Skip to main content

Wendy Francis, "Coś dobrego"

Page 1

Wendy Francis

Coś dobrego Wyjątkowo apetyczna historia o sile siostrzanej miłości

DUŻA CZCIONKA


ancis_cos_dobrego.indd 2

2014-06-17 01:46:14


ancis_cos_dobrego.indd 3

Wendy Francis

Coś dobrego tłumaczenie Małgorzata Kafel

2014-06-17 01:46:14


ancis_cos_dobrego.indd 4

Tytuł oryginału Three Good Things Copyright © 2013 by Wendy Francis Copyright © for the translation by Małgorzata Kafel Fotografia na pierwszej stronie okładki Copyright © IPGGutenbergUKLtd/iStockphoto.com Opracowanie tekstu i przygotowanie do druku Pracownia 12A ISBN 978-83-240-2578-7

Między Słowami 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 E-mail: promocja@miedzy.slowami.pl Wydanie I, Kraków 2014 Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Sp. z o.o. 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569 Druk: Drukarnia Colonel, Kraków

2014-06-17 01:46:14


rozdział 

Wyrabianie, rozwałkowywanie i układanie kolejnych warstw ciasta, z którego powstaje kringle, jest jedyną w swoim rodzaju odmianą jogi. Księga kringle’a

T

ancis_cos_dobrego.indd 11

ego ranka, w drodze do piekarni, Ellen McClarety rozmyślała o magii przypadku, a dokładniej, przypadkowych spotkań. Śnieg padał ciężkimi, wielkimi płatkami, których kontury wyraźnie rysowały się na przedniej szybie samochodu, zanim stopniały na szkle. Po obu stronach drogi rozpościerał się czarny kobierzec. Ellen codziennie wstawała do pracy o trzeciej nad ranem, zdążyła już więc przywyknąć do tego rodzaju ciemności. Jednak tego ranka mrok wydawał jej się łagodniejszy. Wiatr nie 11

2014-06-17 01:46:14


wdzierał się pod kurtkę i nie smagał po szyi, były tylko te gigantyczne, opadające płatki śniegu. W telewizji zapowiadali do trzydziestu centymetrów opadów, i to w kwietniu, ale taka właśnie była pogoda w Wisconsin. Kiedy już człowiek myślał, że wiosna za pasem, bogowie zimy zsyłali śnieżycę. Ellen nie mogła się doczekać, kiedy zacznie się ruch. Podczas zamieci do piekarni wpadało więcej osób niż zwykle. Kierowcy pługów śnieżnych po nocnej zmianie albo po prostu ludzie zmęczeni kaprysami pogody ciekawi najnowszych prognoz. Zapowiadało się mnóstwo przypadkowych spotkań. Ellen uśmiechała się do siebie na samą myśl o nich, gdy jadąc powoli, przecierała wierzchem dłoni zaparowaną przednią szybę. Dziś trzeba będzie zaparzyć wyjątkowo mocną kawę. Skręcając w Curtis Road, zobaczyła, że pola przykrywa już cienka warstwa śniegu, tak że wyglądają jak przyprószone mąką. W oborze Curtisów paliło się światło – a więc trwało już poranne dojenie. Na zewnątrz stało kilka zbitych w gromadkę czarno-białych krów rasy Holstein. Wydawały się oszołomione śniegiem. Dziadek Ellen, rolnik, mawiał, że krowy to tępe zwierzęta. Jeśli nie zapędziło się ich do obory, potrafiły stać wśród zawiei, dopóki nie zamarzły. Najbardziej godne ubolewania spośród Bożych stworzeń, mawiał jej dziadek.

ancis_cos_dobrego.indd 12

12

2014-06-17 01:46:14


ancis_cos_dobrego.indd 13

– Popatrz im w oczy – powiedział raz. – Widziałaś kiedyś większy smutek? I Ellen, wtedy dwunastoletnia, musiała przyznać, że krowy sprawiały wrażenie przybitych. W końcu trudno było im się dziwić. Czekała je dojarka albo rzeźnia, zrozumiałe więc, że nie wykazywały szczególnego entuzjazmu. Ale dziadek Ellen nauczył ją także doceniać ich piękno. Kupował wyłącznie krowy rasy Black Angus, przysadziste, mocno zbudowane bydlęta, które zazwyczaj sprzedawano na mięso i których ciemne, jedwabiste futra uwielbiała głaskać. To była pierwsza lekcja, podczas której dowiedziała się, że w przyrodzie, jak w tylu innych sprawach w życiu, łączą się ze sobą nieopisane piękno i smutek.

Skręciła w główną drogę prowadzącą do miasteczka. Asfalt pod kołami robił się coraz bardziej śliski. Na trzecich światłach skręciła w prawo i zaparkowała, przygotowując się na spotkanie z panującym na zewnątrz zimnem. Wydychane przez nią powietrze zamieniało się w białe obłoczki. Ostrożnie wysiadła z samochodu i ruszyła za róg, w stronę frontowych drzwi piekarni. Przywitały ją wystające z okiennych skrzynek jasnozielone łodygi. Żonkile pod śniegiem! Niecodzienny widok. Weszła do środka, otrzepała buty, zaświeciła światło 13

2014-06-17 01:46:14


i wciągnęła powietrze: dokoła unosił się jeszcze błogi zapach wczorajszych wypieków, malinowych i z orzechami pekan. – Dzień dobry, sklepie! – zawołała głośno. Te słowa były jej codzienną mantrą. Wierzyła, że niczym jogiczne pozdrowienie odpędzają demony, które mogłyby czaić się w kątach piekarni. Wyjęła z szafy starą miotłę i odśnieżyła schody przed wejściem, a potem próbowała ręką otrzepać młodziutkie pędy żonkili. Kusiło ją, żeby otulić łodygi szalikiem, powstrzymała się jednak: jeśli ciastka miały być gotowe, kiedy zjawią się hordy głodnych klientów, trzeba było się brać do pieczenia. Schowała do szafy na zapleczu ośnieżoną kurtkę, czapkę i botki. Przewiązała się czystym fartuchem, wsunęła stopy w chodaki i związała włosy. Umyła ręce i poszła wyjąć z lodówki ciasto, które chłodziło się przez noc. Zanim poprzedniego popołudnia wyszła ze sklepu, rozwałkowała je, pokroiła na kwadraty, a potem na środku każdego z nich rozprowadziła warstwę masła z Wisconsin. Dalsza praca polegała na zagięciu brzegów każdego z kwadratów tak, żeby przykryć masło, obróceniu ciasta o czterdzieści pięć stopni, a potem ponownym rozwałkowaniu i składaniu. Wałkowanie i składanie, wałkowanie i składanie – cudowne, przypominające medytację zajęcie, wymagające pracy mięśni ramion. Dzięki niemu Ellen

ancis_cos_dobrego.indd 14

14

2014-06-17 01:46:14


ancis_cos_dobrego.indd 15

porządkowała w myślach codzienne problemy. Czy zamówiła w tym tygodniu odpowiednią ilość potrzebnych produktów? Czy zapłaciła rachunek za prąd? Czy jej siostra wyglądała wczoraj na przemęczoną? Kiedy kończyła, czuła się wypoczęta, a świat odzyskiwał ład. Każdy kwadrat zawierał od dwudziestu do trzydziestu warstw przepysznego masła, a jej umysł był oczyszczony, wolny od trosk. Wyjęła sprężyste ciasto z lodówki i uśmiechnęła się, widząc, że wczorajsza ciężka praca nie poszła na marne. Po odleżeniu się w chłodzie kwadraty były przyjemnie puszyste, każdy z nich mógłby być dziełem sztuki. Ellen włączyła piec i zaczęła przepuszczać ciasto przez wałkowarkę – stalowe urządzenie, za pomocą którego można było rozciągnąć je w długą, cienką jak papier wstęgę. Wiedziała, że ciasto musi być cienkie, jeśli ma z niego powstać niebiańsko puszysty wypiek, w przeciwnym razie, tak jak jedna z partii w zeszłym tygodniu, zamienia się w ciężką, gumową porażkę. Dalsza praca sprowadzała się do rytmicznej rutyny, która pochłaniała Ellen każdego ranka. Rozkładała wąskie prostokąty ciasta na długim drewnianym stole w czterech rzędach liczących po osiem płatów, rozprowadzała na nich wybrane nadzienie – dziś jabłkowe i jagodowe – zaginała brzegi i sklejała je białkiem jajka. Wkrótce na blacie stołu leżało trzydzieści 15

2014-06-17 01:46:14


duńskich zawijańców, przypominających biszkoptowe roladki z galaretką. Potem szybkimi ruchami nadgarstka łączyła końce każdego z nich tak, że powstawały owalne obwarzanki gotowe do ułożenia na blasze. Voilá! Poranna praca powoli dobiegała końca. Wciąż daleko jej było do zręczności Erika, mistrza z Racine, u którego jako nastolatka ukończyła trzy letnie kursy pieczenia tych duńskich ciastek. Kiedy Erik pracował, miało się wrażenie, że każdy kringle nabiera kształtów w powietrzu, jego brzegi w magiczny sposób sklejały się gdzieś na trasie między stołem a blachą do pieczenia, a gotowe ciastko było cudownie puszyste i lekkie. Ustawiła timer na siedemnaście minut i spojrzała na zegarek. Piąta trzydzieści. Wkrótce zaczną się pojawiać klienci. Przetarła lady i włączyła ekspresy do kawy. Zdjęła ze stołów jasnoniebieskie krzesła. Na tablicy przy kasie, pod nagłówkiem „Kawa na Ławę”, napisała:

ancis_cos_dobrego.indd 16

Małe czarne: orzechowa, waniliowa, migdałowa bezkofeinowa. Mała wskazówka: Wbrew temu, co utrzymują niektórzy, dzisiaj nie jest „pierwszy kwiecień”. Jednakże można powiedzieć: „Ze względu na dostatek pysznych wypieków to pierwszy tak przyjemny kwiecień w moim życiu”. 16

2014-06-17 01:46:14


ancis_cos_dobrego.indd 17

Nie musiała nawet zaglądać do sfatygowanego broszurowego wydania słownika Henry’ego Watsona Fowlera, który trzymała wciśnięty między kasę a książki kucharskie. Dziś rano prezenter wiadomości radiowych oznajmił, że mamy „pierwszy kwiecień”, przyprawiając Ellen o gęsią skórkę, jak zawsze, gdy słuchała kogoś, kto z taką beztroską kaleczył język. Była dumna z tego, że przyzwyczaiła klientów do swoich codziennych porad językowych, choć jej siostra Lanie uważała je za protekcjonalne. Ellen powtarzała, że język, którym mówimy, to też kwestia smaku. Wypisywanie porad na tablicy pozwalało jej wierzyć, że ma swój wkład w naprawianie świata. A jeśli w ten sposób zniechęciła czasem jakiegoś klienta, to cóż z tego? Na głównej ladzie obok kasy trzymała szklaną misę na cukierki, która w tej chwili była wypełniona karteczkami. Napis na naczyniu głosił: „Podziel się z nami przykładem najgorszej angielszczyzny, my podzielimy się z tobą najlepszym!”. Ellen zachęcała klientów, żeby wrzucali do misy karteczki z przykładami najbardziej rażących błędów, jakie słyszeli. Raz na kilka tygodni wyjmowała podobne do maleńkich wróżb poskładane karteluszki i wybierała przykład na tablicę. Od dnia, w którym odnalazła w pudle na strychu należący do matki sfatygowany egzemplarz Księgi kringle’a, przebyła długą drogę. Z jakiegoś powodu 17

2014-06-17 01:46:14


nie pozbyła się tej książki przez lata – jej matka odeszła, kiedy Ellen miała zaledwie szesnaście lat. Nie mogła sobie przypomnieć, czego właściwie szukała w tych starych pudłach, ale kiedy zaczęła przeglądać książkę z przepisami na duńskie ciasteczka i przykładami ludowej mądrości, z jej kart dobiegł zapach wypieków jej matki. I w tamtej właśnie chwili, krótko po odejściu męża, zrodził się w głowie Ellen pomysł otwarcia duńskiej piekarni. Kiedy niedługo po tym w centrum miasta wystawiono na sprzedaż lokal, w którym dawniej mieściła się pizzeria, Ellen wiedziała, że to znak. Magia przypadku kazała jej działać. Miała wrażenie, że obok niej stoi matka i delikatnie ją popycha. Słyszała jej głos: „Do dzieła, Ellen. Zawsze chciałaś stworzyć coś własnego. Może to właśnie to?”. I tak, bez większego namysłu, świeżo rozwiedziona Ellen McClarety, była pracownica dziekanatu, kupiła lokal. Zabrała się do odnawiania wnętrza, szorując zatłuszczone ściany, dopóki nie poczuła, że lokal, a przy okazji jej dusza zostały gruntownie oczyszczone. Z każdym ruchem gąbki znikała skorupa nagromadzonego w ciągu wielu lat zaschniętego brudu. Jakie to proste!, pomyślała wtedy. Niemal za jednym zamachem pozbyła się męża i znacznej części oszczędności. Zainstalowała na zapleczu nowe piece i przerobiła witrynę dawnej restauracji, zastępując czerwono-biały

ancis_cos_dobrego.indd 18

18

2014-06-17 01:46:14


ancis_cos_dobrego.indd 19

neon w kształcie pizzy szyldem przytulnej kawiarni. Czuła się, jakby zamieniła fałszywy blask swojego małżeństwa na skromny początek nowego życia. Być może rozwód okazał się katalizatorem, którego potrzebowała, żeby skierować swoje życie na właściwe tory. Minęło dziesięć długich lat, odkąd Max przyciągnął ją do siebie jak wir tornada. Ale w końcu tornado uderzyło w ląd. Ellen wyobrażała sobie, że małżeństwo to dwoje ludzi, którzy troszczą się o siebie nawzajem, lecz wszystko wskazywało na to, że Max pojmował je inaczej. Zawsze, kiedy go potrzebowała, pojawiał się zaledwie na chwilę albo w ogóle znikał. A kiedy po latach starań Ellen wreszcie udało się zajść w ciążę, poroniła. Nie miała pojęcia, jak się z tego otrząśnie, za to Max żył dalej, jak gdyby nic się nie stało. Może taką miał po prostu beztroską naturę, jednak Ellen zaczęła dopatrywać się w tym egocentryzmu. Max był marzycielem, któremu szczegóły nie przysłaniały wielkich wizji, nie przeszkadzały w snuciu planów. Tylko że po kilku latach małżeństwa trudno się było oprzeć wrażeniu, że wciąż się o te szczegóły potyka. Pewnego ranka Ellen obudziła się i pomyślała: dość. Jej siostra Lanie, żartowała że powinna była nazwać swój lokal Kryzys Wieku Średniego, ale potem pewien przyjaciel wymyślił nazwę Nie Lada Kringle, która od razu chwyciła. Zaprojektował elegancki szyld do 19

2014-06-17 01:46:14


zawieszenia nad frontowymi drzwiami. Widniały na nim pojedynczy precel – bo taki właśnie kształt miały tradycyjne duńskie kringle – i nazwa sklepu wypisana niebieskim pismem z zawijasami. Marzenie Ellen się spełniło. Przez pierwszych kilka tygodni do ciastkarni zaglądała tylko garstka osób i Ellen spędzała dnie na ponownym czytaniu klasyki. Wkrótce zaczęła wypożyczać książki klientom. Zapomniała już, jaki zabawny był Nick w Wielkim Gatsbym, zresztą może w ogóle tego nie zauważyła, gdy czytała Fitzgeralda na studiach? Duma i uprzedzenie czy Małe kobietki wzruszały ją tak samo jak dawniej, odkryła na nowo Miasteczko Middlemarch, jedną ze swoich ulubionych powieści. Kolejny raz przepełniało ją połączone z irytacją współczucie dla Dorothei Brooke. Wkrótce jednak poczta pantoflowa zaczęła działać i nie wiadomo kiedy do grona miejscowych klientów piekarni dołączyli rolnicy z coraz odleglejszych farm i ich żony, a także zamieszkali w ich miasteczku – liczącej pięć tysięcy trzystu dwudziestu mieszkańców Amelii – wykładowcy oddalonego o trzydzieści kilometrów uniwersytetu. Nagle interes tak się rozkręcił, że Ellen ledwo mogła nadążyć. Zadziwiające, jak ten czas mija. Z kubkiem świeżo zaparzonej kawy w ręce wyszła na zaplecze zajrzeć do pieca. Przywitała ją słodka

ancis_cos_dobrego.indd 20

20

2014-06-17 01:46:14


ancis_cos_dobrego.indd 21

jabłkowo-jagodowa woń. Wyjęła z pieca blachę pełną gorących ciastek i ustawiła ją na kratce do studzenia wypieków. – Idealne – oznajmiła, choć dokoła nikogo nie było. Wiedziała, że tajemnicą idealnego kringle’a jest równowaga. Jedząc prawdziwe duńskie wypieki, czuło się w równym stopniu smak ciasta, nadzienia i lukru. Ostatnio coraz częściej można było kupić ich tonące w lukrze gumowe imitacje. Ellen zdawała sobie sprawę, że żaden składnik nie powinien zagłuszać innych. Dźwięk dzwonka nad wejściem do piekarni wyrwał ją z zamyślenia. Prawie zapomniała, że obróciła tabliczkę na drzwiach napisem „Otwarte” na zewnątrz. O tej porze, pochłonięta pieczeniem na zapleczu, łatwo traciła poczucie czasu. Pierwszym klientem był jak zwykle punktualny Jack Singer, który od niepamiętnych czasów prowadził sklep żelazny na tej samej ulicy. Wystarczyło, że opisała mu, w którym miejscu cieknie jej umywalka, a on dokładnie wiedział, jakiego rodzaju podkładka czy śruba będzie potrzebna, żeby naprawić usterkę. Teraz słyszała, jak tupiąc, strzepuje śnieg z butów, bierze gazetę i kieruje się do stolika w pobliżu kasy. – Cześć, słodziutka – powiedział, kiedy weszła do sklepu z zaplecza. – To się im udało raz trafić z prognozą... Zadyma idzie jak ta lala. Bez obrazy. – Roześmiał się z własnego dowcipu. 21

2014-06-17 01:46:14


Ellen wiedziała, że powinna czuć się urażona tymi poufałościami, ale w ciągu minionego roku zdążyła już do nich przywyknąć. Jack przeszkadzał jej nie bardziej niż stercząca skórka przy paznokciu. – Na to wygląda – mruknęła, ustawiając kubki w równych rzędach na ladzie i nalewając mu kawy. Wiedziała, że tego dnia każda rozmowa będzie się rozpoczynała podobnie. – Z jabłkiem czy z jagodami? Obawiam się, że trzeba jeszcze parę minut zaczekać. – Jagodowy będzie w sam raz. – Rozłożył gazetę. – Poproszę – dodał po chwili. Uporządkowała jeszcze parę rzeczy i wróciła na zaplecze polukrować kringle. Z jagodowych wyciekały dorodne purpurowe owoce, a jabłkowe zapowiadały się apetycznie kwaskowe. Ostrożnie zsunęła je na stolnicę, wróciła do sklepu i ułożyła je za przeszkloną ladą na papierowych serwetkach o delikatnych ażurowych brzegach. – Mmm... Jeśli coś mnie może dzisiaj rozgrzać, to tylko to – powiedział Jack, puszczając oko, kiedy Ellen odkrajała mu kawałek. Zauważyła, że jego gazeta jest otwarta na stronie z horoskopem. Ostatnio miała dość frazesów i pesymistycznego tonu tych rubryk. Uważała, że powinny podnosić człowieka na duchu, a nie sprawiać, że z samego rana rozgląda się za kołem ratunkowym.

ancis_cos_dobrego.indd 22

22

2014-06-17 01:46:15


ancis_cos_dobrego.indd 23

A jednak kiedy Jack zaczął czytać na głos horoskop dla Raka, mimo woli nadstawiła uszu. – „Jeśli kusi cię, żeby wyjść ze swojej skorupki, w najbliższych dniach lepiej się nie wychylaj. Nie podejmuj pochopnych decyzji, bo z pewnością będziesz ich potem żałować”. Roześmiała się głośno. – Nie, no, proszę, co to ma być za horoskop? Jack wzruszył ramionami. Ellen zastanawiała się, czy astrologa – choć używała tego określenia z pewną rezerwą, no bo jakież w końcu przygotowanie zawodowe jest konieczne do wykonywania tej pracy? – można pozwać za udzielenie złej rady. Uważała, że powinien ponosić odpowiedzialność za to, co wypisuje. Powoli zaczynali schodzić się klienci. Wyglądali na oszołomionych padającym śniegiem i wcale nie różnili się tak bardzo od krów, które widziała tego ranka. Strzepywali z wiosennych kurtek biały puch i skinąwszy głową na dzień dobry, wciąż drżąc z zimna, szli w stronę stolików. Jakaś młoda kobieta w granatowej dwurzędowej kurtce o marynarskim kroju rozglądała się znad zielonego szalika wzrokiem wyrażającym stan permanentnego zdumienia. Na widok wchodzącego do ciastkarni Henry’ego Moona Ellen od razu chwyciła kubek i kringle’a. Henry był ogrodnikiem, prowadził w miasteczku własną szkółkę. Miał opinię nieszkodliwego dziwaka. Ellen 23

2014-06-17 01:46:15


uważała, że jest raczej wrażliwy niż ekscentryczny, zraniona dusza. Odkąd ponad rok temu jego żona zginęła w wypadku, wydawał się nieco nieobecny. Wstępował do piekarni codziennie między siódmą a ósmą. Jego włosy i ubranie zawsze były w lekkim nieładzie, zupełnie jakby śmierć żony oznaczała także stratę matki – kogoś, kto wyprasowałby mu spodnie i zadbał, żeby nie wystawała z nich koszula. – Henry, czy moje żonkile przetrwają taką pogodę? – zapytała, nalewając mu kawy. Upił łyk i zacisnął usta. – Kto to powiedział: „I serca znów cień trosk nie plami, / Gdy tańczy, tańczy z żonkilami”*? Ellen zasłoniła ręką usta i spojrzała na niego. – Zaskakujesz mnie, Henry. To piękne. Czy to Szekspir? – Zdaje się, że Wordsworth. Twoje żonkile powinny dać sobie radę. Ani się obejrzysz, a będą tańczyły. To wytrzymałe rośliny, odrobina śniegu od czasu do czasu nic im nie zrobi. Podobał jej się sposób, w jaki mówił o kwiatach: jakby miały duszę i bogate życie wewnętrzne. Ellen kochała literaturę, ale nie zdołałaby sobie przypomnieć * W. Wordsworth, Żonkile, w: Od Chaucera do Larkina. 400 nieśmiertelnych wierszy 125 poetów anglojęzycznych z 8 stuleci, wybór, tłum. i oprac. S. Barańczak, Kraków 1993, s. 282 (przyp. tłum.).

ancis_cos_dobrego.indd 24

24

2014-06-17 01:46:15


ancis_cos_dobrego.indd 25

żadnego cytatu, nawet gdyby od tego zależało jej życie. Trochę zazdrościła Henry’emu, nie wspominając o tym, że czuła się upokorzona. – Cóż, dobrze wiedzieć. Dziękuję. Henry pokiwał głową. – Nie ma sprawy – powiedział. W tej samej chwili drzwi się otworzyły i do sklepu weszli Larry i Erin, cali ośnieżeni. Niedawno skończyli Uniwersytet Wisconsin i pracowali w teatrze. Żeby jakoś związać koniec z końcem, przez pięć dni w tygodniu dorabiali w piekarni Ellen. Z początku byli jej stałymi klientami. Pewnego dnia przyszli do sklepu i zaczęli ją przekonywać, że nie obejdzie się bez pomocy: interes się rozkręcał, pracy było zbyt dużo dla jednej osoby, a oni mogli jej pomóc przyciągnąć młodszą klientelę (choć Ellen zdążyła się już zorientować, że większość młodych osób jeździ prosto do Madison, nie tracąc czasu w miasteczku takim jak Amelia). Musiała przyznać im rację. Larry był przystojny, na swój hippisowsko-rockowy sposób. Miał włosy do ramion, niezwykłe zielone oczy i poczucie humoru, które sprawiało, że klienci natychmiast czuli się w cukierni jak u siebie. Erin z kolei robiła wrażenie wytwornej, miała śliczną, delikatną buzię. Kasztanowe włosy nosiła związane w wysoki kucyk. – Zanosi się na spory ruch – ostrzegła ich Ellen, ledwo zaczęli zdejmować płaszcze. – Gotowi? 25

2014-06-17 01:46:15


– Spodziewasz się kogoś poza Henrym i Jackiem? – zapytał Larry, zawiązując fartuch. Ellen klepnęła go lekko po ramieniu. – Ostrożnie z marzeniami – powiedział Henry. – Mamy już innych klientów. – Wskazała ruchem głowy kilkoro studentów i dwóch siedzących w rogu mężczyzn. Byli jeszcze dwaj zajęci rozmową rolnicy, którzy przycupnęli nad parującymi kubkami w czapkach i ogrodniczkach. W sklepie pojawiła się nowa grupa klientów. – Dobry! – zawołał Larry i ruszył w ich stronę, żeby wziąć od nich kurtki. To właśnie w nim lubiła: zawsze bardzo się starał. W młodości pociągali ją tacy mężczyźni: otoczeni aurą poetyckiej rockowej tajemniczości. Trochę przygnębiała ją myśl, że on pewnie uważa ją za osobę, która mogłaby być jego matką. Chciałaby się uważać za modną i atrakcyjną kobietę, nie miała jednak złudzeń: była rozwódką w średnim wieku, która nie mogła się nawet poszczycić podtatusiałym lowelasem. Lub choćby perspektywą jego posiadania. Ellen, pogrążona w tych ponurych rozmyślaniach, zauważyła, jak Erin z lekkim uśmiechem wodzi wzrokiem za Larrym. Kiedy ta się zorientowała, że szefowa ją obserwuje, czym prędzej się odwróciła, żeby napełnić pojemniki na śmietankę. Jednak Ellen zdążyła zauważyć, że policzki dziewczyny nagle się zaczerwieniły. Tylko na chwilę, ale wystarczająco długą.

ancis_cos_dobrego.indd 26

26

2014-06-17 01:46:15


ancis_cos_dobrego.indd 27

Wystukała na kasie zamówienie i uśmiechnęła się, słysząc staromodny dzwonek, niczym echo jej własnej satysfakcji. Zrozumiała, że w pewnym wieku człowiekowi powinno po prostu wystarczyć to, że może cieszyć się życiem i szczęściem innych ludzi. Będzie musiała powiedzieć Lanie o tych nowych gołąbkach. Kiedy z zamyślenia wyrwał ją dźwięk telefonu, spodziewała się, że usłyszy głos siostry. – Nie Lada Kringle, słucham – powiedziała z uśmiechem. W życiu nie zgadłaby, kto jej odpowie.

– Cicho! Lanie obróciła się na łóżku i po raz drugi tego ranka uderzyła przycisk drzemki. Benjamin obudził się tej nocy trzy razy. Za trzecim razem przez godzinę nie był zainteresowany spaniem. Próbowała wszystkich sztuczek: kołysała go, dała mu jeszcze jedną butelkę, śpiewała, aż w końcu przyniosła go do ich małżeńskiego łóżka. Uwielbiała czuć blisko siebie ciepłe ciałko, którego ciężar zmieniał się, gdy malec zapadał w sen. Ale ta noc była koszmarem. Rob jęknął po drugiej stronie łóżka. – Jak to możliwe, że już jest rano? Była siódma trzydzieści. Benjamin mocno spał między nimi. Jego brzuszek unosił się i opadał w rytm oddechu. Pucołowata buzia, lekko rozchylone usta i długie, ciemne rzęsy stanowiły uroczy obrazek. 27

2014-06-17 01:46:15


– I kto to mówi? – zażartowała. Rob ani razu nie wstał tej nocy do Benjamina. – Ktoś tu zaczyna zrzędzić. – Odwrócił się i pocałował ją w policzek. – Może tego nie zauważyłaś, ale ja też śpię w tym łóżku. – Ciii... Obudzisz małego. Lanie czuła się, jakby miała piasek pod powiekami. Bolał ją krzyż. Nie miała pojęcia, jak jej się uda wygrać dzisiejszą rozprawę. Radio włączyło się ponownie. Prezenter przypominał słuchaczom o trudnych warunkach na drodze. – O, nie. Zapomniałam o śniegu. – Poprzedniego wieczoru zapowiadali wiosenną zadymkę, która w ich części kraju nie była niczym niespotykanym, ale Lanie miała nadzieję, że synoptycy się pomylili. – Cudownie. Po prostu cudownie. – Nagrzeję samochody i oskrobię szyby – dobiegł ją głos Roba i jego odrobinę kwaśny oddech. Wiedziała, że ta deklaracja ma związek z tym, że całą noc chrapał w najlepsze, podczas gdy ona spała zaledwie kilka godzin. Zdawała sobie również sprawę, że na nic bliższego przeprosinom czy podziękowaniu nie może liczyć. Benjamin poruszył się obok niej, cmokając. Nawet jeśli odpowiadał za poważne niedobory snu w ich życiu w ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy, nadal był najsłodszym dzieckiem na świecie. Kiedy Lanie,

ancis_cos_dobrego.indd 28

28

2014-06-17 01:46:15


ancis_cos_dobrego.indd 29

spoglądając spod zapuchniętych powiek na pediatrę, zapytała, czy jeszcze kiedyś się wyśpi, lekarka zapewniła ją, że malec w końcu zacznie przesypiać noce. Rzeczywiście, ostatnio na ogół tak było, choć od czasu do czasu zdarzały się noce, kiedy nie dało się go ukołysać. – To pewnie ząbki, co? – powiedział Rob. – Albo po prostu chce nas wykończyć. Wciąż czekali, aż wyrżną mu się górne jedynki. I trzeba przyznać, że tej nocy uspokoił się na jej rękach po tym, jak wtarła mu w dziąsła trochę żelu. Wstała i rozsunęła zasłony. Podjazd pokrywała co najmniej pięciocentymetrowa warstwa śniegu. Lanie jęknęła. – Czy Bóg nie zauważył, że już jest kwiecień? – Zauważył, po prostu ma specyficzne poczucie humoru. – Ciii! – uciszyła go ponownie, a potem wyszeptała: – Bardzo śmieszne. Może i była zrzędliwa, ale nic nie mogła na to poradzić. Czuła się zbyt zmęczona. – Przypilnuj go chwilę, dobrze? Półprzytomna, wyszła z sypialni i podążyła korytarzem do łazienki. Zostawiona poprzedniego wieczoru na umywalce tubka z pastą wciąż tam leżała. Błękitny żel wyciekał z niej, tworząc nieestetyczny zygzak. Wycisnęła odrobinę pasty na szczoteczkę i umyła zęby, po czym opryskała twarz chłodną wodą. 29

2014-06-17 01:46:15


Boże, wyglądała okropnie. Co też ta Ellen ostatnio powiedziała? Bóg sprawił, że dzieci są takie urocze, żeby odwracały uwagę od wyglądu swoich wyczerpanych matek. Coś w tym rodzaju. Ale Benjamina nie będzie dzisiaj na sali sądowej, a sędziego nie obchodzi to, że Lanie nie spała pół nocy, ani to, że przed wejściem na salę sądową musiała sobie wyczyścić obślinioną bluzkę. Nałożyła na twarz grubą warstwę sprawdzonego kryjącego podkładu – niezbędna sztuczka, żeby móc pokazać się ludziom. Zawsze śmiała się z celebrytek, które twierdziły, że nie wystawią nosa za próg przed podkręceniem rzęs i nałożeniem samoopalacza. Lanie miała szczęście, jeśli zdążyła użyć maskary. Tego ranka jej się udało, jednak tusz zlepił jej rzęsy, pokrywając je nierównymi grudkami. Zmarszczyła czoło. Jej oczy i usta otaczały już pierwsze zmarszczki, a na jasnej cerze tu i ówdzie pojawiły się przebarwienia słoneczne. Odgarnęła włosy za uszy. Wkrótce po urodzeniu Benjamina skapitulowała i choć zarzekała się, że nigdy tego nie zrobi, skróciła swoje niesforne loki w kolorze oberżyny, nadając im grzeczny kształt „maminego boba”. Czasem tęskniła za seksownymi długimi włosami, ale na ogół po prostu cieszyła się, że nie musi się nimi przejmować. Odkryła, jak bardzo niedocenianą rzeczą jest wygoda. Zapięła w uszach srebrne koła i nałożyła na usta odrobinę błyszczyku. Gotowe.

ancis_cos_dobrego.indd 30

30

2014-06-17 01:46:15


ancis_cos_dobrego.indd 31

Choć tego ranka nie miała czasu na prysznic, włożenie ulubionego granatowego kostiumu stanowiło dostateczną rekompensatę za tę drobną niedogodność. Nie miała zamiaru przegrać tej rozprawy – wniosła o sądowy zakaz zbliżania się pewnego dwudziestotrzyletniego nieudacznika do jego byłej dziewczyny. Nie dość, że bił ją i ich roczne dziecko, to jeszcze odgrażał się, że zrobi to ponownie, jeśli z powrotem z nim nie zamieszkają. Poprzedniego dnia kobieta pojawiła się w biurze Lanie cała we łzach. Bała się, że następnym razem ją zabije. Nie mogła uwierzyć, że takie rzeczy zdarzają się w cywilizowanym mieście Madison, które szczyciło się swoim artystycznym, wyzwolonym duchem. A jednak zdarzały się codziennie. Lanie cieszyła się, że może pomóc swoim klientkom, ale ostatnio coraz częściej przyłapywała się na tym, że wbrew składanym Robowi obietnicom, nie przestaje o nich myśleć po powrocie do domu. Praca Ellen zaczęła przypominać siniak, którego człowiek mimowolnie ciągle dotyka, żeby się przekonać, czy nadal boli. Rob był architektem i żył w świecie, który rządził się niepodważalnymi prawami. Kąt prosty zawsze liczył sobie dziewięćdziesiąt stopni, a rzeczywistość dało się jednoznacznie opisać językiem metrażu, łuków, pięter i korytarzy, betonu i marmuru. Z punktu widzenia Lanie jego zajęcie nie wymagało wielkiego 31

2014-06-17 01:46:15


emocjonalnego zaangażowania. Jej mąż zostawiał pracę na stole kreślarskim, a kiedy wracał do domu, całym sobą był z Lanie i Benjaminem. Była mu za to wdzięczna i zazdrościła mu tej umiejętności. On zajmował się projektowaniem przestrzeni, w której toczyło się ludzkie życie. Ona wybrała sobie zajęcie wymagające nurzania się w brudach tego życia. Włożyła spódnicę i czystą białą bluzkę. Żakiet włoży po odwiezieniu Benjamina do żłobka. Kiedy Rob wstawał, żeby iść pod prysznic, chłopczyk znowu się poruszył. Otworzył na chwilę oczy i zaraz je zamknął. – Cześć, przystojniaku – wyszeptała z końca pokoju. Miała wrażenie, że jej zaledwie dziesięciomiesięczne dziecko jest już niewiarygodnie duże. Jeszcze niedawno Benjamin był taki maleńki, że z trudem odnajdywała w śpiochach jego miniaturowe stópki, a niedługo już zacznie stawiać pierwsze kroki. Wciąż miał urocze fałdki niemowlęcego tłuszczu we wszystkich typowych miejscach, ale był teraz większy, miał większą główkę. Jej malutki chłopczyk rósł. Na myśl o tym poczuła lekkie ukłucie w sercu. Rósł z każdą minutą, a tymczasem ona większość dni spędzała na rozwiązywaniu problemów innych rodzin. Cóż za ironia losu. Starała się nie rozmyślać nad tym zbyt wiele. Benjamin przeciągnął się jak stary człowiek, prostując rączki nad głową. Robił to, odkąd przywieźli go ze

ancis_cos_dobrego.indd 32

32

2014-06-17 01:46:15


ancis_cos_dobrego.indd 33

szpitala. Za pierwszym razem Rob zawołał ją, żeby to zobaczyła. Śmiejąc się, pokazywał palcem Benjamina, który z usteczkami ułożonymi w idealne „O” próbował dosięgnąć paluszkami nieba. To było cudowne, jak wiele z tych rzeczy, które dzieci robią po raz pierwszy. Teraz chłopczyk rozejrzał się, przewrócił na brzuszek i usiadł, podpierając się rączkami. Wyszczerzył do niej dziąsła w bezzębnym uśmiechu. – Dzień dobry, śpioszku. Jak się spało w łóżeczku mamy i taty? Nachyliła się, wzięła go na ręce i ucałowała. Był jeszcze rozgrzany snem. Spojrzał na nią, a potem wskazał na drzwi sypialni. – Ba – powiedział. To było jego ulubione nowe słowo. Zabawne, że w ciągu kilku sekund był gotowy zaczynać nowy dzień, niemalże w tej samej chwili, w której się obudził. – Zaraz pójdziemy po butlę – odparła. – Ale najpierw zmienimy pieluszkę i ubierzemy się. Ucałowała go jeszcze raz, przygładziła mu włoski i zaniosła do dziecinnego pokoju. Żeglarski wystrój sypialni Benjamina zupełnie nie pasował do miasteczka na Środkowym Zachodzie, lecz Ellen nie mogła się oprzeć szczęśliwym błękitnym wielorybom, pływającym po materiale ochraniacza na szczebelki dziecinnego łóżeczka. Znalazła go, będąc jeszcze w ciąży, i od tamtej chwili pokój powoli zamieniał się 33

2014-06-17 01:46:15


w morze. Wkrótce do wielorybów dołączyła karuzelka, na której kręciły się kolorowe tropikalne rybki, stojąca lampka z abażurem w uśmiechnięte rozgwiazdy, pluszowe wieloryby, a nawet kieszonka na pieluszki z materiału wyszywanego w muszelki. Benjamin nigdy nie przepadał za przewijaniem, więc jak zwykle przy tym marudził, ale gdy tylko posadziła go na podłodze, znowu się rozpogodził. Grubiutki brzuszek wystawał mu znad pieluszki. Wyjęła małe jak ubranko dla lalki polarowe spodenki i czerwoną sportową bluzę do założenia na miniaturowy golfik. Udało jej się ubrać go bez większej awantury. Z końca korytarza dobiegał głos Roba wyśpiewującego pod prysznicem jakiś szlagier Bruce’a Springsteena i zaskoczona, zorientowała się, że się uśmiecha. Benjamin zaczął podrygiwać na kolankach, wymachując rączkami – to był jego popisowy taniec. Posadziła go sobie na biodrze i zniosła na dół po schodach – dokładnie dwudziestu trzech stopniach z twardego drewna. Ona i Rob policzyli je zaraz po tym, jak wprowadzili się do tego domu. Tego samego dnia kochali się na ich szczycie, uznając w ten sposób stare, pełne przeciągów wiejskie domostwo za własne. – Brrr – powiedziała, przytulając mocniej Benjamina. W wysokich pokojach na parterze unosił się jeszcze nocny chłód. Podkręciła termostat na dwadzieścia sześć stopni, żeby ogrzewanie zaczęło

ancis_cos_dobrego.indd 34

34

2014-06-17 01:46:15


ancis_cos_dobrego.indd 35

działać. – Przypomnij mi: dlaczego właściwie nie mieszkamy w Kalifornii? – zapytała. Zaraz jednak przypomniała sobie, że choć i ona, i Rob przez pewien czas mieszkali w Kalifornii, oboje wrócili potem do Wisconsin, jakby byli przymocowani do rodzinnego stanu jakąś niewidzialną gumką. Lanie zawsze uważała, że pokora mieszkańców Środkowego Zachodu jest tylko pozorna i maskuje ich poczucie wyższości wynikające z przekonania, że skoro znoszą przenikliwe zimno, temperatury dla większości ludzi niewyobrażalne, potrafią lepiej niż inni radzić sobie z przeciwnościami losu. Lanie robiła, co mogła, żeby wyzbyć się tego sposobu myślenia: przeniosła się najpierw do Berkeley, potem do Seattle, gdzie odbywała staż, następnie do Bostonu. Jednak wszystkie drogi prowadziły z powrotem do Madison. Na pierwszej randce z Robem oboje śmiali się z tego fenomenu, popijając piwo i jedząc sprzedawane przy State Street grillowane kiełbaski. Wychodziło na to, że mieszkaniec Środkowego Zachodu całe życie próbuje uciec przed srogimi zimami, w końcu jednak zawsze wraca w rodzinne strony. Chociaż Lanie nigdy by się do tego nie przyznała, cieszyła się z powrotu do domu. Przyjechała do Amelii pod koniec lipca, prosto z podróży po wschodnim wybrzeżu. Odwiedziła Portland, Maine, Gloucester, Massachusetts, na koniec zaszalała jeszcze w Nowym 35

2014-06-17 01:46:15


Jorku. Razem ze współlokatorką spakowały walizki, pozbyły się reszty dobytku, organizując wyprzedaż używanych rzeczy, po czym oddały się trzytygodniowej beztrosce. To było odpowiednie pożegnanie z wybrzeżem, które zaraz po studiach dobrze jej służyło. W Bostonie zajmowała się prawem podatkowym, co pozwoliło jej spłacić długi. Jednak gdy pojawiła się możliwość dołączenia do jednej z renomowanych firm w Madison, aż podskoczyła z radości. Lanie musiała przepracować w kancelarii Brandt i Smith określoną liczbę godzin, jednak była w tej szczęśliwej sytuacji, że mogła równoważyć intratne rozwody ważniejszymi dla niej sprawami z zakresu sporów rodzinnych i resocjalizacji. Kiedy Ellen zapytała, co skłania ją do pracy z ludźmi, których życie przybrało tak przygnębiający obrót – bitych dzieci i kobiet, porzuconych dzieci, wychowujących się w ośrodkach opiekuńczych – Lanie odpowiedziała bez namysłu i z całym przekonaniem: to jej powołanie. Wybrała studia prawnicze po to, żeby pomagać tym, którym się nie powiodło. Możliwość powrotu do domu trafiła jej się jak wisienka na torcie. Kiedy w środku lata Lanie z trzema walizkami i aktówką wylądowała w Madison, z lotniska odebrała ją Ellen. Miała na sobie mokrą od potu koszulkę bez rękawów, a jej brązowe włosy skręcały się w loczki od wilgotnego powietrza. Lanie zawsze zazdrościła jej

ancis_cos_dobrego.indd 36

36

2014-06-17 01:46:15


ancis_cos_dobrego.indd 37

twarzy w kształcie serca i pełnego życzliwości spojrzenia. Ellen była dla niej jak matka, której rolę od tylu lat odgrywała w jej życiu. Niegdyś smukła figura starszej siostry przekształciła się w ciało kobiety, której nie przeszkadza kilka dodatkowych kilogramów ani to, że jej dawniej szczupłe ramiona trochę się zaokrągliły. Ich mama odeszła, kiedy Lanie miała zaledwie sześć lat, i Ellen robiła, co mogła, żeby ją zastąpić. Ojciec był zbyt pogrążony w rozpaczy, aby mógł pełnić funkcję życiowego przewodnika. Szesnastoletnia wówczas Ellen przeniosła się do pokoju siostry. To Ellen siedziała jako pasażer w samochodzie, którym Lanie szarpała po szkolnym parkingu, kiedy dziesięć lat później robiła prawo jazdy. Ellen wciskała jej do ręki list od matki, mówiąc: „Mama chciała, żebym zachowała to dla ciebie do czasu, aż skończysz szkołę. Zrobiłam, co mogłam, żeby przetrwał. Koperta trochę się wytarła na brzegach, ale wciąż ma jej zapach”. I rzeczywiście, kiedy Lanie zbliżyła papier do twarzy, wyczuła woń bzu – perfum matki. Później, kiedy po uroczystym przyjęciu pod wielkim białym namiotem w ogrodzie za domem otworzyła list w zaciszu swojego pokoju, rozpłakała się na widok wyblakłego śladu matczynej szminki w miejscu zaklejenia koperty. Poczuła się tak, jakby Harriet McClarety nagle usiadła obok na łóżku, głaszcząc po plecach sześcioletnią Lanie. 37

2014-06-17 01:46:15


Kiedy tamtego lipcowego dnia prawie sześć lat temu jechały z Ellen z lotniska, było po burzy i Lanie odsunęła szybę, żeby wpuścić do samochodu woń słodkiej kukurydzy i falujących na polach dzikich traw pokrytych nabrzmiałymi kroplami deszczu. – Mmmm – powiedziała. – Ładnie pachnie. Wystawiła rękę przez okno, jakby mogła zgarnąć w ten sposób rosę i zamknąć ją w butelce jak lemoniadę, którą sprzedawano w słojach, kiedy były dziećmi. Rozciągająca się przed nimi droga prowadziła z powrotem w czasy lizanych na werandzie wiśniowych lodów na patyku, tak zimnych, że przyklejały się do języka, łapania świetlików do późnych godzin wieczornych, kiedy na niebie pokazywały się gwiazdy, a matka wielokrotnie wołała je do domu. Za trzecim razem w jej głosie pobrzmiewało zniecierpliwienie. Potem zdejmowała z Lanie przepocone ubrania i pakowała ją do wanny, na której ściankach osiadała ciemna obwódka brudu po Ellen. – Po co marnować wodę – odpowiadała zawsze ich matka, kiedy Lanie pytała ją, dlaczego kąpią się w tej samej wodzie. Jak przystało na gospodarną córkę farmera, ich mama bywała praktyczna do bólu. Lanie uśmiechała się do swoich wspomnień, kiedy jechały, mijając słupy telefoniczne, przydrożne kępy trybuli i dzikiej błękitnej cykorii. O Harriet McClarety zachowała wiele wspomnień. Na przykład sposób, w jaki

ancis_cos_dobrego.indd 38

38

2014-06-17 01:46:15


ancis_cos_dobrego.indd 39

jadła pomidory, w całości, gryząc je jak jabłka, albo jak przygotowywała lemoniadę – zawsze ze świeżych cytryn, nigdy z koncentratu, dodając jednak do napoju tyle cukru, że czuło się tylko słodycz. Lanie wspominała też, jak siedziały na werandzie przed domem, kołysząc się na huśtawce, a mama cierpliwie rozczesywała jej splątane mokre włosy. Ellen odgrywała w tym czasie na pokrytej słojami podłodze werandy sceny z baśni. Mama potrafiła rozczesać najbardziej splątane włosy, pasemko po pasemku, jakby to była najprostsza rzecz na świecie, cały czas śmiejąc się z wygłupów Ellen. Tamtego upalnego letniego dnia, kiedy Ellen wiozła ją z powrotem do miasteczka ich dzieciństwa, Lanie czuła, że nareszcie wróciła do domu, że wszystko jest, jak należy. Zastanawiała się, czy będzie kiedyś miała komu rozczesać włosy, szepcząc: „Siedź spokojnie, nie będzie bolało”.

Poszła przygotować Benjaminowi butelkę. Odkąd po trzech krótkich miesiącach od jego przyjścia na świat wróciła do pracy, karmiła go mlekiem modyfikowanym. Całe to zamieszanie z odciąganiem pokarmu było ponad jej siły. Nie wyobrażała sobie chodzenia wszędzie z laktatorem, odciągania pokarmu co kilka godzin w jakimś zamkniętym pokoju albo – co gorsza – w kabinie toalety w budynku sądu. Wiedziała, że karmienie 39

2014-06-17 01:46:15


piersią przez pierwszy rok życia jest dla dzieci najlepsze, znała wyniki badań. Próbowała sobie tłumaczyć, że Benjamin otrzymał w ciągu tych pierwszych miesięcy wystarczającą dawkę przeciwciał. Lekarka zapewniała ją, że wszystko jest w porządku i najważniejsze to nie zapominać, iż „szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko”. Okryła szydełkowym kocykiem Benjamina, który chciwie złapał usteczkami smoczek. Kołysząc go delikatnie, sięgnęła po pilota i włączyła telewizor. Zapowiadali do trzydziestu centymetrów śniegu, być może nawet więcej. Rob, pogwizdując, zszedł po schodach ubrany w granatową marynarkę, spodnie khaki i żółty krawat, który Lanie przygotowała mu poprzedniego wieczoru. Wyglądał na zadowolonego, zupełnie jakby cały ten śnieg był powodem do świętowania. Tymczasem Lanie nie mogła przestać myśleć o przyziemnych sprawach: o tym, jak bezpieczne dowieźć Benjamina do żłobka i nie spóźnić się do sądu, a także o tym, jak zdoła dotrzeć na czas do sądu jej klientka. – Idę grzać auto – powiedział Rob, narzucając płaszcz. – Będziecie mieli prawdziwą plażę. – Dzięki – odparła. – Benjamin, kochanie, kiedy ten śnieg przestanie padać? Chłopczyk popatrzył na nią znacząco szeroko otwartymi oczami, ale przyssany do swojej butli, nie wydał żadnego dźwięku.

ancis_cos_dobrego.indd 40

40

2014-06-17 01:46:15


ancis_cos_dobrego.indd 41

Rob wydawał się zaskoczony gwałtownością burzy, kiedy chwilę później wrócił do domu. – Jedź ostrożnie. Jest ślisko. Posypałem podjazd, lecz, zdaje się, ulicą już dawno nie jechał żaden pług. – Dobrze. – Pokiwała głową, słuchając jednym uchem. – Dziękuję, kochanie. Wyczuła, że przystanął przy drzwiach. Benjamin usiadł, żeby na niego popatrzeć. – Myślisz, że żłobek będzie dzisiaj w ogóle otwarty? – Nie było żadnych komunikatów. Lanie śledziła przewijający się u dołu ekranu pasek z wiadomościami o zamknięciach publicznych instytucji. Na razie było ich tylko kilka. Miejscowy dowcip głosił, że szkoły w Wisconsin zamyka się dopiero wtedy, kiedy zaspy nie pozwalają ludziom otworzyć drzwi własnych domów. – Może was dzisiaj odwiozę? – Lanie poznała po głosie męża, że chce być miły. – Nie, jedź. Ty też masz dziś ważny dzień. Poradzimy sobie. Podszedł, żeby ją pocałować, i wziął Benjamina na ręce. – Cześć, stary. Baw się dobrze w żłobku. Może pójdziecie dzisiaj na sanki? Benjamin kopnął nóżkami i zrobił rączką „pa, pa”. Nauczył się już, że te poranne rytuały, w zestawieniu z buziakiem w czółko, oznaczają, że tata idzie do pracy. 41

2014-06-17 01:46:15


„Pod koniec każdego dnia pomyśl o trzech dobrych rzeczach, które się dziś wydarzyły”. Ellen postanawia zmienić swoje życie. Rozstaje się z mężem i otwiera kawiarnię, gdzie każdego dnia wypieka słodkie bułeczki. Jednak gdy wreszcie odzyskuje upragnioną równowagę, przeszłość daje o sobie znać w zaskakujący sposób. Co gorsze, zawirowania miłosne nie omijają także jej ukochanej siostry Lanie… Czy świeżym uczuciem można zagłuszyć stary sentyment? I czy więź pomiędzy siostrami przetrzyma wszystkie próby? Cena 14,90 zł


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Wendy Francis, "Coś dobrego" by SIW Znak - Issuu