Skip to main content

Tobi. Oczy Eliszy

Page 1

Prix Saint-Exupéry 2006

Najlepsza powieść dla młodych czytelników

T IMOTHÉE DE F OMBELLE


T imothée de Fombelle

II. Oczy Eliszy

Przełożyli Janina i Krzysztof Błońscy

Ilustrował François Place

Kraków 2015


1 Z obciętymi skrzydłami

Gdyby głupota miała swój ciężar, gałąź pod majorem już dawno by się złamała. Siedział na korze, ze zwieszonymi nogami i strzelał do czegoś czarnego, co na dole wiło się pod nim. Major Kralo był głupi, nieskończenie głupi, a swoją głupotę bardzo starannie wprowadzał w czyn. W tej dziedzinie był więcej niż zawodowcem: był geniuszem. Noc spowiła drzewo. Owiewały je opary mgły i lodowaty wiatr. Ponuro było właściwie od dłuższego czasu. Już poprzedniego dnia górne partie drzewa tonęły w niezwykłych ciemnościach. Wilgoć wydobywała z gałęzi ciężką korzenną woń. – Dwieście czterdzieści pięć, dwieście czterdzieści sześć… Ile strzał będzie musiał zużyć, by wykończyć to żyjątko, które ugrzęzło w soku? Kralo, okutany w obszerny płaszcz z twardego włosia, odliczał. Przesunął kciuki i klasnął szelkami. – Dwieście pięćdziesiąt. Tak go to cieszyło, że aż drżał. Zapiął kołnierz. 11


Tobi

Major od dawna przejawiał wielki talent do dręczenia swoich bliźnich. Gdy spotkały go osobiste kłopoty, rozpoczął nowe życie, zmienił nazwisko i zamiast pasa nałożył szelki, żeby nie można go było rozpoznać. Nadał sobie stopień majora i z ostrożności torturował już wyłącznie zwierzęta. Robił to dyskretnie, w nocy, nieco na uboczu, jak stary kawaler, który wychodzi z domu wypalić fajkę, kryjąc się przed własną matką. Biedne stworzenie leżące tuż pod nim podniosło po raz ostatni głowę ku prześladowcy. To był motyl. Motyl z obciętymi skrzydłami… Robotę wykonano ordynarnie, tępą siekierą. Motylowi pozostały dwa śmieszne kikuty, które trzepotały na grzbiecie. Doskonała robota barbarzyńcy. – Dwieście pięćdziesiąt dziewięć – wyliczył Kralo, trafiając w prawy bok. Nagle w gęstej mgle za majorem przemknął jakiś cień. Zjawa poruszała się bezgłośnie. Zwinny cień przybiegł z góry, musnął korę i znikł w ciemności. Tak, ktoś obserwował tę scenę. Major jednak niczego nie dostrzegł: głupota to zajęcie w pełnym wymiarze godzin.


Z obciętymi skrzydłami

Ostatnia strzała Krala zagłębiła się w ciele motyla. Zranione zwierzę uniosło się bez jęku. Cień znowu się pokazał, kręcąc się wokół własnej osi z wyjątkową zręcznością. Zważał na każdy krok, niczym tancerka lub akrobata. Tym razem w oku motyla mignęło jakieś odbicie. Kralo odwrócił się zaniepokojony. – Żołnierzu? To ty? Nerwowo podrapał się po czaszce, nie zdejmując nakrycia głowy. Miał niskie czoło, a na łebku nosił włóczkową czapkę, spod której wystawały tłuste kędziory. Pomimo niewielkiej główki i tylko nielicznych neuronów, major Kralo dobrze wiedział, że cień nie ma nic wspólnego z żadnym z jego żołnierzy. Wszyscy o tym mówili: wieczorem po Wierzchołkach przemyka tajemniczy cień. Nikt nie wiedział, kim jest ta nieodgadniona istota, która, zdawało się, czuwa przez cały czas. Kralo publicznie nie przyznawał się, że wierzy w tę historię. Robił jeszcze głupszą minę niż zwykle i mówił żałośnie: – Co? Cień? W nocy? Ha! Ha! Ha! Ale od czasu kiedy dopadły go niegdysiejsze kłopoty, major bał się wszystkiego. Pewnego dnia o poranku wyrwał sobie nawet wystający spod kołdry palec od nogi, myśląc, że to jakiś owad. – Żołnierzu – krzyknął, chcąc przekonać samego siebie – wiem, że to ty! Jeżeli jeszcze raz tak zrobisz, przyszpilę cię do gałęzi… Na majora spadł obłok mgły. Poczuł, że w lodowatej ciemności czyjaś ręka spoczęła na jego ramieniu. – Hiiiiiiiiiiii! 13


Tobi

Wrzasnął jak mała dziewczynka. Gwałtownie odwrócił głowę i wbił głęboko zęby w ciało. Major Kralo chełpił się tym, że posiada niesamowity refleks. Faktycznie, nie stracił nawet sekundy, aby zripostować i zaatakować rękę agresora. Wspaniale… Tyle tylko że pomylił strony i poczuł, jak siekacze zagłębiają się w jego własnym ramieniu, zatrzymując się na kości. Na tym poziomie głupoty można już chyba mówić o geniuszu. Tym razem wydobył z siebie potężny chrapliwy krzyk i z bólu zaczął podskakiwać. Wylądował u stóp dziwnej postaci w szlafroku. – To ja, w niczym nie uchybiając waszemu respektowi, to ja. Czy zechce ścierpieć, żem go wystraszył? Nowo przybyły pochylił się w ukłonie, unosząc rąbek szlafroka. Dodał: – To ja, Pyranik. Rozpoznawszy jedyny w swoim rodzaju sposób wyrażania się swego podwładnego, Kralo wyszczerzył zęby. Wyrwało mu się: – Szeregowiec Pyra! – Proszę się nie bać, majorze. – Bać się? Kto się boi? Ja się boję? – Majorze, wybaczy pan, że przeproszę za ingerencję mojej ciekawości, ale dlaczego zjadł pan kawałek swojego ramienia? – Patrz na mnie, Pyra… Pogroził mu palcem. – Jeżeli powtórzysz komukolwiek, że miałem pietra… Major nadal leżał na korze. Krew wyhaftowała na jego płaszczu szkarłatny pagon. Pyra, przepełniony litością, nachylił się nad nim i wyciągnął rękę, żeby go podnieść. 14


Z obciętymi skrzydłami

– Czy mogę obrać biegun na ratunek panu? Chcąc go pocieszyć, poklepał go po ramieniu i dotknął rany. Kralo zawył z bólu. Zupełnie wyczerpany, splunął na żołnierza, by utrzymać go w bezpiecznej odległości. Pyra uskoczył. Szczerze go zmartwił poziom edukacji przełożonego. Podczas gdy wszyscy żołnierze uważali Krala za starego, skończonego brutala, Pyra widział w nim raczej pulchne niemowlę. Dla niego był małym dzieckiem, które jeszcze nie nauczyło się żyć. Pyra, zamiast drżeć ze strachu i wysłuchiwać wyzwisk Krala, miał przede wszystkim ochotę wepchnąć mu do ust smoczek, powiedzieć glugluglu i poklepać po policzku. Major rzucił okiem na strój podwładnego. – Co to jest? – Szlafrok, majorze. – A to? Wskazał na dwa twory ślimacze, w które szeregowiec oblekł stopy. Pyra uśmiechnął się z wdziękiem. Przypominał salonowego poetę zagubionego we mgle. – To pantofle, majorze… – Pan…to…co? – Jest środek nocy, jeżeli pana nie mylę. Zatem włożyłem pantofle. Spałem, kiedy mnie zawołano. – Nie wołałem cię, głupku. Wracaj do siebie. 15


Tobi

Pyra usłyszał, jak motyl rozpaczliwie trzepocze. Pochylił się. Major rozłożył ramiona, uniemożliwiając mu przejście. – Czego chcesz? – Widzę, że tutaj się coś rusza… – Zajmuj się swoimi sprawami. – Ale jakieś zwierzę ugrzęzło w soku, bodaj się nie mylęż? – Czego tu szukasz, Pyra? Problemów? – Zechciał pan dokonać ingerencji, zapytując mnie, i to właśnie… – Mów! Pyra wyszeptał, ledwie otwierając usta: – To przez nią. – Ona! Znowu ona! – wybuchnął major. – Niech mi będzie wolno zaciemnić szczegóły: branka domaga się obecności wielkiego świecznika. – Po co? – Do termoforu. – Wielki świecznik śpi – wyszczekał Kralo. – Przecież nie będę budził wielkiego świecznika z powodu termoforu! Kralo, zafascynowany, nie mógł oderwać oczu od pantofli Pyry. Ten ostatni odpowiedział: – Dobrze wiem, że branka marszczy pańskie brwi w kłopoty, ale jeśli domaga się świecznika, majorze, do podgrzania swojego termoforu… Kralo już nie słuchał. Wbił spojrzenie w Pyrę i rozzuwał go wzrokiem. Zazdrościł mu. Pantofli. Chciał mieć takie same. Nie potrafił oprzeć się pokusie. Zbliżył się, przydepnął buciorami czubki pantofli, żeby je przytrzymać, i sprawną ręką 16


Z obciętymi skrzydłami

wymierzył siarczysty policzek, posyłając resztę Pyry o jakieś trzydzieści kroków dalej. Kilka minut później major Kralo pukał do drzwi wielkiego świecznika. Wokół hulał wiatr. Wyjaśnił przez drzwi: – Domaga się świecy. Otwarto okiennicę. W szparze ukazała się niewielka twarzyczka. To był wielki świecznik. Nawet w mroku nocy widać było, że mężczyzna nie jest mięczakiem. Długa głowa przypominała kość, a oczy były chorobliwie zaczerwienione. Zamknął okiennicę i pomrukując, pojawił się w drzwiach. Wielki świecznik był mały i garbaty. W ręku trzymał świecę osłoniętą lampionem. Garb skrywał pod ciemnym okryciem. Twarz zasłaniał kapturem. Zatrzymał się na chwilę, by popatrzeć na stopy Krala. Major zaczerwienił się i spuściwszy wzrok, kilka razy podniósł się na palcach. – To moje pantofle – wyjaśnił. Świecznik ruszył bez słowa za majorem. Cała okolica była jedną wielką plątaniną gałązek. Trzeba było dobrze znać drogę, by nie zgubić się w tym olbrzymim kłębowisku ściętych gałęzi, tak niepodobnym do reszty drzewa. Gdyby noc była jasna, to w świetle księżyca łatwiej można byłoby rozeznać się w tej wielkiej wiązce chrustu na samym szczycie drzewa. To było gniazdo! Gniazdo olbrzymich rozmiarów. Nie jedno z tych gniazd budowanych przez byle pliszkę, setka ludzi może bowiem takie bez trudu rozebrać w ciągu jednej nocy. Nie. Gniazdo, którego kresu nie było widać. Gniazdo na najwyższych gałęziach, porzucone przez olbrzymiego ptaka. 17


Tobi

Posługiwanie się ogniem na tym uschniętym terenie było zakazane. Na wypadek absolutnej konieczności pieczę nad nim powierzono wielkiemu świecznikowi. Kto zatem mógł sobie pozwolić na wzywanie kanclerza do zwykłego termoforu? Mgła gęstniała. Major szedł przodem. Niewiele brakowało, by się pośliznął, kiedy stąpał w pantoflach, które ukradł Pyrze. – Termofor! Nie żebym chciał powiedzieć coś złego – mruczał – ale uważam, że szef nie powinien tolerować kaprysów tej małej… Kanclerz nic nie mówił, a to zawsze najlepszy sposób, by wydać się inteligentnym. Nie musiał się jednak obawiać porównania z Kralem. Przy majorze nawet nocnik mógłby uchodzić za intelektualistę. Nagle kanclerz zatrzymał się. Usłyszał za sobą jakiś hałas. Odwrócił się i podniósł swój lampion w kształcie larwy. Wilgotny podmuch trzepotał czarnym kapturem. Odniósł dziwne wrażenie, że ktoś za nim idzie. Wbił wzrok w mroki nocy, ale nie zobaczył cienia, który ześliznął się wzdłuż gałęzi, odbił od następnej i odzyskawszy równowagę, kucnął tuż nad nimi. – Kanclerzu, idzie pan? – rzucił major. Kanclerz zawahał się, po czym ruszył. Cień niepostrzeżenie przesuwał się za nimi. Choć na pierwszy rzut oka można było odnieść wrażenie, że wszędzie panuje bałagan, szybko dało się zaobserwować, iż w labiryncie gniazda doskonale wszystko zorganizowano. Na niektórych skrzyżowaniach paliły się lampy. W bezksiężycowe noce pełniły rolę latarni, a we mgle służyły jako znaki ostrzegawcze. 18


Z obciętymi skrzydłami

To były zimne lampy. Każda z nich składała się z klatki w kształcie czworościanu, w której mieszkał świetlik. Świetliki hodowano właśnie w tym celu. Dwóch czy trzech mistrzów świetlnych zasłynęło z wysokiej jakości swych hodowli. Utworzyli korporację, która budziła zazdrość wśród pozostałych mieszkańców drzewa, żyjących od dawna w nędzy i strachu. Gniazdo na Wierzchołkach było czyste, gałęzie oheblowane, skrzyżowania wzmocnione za pomocą lin. Na najbardziej spadzistych przejściach wyrzeźbiono schody, kawałki słomy zmieszane z drzewem i suchym mchem tworzyły groźną sieć tuneli w samym sercu gniazda. Oczywiście, za cytadelą z suchego drzewa stała wyższa inteligencja. Lodowaty, surowy, lecz zupełnie ujarzmiony świat. Kto był architektem gniazda na Wierzchołkach? Z całą pewnością nie było to dzieło ptasiego móżdżku. Kiedy mężczyźni doszli na szczyt gniazda, zobaczyli jeszcze bardziej fascynujący obraz. Cud wyłonił się nagle zza mgły, którą przegnał podmuch wiatru. Wznosiły się tam ku niebu trzy jaja, różowe i gładkie jak policzek noworodka, wysokie na jakieś trzysta łokci, doskonałe w swoim kształcie i majestacie. Przypominały olbrzymie wieże. Strzępy mgieł czepiały się ich szczytów. – Jaja! – powiedział major, tak jakby tamten niczego nie zauważył. Wspięli się na ostatnie zbocze utworzone z zeschłego drewna i zatrzymali się, by poczuć woń nocy. Po burzy w powietrzu rozchodził się zapach prochu. Mieli do przejścia już tylko biały las z puchu i piór, który wypełniał samo serce 19


Tobi

gniazda, chroniąc jaja. Przez splątane zarośla prowadziły jedynie trzy ścieżki. Reszta była śnieżną, nieskalaną, dziewiczą puszczą. Godzinę później strażnicy Południowego Jaja zobaczyli nadchodzących mężczyzn. Wszystko rozegrało się bardzo szybko. Pozwolili wielkiemu świecznikowi, by sam przeszedł po pomoście prowadzącym do jaja. Zniknął w skorupie. Strażnik, który pozostał na zewnątrz, zdawał się zahipnotyzowany widokiem stóp Krala. – To pantofle – tłumaczył major z udawaną skromnością. Podeszli inni strażnicy. – Co takiego? – Pantofle – powtórzył gruby żołnierz. – Co takiego? – Pantofle! – wrzasnął Kralo. Żaden z nich nie zwrócił uwagi na to, co się działo na czubku jaja. Tam, na zawrotnej wysokości, cień czołgał się po ścianie, obserwując rozgrywającą się na dole scenę. Wielki świecznik bardzo prędko pojawił się z powrotem na pomoście. Szedł szybkim krokiem. Wyglądało na to, że jest wściekły. Kralo chciał go zapytać o brankę, ale świecznik bezpardonowo odsunął go na bok. Skierował się w stronę białego lasu. – Wielki świecznik jest niezadowolony – komentowali strażnicy. – Cóż ona takiego mogła mu zrobić? – zastanawiał się major. Nie było widać twarzy niosącego świecę. Szedł przygarbiony, schowany pod kapturem. Kralo dogonił go. 20


Ma tylko półtora milimetra wzrostu. drzewo jest całym jego światem. Światem, który tylko on może uratować. Tobi powraca do krainy drzewa, by uratować swoją przyjaciółkę Eliszę i odnaleźć rodziców, których wciąż więzi okrutny Joe Mitch. Jego świat bardzo się zmienił: niszczone przez robotników drzewo zaczyna usychać. Przyjaciele ukrywają się lub muszą pracować dla nowych władców. A sam Tobi jest najbardziej poszukiwanym zbiegiem w historii drzewa. Czy uda mu się znaleźć sprzymierzeńców? Czy mieszkańcy drzewa odzyskają spokój i szczęście? Czas ucieka...

tego samego autora:

CENA 34,90 ZŁ


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Tobi. Oczy Eliszy by SIW Znak - Issuu