinę. Do spotkania pozostało jeszcze osiem minut. Długie osiem minut, w czasie których będzie umierać z niepewności, czy on na pewno się pojawi, co będzie miał jej do zaproponowania i przede wszystkim – czy ją pocałuje. Włączyła aparat w telefonie, zmieniła ustawienie na selfie i zaczęła przyglądać się krytycznie swojej twarzy. Ocena wypadła zadowalająco – makijaż, który za dnia byłby zdecydowanie zbyt mocny, teraz sprawiał interesujące wrażenie. Mocno podkreślone oczy, grube od tuszu rzęsy i pociągnięte intensywną, czerwoną szminką usta ładnie wydobywały jej twarz z półmroku. Na wszelki wypadek sięgnęła znowu do torebki, wyjęła z niej pomadkę i szybkim ruchem poprawiła wargi. – Idealnie – szepnęła, wrzucając szminkę z powrotem w czarną czeluść nerki. Miała tam również odłożyć komórkę, ale w ostatniej chwili cofnęła dłoń i ponownie włączyła telefon. Ikonka galerii zdjęć zamrugała do niej prowokująco i choć Justyna czuła, że to nie jest dobry moment, otworzyła album z ostatnio nagranymi plikami. Przerzuciła szybko kilka banalnych selfie i zatrzymała się na filmie, na którego początkowej klatce widać było fragment nagiego, dziewczęcego ciała. Jej ciała. „Jak dobrze, że puściłam to tylko do Dominiki”, pomyślała z ulgą. Gdyby się pospieszyła i rozesłała nagranie reszcie klasy, ich relacja mogłaby się popsuć nieodwracalnie. Justyna przesunęła palec na ikonkę kosza i właśnie miała usunąć plik, pozbywając się w ten sposób dowodu swojej desperacji i głupoty, kiedy tuż za sobą usłyszała kroki. Serce zatrzepotało jej w piersi w ten charakterystyczny dla zakochanych, słodko-bolesny sposób. Jednocześnie zalała ją -7-
fala ulgi i uniesienia. Oto spełniało się jej marzenie. Przyszedł! Nie wystawił jej do wiatru! Zależy mu na niej! Zdążyła pomyśleć, że właśnie zaczyna się nowy rozdział w jej życiu, kiedy na głowę dziewczyny spadł cios. Nie był na tyle mocny, żeby uszkodzić czaszkę, właściwie nawet Justyny nie ogłuszył, spowodował jednak okropny ból, który natychmiast rozlał się na kark, szyję i ramiona. Dziewczyna jęknęła i, oszołomiona, osunęła się na kolana. Do oczu cisnęły jej się łzy, ale irracjonalna myśl, że płacząc, zrujnowałaby sobie makijaż, kazała jej rozpaczliwie zaciskać powieki. Chwilę potem poczuła dotyk czegoś miękkiego. Zanim zrozumiała, co się dzieje, było za późno – na jej szyi zacisnął się miękki materiał i stojący za nią napastnik zaczął ją dusić. Szarpnęła się gwałtownie, próbując się wyrwać. Zdołała wygiąć ciało na tyle, żeby sięgnąć ręką za siebie i przeorać paznokciami policzek kogoś, kto właśnie odbierał jej życie, ale sił, żeby się uwolnić, nie wystarczyło. Ostatnie, co poczuła przed śmiercią, to intensywny zapach ulubionej wody kolońskiej swojego ukochanego mężczyzny.
CZĘŚĆ I
ROZDZIAŁ 1
Tynk odchodził od muru wielkimi, nierównymi płatami, pozostawiając po sobie czerwone jak otwarta rana plamy cegieł. Gaja przesunęła lunetę w prawo. W wizjerze mignęły deski, którymi zabito okno, a potem popękane betonowe tralki tarasu. Zrujnowana willa na posesji naprzeciwko chyliła się ku upadkowi, co przejmowało Gaję niewypowiedzianym smutkiem. Może dlatego, że domu, w którym sama teraz mieszkała, o mało nie spotkał podobny los? Powoli prowadziła lunetę dalej. Nagle na pierwszym planie mignęło jej coś ciemnego i opierzonego, jednak kiedy spróbowała przybliżyć obraz, ptak zniknął z pola widzenia. Nie dlatego, że odleciał, po prostu przesadziła z powiększeniem. Po raz kolejny przekonywała się, że nie jest łatwo ustawić tak precyzyjny sprzęt. Z poprzednią lunetą radziła sobie świetnie, ale ta była nowa i Gaja potrzebowała czasu, żeby się do niej przyzwyczaić. Teraz musiała poświęcić dłuższą chwilę, żeby dobrać odpowiednią ostrość i kąt nachylenia, aż w końcu się udało – w lunecie pojawił się dzięcioł duży. Jeszcze odrobinę podkręciła ostrość i ptak w wizjerze nabrał barw. Czerń beretu na jego głowie stała się głęboka - 11 -
i połyskliwa, a czerwona plamka na potylicy rozbłysła jak namalowana lakierem do paznokci. Dzięcioł bujał się na drutach wypełnionego słoniną karmnika i co chwila zanurzał dziób w tłuszczu. Gaja mimowolnie się uśmiechnęła. Uwielbiała obserwować ptaki. Pociągało ją nie tylko to, jak wyglądają, ale też jak się zachowują. I podczas gdy jej koledzy ptasiarze jeździli po kraju, uganiając się za kolejnymi rzadkimi gatunkami, by z dumą odhaczyć je na swoich listach, Gaja wolała poznawać fascynujące zwyczaje tych pospolitych, które miała na wyciągnięcie ręki. Czy raczej lornetki. Ten akurat osobnik pojawiał się w ich ogrodzie przez całą zimę dość regularnie, najczęściej o tej dziwnej, popołudniowej porze. Kiedy Gaja po powrocie z pracy szła do sypialni, żeby zamienić garsonkę na dżinsy i sweter i choć na chwilę przyłożyć oko do lunety, prawie zawsze udawało jej się go namierzyć. Od strony rosnącej niedaleko jodły nadleciała sikorka bogatka. Choć dużo mniejsza od dzięcioła, niewiele sobie z niego robiła. Przycupnęła po drugiej stronie karmnika i bezstresowo przystąpiła do konsumpcji. Nagle oba spłoszone ptaki poderwały się gwałtownie, pozostawiając po sobie nerwowo kołyszącą się konstrukcję. Na ulicy zaparkował samochód – luksusowy czarny mercedes o nobliwym wyglądzie. Za kierownicą auta siedział mąż Gai, Artur. To, że nie wjeżdża na posesję i nie wprowadza samochodu do garażu, oznaczało, że wpadł do domu tylko na chwilę. Artur, prezes funduszu inwestycyjnego, pracował dużo i intensywnie, w domu bywając rzadko, co Gai właściwie nie przeszkadzało. Ani organizacyjnie, bo ze wszystkim sama świetnie potrafiła dać sobie radę, ani emocjonalnie – szesnaście lat po ślubie trudno mówić o czymś takim jak tęsknota. - 12 -
Mimo że nie widywali się często – a może właśnie dlatego – Gaja uważała, że są stosunkowo szczęśliwym i zgranym małżeństwem. Jeżeli zdarzały się między nimi nieporozumienia, to głównie z powodu niechęci Gai do pudrowania rzeczywistości. Wszystko, co jej się nie podobało, komunikowała natychmiast, prosto w oczy. Kiedyś takie konfrontacje kończyły się kłótniami, a kłótnie – seksem, teraz działo się to coraz rzadziej, ale i tak ich układ funkcjonował całkiem nieźle. „Ciekawe, po co wrócił”, pomyślała. „Pewnie skończyły mu się świeże koszule w biurze i przyjechał, żeby się przebrać…”. Na szczęście droga z centrum Warszawy, gdzie mieściła się siedziba jego firmy, do Milanówka zajmowała niecałe pół godziny. Oczywiście autostradą, bo przebijanie się przez Pruszków drogą krajową numer 719 wydłużało podróż o dwa, czasami trzy kwadranse. Odruchowo przesunęła lunetę w stronę auta. Przybliżenie było tak duże, że nagle poczuła się, jakby siedziała w środku. Tuż przed jej oczami wyrosła kierownica i wskaźniki deski rozdzielczej. Pojawiły się też dłonie jej męża, mocne, męskie, które tak bardzo lubiła, i fragment ekranu jego komórki. Właśnie pisał esemes. Kiedy skończył, wysłał tekst, który automatycznie przesunął się na ekranie w górę. I choć całego nie można było odczytać, w polu widzenia lunety znalazła się ostatnia linijka, składająca się z czerwonych emotikonowych serduszek. Gaja sięgnęła po swój telefon, pewna, że wysłana przez męża wiadomość zaraz wyświetli się na ekranie jej komórki. „Jakie to miłe – pomyślała – że po tylu latach małżeństwa ciągle przydarzają mu się takie romantyczne drobnostki”. Artur sięgnął na tylne siedzenie po marynarkę. Zamiast ją założyć, narzucił tylko na ramiona i nie zważając na przenikliwy chłód, ruszył w kierunku furtki, a Gaja wciąż - 13 -
wpatrywała się w trzymaną w dłoni komórkę, która nie dawała żadnego znaku życia. Mąż wszedł do ogrodu. Pewnie nie mam zasięgu, pomyślała Gaja. Orange w ich okolicach działał dość niemrawo. Włączyła telefon, żeby to sprawdzić. A kiedy zobaczyła na górze ekranu solidne trzy kreski sieci, zaczęło do niej docierać, że być może serca wysłane przez Artura wcale nie były adresowane do niej. Gaja nigdy nie unikała konfrontacji. Jeśli tylko wyczuła tlący się gdzieś pod powierzchnią konflikt, prowokowała, by doprowadzić do odkrycia kart, a zaatakowana, potrafiła odpowiedzieć ostro i celnie. Postępowała tak i w życiu zawodowym, i prywatnym, dlatego teraz postanowiła po prostu zapytać Artura, do kogo przed chwilą wysłał esemes. Nie bała się tego pytania. Była pewna, że usłyszy racjonalną i wiarygodną odpowiedź. Wyjaśnianie takich sytuacji natychmiast i niedawanie pola wyobraźni było taktyką, która od początku ich małżeństwa świetnie się sprawdzała. Zeszła więc do połowy schodów i przechylona lekko przez barierkę obserwowała, jak mąż wchodzi do przedpokoju i odkłada kluczyki do ciężkiej ceramicznej misy, na której brzegu przycupnęły dwie szkliwione na szaro figurki wróbli. – Artur – odezwała się spokojnie. Mężczyzna odwrócił się, a pytanie, które miała zadać Gaja, uwięzło jej w gardle. Bo na twarzy męża przez moment zobaczyła coś, czego się nie spodziewała – wyraz błogiego rozmarzenia. I choć błyskawicznie wrócił do rzeczywistości, intuicja podpowiedziała Gai, żeby wiedzę o esemesie na razie zachować dla siebie. – Ja tylko na chwilę – uprzedził Artur, ruszając w kierunku schodów. – Za godzinę muszę być z powrotem w firmie. - 14 -
– Co masz? – starała się, żeby jej głos zabrzmiał normalnie. – Spotkanie z Biskupskim. Jest w Polsce tylko do końca tygodnia, a mamy sporo rzeczy do omówienia. Artur wyminął ją, nie dotykając. Patrzyła, jak wchodzi na piętro, przeskakując po dwa stopnie, jakby nagle ubyło mu lat, i znika w sypialni, a potem bez zastanowienia ruszyła za nim. Ich sypialnia była jasnym, przestronnym pomieszczeniem, w którym oprócz podwójnego łóżka mieściły się również: toaletka Gai, dwa fotele, stojak na marynarki i zamontowana przy oknie luneta. Kiedy Gaja weszła do pokoju, Artur stał tyłem do drzwi i właśnie zdejmował krawat. Na łóżku leżała rzucona niedbale marynarka, a obok niej – telefon komórkowy. Gaja ukradkiem wyłączyła swój i wsunęła go do kieszeni dżinsów. – Nie widziałeś mojego telefonu? Artur popatrzył na nią z nieobecnym wyrazem twarzy. – Nie – nieznacznie wzruszył ramionami. – Zadzwonisz? Mąż wzniósł oczy w górę, żeby podkreślić, jak bardzo nie na rękę jest mu poświęcanie czasu na duperele, po czym podszedł do łóżka i jedną ręką rozpinając koszulę, drugą włączył swoją komórkę i wybrał numer. Gaja zmarszczyła brwi, udając, że nasłuchuje. Ale, co oczywiste, odpowiedziała jej cisza. – Gdzie ja go posiałam? – Znajdzie się. – Artur ruszył w stronę łazienki, ciągle z telefonem w dłoni. Gaja zastąpiła mu drogę. – Mogę na chwilę? – spytała. Udał, że nie rozumie. – Możesz co? – Twoją komórkę. Inaczej nie znajdę swojej. - 15 -
Podał jej iPhone z wyraźnym ociąganiem. – Tylko mi zaraz odnieś. Czekam na ważny telefon. – Jasne. Jaki kod? Artur, ostrzeżony kiedyś przez znajomego komputerowca, że telefon komórkowy jest jak klucz do firmy, co kilka tygodni zmieniał symbol dostępu. I nie były to litery N, Z, M czy W, tylko wyjątkowo skomplikowane kombinacje, na których rozszyfrowanie w pięciu próbach Gaja nie miała szans. – Wpiszę ci. Przejechał palcem po kropkach tak szybko, że nie udało się jej zapamiętać wzoru. Ale nie musiała. Miała teraz w ręku odblokowany aparat, wystarczyło go tylko utrzymać w stanie aktywności. Spokojnie ruszyła do wyjścia i dopiero kiedy zamknęła za sobą drzwi sypialni, gwałtownie przyspieszyła. Zbiegając po schodach, zastanawiała się gorączkowo, gdzie najlepiej się ukryć, żeby w spokoju przeszukać telefon męża. Wpadła do salonu, wcisnęła swoją komórkę między poduszki kanapy, potem wróciła do holu, chwyciła z wieszaka kurtkę i wyśliznęła się na ganek, który znajdował się dokładnie po przeciwnej stronie domu niż sypialnia. Kiedy stała w tym miejscu, przyklejona plecami do ściany i dodatkowo ukryta pod półokrągłym daszkiem, nie było szans, żeby Artur ją z góry zobaczył. Ściskając iPhone w drżących ze zdenerwowania dłoniach, wzięła głęboki oddech, zupełnie jakby miała wskoczyć do basenu na główkę. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Nigdy nie szpiegowała męża. Nie dlatego, że była aż tak pewna swojego związku, bo doświadczenia jej bliższych i dalszych znajomych uczyły, że niczego nie można być pewnym stuprocentowo. Po prostu uważała, że pewnych rzeczy się nie robi. Uczciwość i otwartość – tych reguł starała się przestrzegać. Mimo to teraz, - 16 -
postawiona nagle w tak zaskakującej sytuacji, bez wahania obie te zasady schowała w kieszeń. Dlaczego? Bo chciała wiedzieć. Musiała wiedzieć. Nie mogła pozwolić, żeby jej wyobraźnia zaczęła na tak idealnej pożywce wyprawiać harce. Z ciężkim sercem otworzyła folder wiadomości. Bała się, że mąż usunął esemesa, i równocześnie miała nadzieję, że to zrobił. A jednak nie, nie zdążył. Ostatnia wiadomość z komórki Artura została wysłana pod numer „KSIĘGOWA” i rzeczywiście kończyła się linijką czerwonych serc. Gaja odruchowo je policzyła. Osiem. Osiem pieprzonych serduszek. A wcześniej tekst, który nie pozostawiał złudzeń: „Tęsknię. Całuję. Będę wieczorem”. Na informację o zdradzie męża można zareagować różnie. Można dostać histerii lub popaść w otępienie, można teatralnie zemdleć lub udawać, że nic się nie stało. Natomiast Gaja zareagowała wkurwem. Strasznym, kosmicznym wkurwem. W pierwszym odruchu chciała po prostu pobiec na górę, rzucić się na Artura i wydrapać mu oczy. Tylko że wtedy nieodwołalnie zaprzepaściłaby szansę na odkrycie tożsamości KSIĘGOWEJ. A to z tej całej historii interesowało ją najbardziej. – Jeden, dwa, trzy… – słowa chrzęściły jej między zębami jak piach z nieumytej sałaty, mimo to liczenie trochę ją uspokoiło. Udało jej się dzięki temu powstrzymać przed zaatakowaniem męża, jednak kolejnego impulsu opanować już nie potrafiła i – choć nie było w tym krzty konsekwencji – z całej siły walnęła telefonem Artura o ziemię. Czuła, że tylko jakaś forma dewastacji sprawi, że sama nie rozpadnie się na kawałki. - 17 -
Niestety gest okazał się pusty i jałowy. iPhone w pancernym etui odbił się od kafli, którymi wyłożony był ganek, podskoczył raz, potem drugi, i znieruchomiał, wystawiając do góry, niczym szczęśliwy kociak, podbrzusze nienaruszonego ekranu. Gaja w pierwszym odruchu chciała dobić telefon obcasem, na szczęście w ostatniej chwili się opanowała. Zdała sobie sprawę, że zniszczenie komórki Artura nic jej nie da. Bo tak naprawdę nie są jej potrzebne zwłoki telefonu, tylko informacje na temat KSIĘGOWEJ, które być może uda się z niego wydobyć. Właśnie miała się schylić, żeby podnieść aparat z ziemi, kiedy usłyszała trzaśnięcie furtki i energiczne: – Cześć, mamo! Ścieżką prowadzącą do domu zbliżała się Helena, ich córka. Helena była szczupła i wysoka. Miała długie blond włosy związane w koński ogon, a na nosie okulary w grubych czarnych oprawkach. W krótkiej, intensywnie żółtej puchowej kurtce, czarnych wąskich dżinsach i czarnych traperach wyglądała jak jakiś egzotyczny ptak brodzący. Chodziła do ósmej klasy prywatnej podstawówki, która mieściła się po drugiej stronie torów. Bliskość szkoły – Gaja rano pokonywała ten dystans samochodem w dziesięć minut, a i to głównie dlatego, że na jedynym wiadukcie w okolicy często tworzyły się korki – w znaczący sposób ułatwiała im życie. Praktycznie od dwóch lat Helena wracała do domu sama, co dawało Gai dużą elastyczność w organizowaniu swojego czasu pracy. Dziewczynka była coraz bliżej. Gaja z przyklejonym do ust sztucznym uśmiechem patrzyła, jak córka wchodzi na ganek. Helena zatrzymała się przed matką i wyjęła z uszu słuchawki, stały element życia nastolatka i przedmiot nienawiści - 18 -
rodziców i nauczycieli. Nie istnieje chyba nic bardziej denerwującego niż próba nawiązania kontaktu z młodym człowiekiem, który ma uszy zapchane dźwiękami, wypluwanymi prosto na bębenki. – Wychodzisz gdzieś? – zainteresowała się córka. Pytanie oznaczało, że po pierwsze, nie zauważyła, jak matka ciska telefonem o ziemię, a po drugie, że jest w wyjątkowo kontaktowym nastroju. To pierwsze bardzo Gaję ucieszyło, to drugie – średnio. Za żadne skarby nie chciała przeciągać tej rozmowy. – Nie idę – wyjaśniła szybko. – Szukam komórki – postanowiła trzymać się swojego kłamstwa. – Tutaj? – zdziwiło się dziecko. Gaja rozłożyła ręce. – Chyba mi wypadła z kieszeni, kiedy wracałam do domu. Córka popatrzyła na matkę z niedowierzaniem. Dla kogoś, komu telefon praktycznie przyrósł do dłoni, zgubienie go musiało się wydawać co najmniej dziwne. Ale rodzice są od tego, żeby się zachowywać w niezrozumiały sposób. – Widziałam samochód taty. Jest w domu? Gaja tylko skinęła głową. Bała się, że każde słowo dotyczące Artura, które padnie z jej ust, będzie miało siłę eksplozji. – Super! To mi przejrzy esej z anglika – ucieszyła się Helena. – Jutro ostatni termin oddania. I weszła do domu. Gaja natychmiast schyliła się po komórkę męża, ale kiedy ją podniosła, ekran był już ciemny i martwy. W ciągu tych kilku bezcennych minut, które poświęciła na rozmowę z córką, telefon zdążył się z powrotem zablokować. „No nic – pomyślała. – Następnym razem”. Bo do rozmowy z Arturem na temat KSIĘGOWEJ postanowiła się przygotować w sposób perfekcyjny.