Skip to main content

Romans prowincjonalny i inne historie

Page 1

wybรณr Wojciech Bonowicz


Projekt okładki Oksana Shmygol Na okładce fotos z filmu Romans prowincjonalny, Krystyna Wolańska w roli Elżbiety Jabłońskiej, fot. Zygmunt Januszewski / East News Opieka redakcyjna Dorota Gruszka Korekta Małgorzata Biernacka Artur Czesak

Copyright © by Aleksander Filipowicz Copyright © by Marcin Filipowicz © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5337-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2018. Printed in EU


I


Jeniec i dziewczyna

W czerwcowe południe plutonowy podchorąży Maciej Tuchowicz przekroczył granicę francusko-szwajcarską. Nie zauważył nawet, kiedy to się stało, gdyż droga, którą szedł, była wciąż taka sama: wąska, kręta, obramowana z obu stron niskim, kamiennym murkiem i wznosiła się ciągle w górę. Tutaj wydawało się może nie tak gorąco jak tam, we Francji, i droga skropiona była deszczem; pewnie w nocy padało. Stamtąd, skąd przyszedł, słychać było nieustanny szum, na który składały się pomieszane ze sobą różne dźwięki  – długie serie karabinów maszynowych, pomruk artylerii, dudnienie samolotów. Tam, dokąd Tuchowicz szedł, panowała cisza. Tuchowicz skręcił wraz z innymi w prawo z drogi, na płaską, równą jak stół polanę i tu pozwolono mu nareszcie zatrzymać się. Zdjął z ramienia koc, rozwinął go, rozścielił na ziemi i usiadł. Nieco wcześniej jeszcze był zmuszony pozbyć się broni  – wielkiego francuskiego pistoletu, do którego nie miał już zresztą amunicji. Broń oddał żołnierzowi szwajcarskiemu, który zarepetował ją, aby sprawdzić, czy w lufie nie ma naboju, i wrzucił pistolet do skrzyni. Tuchowicz zrobił to, ociągając się, nie aby chciał broń jeszcze zatrzymać, ale że był człowiekiem 6


nieco powolnym i wszystko, co robił, robił z namysłem i jakby niechętnie. Pasa nie oddał, mimo że żołnierz domagał się tego na migi. Tuchowicz na jego oczach zdjął pas i schował go pod bluzę; miał go jeszcze z kampanii wrześniowej, służył mu poza tym do ostrzenia brzytwy, gdyż Tuchowicz golił się brzytwą. Tuchowicz zzuł buty, zapalił papierosa i siedział chwilę sam, potem przysiadł się do niego żołnierz z obandażowaną i zawieszoną na szaliku ręką. Z bandaża wystawały końce brudnych i zasiniałych palców. Żołnierz zdrową ręką sięgnął do kieszeni, wyjął papierosa i powiedział:  – Daj ognia! Odpaliwszy, powiedział:  – Tośmy wojnę skończyli. Tuchowicz nie odezwał się, patrzył na wschód. Stąd, gdzie siedział, wydawało mu się, że droga urywa się na brzegu przepaści, jak po trzęsieniu ziemi albo po wysadzeniu mostu. Urywał się tam także kamienny murek. Za krawędzią nie było nic, było puste, niebieskie powietrze  – a dopiero daleko w tle, po drugiej stronie przepaści, widać było wznoszące się wysoko, skaliste, nakryte śniegiem góry. Ale te góry nie wyglądały realnie i Tuchowicz nie był całkiem pewien, czy to, co widzi, nie jest tylko gigantycznych rozmiarów złudzeniem, dekoracją lub zasłoną wojenną.  – Ci, co szli pierwsi, mieli komendę: „Bagnet na broń! Defilada w prawo!”...  – powiedział żołnierz, który siedział na kocu obok Tuchowicza. W jego głosie była nuta żalu czy pretensji. Tuchowicz patrzył na wschód, w stronę gdzie rozpościerał się jeszcze jeden, nowy, obcy kraj. Zza krawędzi przepaści wyłonił się człowiek w czarnym ubraniu, w kapeluszu na głowie, z fajką w zębach, potem pokazał się ciężarowy samochód z chorągiewką Czerwonego Krzyża. Tuchowicz obejrzał się na żołnierza, który przysiadł się do niego; żołnierz, który przed chwilą coś do niego mówił, teraz leżał na 7


boku i spał. Papieros wypadł mu z ręki i dymił w trawie. Potem Tuchowicz zobaczył, że koło nich stanęło dwóch chłopców w krótkich spodniach i przyglądało im się. Pomyślał taką śmieszną rzecz:  – W tym kraju są tylko starcy i dzieci.  – Nie był zdolny do bardziej skomplikowanych sądów. Chłopcy mówili coś, czego Tuchowicz nie zrozumiał, potem pobiegli dalej i patrzyli, jak z czarnego, podobnego do więźniarki ambulansu sanitarnego żołnierze wyjmują rannych i układają ich wraz z noszami na ziemi. Drogą od zachodu ciągle szli polscy żołnierze, niektórzy z nich mieli jeszcze karabiny. Kręciło się coraz więcej żołnierzy szwajcarskich. Byli uzbrojeni, na głowach mieli hełmy, oficerowie mieli na piersiach lornetki, które podnosili często do oczu i kierowali na zachód. Ze wschodu, spoza krawędzi góry, wyjeżdżało coraz więcej samochodów ze znakami Czerwonego Krzyża, na placu pojawili się sanitariusze z noszami i siostry w białych, świeżo odprasowanych kitlach. Dwóch ludzi zabrało na nosze kolegę Tuchowicza, który nie raczył się nawet zbudzić. Siostra z ondulowanymi włosami i pachnąca chloroformem mówiła coś do Tuchowicza po francusku i niemiecku: zrozumiał, że pyta go, czy nie jest ranny. Odpowiedział, że nie, i został na swoim kocu. Aby odpędzić senność, zapalił nowego papierosa. Nie był ranny, nie był nawet draśnięty kulą, miał tylko potężnie odbite podeszwy, spuchnięte nogi i otarte do krwi pięty. Maciej Tuchowicz miał sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i tym sposobem znacznie mniej szans ocalenia od tego, który stawał na zbiórce ostatni; ale zginął właśnie tamten, mimo że przedstawiał znacznie mniejszy cel. Bo druga wojna światowa była nie tyle polowaniem na pojedynczych ludzi, ile raczej na pułki, dywizje i armie, a także na całe narody. Działo, którym Tuchowicz dowodził i z którego strzelał do niemieckich czołgów na wprost, z linii cofającej się piechoty, straciło konie 8


i utknęło w polu. Tuchowicz posyłał więc jeszcze przez jakiś czas kule wrogowi ze swojego wielkiego, artyleryjskiego pistoletu, ale było to już zajęcie raczej symboliczne. Robił to, póki mu starczyło amunicji. Formacja, w której walczył, cofała się i stawiała opór, aby nie zostać zniszczona, nie wpaść w ręce Niemców i nie oddać im broni. Ubrani w mundury nie różniące się wiele od francuskich i uzbrojeni w zachodnioeuropejską broń, byli częścią armii francuskiej, która parę dni temu przegrała już wojnę. Ale oni, Polacy, byli zdania, że wojna nie jest jeszcze przegrana, i bili się dalej. Cofali się, zostawiali w polu i w rowach swoich rannych i zabitych, ale ci, co żyli, trzymali się kupy i bronili się. Być może dlatego, że byli obcy na tej ziemi, że byli osamotnieni i eksponowani jak na widowni  – ale chyba głównie dzięki temu, że pochodzili z tej części Europy, gdzie życie ludzkie traktowane jest mniej poważnie, za to pewne inne rzeczy zbyt serio, a na prawidłach gry, zwłaszcza wojennej, mimo że tak lubią się w nią bawić, ludzie mało się znają. Do Tuchowicza przysiadło się dwóch kolegów z baterii. Nie byli ranni, ale obaj, podobnie jak on, mieli odparzone i odbite stopy. Rozmawiali o francuskich butach, które są diabła warte, nie nadają się do prowadzenia wojny  – i o zaległym żołdzie. Potem jedli zupę, którą obnosili w wielkim, blaszanym termosie dwaj szwajcarscy żołnierze. A jeszcze później kazano im wszystkim wsiąść na samochód ciężarowy, który miał ich zawieźć gdzieś dalej od granicy, w głąb kraju. Plutonowy Tuchowicz, który miał już za sobą dwie wojny, w Polsce i we Francji, wycedził przez zaciśnięte zęby:  – Cholera!  – a potem przeżegnał się ukradkiem, kiedy samochód znalazł się na krawędzi góry i zaczął zjeżdżać krętą drogą w dół. W dole, głęboko jak na dnie studni, połyskiwało okrągłe jezioro i widać było maleńkie domki, maleńki kościółek ze spiczastą wieżą, stację i miniaturowe wagony kolejowe. 9


* Nazajutrz Maciej Tuchowicz zbudził się dość wcześnie rano, ale nie wstawał, tylko przez pewien, dość długi czas obserwował otoczenie. Leżał na żelaznym, polakierowanym na niebiesko łóżku, przykryty brązowym, puszystym kocem. Na sali było biało i jasno. Dwa łóżka były już zasłane, ich powierzchnie idealnie wyrównane, poduszki uformowane w kostki. Większość kolegów jeszcze spała. Jeden tylko ogniomistrz Smoter, łysy, z okularami na nosie, siedział w kalesonach na łóżku; przeglądał swój portfel, czytał jakieś kartki. Z korytarza, spoza zamkniętych drzwi, słychać było ściszoną rozmowę, z dworu nudne dźwięki turującego samochodu. Maciej nie miał zwyczaju zastanawiać się nad swoim stanem, ale w tej chwili czuł wyraźnie osłabienie i jakieś osobliwe zmęczenie wszystkich mięśni. Trzeba też powiedzieć, że nie czuł żadnego specjalnego zadowolenia z tego, że żyje; miał tępe poczucie zwyczajnego, powszedniego bezpieczeństwa. Ogniomistrz Smoter szeleścił papierami, składał je i rozkładał. Tuchowicz widział jego czerwoną, opaloną twarz i trupio bladą skórę na piersiach, wyzierającą spod rozpiętej koszuli. Smoter zaczął kaszleć, wstał i poszedł splunąć do wielkiej, porcelanowej spluwaczki sto­ jącej w kącie. Tuchowicz lubił go, przyjaźnił się z nim, służyli w jednej baterii. Przymknął oczy i przez pewien czas nie myślał o niczym specjalnym  – zdaje się, że o zegarku, który przestał parę dni temu chodzić  – ale po chwili wyobraźnia zaczęła go uporczywie kierować w okolice, skąd pochodził. Zobaczył ojca, idącego powolnym krokiem przez podwórze, matkę w szerokiej, podpiętej z chłopska spódnicy, dwie młodsze od niego siostry, grające w siatkówkę. Wszyscy oni byli w ruchu, zajęci swoimi sprawami, nie zwracali w ogóle uwagi na niego, przypatrującego się im. Maciej pomyślał:  – Co oni robią? Co 10


się z nimi teraz dzieje?  – Usiłował sobie ich wyobrazić właśnie w tej chwili, o godzinie piątej czy pół do szóstej rano, ale nic z tego nie wychodziło. Jawili się ciągle tak, jakby nie było wojny, jakby nic się nie stało. Mógł sobie co najwyżej powiedzieć, że chyba to wszystko przeżyli, że siostry są może u ciotki. Wyobraził sobie drewniany dom ciotki na przedmieściu, piaszczysty ogródek przed domem z malwami i krzakiem bzu. I tak zasnął, mając w oczach wąską uliczkę, po której chodziły kury, drewniany most, tajemniczą cerkiew, zimny w środku kościół, sklepiki obwieszone towarem, chleb turecki na żydowskim straganie  – wszystko to się mieszało, on, Tuchowicz, szedł na ósmą do gimnazjum, przystawał koło wystaw i fotosów kinowych, potem szedł o zmierzchu nad rzeką, widział kolorowe łodzie na przystani Ligi Morskiej, długą łódź rybac­ką sunącą pod prąd wzdłuż brzegu, słyszał niemal, jak siedzące w niej dziewczęta śpiewają „Tuczi nad gorodom stali...”, szedł wśród obrazów i zapachów, szedł lekko, ledwo dotykał stopami ziemi. Zbudził się na słowa powiedziane z tak dobrze znaną, żołnierską intonacją:  – Pobudka, pobudka! Wstać! Ale żołnierz, który ogłosił pobudkę, nie był służbowym, nie miał na sobie pasa ani broni. Stał w otwartych drzwiach i rozmawiał z kimś, kogo nie było widać. Potem powiedział:  – Wstawać, chłopaki  – albo nie wstawać! W każdym razie już ósma godzina. Na dole czeka śniadanie, kakao z bułeczkami... Kapral, który w ten sposób zapraszał swoich kolegów na śniadanie pierwszego dnia niewoli w obcym kraju, był sprytnym, oblatanym chłopakiem z Sądeckiego. Przywłaszczył sobie funkcję, której jeszcze wczoraj wieczorem nie było. Lepiej powiedziawszy  – sam ją sobie wymyślił. Od rana był na 11


nogach, obchodził sale, robił pobudkę, udzielał informacji, roznosił wiadomości. Był już zorientowany w sprawach lokalnych i terenowych. Teraz powiedział, że izba chorych jest w lewym skrzydle, sala numer dziewięć, i zapytał, czy nie ma chorych. Opowiedział też, że na sali dwunastej omal nie wykitował jeden gówniarz, siedemnastoletni ochotnik, jakiś harcerz, który w trzydziestym dziewiątym roku przeszedł z wojskiem granicę rumuńską. Otóż jego kolega wstawał w nocy zrobić siusiu, zapalił światło, patrzy za butami  – a tu pod łóżkiem tego gówniarza kałuża, jakby wieprza zarzynali, może ze dwa litry krwi, a on biały jak kreda, oczy w słup. Co się okazało: dostał odłamkiem bomby, założył osobisty opatrunek i szedł dalej. Wczoraj, jak pytali o rannych, nie przyznał się, zjadł kolację i położył się. W nocy otworzyło mu się i byłby się wykrwawił. Wzięli go od razu w nocy na transfuzję. Maciej słuchał tego, ubierając się. Zginał się z trudem, tak jakby miał wywichnięte w stawach wszystkie członki. Kiedy wracał na wakacje do domu, odwykłszy od roboty fizycznej, po pierwszym dniu młocki czuł się tak właśnie rozbity i obolały jak teraz. Inni zresztą też nie musieli się czuć nadzwyczajnie, bo ruszali się jak muchy w mazi. Tuchowicz wyjął z szafki przybory do golenia i, nie mogąc wtłoczyć nóg w buty, boso poszedł do umywalni. Zastał tu paru spóźnionych jak on. Golili się, myli, oglądali swoje spuchnięte i poranione nogi. Rozmowa toczyła się na temat pewnego kolegi, którego w tej chwili nie było w łazience.  – On opowiada, że był wizytatorem szkolnym.  – Wizytatorem? Człowieku, śmiej się z tego! Przecież znam tamte strony. Był zwyczajnym nauczycielem, nawet nie kierownikiem szkoły, w Olszówce. To dziura zakazana, tam nie ma nawet poczty. Do stacji kilometrów osiem, z hakiem... 12


Tuchowicz zdjął pas, zaczepił go o klamkę przy oknie i ostrzył długo i starannie brzytwę, obserwując przy tym widok za oknem: róg ulicy za sklepikiem spożywczym, kiosk z gazetami, skwerek, ławka, dalej kamienice z reklamami na dachach i na ślepych ścianach, samochody, autobusy  – wszystko to było niezwykle schludne, wymyte, wyczyszczone, lśniące, otoczone tak niewiarygodnie przeźroczystym powietrzem, że wydawało się zanurzone w próżni. Widok zamknięty był wiszącą wysoko na niebie kurtyną, przedstawiającą znany mu już obraz: skaliste góry, pokryte na szczytach śniegiem. Tuchowicz namydlił obficie policzki i dosyć długo masował brodę, aby zmiękczyć trzydniowy zarost, potem zabrał się z wielką starannością do usuwania go. Lubił tę chwilę, kiedy spod mydlanej piany, za każdym pociągnięciem ostrza, wyłaniało się coraz więcej czystej i gładkiej skóry. Nie zaniedbywał golenia w najcięższych nawet chwilach. Zużywał na to mniej czasu, niżby się mogło zdawać, a zyskiwał bardzo wiele. Jakiś porucznik, którego Tuchowicz nie znał przedtem, a z którym mieszkał teraz na wspólnej sali, przyglądając mu się w czasie golenia, powiedział:  – Trzeba być czubarykiem, żeby w Europie Zachodniej golić się brzytwą.  – Przyjdziesz ty kiedy do mnie pożyczyć brzytwy. A wiesz, co ci wtedy powiem?  – No, ciekawe?  – Żebyś się odpieprzył  – odpowiedział Tuchowicz, swoim zwyczajem prawie nie otwierając ust, odsłaniając tylko trochę białe, zdrowe zęby. Golił się dalej, marszcząc mięsiste, pobrużdżone poziomymi fałdami czoło. Patrzył przy tym w lusterko. Zobaczył też w nim, jak w drzwiach staje dowódca jego kompanii major Karaś. Stał chwilę oparty o framugę, milczał, potem powiedział: 13


– Słyszeliście, koledzy? Wczoraj rano Francja podpisała akt kapitulacji.  – Dziady pierońskie! Pilno im było pod pierzynę.  – Oni mówią przez radio, że na nich zwaliło się dwa razy więcej dywizji jak na nas. I że każda dywizja niemiecka była trzy razy silniejsza i trzy razy szybsza niż francuska.  – Stosunek sił w Polsce we wrześniu był jeszcze mniej dla nas korzystny, a mimo to mieliśmy trochę więcej wojny niż oni  – powiedział porucznik.  – Francuzi są widocznie mądrzejsi od nas. Nie kalkulowało się im przedłużać przegranej wojny  – powiedział Tuchowicz, który skończył golenie i z pewną satysfakcją przyglądał się w lusterku swojej twarzy.  – Przepraszam, panie majorze... Koledzy, schodźcie na śniadanie! Nie jesteście w hotelu, żeby każdemu nosić kawusię do łóżeczka!  – krzyknął z korytarza kapral. Rozmowy na temat wojny przeniosły się do jadalni. Jakiś obrotny żołnierz, który był już samochodem ciężarowym w mieście, przywiózł ostatnie nowiny, między innymi wiadomość, że generał de Gaulle uciekł do Anglii. Potem aż do południa studiowano z wielkim zainteresowaniem mapę Szwajcarii, gdyż niektórzy uważali, że ich pobyt w tym kraju jest tylko stanem przejściowym. Kiedy trochę odpoczną i wyliżą się z ran, trzeba będzie patrzeć, jak i którędy wydostać się stąd. Czyż nie robili już tego tyle razy? Czyż nie mieli poza sobą już pięciu granic, podejrzanej gościnności, obozów, przygód, ucieczek? Nabijali się ze siebie samych, szydzili z własnej głupoty i nie brali pomysłów ucieczki zbyt serio  – ale niechby w tej chwili, jak tu siedzą i bzdurzą, otworzyły się drzwi i wszedł jakiś nikomu nie znany Polak, przedstawił się jako komisarz werbunkowy Wojska Polskiego, kapitan Kowalski, powiedział tajemniczo:  – Panowie, w Mozambiku, 14


pod dowództwem generała Iksińskiego, organizuje się  – na przykład  – „Brygada Strzelców Polskich”  – to czy jutro, przy wieczornym apelu, nie będzie już brakowało trzech lub pięciu, którzy z paczką papierosów w kieszeni, dzienną porcją chleba i mapką wydartą ze szkolnego atlasu ruszyli do... Mozambiku? I myślicie, że nie dotrą? Ziemia, jak powiedział któryś z nich, jest przecież okrągła, wskutek czego, oddalając się od kraju  – zbliżamy się do niego... Reszta dnia zeszła na organizowaniu sobie nowego życia, to jest na wypełnianiu formularzy i sporządzaniu list; zaczęła też funkcjonować kancelaria, to jest miejsce przeznaczone  – zdaniem pewnego oficera intendentury  – do tego, aby robić z tych papierków właściwy użytek. Aby ten tysiąc ocalonych ludzi mógł dalej żyć, trzeba było zapisać pewną ilość papieru. Robiono to już zresztą i przedtem, zanim poszli na wojnę, we wszystkich garnizonach, w kancelariach kompanijnych, czyniono to nawet zaraz po bitwie, używając jako stołu skrzynki amunicyjnej albo skórzanej torby. Pisano raporty i rozkazy, liczono, przychodowano i rozchodowano, skreślano i wyprowadzano ze stanu ludzi i sprzęt. Do wieczora tego pierwszego dnia założono więc księgi i spisy, znaleźli się ci, którzy umieli liczyć, i tacy, którzy znali język niemiecki i francuski. Pewien młody człowiek, obdarzony talentem kaligraficznym, sporządził tuszem na kartonie odpowiednie napisy; sale zostały ponumerowane, na korytarzach pojawiły się strzałki. Życie jeńców polskich czy  – jak chcieli gospodarze  – tylko internowanych zaczęło się normalizować. Po kolacji, na wieczornym apelu, odczytany został ostatni rozkaz dowódcy dywizji. Był spokojny i pachnący wieczór. Zapadał zmierzch pod niebem jasnym i przeźroczystym jak szkło. Koło żelaznych sztachet odgradzających dziedziniec stały gromadki dzieci, niektóre wdrapały się i obsiadły kamienne słupy. 15


Przystawali też starsi ludzie i pary idące na spacer do parku. Wszyscy oni patrzyli na to, co się działo na dziedzińcu koszarowym. W rozkazie była mowa o bohaterskiej walce, w której oni, żołnierze, nie szczędzili krwi w obronie wolności i honoru ojczyzny. Dla nich, niestety, działania wojenne zakończyły się. Fakt ten został na nich wymuszony przez okoliczności. Żołnierz, chociaż jego serce ściśnięte jest żalem, wie jednak i jest z tego dumny, że nie skapitulował przed wrogiem.  – Dziękuję wam, chłopcy! Szczęść wam Boże! Do widzenia w wolnej Polsce! Z takich oto mniej więcej słów sklecony był ten pożegnalny rozkaz dowódcy do żołnierzy. Zawierał słowa zrozumiałe, wielekroć słyszane, często nadużywane i mocno już zużyte, ale ci, którzy ich teraz słuchali, byli wzruszeni, gdyż słowa te mówiły o nich i mimo wszystko zawierały prawdę. Wszyscy oni, jak tu stali  – wielu z nich przebranych było w jakieś dziwne mundury, dane im przez Szwajcarów w zamian za podarte, pokrwawione i śmierdzące łachy, niektórzy mieli na nogach nocne pantofle, gdyż nie mogli włożyć butów  – wszyscy oni, nawet ci, którzy bardzo się w czasie wojny bali, trzęśli i pocili, odwalili swoją żołnierską robotę najlepiej, jak mogli, i mieli poza sobą kawał ładnej wojaczki. Dowódca kazał ogłosić także listę przedstawionych do powojennego odznaczenia krzyżem Virtuti Militari. Wśród odznaczonych Tuchowicz usłyszał także swoje nazwisko. Poczuł przyjemny smak w ustach i jakby mu jakaś miła kobieta położyła rękę na sercu. Chociaż miał już Croix De Guerre, to nowe odznaczenie, podobnie jak przed kilku dniami tamto, przyjął z mieszanym uczuciem zdziwienia  – i przekonania, że tak być powinno. Stał z zaciśniętymi szczękami i nie myślał o niczym. Oficer, który przeczytał rozkaz, dał „spocznij!”  – i złożył z szelestem papiery, które trzymał w rękach. Potem powiedział, ale 16


już ciszej, tak że jego słowa mogły być słyszane tylko przez tych, którzy stali blisko:  – Chciałem wam, koledzy, zakomunikować, ale to już od siebie, że po pierwszym dniu pobytu w obcym kraju okazało się, że klozety, których używali odznaczeni za męstwo bohaterowie, są zasrane, że tak powiem, od góry do dołu... Potem dodał jeszcze, zdaje się, coś na temat honoru na co dzień i że na nich patrzą oczy obcego narodu. Ale nic już nie było słychać, buchnął śmiech i zrobił się rozgardiasz, gdyż ci, co stali daleko, chcieli dowiedzieć się o powód wesołości. Sięgano po papierosy, rozbłysły ogniki i nad czworobokiem stojących na dziedzińcu ludzi uniosły się błękitne dymy. Ci, którzy znali Tuchowicza bliżej, przyzwyczaili się do niego i mieli go za takiego sobie, mruka i trochę niezgrabiasza. W knajpie i w kasynie robił raczej kiepskie wrażenie  – był małomówny i niedowcipny, jakby skrępowany czy onieśmielony, niektórzy mieli go nawet za tępego. Ale widziano go też na froncie, jeśli był w ogóle czas na to, i wydawało się, że w terenie człowiek ten odzyskiwał swobodę i orientację. Przy dziale był powolniejszy od innych, ale jego decyzje były trafne, a rozkazy zawsze w porę wydane. W każdym razie ci, co byli blisko niego, widzieli, że z działa, którym dowodził, narąbał sporo niemieckich samochodów i czołgów. On sam nie miał się wcale za bohatera. Kiedy w chwilę po apelu rozbierał się przy łóżku i składał skrupulatnie swoje rzeczy w kostkę, pomyślał w pewnej chwili, że to, iż on, Tuchowicz, potem, kiedy stracili już działo, należał do tych, którzy, jak to było w rozkazie, „bohatersko osłaniali odwrót”  – że sprawiły to jego spuchnięte i odbite nogi. Po prostu nie mógł zbyt prędko uciekać, a nie chciał pójść w niewolę. Gdyby był naprawdę bohaterem, to powinien był z granatem w ręku dać się rozjechać przez niemieckie czołgi. 17


Późnym już wieczorem tego dnia rozegrała się na sali taka oto scena: kilku kolegów Tuchowicza stało koło szafki i układało na półkach swój maleńki, żołnierski majątek. Nie mieli żadnych łupów wojennych ani nawet kosztownych przedmiotów osobistych. Mieli jakieś drobiazgi, kawałki czekolady, jeszcze francuskiej, zawiniętej w staniol, listy, żyletki  – i o żyletki właśnie poszło. Panowie, to jest chamstwo. Ktoś podiwanił mi paczkę francuskich żyletek...  – rozległ się ponury głos.  – Wszyscy jesteśmy podejrzani  – powiedział kapral, który z zawodu był prawnikiem.  – Podchorąży Tuchowicz goli się brzytwą  – zauważył ogniomistrz Smoter.  – Panowie, jeżeli do jutra...  – oznajmił z okropną powagą poszkodowany. Zapanowała głupia cisza, potem Smoter, który grał z prawnikiem w tysiąca, zaczął bardzo głośno tłumaczyć swojemu partnerowi, że musiałby być idiotą, żeby zgodził się przyjmować franki francuskie, którymi można sobie najwyżej tyłek podetrzeć. Tuchowicz wstał, podszedł do szafki, stał chwilę, grzebiąc na półce, potem powiedział:  – Masz tu paczkę żyletek.  – Idź do cholery! Dlaczego mam brać od ciebie?  – Bierz, niech ci się zdaje, że ja ukradłem.  – Dlaczego masz dawać, jak nie wziąłeś?  – Oj, daj mi spokój! Wziąłem, a teraz oddaję. W porządku? Kolega, któremu skradziono żyletki, przyjął je od Tuchowicza, ale minę miał w dalszym ciągu obrażoną i zagniewaną.  – Nie macie pojęcia, koledzy, jakie to jest wzruszające, co się stało na naszej sali. Nareszcie poczułem, rodacy, że jesteśmy znów razem i między swoimi...  – powiedział kapral, który w cywilu był prawnikiem. 18


Tak kończył się pierwszy dzień żołnierzy, którzy dwa dni temu pod ulewą niemieckiego żelaza pracowali ciężko, broniąc nie tylko własnego życia, ale także czegoś mniej uchwytnego, co w języku ich dowódców nazywało się honorem, godnością  – i jak tam jeszcze? Tuchowicz zabrał się do czytania książki kryminalnej, pożyczonej w sąsiedniej sali. Książka nie miała kilku pierwszych stron, była pożółkła i podarta. Te bohaterskie strzępy towarzyszyły dywizji na jej bojowym szlaku i przeżyły wszystkie bit­ wy. Wraz z egzemplarzem Pana Tadeusza i kilkoma powieściami „Roju” były strzeżone i bronione jak skarb narodowy. Ale Tuchowicz stwierdził, że książka nie jest interesująca. Włożył ją pod poduszkę i leżał, patrząc na czarny krzyż i białego orła na pomarańczowym tle. Zawsze znalazł się ktoś taki, gdziekolwiek by to było, który umiał takie rzeczy robić z patyków, bibułki, szyszek, czasem nawet z butelek po piwie. Ogniomistrz Smoter rozbierał się powoli, potem siedział na łóżku, oglądał swoje nogi i wycierał je skarpetką. Dwóch grało jeszcze w szachy, dopóki dyżurny, drugi już raz tego wieczora, nie przyszedł im powiedzieć, żeby zgasili światło. Zwymyślali go, powiedzieli, żeby się nie wygłupiał, bo sanacja dawno się skończyła. Rozbierali się jeszcze długo, gadając, potem jeden z nich zgasił światło. * Kiedy parę dni później Tuchowicz rano wchodził do umywalni, jak zwykle o tej porze toczyła się tam na czyjś temat ożywiona rozmowa lub może nawet kłótnia, ale kiedy Tuchowicz wszedł, rozmowa ucichła, a kapral Świetlik powiedział:  – Dzień dobry, Maciusiu! Jak tam? Dawno cię nie widziałem.  – Cześć  – odpowiedział Tuchowicz i zabrał się do ostrzenia brzytwy na pasku. Kapral Świetlik miał dobry głos, śpiewał 19


w chórze kompanijnym i lubił bardzo mówić. Nie nawiązawszy rozmowy z Tuchowiczem, powiedział:  – A Majewski  – to był właściwie komunista. Tylko potem, jak go starosta wziął do siebie, to się zrobił legionista. Gdzie starosta  – to i on. Drzwiczki w samochodzie otwierał, niby dzieci uczył  – a żonę obrabiał.  – Ej, coś pieprzysz, Świetlik  – powiedział kapral, który w cywilu był prawnikiem. Teraz siedział w klozecie, ale ponieważ był człowiekiem bardzo towarzyskim, zostawił drzwi otwarte i przysłuchiwał się rozmowom.  – No, może nie? Tuchowicz, ty musiałeś go z tych czasów znać! Tuchowicz obtarł palcem wargi z piany i powiedział:  – Znałem jednego Majewskiego, ale on nie był komunistą ani legionistą, tylko weterynarzem i mieszkał w Słonimiu.  – W Słonimiu? Taki wysoki, blondyn, rumienił się jak prawiczka?  – Nie wiem, czy się rumienił, nosił za moich czasów brodę  – powiedział Tuchowicz.  – Chodziłem z jednym Majewskim do budy. Jego rodzice mieli fabrykę drożdży w Sieradzu  – powiedział ktoś.  – Ten nasz Majewski nie miał żadnej fabryki drożdży. Jak nastał w starostwie, to krawiec przerabiał mu spodnie starosty, bo miał na tyłku takie dziury, że kalesonami świecił. Potem, jak już miał ubranie, to dopiero zaczął robić politykę. To dzięki niemu zaczęło się tak dobrze Żydom powodzić, a katolicy bankrutowali jeden za drugim. Chomąto Józef, pamiętacie, miał taki piękny sklep na rogu Jagiellońskiej...  – Żydzi i komuniści zgubili Polskę, wiadomo  – powiedział prawnik.  – Żydzi zawsze trzymali z tym, kto był górą, dlatego ich bronisz! 20


Spis treści

I Jeniec i dziewczyna. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 6 Romans prowincjonalny. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 102 II Spotkanie i rozstanie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 176 Ja ciebie nie kocham! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 188 Dzień poprzedzający . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 195 Ślub w małym drewnianym kościółku . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 206 Co jest złączone . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 219 Feliks. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 226 Podróż do Sopotu, czyli opowiadanie naiwne . . . . . . . . . . . . . . . . 239 Kobieta czeka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 258 Pensjonat „Pod Złotą Różą”. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 270 Rozstanie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 287 Po trzydziestu latach. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 292 Adela, czyli list znaleziony w szufladzie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 308 Między snem a snem. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 313 Fizjologia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 322 Wspomnienia są moim słodkim pokarmem . . . . . . . . . . . . . . . . . . 335 Wojciech Bonowicz, Filipowicza zmagania z formą. . . . . . . . . . . . . . 345 Nota wydawcy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 351


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Romans prowincjonalny i inne historie by SIW Znak - Issuu