Skip to main content

Fobos. Tom 1

Page 1

V I C T O R

D I X E N

F O B O S TOM 1

tłumaczenie Eliza Kasprzak-Kozikowska

Kraków 2016


Tytuł oryginału: Phobos Copyright © Editions Robert Laffont, Paris, 2015 through arrangement with Renata de La Chapelle Agency Copyright © for the translation by Eliza Kasprzak-Kozikowska Redakcja: Agnieszka Urbanowska Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Ilustracje w książce: © Edigraphie Adiustacja: Anna Brynkus-Weber / d2d.pl Korekta: Anna Woś / d2d.pl, Małgorzata Poździk / d2d.pl Łamanie: Agnieszka Frysztak / d2d.pl Projekt okładki: Dark Crayon Fotografie na okładce: dziewczyna – © paultarasenko / Fotolia.com, hełm astronauty – © matthollinshead / Fotolia.com Rysunki postaci: Rafał Szłapa ISBN 978-83-7515-394-1

www.moondrive.pl Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków, tel. (12) 61 99 569 Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak, w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl


Dla E., dla moich Rodziców i dla Ulissesa, który, czy to na Ziemi, czy w kosmosie, odbędzie – jestem tego pewien – przepiękną podróż

„Snuj marzenia tak, jakbyś miał żyć wiecznie; żyj tak, jakbyś miał umrzeć dziś”. James Dean (1931–1955)


PROGRAM GENESIS

Rekrutacja Sześciu uczestników z jednej strony. Sześć uczestniczek z drugiej strony. Sześć minut na spotkanie. Wieczność na miłość. Zapisz się w historii przez wielkie H Po odkupieniu od zadłużonego rządu USA agencji NASA wraz z całym wyposażeniem międzynarodowy fundusz inwestycyjny Atlas Capital postanowił znacząco przyspieszyć podbój kosmosu. W jaki sposób? Dzięki zyskom z reklamy i… dzięki Tobie! Program Genesis to jednocześnie przełomowa ekspedycja międzyplanetarna i reality show, jakiego świat dotąd nie widział, pierwsza próba kolonizacji Marsa i największe widowisko w historii. Możesz wziąć w nim udział! Znajdź miłość przez wielkie M Każdy młody Ziemianin u szczytu płodności może przesłać swoje zgłoszenie do programu Genesis. Sześciu wybranych chłopców i sześć dziewcząt pozna się w trakcie podróży w jedną stronę na Czerwoną Planetę, gdzie założą rodziny. Będą mieli pięć miesięcy, by się zakochać i wybrać partnera, z którym spłodzą dziecko. W zamian za możliwość udziału w tej niezwykłej przygodzie zgodzą się, by kamery transmitowały ich szybkie randki w kosmosie oraz każdą chwilę ich dalszego życia na Marsie, dwadzieścia cztery godziny na dobę. PROGRAM GENESIS Masz 17–20 lat? Chcesz uczestniczyć w powstaniu nowego świata? Już dziś prześlij swoje zgłoszenie i napisz najpiękniejszą historię miłosną wszech czasów: swoją historię!


AKT I


1

Plan

Start: 55 min –  Léonor, co czujesz, opuszczając Ziemię na zawsze? –  Léonor, już za chwilę start. Cieszysz się? –  Boisz się, Léonor? –   Léonor!  – Léonor!!  – Léonor!!! Setki rąk uzbrojonych w mikrofony i aparaty fotograficzne wyciągają się ku mnie niczym macki ponad ramionami umundurowanych ochroniarzy, którzy próbują odgrodzić mnie od tłumu. Jakiś dziennikarz przełamuje kordon, podstawia mi mikrofon pod nos i przeszywa błękitnym spojrzeniem żmijowatych oczu. –  Chciałabyś powiedzieć ostatnie słowo, Léonor? – pyta z drapieżnym uśmiechem. – Może żałujesz? –  Nie, niczego nie żałuję, a pan? – odpowiadam i pokazuję mu środkowy palec, szybko prostując też wskazujący, by oba ułożyły się w V oznaczające zwycięstwo. Co to ma być, zastanawiam się, jakaś prowokacja? Chwilę przed odlotem pytać mnie, czy żałuję? Na co liczy ta hiena? 11


Że zacznę się wyrywać i szlochać? Nic z tego! Serena ostrzegła nas, że dziennikarze będą próbowali wszystkiego, by złowić jakąś sensację. Cóż, trzeba przyznać, że są wygłodniali jak wilki – ponieważ nasze szkolenie odbywało się z dala od kamer, w całkowitej tajemnicy, czekali cały rok, by w końcu dowiedzieć się, kto został wybrany. Dzisiaj zobaczyli nas na żywo po raz pierwszy i zarazem ostatni, bo za kilka chwil wyruszymy w podróż, z której nigdy nie powrócimy. Próbują więc maksymalnie wykorzystać sytuację. Jak wiadomo, nic nie sprzedaje się tak dobrze, jak zdjęcie twarzy wykrzywionej cierpieniem. Jednak nie ma mowy, bym dała się zmanipulować jakiemuś paparazzo, który pragnie zarobić na moich łzach. Przyklejam więc do twarzy najbardziej czarujący uśmiech, na jaki mnie stać, ten sam, który ćwiczę przed lustrem każdego ranka, odkąd podpisałam ­umowę z moim sponsorem domem mody ­Rosier & Merceaugnac. W końcu wydostaję się z tłumu, który wyje moje imię, i rzucam się na schody prowadzące na platformę startową. Czuję, jak moje długie rude włosy targa bryza wiejąca od morza w stronę bazy na przylądku Canaveral. Pokonuję trzy ostatnie stopnie, powtarzając w myślach nową mantrę: „Jesteś teraz modelką Rosiera, Léo, spróbuj zachować klasę”. Szczerze mówiąc, jeśli już miałabym się zajmować modą, to widziałabym siebie raczej jako projektantkę niż modelkę, ze względu na zamiłowanie do rysunku i kompletny brak swobody podczas wystąpień publicznych. Trzeba też przyznać, że nie jest łatwo udawać gazelę w butach astronauty i skafandrze kosmicznym. Zamiast wybiegu pod stopami mam aluminiową platformę, która przy każdym kroku wydaje z siebie metaliczny jęk. Podnoszę wzrok. Nade mną wznosi się wieża startowa i rakieta wysoka jak piętnastopiętrowy budynek, bardziej masywna, bardziej przytłaczająca… bardziej p r a w d z i w a, niż wszystko, co sobie do tej pory wyobrażałam. Cztery gigantyczne ekrany okalające platformę wyświetlają schemat, który, zapewne już po raz setny, wyjaśnia widzom plan programu Genesis. 12


–  … witamy naszych nieustraszonych pionierów, wspaniałych zdobywców pozaziemskiej przestrzeni! – komentuje głos dobiegający z monumentalnych głośników. – Jest ich dwanaścioro: dwanaścioro młodych ludzi wybranych spośród milionów kandydatów, wyłonionych w międzynarodowych eliminacjach, jakich świat dotąd nie widział! Czeka ich nadzwyczajna podróż, najwspanialsza w całej historii ludzkości! Polecą dalej niż Jurij Gagarin, dalej niż Neil Armstrong, dalej niż ktokolwiek w historii ludzkości. Ich niezwykła wyprawa będzie się składać z sześciu etapów transmitowanych na żywo na kanale Genesis dwadzieścia cztery godziny na dobę dzięki naszemu laserowemu systemowi komunikacji międzyplanetarnej. Pierwszy etap to jednoczesne wystrzelenie dwóch bliźniaczych kapsuł, jednej dla dziewcząt, drugiej dla chłopców, w kierunku statku Cupido czekającego na orbicie ziemskiej. Drugi etap to przyłączenie kapsuł do oddzielnych segmentów po dwóch stronach statku Cupido. Trzeci etap to odpalenie napędu jądrowego, wprowadzenie Cupido na właściwą trajektorię i podróż międzyplanetarna w stronę Marsa trwająca sto sześćdziesiąt jeden dni. Czwarty etap to umieszczenie Cupido na orbicie okołomarsjańskiej i lot śladem Fobosa, księżyca Czerwonej Planety, bo to idealne położenie, by z przestrzeni kosmicznej zlokalizować miejsce lądowania. Piąty etap to ostateczne spuszczenie przez statek Cupido dwóch kapsuł ze szczęśliwymi wybrańcami do studni grawitacyjnej Marsa. I w końcu szósty etap: powrót pustego Cupido na orbitę ziemską, by za dwa lata mógł zabrać na pokład kolejną grupę astronautów. Dołączam do pozostałych dziewczyn, które ustawiły się już u stóp wieży startowej naprzeciwko kurtyny upstrzonej logo we wszystkich kolorach i rozmiarach: wielkie logo sponsorów platinum (tych, którzy wybulili najwięcej, by kupić sobie astronautę na wyłączność); średnie dla sponsorów gold (którzy zapełnili oczekujący nas na orbicie statek produktami swoich marek w nadziei, że będą się one pojawiać na ekranie tak często, jak to tylko możliwe); małe logo dla niewielkich graczy, 13


GENESIS / plan programu 4 5

3

6 1

2

1

1 2 3 4 5 6

WYSTRZELENIE kapsuł PRZYŁĄCZENIE kapsuł do statku Cupido PODRÓŻ międzyplanetarna trwająca 161 dni LOT po orbicie Fobosa SPUSZCZENIE kapsuł i lądowanie na Marsie POWRÓT pustego Cupido na orbitę okołoziemską


czyli sponsorów silver (ci zapewne musieli poświęcić połowę rocznego budżetu reklamowego, by dostać choćby centymetr kwadratowy kurtyny…). Celują we mnie dziesiątki reflektorów, oślepiających bardziej niż lipcowe słońce. Kamery zamontowane na szynach wirują wokół platformy, brzęcząc niczym owady. Próbuję uśmiechać się szeroko i grać rolę dziewczyny, dla której to wszystko jest zupełnie naturalne, choć w rzeczywistości czuję się tak swobodnie, jak ryba wyrzucona z wody. Mam niedorzeczne wrażenie, że zepsuł się system termoregulacji w cienkim kombinezonie, który mam pod skafandrem ciśnieniowym, tak strasznie mi gorąco. Chciałabym, żeby ta cała uroczystość wreszcie się skończyła, żebym w końcu mogła się znaleźć wysoko w górze i lecieć ku swojemu przeznaczeniu. Czuję, że Kris chwyta mnie za rękę. –  To dzięki tobie dotarłyśmy aż tutaj, Léo, moja Niszczarko Wątpliwości – szepcze mi do ucha swoim czystym głosem. Niszczarka Wątpliwości, tak przezywa mnie Kris, kiedy droczy się ze mną i naśmiewa z mojego uporu. Ma prawo nazywać mnie, jak jej się podoba – jest dla mnie jak siostra od tamtego poranka, gdy spotkałyśmy się po raz pierwszy na maleńkim lotnisku z jednym pasem startowym, zagubionym gdzieś wśród rozgrzanych piasków kalifornijskiej Doliny Śmierci. To było przed rokiem. Właśnie przyleciałam z Francji, a ona poprzedniego dnia wyleciała z Niemiec. Jako pierwsze spośród sześciu dziewcząt wybranych do programu Genesis stawiłyśmy się w obozie treningowym, gdzie odtworzono warunki panujące na Marsie. Szalałyśmy z radości. I umierałyśmy ze strachu. Otworzyłam się przed nią jak przed nikim wcześniej, a słowa w języku angielskim, oficjalnym języku programu, przychodziły mi zupełnie naturalnie. Opowiedziałam jej historię swojego życia, zdradziłam, że byłam porzuconym dziec­kiem przenoszonym przez pomoc społeczną z jednej rodziny zastępczej do drugiej. I ta rozmowa cholernie dobrze mi zrobiła. To była przyjaźń od pierwszego wejrzenia, która trwa nieprzerwanie. Przez całe szkolenie Kris 15


rozweselała mnie, a ja podtrzymywałam ją na duchu swoimi słynnymi pozytywnymi myślami w stylu: „Damy radę, szeregowa Kris, nie może być inaczej!”. Kris z kolei opowiedziała mi, że pochodzi ze zrujnowanego okręgu przemysłowego w Niemczech, spustoszonego przez bezrobocie, podobnie jak wiele regionów w Europie. Jej ojciec zginął w wypadku przy linii montażowej zaledwie parę dni przed tym, jak zautomatyzowano ostatnią fabrykę w mieście, a matka wycieńczona rozpaczą i źle leczonym zapaleniem płuc podążyła za nim kilka lat później. Kris skończyła wtedy osiemnaście lat. Postanowiła poszukać lepszego życia w Berlinie, gdzie podjęła pracę w kuchni restauracji otwartej całą dobę (trzeba przyznać, że gotuje jak bogini, jej crème brûlée ze skórką cytrynową to niebo w gębie!). Poruszyło mnie, że ona też nie ma rodziców – co za zbieg okoliczności, pomyślałam, wśród tylu tysięcy kandydatek! Ale, jak się wkrótce okazało, nie był to żaden zbieg okoliczności. Każda z czerech dziewcząt, które dołączyły do nas wieczorem, była na swój sposób osamotniona, nie miała nikogo ani niczego, co trzymałoby ją na Ziemi – właśnie tak przeprowadzono selekcję do programu Genesis. –  Oto po lewej stronie kurtyny naszych sześć uczestniczek. A po prawej sześciu uczestników. Piękne dziewczęta i przystojni chłopcy zebrani na przylądku Canaveral na Florydzie! Przed kurtyną stoi podium, a na nim mównica, przy której stoi barczysty łysy mężczyzna w szarym garniturze. To jego głos rozbrzmiewa z głośników. To on, dyrektor Lock, nasz Pan Mars we własnej osobie. Należał do kadry kierowniczej ­NASA, zanim nowy ultraliberalny rząd Stanów Zjednoczonych sprzedał agencję kosmiczną, a razem z nią także pocztę, autostrady i wszystkie państwowe muzea… Gigantyczna wyprzedaż garażowa, wielka obietnica wyborcza prezydenta Greena, a wszystko po to, by zredukować ogromne zadłużenie kraju. 16


„With President Green, take America out of the red!”, brzmiał slogan jego kampanii. Agencję NASA wykupiło dwa lata temu prywatne przedsiębiorstwo Atlas Capital, ceny sprzedaży nie ujawniono. Atlas Capital – fundusz inwestycyjny z gatunku tych, które przejmują firmy znajdujące się w trudnej sytuacji finansowej tylko po to, by je wypatroszyć i wyciągnąć z nich tyle kasy, ile się da. Można się było spodziewać, jak postąpią z NASA. Natychmiast pozbyli się połowy personelu – tak naprawdę wszystkich, którzy nie pracowali bezpośrednio nad podbojem Marsa, czyli przy projekcie bardzo już zaawansowanym w momencie wykupu agencji, ale z braku publicznych pieniędzy nigdy niedoprowadzonym do końca. Ludzie z Atlasa zagarnęli wszystko: kosmodrom na przylądku Canaveral, centrum kontroli lotów kosmicznych w Houston, statek czekający na orbicie okołoziemskiej, sprzęt zrzucony wcześniej na Marsa przez poprzednie misje bezzałogowe – wszystko! A potem postanowili nie tylko wznowić projekt, lecz także uczynić z niego największe reality show wszech czasów, które, jak liczą, pozwoli im odzyskać koszty inwestycji i zarobić na niej góry złota. Tak narodził się program Genesis, którego dyrektorem technicznym został Gordon Lock. –  Dziś patrzycie na naszych szczęśliwych wybrańców po raz pierwszy – kontynuuje. – Po miesiącach oczekiwania i spekulacji wreszcie widzicie ich, wybranych spośród miliona zgłoszonych, tak jak ja ich widzę, po dwóch stronach kotary… Z wysokości swej trybuny dyrektor Lock może kontemplować widok po obu stronach kurtyny. Za jego plecami wywieszono ogromny symbol programu Genesis – zarys planety Mars, a w niej ludzki płód. Ten sam wzór wyszyto na kieszeni jego marynarki i na czapkach wszystkich ochroniarzy. Planeta-łono, to jednak wymagało odwagi, mogę się założyć, że specjaliści z agencji reklamowej harowali dniami i nocami, nim wypocili coś takiego. To całkiem zgrabne logo, a jednocześnie bardzo trafne, bo szczerze pokazuje, jaki jest ostateczny cel programu – stworzenie 17


płodnej ludzkiej kolonii na Marsie. Gdybym dostała takie wytyczne, nie wiem, czy wymyśliłabym coś lepszego. –  … jednak oni nigdy się nie widzieli. Swój roczny kurs przygotowawczy przeszli w dwóch oddzielnych obozach w samym sercu Doliny Śmierci, chłopcy po jednej, dziewczęta po drugiej stronie. Wszyscy przeszli niezwykle intensywne szkolenie, po którym stali się specjalistami w przypisanych sobie dziedzinach. Jednak nigdy wcześniej się nie spotkali… aż do dziś! Dyrektor Lock robi pauzę i wpatruje się w nas oczami błyszczącymi z podniecenia, rzucając spojrzenie raz na lewo, raz na prawo. Cztery gigantyczne ekrany okalające platformę startową wyświetlają jego twarz w stukrotnym powiększeniu. Nie mogę przestać się zastanawiać, jak naszkicowałabym jego portret, gdybym tylko miała odwagę. Patrząc na świat, często zastanawiam się, jak bym coś narysowała. Pozwala mi to nabrać dystansu, bo zwykle reaguję zbyt gwałtownie. No i dzięki temu mogę spojrzeć nieco inaczej na ludzi, którzy mnie onieśmielają, a to ważne dla kogoś, na kogo nieraz patrzono z góry. Teraz wysokie czoło dyrektora przywodzi mi na myśl jałową, łysą planetę, jego poczerwieniała od słońca, porowata cera przypomina usianą kraterami powierzchnię Marsa. Mówi się, że ludzie często upodabniają się do swoich psów, przez mimetyzm, a Gordon Lock upodobnił się do swojej planety. To materiał na sympatyczną karykaturę, w której nie byłoby cienia złośliwości, z pewnością sam by się uśmiechnął na jej widok. Na myśl o tym czuję, jak rozluźniają mi się wszystkie mięśnie. Oddycham. Mój wzrok przenosi się z postaci Pana Marsa, geniusza, który uratował program lotów kosmicznych, na wielki cyfrowy zegar wiszący w powietrzu nad platformą startową. Połyskujące cyfry pokazują czas, który pozostał do odlotu: Start: 52 min… –  Człowiek już latał w kosmos. Jadł tam, spał i pracował. Ale jeszcze nigdy się tam nie zakochał. A właśnie to jest naj­ istotniejszym składnikiem sukcesu programu Genesis. To 18


warunek wstępny, by pionierzy mogli płodzić dzieci, stworzyć rodziny, położyć podwaliny trwałej kolonii na Marsie, zapisać się w historii przez wielkie H. Pozwólcie, że teraz przekażę głos komuś, kto wyjaśni nam to najlepiej, producentce wykonawczej programu Genesis. Przed państwem słynna profesor Serena McBee!… „Zapisać się w historii przez wielkie H”, jak widniało w ogłoszeniu… To właśnie dlatego wysłałam zgłoszenie do programu, nie zastanawiając się ani przez sekundę, zaraz po tym, jak znalazłam informację w bezpłatnej gazecie rozdawanej w paryskim metrze. To dlatego, że nie mam żadnej historii, nawet tej pisanej przez małe h. Miłość i tym podobne bzdury, to wszystko nie jest w moim guście. Kiedy ktoś wyrzuci cię nieprzytomną do pojemnika na śmieci w wieku trzech lat, masz podstawy, by twierdzić, że cała ta miłość jest nic niewarta. Bo, jakkolwiek głupio by to brzmiało, to właśnie moja historia: wyrzucona jak zużyta ścierka, odratowana w ostatniej chwili przez pogotowie, reanimowana w szpitalu, przerzucana z jednego ośrodka pomocy społecznej do drugiego. Miłość nigdy nie była częścią mojego życia i teraz też nie pojawi się w nim znienacka. Chciałabym czegoś trwalszego i pewniejszego. Chciałabym sławy, a zdaję sobie sprawę, że na Ziemi jej nie znajdę, skoro mając szesnaście lat, musiałam porzucić liceum plastyczne, gdzie uczyłam się rysunku, i zatrudnić się w fabryce Eden Food France, by zarabiać na chleb. Przysięgłam sobie, że drugi raz nie zrezygnuję z marzeń, że jako pierwsza postawię sztalugi na Marsie. Ta nadzieja dała mi zapał i siłę, by stawić czoło dziesięciu rekruterom do programu Genesis, aż w końcu spotkałam samą Serenę McBee. Nadzieja napędzała mnie przez cały rok przygotowań w pustynnym ośrodku w Dolinie Śmierci podczas treningów trwających po piętnaście godzin i nocy, kiedy nie mogłam zasnąć z powodu nadmiaru adrenaliny. Weź się w garść, Léonor! No, dalej! Nie masz nic do stracenia. Ani rodziny, ani przyjaciół. Ziemia nie ma niczego do zaoferowania takim wyrzutkom jak ty. 19


Za to Mars…! Popatrz w gwiazdy, wołają cię! I przede wszystkim nie oglądaj się za siebie! Nie obejrzałam się za siebie ani razu, odkąd wysłałam zgłoszenie do programu Genesis. Wrzuciłam kopertę do skrzynki na listy stojącej przy hotelu robotniczym niedaleko fabryki – mówiąc krótko, było to w innym życiu. Jednak dzisiejszego ranka, kiedy właśnie czekamy na osobę, której zawdzięczamy miejsce na platformie startowej, nie mogę się powstrzymać, by nie spojrzeć za siebie. W końcu odwracam głowę. A to, co widzę, sprawia, że czuję, jakby ktoś bez ostrzeżenia walnął mnie w brzuch wrednym, podstępnym ciosem, którego się nie spodziewałam. Dziennikarze wydają mi się strasznie odlegli, jakby wołali do mnie z dna otchłani, która przyprawia mnie o zawroty głowy. Cień, który rzuca na nich rakieta nośna, jest tak czarny, że nie dostrzegam ich twarzy. Nie znam tych ludzi wykrzykujących moje imię, tak jakby im na mnie zależało. Są dla mnie nikim. Tymczasem począwszy od dziś, będą bezustannie obserwować mnie za pośrednictwem kamer, komentować mój najdrobniejszy gest, wyłuskiwać każde, nawet najmniej istotne słowo. Na samą myśl o tym mój żołądek ściska się tak, że dostaję mdłości. Nienawidzę się za to, że ogarnia mnie bezsensowny niepokój, nieznośna wątpliwość, która rozlewa się w żyłach niczym trucizna i zmienia zwykłą tremę związaną z wyjazdem w coś o wiele poważniejszego i niebezpieczniejszego… (Léo, czyżby Niszczarka Wątpliwości się popsuła? – szepcze jakiś głosik z tyłu głowy. – Czy po prostu zdała sobie sprawę, że popełnia okropne głupstwo?) Nagle na podium pojawia się Serena McBee, wysoka, szczupła, w szarym kostiumie z oznaczeniami programu Genesis, w eleganckiej jedwabnej koszuli z szeleszczącym żabotem, tak nieskazitelnej jak jej promienny uśmiech. Złośliwa plotka głosi, że ten uśmiech nie schodzi jej z twarzy, ponieważ ma w niej tyle 20


botoksu, że innych emocji nie jest już w stanie wyrazić, jednak ja wiem, że to nieprawda. Okolona nienagannie przystrzyżonymi srebrnymi włosami gładka twarz Sereny odzwierciedla po prostu jej wielką wewnętrzną pogodę ducha. I za każdym razem, kiedy patrzę w jej ogromne oczy koloru morskiej zieleni, tak spokojne jak tafla jeziora, magia zaczyna działać. Czuję, że węzeł w moim brzuchu się rozluźnia. Zdaje mi się, że słyszę opanowany głos Sereny: „Co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Wciąż nam to powtarzała w czasie szkolenia, kiedy dopadały nas zwątpienie i smutek. –  Dzień dobry, mój drogi Gordonie, witam panie i panów dziennikarzy, witam serdecznie wszystkich państwa, którzy oglądacie nas w tej chwili we wszystkich najdalszych zakątkach świata – mówi, poprawiając z wdziękiem kołnierz żakietu ozdobiony delikatną srebrną broszką w kształcie pszczoły. – I wreszcie witam was, drodzy uczestnicy programu. Kiedy widzę was dzisiaj, tak pięknych, tak olśniewających, nie mogę nie myśleć o tym, jacy byliście jeszcze rok temu… Nieoszlifowane diamenty. A dziś stoicie przede mną perfekcyjnie przygotowani do misji, która was czeka. Gdybyście wiedzieli, jaka jestem z was dumna! W oczach opinii publicznej Serena McBee jest niekwestionowaną ekspertką w dziedzinie relacji damsko-męskich. Psychiatra z dyplomem Uniwersytetu Stanforda, od ponad dwudziestu lat produkuje i prowadzi jeden z najpopularniejszych w Stanach Zjednoczonych talk-show Wizyta u profesor McBee, do którego zaprasza gwiazdy i ich małżonków, by na oczach widzów odbyli na żywo rodzaj terapii małżeńskiej połączonej z seansem hipnotycznym, jej główną specjalnością. Atlas powierzył jej reżyserię marsjańskiej misji i dał wolną rękę. Podczas gdy Gordon Lock nadzoruje wszelkie aspekty techniczne misji, Serena odpowiada za całe widowisko od A do Z. Jednak dla mnie i pozostałych dziewcząt stojących przed kurtyną Serena McBee jest kimś więcej niż tylko producentką wykonawczą programu Genesis. To dobra wróżka, która wybrała nas do lotu na Marsa. To nasza szczęśliwa gwiazda, bez jej pomocy 21


nasze marzenia nigdy by się nie spełniły. To matka chrzestna, która dostrzegła, że stać mnie w życiu na coś więcej niż mieszanie psiej karmy w fabryce Eden Food France – Serena machnęła czarodziejską różdżką i zmieniła kopciuszka Pedigree w kosmiczną księżniczkę. –  Sześciu uczestników z jednej strony. Sześć uczestniczek z drugiej. Sześć minut na spotkanie. Wieczność na miłość – przypomina widzom. – Otrzymaliśmy ponad osiemdziesiąt milionów zgłoszeń do programu i już samo to jest ogromnym sukcesem! Pragnę dziś z całego serca podziękować wszystkim, którzy wysłali swoją kandydaturę. Nie martwcie się, jeśli tym razem nie zostaliście przyjęci, być może polecicie z następną misją za dwa lata. Chcę wam wyjaśnić, w jaki sposób dokonaliśmy ostatecznego wyboru. Widzicie, przez wiele lat specjaliści z ­NASA i naukowcy pracujący przy różnych programach podboju kosmosu mylili się co do jednej podstawowej kwestii. Sądzili, że należy wysyłać w kosmos ludzi będących w trwałych związkach, dobrze dobrane pary wypróbowane przez lata wspólnego życia. Nie mieli racji. Pary już uformowane dużo gorzej znoszą osamotnienie w przestrzeni kosmicznej oraz perspektywę, że nigdy nie powrócą na planetę, z którą wiążą się wszystkie ich wspomnienia, całe życie, rodzina. Wstępne badania psychologiczne przeprowadzone w czasie rekrutacji doprowadziły nas do decyzji, by postawić na młodych mężczyzn i kobiety mających jak najmniej więzi rodzinnych na Ziemi: osieroconych lub porzuconych. Ich miłość będzie w stanie przetrwać w nowym świecie dzięki temu, że n a r o d z i s i ę w przestrzeni kosmicznej. Ponieważ tu, na Ziemi, nie mają nic do stracenia, Mars jest dla nich obietnicą w s z y s t k i e g o! Nasi szczęśliwi śmiałkowie, wszyscy pełnoletni bądź w pełni samodzielni, odbędą międzyplanetarną podróż obok siebie, ponieważ statek Cupido dzieli się na dwie oddzielne części. Każdego dnia przez nieco ponad pięć miesięcy jeden uczestnik będzie mógł zaprosić wybranego pasażera przeciwnej płci na sześciominutową szybką randkę 22


w Kuli Spotkań mieszczącej się na styku dwóch segmentów, jednego przeznaczonego dla chłopców i drugiego dla dziewcząt… –  Obowiązuje całkowity zakaz dotykania! – wtrąca dyrektor Lock, grożąc palcem w stronę kamer. – Nie zapominajmy, że program Genesis to program rozrywkowy przeznaczony dla wszystkich grup wiekowych! –  Nie obawiaj się, mój drogi Gordonie. Kulę Spotkań przedziela na pół szyba z pancernego szkła, więc nasi uczestnicy będą mogli się dotknąć jedynie wzrokiem. W każdą niedzielę ułożą swoją Listę Serca, osobisty ranking, który wy, nasi drodzy widzowie, możecie śledzić na żywo na kanale Genesis aż do umieszczenia statku na orbicie Fobosa w niedzielę dziesiątego grudnia, kiedy każdy znajdzie swoją drugą połowę. Tego samego dnia pary wylądują na Marsie, gdzie wstąpią oficjalnie w związek małżeński. I pamiętajcie: przez cały czas trwania lotu możecie zasilać Posag waszego ulubieńca, dzwoniąc pod numer telefonu, który właśnie wyświetla się na dole ekranu. Za zebrane pieniądze będzie mógł wylicytować sprzęty zrzucone w ostatnich latach na Marsa przez misje bezzałogowe NASA. Kiedy wykupiliśmy istniejącą na Marsie bazę, nazwaliśmy ją Nowym Edenem, ponieważ ugości ona Adamów i Ewy nowego raju! Przypominam, drodzy widzowie, że im więcej pieniędzy dany uczestnik zbierze w swym Posagu, tym wygodniejsze będzie jego życie na Marsie i życie jego przyszłego współmałżonka. Najbogatszy będzie mógł zamieszkać w najprzestronniejszym module mieszkalnym spośród sześciu dostępnych Gniazd Miłości (siódme Gniazdo będzie służyć jako moduł zapasowy). Otrzyma największe racje żywnościowe, dostanie także najlepiej wyposażony pakiet przetrwania. Oczywiście niewykluczone, że wasze datki będą miały wpływ na rankingi… Bogata osoba zawsze jest bardziej pociągająca, a pieniądze łączą się z miłością, odkąd ten świat istnieje. Dlatego liczymy na was… a raczej nasi uczestnicy na was liczą! Serena robi pauzę. 23


Opiera dłonie z pomalowanymi paznokciami na krawędzi pulpitu i bierze głęboki oddech, omiatając zebranych spojrzeniem swych oczu w kolorze morskiej zieleni. –  Nadeszła wiekopomna chwila! Choć na razie są dla siebie nieznajomymi, przeznaczenie zapisało im w gwiazdach rolę najsłynniejszych kochanków w historii wszechświata… Zobaczą się dopiero w kosmosie, ale już teraz po raz pierwszy usłyszą swoje głosy… Jestem niezwykle wzruszona i sądzę, że państwo także podzielacie te emocje. Oddaję panu głos, dyrektorze Lock! W głośnikach rozbrzmiewa dżingiel programu Genesis. To refren piosenki Cosmic Love wykonywanej na zlecenie organizatorów przez dwie największe międzynarodowe gwiazdy: Kanadyjczyka Jimmy’ego Gianta i Amerykankę Stellę Magnificę. Potężne basy sprawiają, że przez chwilę kurtyna zaczyna drżeć na całej wysokości. To idiotyczne, zwłaszcza że słowa są dosyć głupie, ale słysząc tę piosenkę napisaną specjalnie dla nas, czyli także trochę dla mnie, mam ciarki na całym ciele. Wyobrażam sobie, że właśnie tak czują się piłkarze, słuchając hymnu, z tą różnicą, że ja nie jestem boginią stadionów, tylko zwykłą sierotą, która wciąż nie może uwierzyć, że tu jest. Ten emocjonalny rollercoaster powoduje, że jestem bliska łez – najpierw trema, przez którą omal nie zemdlałam, potem wątpliwości skręcające mi żołądek, a teraz entuzjazm tak wielki, że chce mi się krzyczeć! On: You skyrocketed my life Ona: You taught me how to fly On: Higher than the clouds Ona: Higher than the stars Razem: Nothing can stop our cosmic love Our cosmic love Our cooosmic looove! Piosenka urywa się gwałtownie, a w głośnikach rozlega się nagrane wcześniej dudnienie bębnów. Serce niemal wyskakuje mi z piersi na dźwięk ostatniego „bum”. To koniec, przede mną ostatnia prosta!


2

Kontrplan

Platforma startowa, baza na przylądku Canaveral, niedziela 2 lipca, godz. 12.30 Gigantyczne plecy Gordona Locka i Sereny McBee wznoszą się naprzeciw ustawionych w rzędzie sześciu chłopców i sześciu dziewcząt, wstrzymujących oddech po dwóch stronach kurtyny. Ich drobne sylwetki wciśnięte w białe kombinezony są wyprostowane, ustawione równo niczym kręgle, które ktoś zaraz strąci kulą. W blacie pulpitu znajduje się ekran widoczny wyłącznie dla przemawiających. Tekst wystąpienia wyświetla się na prompterze, w miarę jak Gordon Lock przemawia: –  Pozostaje mi już tylko zapytać ostatni raz każdego z uczestników, czy potwierdza uroczyście swą zgodę na udział w programie… Palce Gordona Locka wczepiają się kurczowo w krawędzie pulpitu. Kropla potu spływa po jego skroni, spada i rozbija się na ekranie monitora, zamazując słowa „ostatni raz”.


3

Plan

Start: 30 min Zawsze sobie powtarzałam, że będzie mi wszystko jedno, kto znajdzie się po drugiej stronie kurtyny. Zawsze sobie powtarzałam, że cała ta historia z idealnie dobraną parą to bajeczka dla spragnionych wrażeń gospodyń domowych. Byłam przekonana, że liczy się tylko Mars. Ale przede wszystkim przysięgałam sobie, że nie dam się zwariować, że zachowam dystans i przejdę przez tę grę według własnych reguł. Jednak teraz, gdy ta chwila wreszcie nadeszła, nie mogę oderwać oczu od głupiego kawałka materiału, który oddziela mnie od mojej przyszłości. A jeśli żaden chłopak mi się nie spodoba? (A jeśli ja nie spodobam się żadnemu?) A przecież ostatecznie będę musiała skończyć u boku któregoś z nich. Pójść z nim do łóżka. Zajść z nim w ciążę. Ten oszałamiający ciąg myśli przyprawia mnie o zawrót głowy, jak w czasie pierwszego treningu w wirówce przeciążeniowej. W tej chwili czuję, że Kris ściska mnie za rękę. Czy ona naprawdę czeka tu na mężczyznę swojego życia? Pewnie tak, skoro nie mówi o niczym innym od dwunastu 26


miesięcy. W czasie naszego szkolenia każdy wieczór spędzała z nosem w jednym ze swoich ukochanych romansideł, do których ma wielką słabość. Snuła fantazje o tym, którego bohatera będzie przypominać przeznaczony jej chłopak… Wbijam wzrok w kurtynę. Nie chcę spojrzeć na Kris z obawy, by nie zauważyła niepokoju wypisanego na mojej twarzy. Przecież ma mnie za Léo-Bez-Cienia-Wątpliwości. Dyrektor Lock odwraca się w tę stronę trybuny, która pozostaje dla nas niewidoczna za kurtyną, i pochyla się nad mikrofonem. –  Tao, lat osiemnaście, obywatel Chińskiej Republiki Ludowej, sponsorowany przez producenta samochodów Huoma, specjalista w dziedzinie inżynierii. Tao, czy zgadzasz się reprezentować ludzkość na Marsie od dziś aż do końca swojego życia? Donośne „zgadzam się” rozbrzmiewa zza zasłony. Mój mózg natychmiast zaczyna pracować, próbuję wyobrazić sobie chłopaka, który wydał z siebie taki okrzyk wojenny. Wysoki… Niski głos… Bez najmniejszego wahania… Bez żalu… Ale mistrz ceremonii odwraca się już w naszą stronę do pierwszej dziewczyny z naszego rzędu. –  Fangfang, lat dwadzieścia, obywatelka Republiki Singapuru, sponsorowana przez bank inwestycyjny Cresus, specjalistka w dziedzinie planetologii. Fangfang, czy zgadzasz się re­prezentować ludzkość na Marsie od dziś aż do końca swojego życia? –  Zgadzam się! – wykrzykuje Fangfang, poprawiając kwadratowe okulary, zza których wystają idealnie wyregulowane brwi. Wypina pierś, jakby chciała lepiej wyeksponować logo banku Cresus wyszyte na jej kombinezonie w alfabecie łacińskim i chińskimi ideogramami. Zawsze z przodu, Fangfang, najstarsza z dziewcząt, głos rozsądku, cechująca się godnymi podziwu wytrwałością i powagą. 27


Tak bardzo chciałabym mieć teraz jej spokój, ale serce wali mi w piersiach coraz mocniej. –  Aleksiej, lat osiemnaście, obywatel Federacji Rosyjskiej, sponsorowany przez kompanię gazową Ural, specjalista w dziedzinie medycyny. Aleksieju, czy zgadzasz się reprezentować ludzkość na Marsie od dziś aż do końca swojego życia?  – Zgadzam się! Idiotyczne myśli, właściwe raczej dla nierozgarniętej dwunastolatki, przelatują mi przez głowę niczym meteory: Czy lubi wódkę? Czy nosi uszankę? Jeśli dobrze pamiętam z odległych lekcji historii, Rosja często bywała sprzymierzeńcem Francji, więc może mnie i Aleksieja czeka bilateralne zbliżenie. –  Kirsten, lat osiemnaście, obywatelka Republiki Federalnej Niemiec, sponsorowana przez laboratoria Apotech, specjalistka w dziedzinie biologii. Kirsten, czy zgadzasz się reprezentować ludzkość na Marsie od dziś aż do końca swojego życia? „Zgadzam się” Kris budzi mnie jak wystrzał z pistoletu – jasne, przekonujące, bez żadnych niedomówień. W tle trzaskają lampy błyskowe w aparatach, czerwone róże u stóp trybuny drżą w wielkich wazonach. Dyrektor przechyla się w drugą stronę niczym nieubłagana wskazówka metronomu. Zwraca się do najmłodszych członków załogi, obydwojga siedemnastolatków: Kenjiego, reprezentanta Japonii, finansowanego przez producenta gier wideo Dojo, a następnie do Safii z Indii, wspieranej przez producenta sprzętu telefonicznego Karmafone. Safia składa swoje ślubowanie z taką samą delikatnością, z jaką robi wszystko inne. Obserwuję jej pogodną twarz, nadaremnie szukając w niej odbicia własnych lęków. Mój wzrok zatrzymuje się na czerwonej kropce zdobiącej czoło dziewczyny – trzecim oku, znaku jej religii. Nieodparcie przywołuje mi ono na myśl Marsa: oko nieosłonięte powieką, które wpatruje się we mnie z kosmicznej otchłani, czekając, aż nadejdzie moja kolej. (Nie możesz tam lecieć, Léonor… – szepcze cichy głos jak strumień powietrza przenikający przez nieszczelne drzwi. – 28


To ­byłaby najgorsza decyzja w całym twoim życiu, i doskonale wiesz dlaczego…) Ledwie słyszę dyrektora zwracającego się do czwartego uczestnika, Mozarta z Brazylii, osiemnastolatka sponsorowanego przez przedsiębiorstwo budowlane Brazimo. W mojej głowie jest tylko ten natrętny głos, który mówi coraz głośniej. (Zapach róż w twoich nozdrzach, wdychasz go po raz ostatni… Delikatny dotyk ciepłego wiatru na twym czole, czujesz go po raz ostatni…) –  Elizabeth, lat osiemnaście, obywatelka Wielkiej Brytanii, sponsorowana przez towarzystwo ubezpieczeniowe Walter & Seel, specjalistka w dziedzinie inżynierii… Liz także się zgadza, odsłaniając rząd lśniących białych zębów, jakby wyjętych z reklamy pasty wybielającej, równie idealnych, jak jej prosty nos, wystające kości policzkowe i smukła szyja, odsłonięta dzięki upięciu włosów w zgrabny kok baletnicy. Klasa sama w sobie. I znów nawet cienia wątpliwości. Przez cały czas ten sam piekielny refren brzęczy w mojej głowie niczym zgrana płyta. (Srebrne refleksy, którymi migocze morze tam, w dole, u stóp kosmodromu, widzisz je po raz ostatni… Za to ludzie tu, na Ziemi, obejrzą sobie ciebie ze wszystkich stron i będą na ciebie patrzeć do końca twoich dni!) Przygryzam policzki, by uciszyć ten głos, który sprawia, że ogarniają mnie wątpliwości właśnie wtedy, kiedy powinnam być pewna, ten głos, którego nie wykryły żadne psychologiczne testy, bo w innym wypadku nigdy nie zostałabym wybrana. Ten głos pochodzi z daleka, z mojej przeszłości… I z bardzo bliska, jest tuż za moimi plecami. Zawsze tam był, przyczajony, czekał, aż będzie za późno – bo już jest za późno, prawda? Za późno, by zrobić krok w tył? A cyfry na elektronicznym zegarze zmieniają się coraz szybciej!

29


Start: 24 min –  Samson, lat osiemnaście, obywatel Republiki Federalnej Nigerii, sponsorowany przez koncern naftowy Petrolus, specjalista w dziedzinie biologii… Ból przygryzanych policzków zagłusza wszystko… Start: 23 min –  Kelly, lat dziewiętnaście, obywatelka Kanady, sponsorowana przez producenta sprzętu transportowego Croiseur, specjalistka w dziedzinie nawigacji… Ciepła krew spływa mi po języku. Wiem, że metaliczny posmak pochodzi od zawartego w hemoglobinie żelaza – w końcu jestem główną pielęgniarką w ekipie dziewcząt. Jednocześnie nie mogę wyrzucić z głowy natrętnej myśli, że jest to także smak marsjańskiej żelazistej ziemi, tej przeklętej martwej ziemi, na której nic nie rośnie i nic nie żyje. Start: 22 min –  Marcus, lat dziewiętnaście, obywatel Stanów Zjednoczonych, sponsorowany przez grupę rolno-spożywczą Eden Food International, specjalista w dziedzinie planetologii… Na wzmiankę o Eden Food natychmiast wracają wspomnienia z fabryki, zwłaszcza wspomnienia koleżanek z pracy, a wśród nich kilku przyjaciółek, których już nigdy nie zobaczę – kto by pomyślał, że wspomnienie dawnego pracodawcy wywoła we mnie taki żal! Start: 21 min –  Léonor, lat osiemnaście, obywatelka Republiki Francuskiej, sponsorowana przez dom mody Rosier & Merceaugnac, producenta kosmetyków, alkoholi premium, mody i biżuterii, specjalistka 30


w dziedzinie medycyny. Léonor, czy zgadzasz się reprezentować ludzkość na Marsie od dziś aż do końca swojego życia? Dokładnie w tym samym momencie, kiedy dyrektor Lock wypowiada słowo „życia”, czuję, jak coś we mnie pęka i doznaję olśnienia. Jeszcze n i e jest za późno. Mogę jeszcze odmówić. To mój wybór, moje fundamentalne prawo, którego nikt ani nic nie może mi odebrać – i nie pozbawia mnie go ani roczne szkolenie, ani dziesiątki podpisanych kontraktów, ani zgraja widzów przyklejonych do ekranów jak glonojady przez następne dwadzieścia trzy tygodnie. (Odmów… – szepcze mi do ucha cichy głos. – Wiesz, że nie nadajesz się do tej misji z tym, co masz do ukrycia. Wiesz, że jeśli polecisz, będziesz cierpiała, jak jeszcze nikt dotąd nie cierpiał. Odmów w tej chwili…) Głos staje się łagodny niczym pieszczota. Słodki jak obietnica. Niemal przyjacielski. (Sprowadzą cię z platformy startowej. Stracisz blask reflektorów, sławę i chwałę, bezkres kosmosu i powrócisz do cienia, do anonimowości, do puszek psiej karmy na linii produkcyjnej, do tego małego, ciasnego świata na Ziemi, bez przygód, bez kamer… bez cierpienia). Mogę powiedzieć „nie”. To byłoby wariactwo, coś na krawędzi prawdziwego obłędu, ale to możliwe, to naprawdę możliwe. Tylko że trzeba szaleńczej odwagi, by je wypowiedzieć, to jedno małe słówko, tę maleńką sylabę, kiedy cała ludzkość oczekuje, że powiem „tak”. Ale co do Sereny, która tak mocno we mnie wierzyła, która zaryzykowała i wybrała sierotę niechcianą przez nikogo… Ona zrozumie. Rozumiała mnie i wspierała od samego początku, cokolwiek robiłam. –  Cóż, Léonor – odzywa się skrzeczący głos dyrektora L ­ ocka. – Czekam na twoją odpowiedź… Chłopcy czekają na twoją odpowiedź. Cała Ziemia zamarła w oczekiwaniu … 31


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Fobos. Tom 1 by SIW Znak - Issuu