Skip to main content

Będziemy sądzeni z miłości. Biografia Dorothy Day

Page 1

Jim Forest

Będziemy sądzeni z miłości BiograFia Dorothy Day

Przekład Dagmara Waszkiewicz

W Y DAW N IC T WO Z NA K

•

K R A KÓW 2017


1 M aja

Czysty kontralt niósł się nad Union Square w Nowym Jorku: „Wyklęty powstań, ludu ziemi”. Pięćdziesiąt tysięcy osób podjęło hymn komunistów: „Powstańcie, których dręczy głód”. Łzy błyszczały w oczach ludzi, których prasa nazywała bezbożnymi, pozbawionymi uczuć, głupimi radykałami. „Myśl nowa blaski promiennymi”. Liczni policjanci, niektórzy na koniach, z boku obserwowali potężny tłum. „Dziś wiedzie nas na bój, na trud”. Był 1 maja 1933 roku. Franklin Delano Roosevelt zaledwie od stu dni mieszkał w Białym Domu. Wielki kryzys trwał już czwarty rok. Produkcja przemysłowa zmniejszyła się o połowę w porównaniu z rokiem 1929. Ponad trzynaście milionów ludzi straciło pracę. Większość amerykańskich banków upadła, te zaś, które przetrwały, zajmowały się odbieraniem domów, sklepów i gospodarstw tym, którzy nie byli w stanie spłacić kredytów hipotecznych. Jak grzyby po deszczu w całym kraju na każdym wolnym skrawku ziemi wyrastały hooverville, dzielnice nędzy, w których budowano schronienia z puszek, kartonów i kawałków drewna. Nie istniał żaden system opieki społecznej. Myszka Miki miała pięć lat. Hitler został kanclerzem Niemiec. Przemawiający na Union Square działacze wyrzekali na Hitlera i wielki kryzys, opowiadali się za własnością pracowniczą i kontrolą przemysłu. Mimo że czasy były ciężkie, zgromadzonych na placu ogarnął radosny nastrój. Grały orkiestry dęte, powiewały czerwone flagi, a na twarzach ludzi malowała się nadzieja na lepszą przyszłość, tak jakby myśleli: „Być może rewolucja wydarzy się za mojego życia. Być może struktury ekonomiczne Ameryki staną się tak demokratyczne, jak jej filozofia polityczna”.


10 ❧ Będziemy sądzeni z miłości

Jedna z osób stojących wtedy w tłumie, Dorothy Day, wspominała później, że plac był wypełniony „gorącym, falującym morzem kapeluszy i spalonych słońcem głów, nad którymi powiewały nieuporządkowane rzędy transparentów i flag”. Dorothy Day nie niosła transparentu ani nie słuchała przemówień. Była jedną z czterech osób rozdających pierwszy numer ośmiostronicowego pisma „The Catholic Worker” – nie domagała się bowiem zapłaty ustalonej ceny pensa* za egzemplarz. (Pewien Irlandczyk oburzył się, że pens to moneta angielska i że to w ogóle zbyt wygórowana cena). Ci, którym Dorothy Day wręczała pismo, wykazywali raczej zdziwienie niż entuzjazm. Znali „The Daily Worker”, komunistyczną gazetę wojowniczo wspierającą związki zawodowe i strajkujących. Ale radykalna gazeta wydawana przez katolików? Wszyscy wiedzieli, że Kościół katolic­ki jest znacznie bardziej antykomunistyczny niż prorobotniczy. Wiele egzemplarzy pierwszego numeru „The Catholic Worker” wylądowało na ziemi lub w pobliskich koszach na śmieci. Lecz niektóre zostały przeczytane i odebrane jako świeży powiew w Kościele katolickim. Jednostronicowa nota redakcyjna, napisana przez Dorothy Day, lecz niepodpisana, zawierała deklarację, że to pismo jest „dla tych, którzy tłoczą się w schroniskach, by nie moknąć na deszczu, którzy pukają do wszystkich drzwi w daremnym poszukiwaniu pracy, którzy uważają, że nie ma nadziei na lepszą przyszłość i że ich los jest wszystkim obojętny”. „The Catholic Worker” przekazywał swoim czytelnikom, że „Kościół katolicki ma własny program społeczny”, a także że istnieją ludzie wiary, którzy „dbają nie tylko o dobra duchowe ludzi ubogich, lecz także o ich materialny dobrobyt”. „Głównym celem pism radykalnych jest nawrócenie czytelników na radykalizm i ateizm. Lecz czy nie można być jednocześnie radykałem i nieateistą? Czyż nie można protestować, skarżyć się, wytykać nadużyć i żądać reform bez jednoczesnego pragnienia obalenia religii?” *  Słowo „pens” (penny) używane jest również w znaczeniu jednego centa amerykańskiego.


1 Maja ❧ 11

Nota redakcyjna podkreślała zalety niewielkich kosztów przygotowania pisma: „Pierwszy numer »The Catholic Worker« był planowany, pisany i wydany w kuchni mieszkania przy 15th Street, na peronach metra, w kolejce naziemnej, na promie. Nie ma biura redakcji, żadnych wydatków na telefony, elektryczność czy pensje dla pracowników”. Koszt wydrukowania 2500 egzemplarzy pierwszego numeru, 57 dolarów, został pokryty z niewielkich wpływów i oszczędności redaktorów, a także z oszczędności poczynionych przez zwłokę w płaceniu rachunków za gaz i elektryczność. „Akceptując opóźnienie, dostawcy nie wiedzieli, że działają na rzecz sprawiedliwości społecznej. (...) Pocieszający jest fakt, że Jezus Chrystus chodził po ziemi, nie mając własnego miejsca, by odpocząć. »Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć«*. I gdy zastanowimy się nad swoją ulotną egzystencją, nad jej niepewnością, przypomnimy sobie (z dumą dzieląc ów honor), że apostołowie łowili ryby i chodzili po polach, zbierając kłosy, i z tego przygotowywali skromne posiłki”. Kim byli owi „redaktorzy”, którzy opóźniali płacenie rachunków? W tamtym czasie była to tak naprawdę jedna osoba: trzydziestopięcioletnia Dorothy Day.

*  Wszystkie cytaty biblijne za Biblią Tysiąclecia.


Z B rooklynu

do

K alifornii

Dorothy Day urodziła się 8 listopada 1897 roku w domu przy Pineapple Street, w dzielnicy Brooklyn Heights, niedaleko mostu Brooklińskiego. Była trzecim dzieckiem państwa Day: przed nią na świat przyszli Donald w 1895 roku i Sam Houston w 1896. Po Dorothy urodziło się jeszcze dwoje dzieci: Della w 1899 roku i John w 1912. Wszyscy oprócz Delli zostali dziennikarzami, a Sam Houston Day doszedł nawet do stanowiska redaktora naczelnego „The New York Journal American”, prawicowego pisma przedstawiającego wiadomości kryminalne. Ich ojciec, John Day, również parał się dziennikarstwem – specjalizował się w relacjach z wyścigów konnych. Urodził się w 1870 roku w Tennessee, a jego przodkowie mieli szkocko-irlandzkie korzenie. Uwielbiał whisky, nie lubił obcokrajowców, czarnoskórych i radykałów. Był sceptykiem, choć często cytował Biblię. Dorothy Day wspominała, że „zawsze miał tę księgę przy sobie”. W późniejszych latach prowadził kolumnę „On and Off the Turf ” w „The New York Morning Telegraph”. Przez jakiś czas był inspektorem New York State Racing Commission (Komisji Wyścigów Konnych Stanu Nowy Jork), a potem organizatorem i opiekunem toru Hialeah na Florydzie. Chyba wolał spędzać czas z końmi niż z własnymi dziećmi. Z autobiograficznych zapisków Dorothy Day wyłania się mroczna, niesympatyczna postać ojca, nieprzychylnie nastawionego do dzieci, które, jak uważał, wtargnęły w jego małżeństwo. Zdecydowanie nie aprobował sposobu życia, jaki wybrała Dorothy, jej przekonań zarówno religijnych, jak i politycznych. Dorothy Day wspominała, że wspólny niedzielny obiad z rodzicami był ponurym obrządkiem. „Nikt się nie odzywał; wszyscy jedli w posępnej ciszy. (...) Słychać


Z Brooklynu do Kalifornii ❧ 13

było, jak przełykamy jedzenie”. Za sprawą ojca w ich rodzinie „nikt nikogo nie całował, nie przytulał”. Natomiast z wielką miłością Dorothy Day opisuje swoją matkę, Grace Satterlee. Urodziła się ona w 1870 roku w Marlboro, w stanie Nowy Jork, w dolinie rzeki Hudson. Niemal wszyscy przodkowie ze strony jej ojca poświęcili się życiu na morzu, a w jednym szczególnym pokoleniu aż dziewięciu braci zostało kapitanami statków wielorybniczych i wszyscy prócz jednego zginęli. Tym, który przeżył, był Christian Satterlee – ożenił się potem z Charity Hummel-Washburn, prababką Dorothy Day. Ale Christianowi również nie był pisany spokojny żywot. Dorothy Day pisała, że: „Spadł z masztu i uderzył głową o pokład. Po tym wypadku nie wrócił już do zdrowia, biegał po Delafield Street w koszuli nocnej, aż w końcu utonął w rzece”. Żył jednak wystarczająco długo, by spłodzić Napoleona Bonapartego Satterlee, który później wyruszył na wojnę secesyjną. Powrócił do domu z obozu jeńców z uszkodzoną krtanią. Do końca życia mówił zachrypniętym szeptem i leczył się ajerkoniakiem przynoszonym mu przez córkę Grace, czy raczej Graceful*, jak wolał do niej mówić. Grace uwielbiała opowiadać swoim dzieciom o czasach, gdy była małą dziewczynką, i rodzinne historie z jeszcze dawniejszych dni. „Jakże kochaliśmy te opowieści i jak przytulny wydawał nam się nasz dom, gdy słuchaliśmy o tych strasznych zimach, kiedy rzeka Hudson zamarzała tak, że można było jeździć po niej na łyżwach i w bojerach”, wspominała Day. Historie takie jak ta dawały jej „poczucie ciągłości”. W czasie nauki w Eastman’s Business School w Nowym Jorku Grace Satterlee poznała Johna Daya i niedługo potem pobrali się w kościele episkopalnym Perry Street w Greenwich Village. W ciągu roku urodził się Donald, potem Sam, a dwa lata później – Dorothy. Przez pierwsze sześć lat swojego życia Dorothy mieszkała na Brook­ lynie. „Dobrze pamiętam te szczęśliwe chwile spędzone z braćmi na plaży, łowienie węgorzy w strumieniach, ucieczki z młodszą kuzynką do *  Graceful (ang.) – wdzięczny.


14 ❧ Będziemy sądzeni z miłości

­opuszczonej chaty na bagnistym terenie wokół Fort Hamilton i udawanie, że będziemy tam żyły same”. Dorothy Day dobrze pamięta swój pierwszy eksperyment z samotnością: „Pewnego razu uciekłam sama i spędziłam tam, jak mi się wydawało, długie godziny w słoneczne popołudnie, błogi i uroczy czas, gdy nagle uświadomiłam sobie, że jestem tam sama, a świat jest ogromny i wypełniają go siły zła (...). Ogarnął mnie strach, więc biegiem wróciłam do domu”. Jej ostatni rok na Brooklynie był jednocześnie pierwszym rokiem w szkole. „Modliliśmy się (...) każdego ranka, pochylając głowy nad ławkami. Odmawiając Ojcze nasz, do dziś czuję zapach lakieru i widzę wilgotne kółko pozostawione na nim przez usta, gdy pochylałam się nad ławką”. W 1904 roku John Day przyjął posadę w gazecie w Kalifornii. Z początku zamieszkali w wynajętym domu w Berkeley, w Zatoce San Francisco, czekali bowiem na meble, które były przewożone statkiem płynącym wokół przylądka Horn. Kiedy statek przypłynął, przeprowadzili się kilka mil na południe od Oakland, gdzie kończyła się linia kolei transkontynentalnej i znajdował się tor wyścigów konnych Idora Park, z którego John Day pisał relacje dla swojej gazety. Ich dom otaczały drzewa i kwiaty i rozciągał się z niego widok na łagodne stoki wzgórz na wschodzie. Dorothy Day wspominała: „Godzinami przebywałam w ogrodzie, bawiłam się lalkami zrobionymi z liści czermieni i z różami zamiast głów, robiłam perfumy, miażdżąc płatki kwiatów i wkładając je do butelek z wodą, bawiłam się ziemią i piaskiem, obserwowałam mrowiska i norki susłów, słuchałam szumu strumyka i upajałam się zapachem liści geranium”. Czasem w tym odkrywaniu cudów przyrody towarzyszyły jej inne dzieci, a pewnego razu kilkoro z nich dołączyło do robienia tuneli na łące pełnej ostów: „szukaliśmy miejsc, które uważaliśmy za pokoje ukryte pośród chwastów. To było jak życie w płytkim zielonym morzu, przez które przenikało światło słoneczne, nad którym unosił się zapach ziemi, gdzie słyszało się brzęczenie owadów i gdzie otaczał nas usypiający upał. W jednym z tych pokojów pewien chłopiec, który miał około dziesięciu lat, chciał się bawić ze mną w dom, w mamę i tatę, ale odebrałam to jak zamach na mój szczęśliwy umysł i nie zgodziłam się”.


Z Brooklynu do Kalifornii ❧ 15

W szkole posłała temu małemu chłopcu karteczkę z prostą wiadomością: „Kocham Cię”. Nauczycielka przechwyciła liścik i zostawiła oboje po lekcjach, aby dowieść, że „mój liścik był złośliwy i nie miałam na myśli tego, co napisałam. A ja po prostu uważałam, że jest piękny”. W szkole Dorothy trzymała nerwy na wodzy, ale gdy w domu starsi bracia sprowokowali ją, zdarzało się jej wybuchnąć. Gryzła i kopała, a przy tym używała takich słów, że pewnego razu, gdy osiągnęła poziom słownictwa marynarzy, matka wyszorowała jej usta mydłem. (Jej temperament nigdy się nie zmienił. Pewnego razu, gdy ktoś odwiedzający dom Katolickiego Robotnika poradził jej, by wyrażała się w bardziej stonowany sposób, odpowiedziała: „Powściągam się w każdej minucie bardziej niż pan przez całe życie”). Opowiadając o dzieciństwie w Oakland, Dorothy Day wspominała, że ukradła kiedyś mamie z portmonetki pięciocentówkę, a potem sprzedała swój podręcznik za dziesięć centów. Za zdobyte w ten sposób pieniądze kupiła sobie słodycze, ale gdy już je zjadła, wyrzuty sumienia sprawiły, że przyznała się mamie do wszystkiego. Pewnego niedzielnego deszczowego popołudnia przeszukiwała poddasze i znalazła tam starą, zakurzoną Biblię, i spędziła kilka godzin, czytając ją. „Nie pamiętam nic z tego, co przeczytałam, jedynie uczucie świętości wypływające z samego faktu trzymania tej księgi w rękach”. Niedługo potem za pośrednictwem mieszkającej obok rodziny metodystów Dorothy po raz pierwszy zetknęła się z religią. „Stałam się nieprzyzwoicie, pysznie religijna. Śpiewałam pieśni kościelne z tamtą rodziną. Modliłam się, klęcząc przy łóżku. Zapytałam mamę, dlaczego nie modlimy się i nie śpiewamy pieśni, ale nie otrzymałam satysfakcjonującej odpowiedzi. Prócz mnie nikt z naszej rodziny nie chodził do kościoła. Czułam się na zmianę samotna i zadowolona z siebie. Ale jednocześnie zaczęłam się bać Boga, wieczności. Wieczorem, gdy tylko zamknęłam oczy, otaczało mnie ciemne przeczucie śmierci. (...) Kiedy zasypiałam, w moich uszach głos Boga stawał się coraz mocniejszy i przybliżał się do mnie, aż wreszcie budziłam się spocona ze strachu i wołałam mamę. Zasypiałam, trzymając ją za rękę i czując przy sobie jej ciepłą obecność”.


T rzęsienie

ziemi

Wieczorem 17 kwietnia 1906 roku John Day był na wyścigach na torze Idora Park. Było parno i konie były dziwnie niespokojne – rżały i kopały w swoich boksach. Uderzyła go wyczuwalna panika w ich zachowaniu. 18 kwietnia o 5.13 rano, kiedy nad horyzontem wisiał jeszcze blady księżyc, dzwon na wieży kościoła St. Mary w Chinatown sam zaczął bić, a potem dołączyły do niego inne dzwony w całym mieście. Przez czterdzieści sekund ziemia trzęsła się wzdłuż uskoku San Andreas, jakby była z galarety. Dziesięć sekund spokoju i przyszła jeszcze silniejsza fala drgań, trwająca dwadzieścia pięć sekund. Trwające minutę i kilka sekund trzęsienie przesunęło ziemię pod San Francisco o sześć metrów. W setkach miejsc wybuchły pożary, a ponieważ rury wodociągowe popękały, niewiele można było zrobić, by zapobiec rozprzestrzenianiu się ognia. Goszczący w mieście śpiewak operowy Enrico Caruso, który wieczorem śpiewał partię Don Joségo w Carmen, zerwał się z łóżka w hotelu Palace bardziej przerażony tym, że straci głos, niż że może stracić życie. Aby się uspokoić, stanął przy otwartym oknie swojego pokoju i odśpiewał arię z opery Umberta Giordana Fedora, co zapewne zdziwiło przerażonych ludzi na ulicy jeszcze bardziej niż samo trzęsienie ziemi. Choć nie o to mu chodziło, dodał im odwagi. Dorothy obudziło dudnienie. Czuła wstrząsy ziemi, która „stała się morzem kołyszącym ich domem”. Woda tryskała z wiatraka ze zbiornikiem wodnym, które Dorothy widziała z okna swojego pokoju. „Ojciec obudził moich braci i pobiegł z nimi do drzwi, gdzie stała już matka z moją siostrą, która jeszcze przed chwilą leżała obok mnie. Zostałam sama w dużym metalowym łóżku przesuwającym się tam i z powrotem po wypolerowanej podłodze”.


Trzęsienie ziemi ❧ 17

Po drugiej stronie zatoki rozszalał się pożar. Zanim zdołano go ugasić, 250 tysięcy ludzi straciło dach nad głową, a 700 osób zginęło. W Oakland było wiele zniszczeń, ale ponieważ znajdowało się ono dość daleko od linii uskoku, uniknęło całkowitego zrujnowania. „Kiedy trzęsienie ustało, w domu panował potworny bałagan, na podłodze leżała potłuczona zastawa, a dom popękał od parteru po dach. Lecz w Oakland nie było pożaru”. (Bret Harte napisał, że Oakland zostało oszczędzone, ponieważ „są rzeczy, których ziemia nie jest w stanie przełknąć”*). Dorothy miewała wcześniej sny „o ciemności i śmierci, które ją otaczały”, a teraz odkryła, że ziemia na jawie jest tak samo niestała, jak w jej snach. Ogarniające ją poczucie osamotnienia i niebezpieczeństwa było tym większe, że rodzina nie przyszła jej z pomocą, kiedy ściany domu pękały. Rodzice wyprowadzili z domu jej siostrę i braci, ona zaś została sama w sypialni. Przez dwa dni do Oakland przypływały łodzie i statki z uchodźcami z San Francisco, którego brzegi tonęły w ogniu i dymie. „Tor Idora Park przygotował dla nich miejsce, gdzie można było przenocować”, wspominała Day. „Wszyscy sąsiedzi dołączyli do mojej mamy, obsługując bezdomnych. Rozdano wszystkie zbędne ubrania. Cały dzień po tym wydarzeniu ziemia drżała, a w powietrzu można było wyczuć strach”. Najgorsze było jednak za nimi i rodzina Dayów nie doznała fizycznych obrażeń. Lecz drukarnia pisma, dla którego pracował John Day, spłonęła i pismo zostało zamknięte, a ojciec Dorothy stracił pracę. Dom i większość przedmiotów, które przypłynęły statkiem wokół przylądka Horn, zostały zniszczone. To, co zostało, sprzedano i niebawem cała rodzina jechała pociągiem do Chicago – miasta zbudowanego na pewniejszym gruncie.

*  Bret Harte zmarł w 1902 roku, a więc cztery lata przed tym wydarzeniem. Harte użył tych słów w swej książce Legends and Tales, cytując pewnego niemieckiego geologa, który w ten sposób skomentował zniszczenie San Francisco pod koniec XIX wieku.


C hicago

Rodzina Dayów przeprowadziła się do obskurnego sześciopokojowego mieszkania w kamienicy czynszowej, znajdującego się nad szynkiem przy 37th Street. Tylko na tyle było ich stać, dopóki John Day nie miał pracy. Dorothy Day wspominała, że matka „musiała wszystko robić sama, prać dla całej szóstki w wielkim pomieszczeniu w piwnicy, długim prawie na cały budynek, które wyglądało jak rząd jaskiń, gdzie w deszczowe dni bawiły się dzieci. Za domem było betonowe podwórze. Nie rosło tam żadne drzewo, ani jedno źdźbło trawy. Najbliższą zieleń można było znaleźć na pustej działce obok podwórka. Woziłam tam swoją lalkę i wąchałam słodką koniczynę. Później zbierałam ją i zanosiłam mamie, by mogła ją wysuszyć w poszewkach na poduszki i włożyć do szuflad z pościelą”. Okno jadalni wychodziło na jezioro Michigan, położone zaledwie dwie przecznice dalej. Między pełniącymi funkcję falochronów złomami wapiennych skał tworzyły się małe baseny, w których latem kąpali się bracia Dorothy. Pewnego słonecznego dnia utonęło tam dwoje dzieci sąsiadów. „Chłopczyk nagle znalazł się w miejscu, gdzie nie mógł dosięgnąć dna. Jego siostra (...) zdjęła sukienkę, by skręcić z niej linę, której mógłby się złapać; niestety, pociągnął ją za sobą i utonęli, trzymając się w ramionach”. Dorothy patrzyła „na olbrzymie jezioro tonące w słońcu, spokojne i zdradliwe, na zarośla i trawy rosnące na piasku, gdzie bawiły się małe dzieci, podczas gdy większe stały przy swoich rodzicach w to długie, ciche popołudnie. Kiedy odnaleziono ciała, nie pobiegliśmy, żeby je zobaczyć, lecz mama szybko zabrała nas do domu. Bez wątpienia była przerażona”.


Chicago ❧ 19

To było pierwsze prawdziwe spotkanie Dorothy ze śmiercią, „a jednak nie dotknęło mnie ono w takim stopniu, jak to przeczucie śmierci, które mnie nachodziło w nocy, kiedy zamykałam oczy w ciemnym pokoju, a wszechświat zaczynał wirować wokół mnie”. Nagłe popadnięcie rodziny w ubóstwo było upokarzające. Dorothy nie chciała, by ktoś zobaczył, jak wychodzi z kamienicy, więc udawała, że mieszka gdzie indziej, a czasem mijała swoje drzwi i wchodziła do innego, lepiej wyglądającego domu, aby jej szkolni koledzy nie dowiedzieli się, gdzie naprawdę mieszka. W sklepie omijała wzrokiem najbardziej zachęcające produkty, bo mogła kupować tylko ziemniaki, chleb, galaretę, herbatę oraz banany – przejrzałe i najtańsze, po dziesięć centów za tuzin. Jej matka się jednak nie poddawała. Z resztek materiału uszyła firanki i zawiesiła je na bambusowych drążkach. Ze skrzynek na owoce zrobiła półki na książki, z beczek – krzesła kuchenne. To, że nie mieli maszyny do szycia, nie przeszkodziło jej w szyciu koszul i sukienek. „Wszystkie nasze ubrania były pięknie skrojone i wyprane, niezależnie od tego, jak byliśmy biedni”. Grace Day „królowała przy stole podczas kolacji i wykazywała takie zainteresowanie swymi dziećmi, jakbyśmy byli dorosłymi przyjaciółmi na przyjęciu”. Dorothy miała ten przywilej, że mogła towarzyszyć matce w rytuale wieczornej kąpieli i dodawać do wody kroplę wody kolońskiej, by jej zapach mógł szybko przemienić ich życie w kamienicy czynszowej. Grace Day była wyjątkowo silna i rzadko zdarzały się jej chwile słabości, choć pewnego wieczoru, po kolacji, wpadła w histerię i zaczęła tłuc zastawę stołową. Być może było to spowodowane wyczerpaniem i poczuciem beznadziei, a może przenikliwymi bólami głowy, jakie miewała. W owym czasie przeżyła aż cztery poronienia. Następnego dnia wróciła do zwykłej formy. Dorothy pomagała w pracach domowych („Czyściłam kran, żeby błyszczał”) i miała wiele innych obowiązków. Dużo później zrozumiała, że nieświadomie „nasiąkałam filozofią pracy, ciesząc się z jej twórczych aspektów, ale również czerpiąc satysfakcję z ciężkiej i niezbędnej, dobrze wykonanej roboty”.


20 ❧ Będziemy sądzeni z miłości

Przy domu nie było ogrodu, Dayowie mieli jednak do dyspozycji dużą werandę z tyłu. To tutaj Dorothy organizowała przyjęcia dla lalek, które matka robiła jej z resztek starych ubrań i drewnianych klamerek i które uśmiechały się dziurkami od guzików. To na tej werandzie Mary Harrington, sąsiadka katoliczka, cztery lata starsza od Dorothy, patrząc na gwiazdy, któregoś wieczoru opowiedziała jej historię o jakimś świętym. Po latach Dorothy Day nie potrafiła sobie przypomnieć, ani co to był za święty, ani żadnego szczegółu z jego życia, pamiętała tylko, że ogarnęła ją wielka radość – tak wielka, że miała wrażenie, iż jej serce „o mało nie pęk­ło z tęsknoty za takim doświadczeniem. (...) Byłam przepełniona naturalnym pragnieniem, przemożnym przeczuciem duchowej przygody”. Kolejny impuls, który skierował Dorothy w stronę katolicyzmu, przyszedł od innej sąsiadki, pani Barrett. Szukając swej towarzyszki zabaw, Dorothy weszła do domu sąsiadów i zobaczyła panią Barrett modlącą się na kolanach obok swego łóżka. Kobieta spojrzała na dziewczynkę bez najmniejszego zakłopotania, wyjaśniła, gdzie może znaleźć jej córkę, po czym wróciła do modlitwy. „Nigdy nie zapomnę tego wybuchu miłości do pani Barrett, uczucia wdzięczności i szczęścia, które rozgrzało moje serce”. Przez jakiś czas Dorothy modliła się przy łóżku, a pewnej nocy, kiedy z dołu dobiegała muzyka, przekonała Dellę, że, wzorem świętych, którzy spali na zimnych kamiennych posadzkach w swych zakonnych celach, one także powinny spać na podłodze. Zasnęła, słuchając chrapania pijanej kobiety, mieszkającej piętro wyżej. W tamtym okresie bezrobocia ojciec pracował nad powieścią przygodową, która, jego zdaniem, miała stać się bestsellerem. Siedział przed maszyną do pisania, mając z jednej strony popielniczkę, a z drugiej szklankę whisky. Kiedy pewnego dnia odwiedził ich pastor z pobliskiego kościoła episkopalnego, w nadziei, że zdobędzie nowych członków zgromadzenia, zastał Johna Daya zajętego pisaniem. Nie udało mu się uzyskać deklaracji dorosłych, że pojawią się w kościele, ale dostał zgodę rodziców, by przyszły do niego dzieci. Dwóch braci dołączyło do chóru, Dorothy zaś chętnie przysłuchiwała się muzyce i modlitwom. „Uwielbiałam psalmy i odmawianie kolekt, uczyłam się wielu z nich na pamięć, a hymny n ­ apełniały


Chicago ❧ 21

mnie radością. Nigdy wcześniej nie słyszałam nic piękniejszego od Benedictus i Te Deum. Te słowa pozostały ze mną na zawsze: Wszystkie Pańskie dzieła, błogosławcie Pana, chwalcie i wywyższajcie Go na wieki! (...) Słońce i księżycu, błogosławcie Pana, chwalcie i wywyższajcie Go na wieki! (...) Deszcze i rosy, błogosławcie Pana, chwalcie i wywyższajcie Go na wieki!

Ten hymn napełniał moje serce radością i, choć miałam zaledwie dziesięć lat, poprzez te psalmy i pieśni wzywałam całe stworzenie, by wraz ze mną błogosławiło Pana. Dziękowałam Mu za to, że mnie stworzył”. Od najmłodszych lat Dorothy Day miała wyjątkową zdolność do wpadania w podziw i przejawiała ogromną wrażliwość na piękno. „Chciało mi się płakać z radości. (...) Zawsze odczuwałam powszechną jedność całej ludzkości; ludzkie serce tęskni za tą wspólnotą. Myślałam, że gdybym tylko umiała śpiewać, ze wszystkich sił śpiewałabym przed Panem, i wzywałabym cały świat, by wołał ze mną: »Wszystkie Pańskie dzieła, błogosławcie Pana, chwalcie i wywyższajcie Go na wieki!«”.


S pis

treści

Podziękowania. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 1 Maja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Z Brooklynu do Kalifornii. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Trzęsienie ziemi . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Chicago. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Webster Avenue . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Uniwersytet . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Radykalny reporter . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Czerwoni przyjaciele, rewolucyjne wiadomości. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . „The Masses”. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Więzienie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . The Golden Swan. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Szpital Kings County. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Aborcja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Wyzwolenie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Dom na plaży . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Ciąża i wiara . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Chrzest . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Modlitwa w Waszyngtonie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Egzemplarz za centa. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Pismo wszystkich. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Posłańcy Boga . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Na rolę! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Działania łaski przeciw działaniom wojennym . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Samotne rodzicielstwo. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

9 12 16 18 22 27 31 36 41 45 49 52 55 59 63 68 73 77 83 88 93 99 103 111


230 ❧ Spis treści Rekolekcje. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Tchnienie śmierci. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Ammon. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Zimna wojna. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Nakaz zmiany nazwy „The Catholic Worker”. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Śmiech w parku. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rewolucja w autobusie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Porozumienia zamiast różnic . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Śmierć w rodzinie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Jedno potępienie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Czas palonych dzieci. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Robotnicy rolni . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Dalsze podróże. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Życie na dworcu kolejowym. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Trzeci etap . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . O leżeniu na półce. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Muły już spakowane . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Deo gratias . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Osobiste wspomnienie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

115 122 126 131 135 139 145 149 155 159 162 170 177 182 189 193 199 206 208

Źródła . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 223 Dalsza lektura . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 225


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Będziemy sądzeni z miłości. Biografia Dorothy Day by SIW Znak - Issuu