Skip to main content

Epoka hipokryzji

Page 1

KAMIL JANICKI

EPOKA HIPOKRYZJI SEKS I EROTYKA W PRZEDWOJENNEJ POLSCE

/ O D W A 呕 N CIEKAWOSTKI E C I E K A WHISTORYCZNE.PL OSTKI HISTORYCZNE / Krak贸w 2015


Spis treści

Wszyscy jesteśmy zboczeńcami / Prolog  9 I / Bunt młodzieży   41 „Służąca się nie opierała” / Dorosłe zabawy gimnazjalistów  43 „Zarys pączkujących piersi” / Życie seksualne dziewcząt  61 „Po prostu żyją ze sobą” / Seks przed ślubem i seks bez ślubu  79 „Panny zdeflorowane psychicznie” / Gra wstępna i nie tylko  89 II / Pokusy samotności  103 „Żywe trupy” / Zgubna plaga samogwałtu  105 „99% to robi. A ten setny kłamie” / Polacy odkrywają autoerotyzm  125 „Wibracja to życie!” / Zabawki erotyczne  136 III / Naga prawda  155 To był tylko seks / Nowe oblicze zdrady małżeńskiej  157 „Koza na Marsie” / Gdzie się wolno kochać, a gdzie nie wypada?  178 Podwiązka w tunelu / Erotyka w podróży, seks na wakacjach  194 Utopia nad Wisłą / Ulicznice, syfilis i kraj bez prostytucji  202 IV / Kultura rozpusty  217 Moda na nagość / Kult ciała czy pornografia?  219 „Taką tanią moralność sprzedają na raty” / Seks na łamach prasy  238 „Tresowany osioł i trzydzieści nagich ślicznot” / Erotyka w filmie i na scenie  245 „Och, mój skarbie, rozpustniku!” / Polski przemysł pornograficzny  253


spis treści

V / Przedwojenna Kamasutra  273 „Pełna wrażeń pierwsza noc” / Reguły seksu i noc poślubna  275 Liczy się technika / Pozycje dla początkujących i zaawansowanych  287 „Wąż kusiciel” / Jaki powinien być mężczyzna w łóżku?  300 Gdzie się podziały tamte prywatki… / Seks zbiorowy  313 „W pocałunkach chciał ją zjeść” / Miłość francuska  320 VI / Prędzej ci serce pęknie  327 Zatykadła, grzybki i cofanki / Po co się zabezpieczać przed niechcianą ciążą?  329 Paryskie pończochy gumowe od polskiego Żyda / Narodziny nowoczesnej prezerwatywy  339 Chemia gospodarcza w twojej pochwie / Początki kobiecej antykoncepcji  347 VII / Cena odmienności  359 Synowie innego boga / Homoseksualiści  361 „Tu jest Warszawa, a nie wyspa Lesbos” / Lesbijki  387 Poradnia ginekologiczna doktora Frankensteina / Epilog  401 Czym nie jest ta książka? / Nota autora  415 Przypisy  419 Wybrana bibliografia  455 Aneks / Przedwojenny sennik erotyczny  471


Wszyscy jesteśmy zboczeńcami /

Prolog


Płciwo mi, doktorze kochany, goreje. Pochwianki nie brakuje, srom zaślimaczony i strzykam. Zwisak męża twardy. On się spuszcza, a ja się spuścić nie mogę.

Stanisław Kurkiewicz o wstydzie wiedział wszystko. Kilkanaście lat praktyki zawodowej nauczyło go, że pacjenci rzadko się hamują, kiedy przychodzi im działać. Problemy pojawiają się, gdy o tym działaniu trzeba opowiedzieć. Wielu czuło, że prędzej spali się ze wstydu, niż zdradzi zwyczajnemu lekarzowi, co ich trapi. Tym bardziej bali się wizyty u specjalisty. Seksuolog, a nawet ginekolog – to przecież nie był typ, do którego mogłaby się udać porządna kobieta lub kulturalny mężczyzna. Syfilis, rzeżączka, impotencja i pochwica. Wszystko wydawało się lepsze od rozmowy o „tym” z obcym człowiekiem. A co dopiero tak trywialny problem, jak na przykład brak orgazmu przez całe życie. Kurkiewicz czuł, że winny zażenowania pacjentów jest po pierwsze język. Słowniki nie zajmowały się seksem. Tym bardziej nikogo nie uczono w szkole, jak opowiadać o swoim życiu płciowym. W potocznej mowie funkcjonowały określenia niejasne lub wulgarne. W literaturze fachowej – terminy zapożyczone z zagranicy, hermetyczne i trudne do rozszyfrowania. Kurkiewicz marzył o świecie, w którym ludzie będą gotowi bez rumieńców opowiadać o swoich łóżkowych kłopotach. Będą mogli nawet „w towarzystwie” prowadzić „stateczną rozmowę z zakresu płciowego, nie rażącą ucha rubasznymi wyrażeniami”. Z tą właśnie myślą przystąpił do tworzenia pierwszego polskiego Słownika płciowego1. 11


Kamil janicki  /  Epoka hipokryzji

Wyszczególnił ponad osiemdziesiąt rodzimych określeń na orgazm i okoliczności z nim związane. A to był tylko wierzchołek góry lodowej. Łącznie w jego publikacjach przewija się kilka tysięcy seksualnych definicji. Seks nosił dla Kurkiewicza miano „błogoszczenia”. Moment kulminacyjny stosunku mógł być „zbieraniem ckliwości” lub „spuszczeniem się”. Potencję nazywał „szczytliwością”, zaś osobę o przeciętnym libido – „średnio-szczytakiem” (lub  „średnio-szczytaczką”). Groźnie brzmiący onanizm stał się „samieństwem”, zaś onanizm wzajemny – „samiarstwem”. Wszystko to miało się przydać ludziom „przy zeznawaniu przed lekarzem -płciownikiem”. Bo właśnie tak określał samego siebie. Doktor przyznawał, że „wyrazotwórstwo” jest jedną z jego dwóch wielkich pasji. Drugą było obserwowanie życia. I pokazywanie go takim, jakie jest naprawdę. O sytuacjach, które zaobserwował na ulicach swojego rodzinnego Krakowa, pisał następująco: Pod wpływem niecierpliwości płciowej, wbiegła młoda dziewczyna (…) z ulicy do bramy i tu w ukryciu wykonała (…) samieństwo. Przy jednym z placów targowych (…) sprzedający ogórki na wozie parobek, leżał brzuchem na nich i miał wydobyty zwisak. Na plantacjach [czyli Plantach – przyp. KJ] krakowskich pod murem opodal teatru miejskiego dawał nieświadomie przedstawienie swojego samieństwa pewien starszy robotnik. W Sukiennicach, przyglądając się sklepowej wystawie widokówek z podobiznami nagich kobiet, popełniał młody uczeń gimnazjalny samieństwo udowe przez spodnie. Na Małym Rynku w Krakowie między rupieciami i gratami, służącymi do sprzedaży owoców, siedziało skrycie towarzystwo złożone z dwóch pijanych przekupek i jednego, także pijanego towarzysza. Jedna z nich, starsza, wykonywała mu merdankę (…), a druga, znacznie młodsza, słowami „a odstrzyknijcież!” nawoływała go do wystrzyknięcia nasienia. Na plantacjach krakowskich uczniowie szkoły realnej pod nakryciem rysownicami (…) popełniali na ławce gromadne sa­mieństwo2.

Autor nie ograniczał się tylko do Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa. W zasięgu jego zainteresowań znalazła się cała Małopolska. O uczestniku pewnego balu w Zakopanem („ubranym 12


Wszyscy jesteśmy zboczeńcami  /  Prolog

i uczesanym po balowemu”) pisał: „Usadowił się na szereg godzin w wychodku i co która z pań do sąsiedniego wychodka przyszła w sprawie moczowania, to on ją szparami podpatrywał i z rozbudzenia popełniał samieństwo”. Pozostali uczestnicy zabawy też nie byli bez winy. „Po pląsach (po tańcu) jest popełnianie samiarstwa zdarzeniem najzwyklejszym, tak u osób z »towarzyskim ułożeniem«, jak i u ludu wiejskiego” – podkreślał lekarz-płciownik. Wszystkie te historie wydarzyły się zaraz przed wybuchem I wojny światowej oraz w jej trakcie. Kurkiewicz zebrał je i wydał drukiem w 1917 roku. Oburzano się, że sieje zgorszenie i zachęca do dawania upustu zboczeniom. Nie brakowało komentarzy, że sam pan doktor jest zwyrodnialcem, znajdującym uciechę w podglądactwie. Kurkiewicz bronił się krótko: właśnie tak wygląda życie. I to życie zwyczajnych ludzi. Wierzył, że ma przed sobą wielką misję. Chciał zebrać informacje o seksualności we wszystkich jej odmianach. W jego kolekcji znalazły się setki, a może nawet tysiące przypadków. Wiele z nich wypatrzył osobiście, wiele dodali do kartoteki współpracownicy z jego Poradni Płciowniczej przy ulicy Stefana Batorego 20 w Krakowie. Kurkiewicz starał się też zaangażować społeczeństwo. W wydawanych własnym sumptem książkach zamieszczał ogłoszenia: Osoby (…) miłujące naukowość życia płciowego (…), wyszkalamy na SPOSTRZEGACZY(czki) i ZBIERACZY(czki) różnych płciowych zdarzeń, dziejących się na każdym kroku w otoczeniu (…) każdego człowieka. (…) Za takie dostarczenie nam zdarzeń (…) prawdziwie zaszłych, wynagradzamy według umowy.

Postać Kurkiewicza przywodzi na myśl głównego bohatera głośnego serialu telewizyjnego Masters of Sex. To osadzona w latach pięćdziesiątych XX wieku i oparta na faktach opowieść o początkach amerykańskiej seksuologii. Widz poznaje doktora Williama Mastersa, kiedy ten – niedoceniany i niezrozumiany – siedzi w szafie, podglądając klientów domu publicznego podczas ich sesji z prostytutkami. W purytańskich Stanach Zjednoczonych jest to jedyny sposób na zebranie jakichkolwiek informacji o ludzkiej seksualności. Trudno nie czuć wobec niego współczucia. Nie miałby aż 13


Kamil janicki  /  Epoka hipokryzji

takich problemów, gdyby tylko urodził się pół stulecia wcześniej w bardziej wyzwolonym seksualnie społeczeństwie. Na przykład na ziemiach polskich. I nawet nie musiałby prowadzić żadnych badań – wystarczyłoby podjechać do Krakowa i zajrzeć do przepastnego archiwum doktora Kurkiewicza. Małopolski lekarz-płciownik starał się zrozumieć, ale też – leczyć. Przyjmował pacjentów borykających się z „zaburzeniami w czynności spółkowania”, udzielał instrukcji wychowawczych i prowadził warsztaty dla narzeczonych oraz dla dziewic. Mógłby doradzić także pacjentce, która z pomocą jego słownika wypowiedziałaby zdanie o „gorejącym płciwie” i braku „spuszczenia”. Być może stwierdziłby, że jej małorozkosz wynika z wnetszczytliwego usposobienia męża. On jest dziarski płciowo, „na lada bodziec odpowiada od razu szczytowaniem”. Czyli rychłówką. Ona – przeciwnie, odznacza się usposobieniem trudnoszczytliwym. Problem dało się rozwiązać, namawiając męża do specjalnego treningu. Albo też – jeśli pacjentka okazałaby się łechtkoczuła – poprzez odpowiednie wzbogacenie pożycia płciowego. I proszę. Kolejny zadowolony klient. Nie wiadomo, czy Kurkiewicz zdołał pomóc wielu osobom z podobnym problemami. Zaraz po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zapadł na zdrowiu. Zmarł w 1921 roku w wieku zaledwie pięćdziesięciu czterech lat, a o jego niestrudzonej pracy natychmiast zapomniano. Zupełnie niesłusznie. Dzisiaj można powiedzieć, że był pierwszym, choć nieświadomym, kronikarzem wielkiego przewrotu obyczajowego. Rewolucji seksualnej w przedwojennej Polsce.

Tajemnica brudnych stóp Koniec nie był dla Kurkiewicza łatwy. Niedługo przed śmiercią opublikował desperacki apel o wsparcie do „ludzi dobrej woli”3. Wprawdzie nigdy nie blokowano jego badań, jednak środowisko naukowe i lekarskie traktowało go jak wyrzutka. Był święcie przekonany, że celowo odbiera mu się pacjentów. Żadne księgarnie nie chciały sprzedawać jego książek. A co najgorsze – musiał czuć, że wrócił do punktu wyjścia. Bo początki jego kariery prezentowały 14


Wszyscy jesteśmy zboczeńcami  /  Prolog

„Co która z pań do sąsiedniego wychodka przyszła w sprawie moczowania, to on ją szparami podpatrywał i z rozbudzenia popełniał samieństwo”. Przedwojenny voyeuryzm w opisie Stanisława Kurkiewicza (rys. „Nowy Dekameron”, 1924).

się równie mizernie. Może i nigdy nie krył się w szafie w domu publicznym, ale podobieństwa do historii Billa Mastersa i tak są uderzające. Było lato 1900 roku, kiedy dwóch młodych, nikomu nieznanych lekarzy podjęło praktykę w szpitalu św. Łazarza w Krakowie4. O pierwszym natychmiast zrobiło się głośno. Dzięki notatkom drugiego – możemy się dzisiaj dowiedzieć, z jakiego powodu. „Z samym Kurkiewiczem zetknąłem się przed laty, kolegowaliśmy przez kilka miesięcy (…) na oddziale chorób wewnętrznych, gdzie Kurkiewicz był zresztą jedynie tolerowany (…). Była to osobliwa, nader charakterystyczna postać” – wspominał doktor numer dwa. I ciągnął dalej: Sławne w szpitalu były „statusy” (protokoły badania chorych) Kurkiewicza. Przywieziono, dajmy na to, kobietę chorą na zapalenie płuc, z gorączką [po]wyżej czterdziestu stopni; protokół pierwszego badania sporządził Kurkiewicz. Granice płuc były [jak] zwykle dość licho oznaczone, 15


Kamil janicki  /  Epoka hipokryzji

natomiast już zdążył wydobyć z tej na wpół przytomnej istoty zeznanie, że się za młodu „samiła”, oraz szczegóły tego zajmującego skądinąd, ale dla przebiegu zapalenia płuc dość obojętnego faktu. Nieodmiennie też w rubryce zewnętrznych oględzin (…) figurowała starannie notowana rubryka: „Stopy brudne”. Ten specjalny typ badań stosowanych przez Kurkiewicza, te jego  „psychoanalityczne” spowiedzi budziły taką nienawiść u władających w szpitalu zakonnic (zwłaszcza u sędziwej siostry Domiceli), iż używszy całych swoich wpływów wyświeciły go z oddziału [dla] kobiet 5.

Autorowi tych wspomnień Kurkiewicz wydawał się człowiekiem nieco śmiesznym, ale zarazem – niezwykle frapującym. Miał w sobie coś z szaleńca, to nie ulegało wątpliwości. Potwierdzał „teorię, że większość psychiatrów ma »fioła«”. Lekarza nękała jednak inna myśl. Kurkiewicz był przede wszystkim niesamowitym pechowcem. Przez całe życie harował dla idei, wydając prywatny majątek na zgłębianie tajemnic seksualności. Umarł jako bankrut. I to „będąc niejako prekursorem specjalności, która dziś dla freudystów stała się kopalnią złota”. Oczywiście Kurkiewicz doszedł do całej góry błędnych, wręcz kuriozalnych wniosków. Zarazem jednak sformułował tezy prawdziwie pionierskie, wyprzedzające epokę. Przez jego zawodowe dziwactwa, przyprawione sporą dawką megalomanii i zamiłowaniem do słowotwórstwa, nikt tych ustaleń nie potraktował poważnie. Inni lekarze, z Polski i zagranicy, formułowali te same tezy. Wprawdzie sporo później, ale samodzielnie. I to oni figurują dziś w encyklopediach. Dla doktora wspominającego młode lata Kurkiewicza, było oczywiste, że można go uznać za świadka pewnego przełomu, ale na pewno nie za jego współtwórcę. Mimo wszystko wiedza krakowskiego „płciownika” nikomu się nie przydała. Nie jest to jednak, jak się zdaje, słuszny wniosek. Autor nie wziął pod uwagę, że znajomość z Kurkiewiczem, zetknięcie się z jego niezwykłą pasją i gotowością do mówienia o seksie bez ogródek mogły wpłynąć na niego samego. Po latach to właśnie on, drugi młody lekarz ze szpitala św. Łazarza, stanie się największym w Polsce piewcą obyczajowego wyzwolenia. Dla wielu mieszkańców II Rzeczpospolitej rewolucja seksualna będzie nosić jego imię: Tadeusza Boya-Żeleńskiego. 16


Wszyscy jesteśmy zboczeńcami  /  Prolog

Kraków przełomu wieków miał szczęście do obserwatorów życia. Kurkiewicz z determinacją przedstawiał to, jak świat wygląda naprawdę. Boy notował w myślach, pod iloma fałszywymi pozorami prawda jest ukrywana. Po latach, będąc już popularnym publicystą „Kuriera Porannego” oraz „Wiadomości Literackich”, pokaże XIX-wieczną obyczajowość seksualną bez żadnej nostalgii i bez pardonu. Jako jedno z największych nieporozumień, żeby nie powiedzieć zbrodni, nowoczesnego świata.

Stare dobre czasy Gdyby ktoś poprosił Boya o wybranie dwóch słów najlepiej opisujących seksualność poprzedniego stulecia, raczej nie wahałby się z odpowiedzią. Narzeczeństwo i burdel. Ewentualnie jeszcze trzecie: strach. W tekście ze zbioru Zmysły…, zmysły…, wydanego w 1932 roku, felietonista wyjaśniał: „Małżeństwo ówczesne nie miało nic z miłej cyganerii dzisiejszych stadeł, było aparatem serio, ach, jak serio… prawie tak, jak wieko od trumny”6. Znajdowało to odbicie, po pierwsze, w długim i żmudnym okresie przygotowawczym. Pan młody musiał być bezsprzecznie gotowy do poświęcenia. Wymagano, by posiadał wykształcenie, zawód, pieniądze, by miał za sobą służbę wojskową, a w mieszkaniu postawił fortepian dla przyszłej żony. Ludzie, jak wspominał Boy,  „byli wtedy wściekle przezorni”. Nikogo nie dziwiły narzeczeństwa trwające kilka, a nawet kilkanaście lat. Cały ten czas z jedną tylko rozrywką: rozmową.  „Dziś młodzi idą razem do kina, do dancingu, do kawiarni. Wówczas tego wszystkiego nie było, mogli się tłamsić tylko w domu, gdy matka drzemała w drugim pokoju” – tłumaczył. Do niczego więcej dojść nie mogło nie tylko ze względu na towarzystwo (przed tym na parę minut zawsze dałoby się uciec), ale – ze strachu. Po pierwsze, strachu przed złamaniem zasad. Narzeczeństwa takie obowiązywała czystość. On nie mógł skalać tej, która miała być jego żoną; przestałaby go być godna. Takie były wówczas pojęcia. Ona bałaby mu się oddać – w formie zaliczki – bo na 17


Kamil janicki  /  Epoka hipokryzji

zasadzie wiekowych aforyzmów o mężczyznach, obawiałaby się – często słusznie – że się z nią wówczas nie ożeni. (…) Rzecz prosta, że spędzali z sobą dużo czasu. (…) Wypełniały go rozmowy o przyszłości, co prawda coraz mniej entuzjastyczne, sprzeczki, dąsy, pojednania i mniej lub więcej zaawansowane pieszczoty. Czystość przy ciągłym towarzystwie kobiety…

Nie było przebacz. Widmo ciąży – drugi wielki strach – skutecznie zniechęcało przed czymkolwiek więcej. „Ustrzec się [przed nią] było bardzo trudno, a (…) była niewiarygodną katastrofą, rzeczą wręcz nie do pomyślenia” – wyjaśniał Boy. Efekt mógł być, zdaniem publicysty, tylko jeden: „Kiedy nastrój był bardzo gorący, on szedł potem do domu publicznego”. I nawet się z tym nie krył. Młodzi chłopcy robili wypady na prostytutki w środku miasta, wspólnie z kolegami, czasem nawet z ojcem. W całej Europie przyjęła się tradycja, że inicjacja seksualna mężczyzny powinna następować w burdelu. Przyzwolenie stopniowo zmieniało się w społeczny nakaz7. Autor wydanego w 1909 roku poradnika Hygiena miodowych miesięcy wprost krytykował żonkosiów idących do ołtarza bez wcześniejszego treningu z prostytutkami. „Zdarzało się, że młodzi mężowie rozpoczynali swój miesiąc miodowy w niewiedzy (…). Winni byli uczyć się tego tam, gdzie mogli to czynić przed zawarciem związku małżeńskiego” – instruował8. Nikogo to nie szokowało. Medycyna skutecznie zabiła wstyd. W Polsce wciąż pokutowała archaiczna wykładnia, zgodnie z którą organizm dojrzewającego chłopca (ale tylko chłopca) do prawidłowego funkcjonowania wymaga regularnych wytrysków. I to wyłącznie tych następujących podczas tradycyjnego stosunku płciowego. Spotkania z prostytutkami uchodziły za rodzaj terapii przeciwdziałającej bólom głowy, problemom z koncentracją, z kręgosłupem i koordynacją ruchową. Z tym rysem rzeczywistości musieli się godzić nawet najbardziej radykalni publicyści przełomu wieków: ci propagujący abstynencję seksualną. W komentarzu do ankiety na temat życia płciowego, przeprowadzonej w 1903 roku wśród warszawskich studentów, podkreślali, że wstrzemięźliwość wymaga od mężczyzn prawdziwego męczeństwa. Respondenci, którzy nie uprawiali regularnie 18


Wszyscy jesteśmy zboczeńcami  /  Prolog

Tadeusz Boy-Żeleński w wieku około 35 lat. Fotografia sprzed pierwszej wojny światowej.

seksu, uskarżali się w związku z tym między innymi na „zanik zdolności”, ciężkie migreny i „częste zdenerwowanie”. Ci, których do abstynencji zmusiła bieda, otwarcie nawoływali do „zakładania dobroczynnych domów publicznych dla ubogich studentów”. Przytoczono też popularny pogląd, zgodnie z którym „prostytucja istnieje na to, by młodzieży zdrowie zapewnić”9. Dopiero w 1905 roku doktor Eugeniusz Piasecki, jako pierwszy specjalista nad Wisłą, próbował zakwestionować medyczne uzasadnienie prostytucji10. Niewiele wskórał. Pismo „Kosmetyka” trzy lata później wciąż tłumaczyło: „Zupełne wstrzymanie się od stosunku płciowego jest dla kobiety rzeczą (…) dla zdrowia obojętną, podczas gdy u mężczyzny wywołać ono może pewne zaburzenia w sferze nerwowej lub psychicznej”11. Kolejne dwie dekady też nic nie zmienią. Lekarze pierwszego kontaktu nadal będą leczyć migreny u mężczyzn właśnie prostytucją. O zetknięciu się z taką metodą wspomni w 1925 roku Cecylia Bańkowska, autorka książki Jak uświadomiłam mojego syna. Wprawdzie z dezaprobatą – jednak bez zdziwienia12.  „Prostytutka stała się na wiek cały filarem moralności społecznej, niemal urzędnikiem państwowym” – podkreślał Boy13. W polskich miastach pracowały dziesiątki, a może i setki tysięcy z nich. 19


Kamil janicki  /  Epoka hipokryzji

Z tego olbrzymia część – w samej Warszawie. Najodważniejsze statystyki wskazywały, że nawet co trzecia kobieta w stolicy w wieku od dwudziestu do trzydziestu pięciu lat para się prostytucją14. Świat został podzielony pomiędzy cnotliwe i nietknięte narzeczone, z którymi mężczyźni spędzali popołudnia, oraz na kobiety upadłe, w których ramionach mijały im wieczory. Te drugie nie mogły liczyć nawet na status pełnoprawnych istot ludzkich. Uczestnicy ankiety z 1903 roku podkreślali, że czują „wstręt do kobiet sprzedajnych i publicznych”. Widzieli w nich ni mniej, ni więcej, tylko  „wrzód społeczny”. A jednocześnie – przyznawali, że jak niemal każdy, korzystają z ich usług. Powstało przekonanie, że „pewne grupy ludzi, pozbawione są wszelkich praw ludzkich i niewarte żadnych względów, a żyją tylko dla użytku, rozrywki lub wygody ludzi uprzywilejowanych”15. Na masową skalę przyjęto zasadę „podwójnej moralności”. Zjawisko to dzisiaj często tłumaczy się po prostu jako bezczelną dwulicowość XIX-wiecznych mężczyzn. Miałyby pod nią podpadać wszystkie ukrywane przed partnerkami zabawy w burdelach i związki pozamałżeńskie. W rzeczywistości niewiele ukrywano i wcale nie o to chodziło. „Podwójna moralność” polegała na przyjęciu przez społeczeństwo zupełnie różnych oczekiwań wobec kobiet i wobec mężczyzn. Tym drugim wolno było bezkarnie prowadzić życie seksualne przed i poza małżeństwem. Panny i mężatki miały z kolei być bezwzględnie cnotliwe i wierne16. Feministka Iza Moszczeńska prezentowała ramy tego podziału już w 1904 roku w tekście Cnota kobieca: „Nie podlega najmniejszej wątpliwości, że kobieta, która miała kochanka, nie ma prawa wyjść za uczciwego mężczyznę, tj. takiego, który miał X kochanek przed ślubem – ale nie kradnie, nie rozbija, nie morduje”. Tak samo oczywisty miał być fakt, że „godną pogardy jest taka, która zdradzi choćby najgorszego, moralnie i fizycznie bezwartościowego męża. Wszystkie odstępstwa od zasad czystości, wierności, stałości – popełniane przez kobietę – są gorszące i tragiczne”17. U mężczyzn w ogóle trudno było mówić o jakiejkolwiek obowiązującej moralności. W broszurze Czego nie wiemy o naszych synach ta sama Moszczeńska pisała z przekąsem:

20


Wszyscy jesteśmy zboczeńcami  /  Prolog

Moralność męska! Toż i dzisiaj przeważająca większość czytelników (…) z bardzo dwuznacznym uśmiechem przyjmuje samo zestawienie tych dwóch wyrazów. Naturalnie i od mężczyzny wymaga się pewnego rodzaju moralności, mianowicie rzetelności w interesach, poszanowania cudzej własności, (…) trzymania się przepisów honoru itp. Ale w stosunkach płciowych stawiać jakieś reguły i zasady (…) to przecież śmieszna pedanteria lub rozczulająca naiwność. Zupełnie inaczej traktowano kwestię moralności kobiecej. Tu obyczaj i opinia stawały się niezmiernie surowe i zbroiły się całym arsenałem zabójczych pocisków. Absolutna czystość, dziewictwo, anielstwo (…). Oto normalne wymagania, jakie stawiano przeciętnie przyzwoitym kobietom.

Na skutek tego podziału ziszczał się jeszcze jeden wielki strach epoki industrialnej: trwoga przed chorobami wenerycznymi. Boy próbował nawet wyjaśniać tym strachem całą XIX-wieczną obsesję na punkcie kobiecej – i wyłącznie kobiecej – wstrzemięźliwości płciowej. „W epoce, gdy nieopanowany przez medycynę syfilis groźny był jak dżuma, jedyną gwarancją było zaślubić patentowaną dziewicę i trzymać ją pod kluczem. Mąż niewiernej żony nie był pewny dnia ani godziny” – pisał18. Brzmi to trochę jak panika przed AIDS, tyle że w krzywym zwierciadle. Rzeczywiście czasy zaborów i królowej Wiktorii przypominają pod pewnymi względami lata osiemdziesiąte XX wieku. Seks bez zabezpieczeń postrzegano jako śmiertelnie niebezpieczny, a nie istniały żadne skuteczne zabezpieczenia. W efekcie metoda obronna zarysowana przez Boya szybko straciła rację bytu. Nawet on oceniał, że od 50 do 90% młodych mężczyzn zarażało się od prostytutek kiłą. A następnie przekazywali ten „prezent ślubny” żonom. Gdy ślub po paru latach dochodził wreszcie do skutku, w wielu przypadkach bardziej przypominał pogrzeb. To była transakcja, w której uczucia schodziły na dalszy plan w stosunku do kwestii majątkowych, towarzyskich czy nawet honorowych. Chodziło o zdobycie dobrej partii i ewentualnie posagu oraz o pozyskanie zdrowej, silnej matki dla przyszłego potomstwa. Boy półgębkiem wspomina o jakiejś tam, mimo wszystko, roli miłości, ale to z jego strony przejaw daleko posuniętego optymizmu. XIX-wieczni 21


Kamil janicki  /  Epoka hipokryzji

specjaliści małżeństwo traktowali jak handel. Doktor Baker, autor wydanego w 1809 roku poradnika Tajemnice płci żeńskiey, sugerował, żeby oblubienicę przed ślubem rozbierać do rosołu i kontrolować, czy nie ma żadnych defektów fizycznych. Zupełnie jakby była klaczą na targu. Pomysł ten wracał wielokrotnie przynajmniej do lat sześćdziesiątych XIX wieku. Zawsze w odniesieniu do kobiet19. Po nocy poślubnej w sytuacji mężczyzny niewiele się zmieniało. Miał odtąd zapewniony wikt i opierunek, ale życie seksualne prowadził tak jak zawsze. Głównie poza domem. Na uzasadnienie tego faktu znaleziono kolejny pseudonaukowy argument. Zgodnie z popularną teorią przytoczoną przez Izę Moszczeńską, każdy mężczyzna był z urodzenia poligamistą, a każda kobieta – monogamistką. W efekcie wierność mężów uznawano za rodzaj zwyrodnienia i grzechu przeciwko naturze. W przypadku żon podobnym grzechem byłaby jakakolwiek próba szukania doznań seksualnych poza małżeństwem. Zresztą to ostatnie wydawało się wyjątkowo nieprawdopodobne. XIX-wieczni mężczyźni powszechnie przyjmowali, że seks to sprawa, która nie dotyczy ich partnerek. Jak wyjaśnia historyczka Bożena Urbanek, kobietom odmawiano prawa do jakiejkolwiek erotycznej satysfakcji. W świetle poważnych prac naukowych orgazmu doznawali wyłącznie mężczyźni. Przedstawicielki słabszej płci mogły liczyć zamiast tego na… radość z macierzyństwa20. Dzieła literackie i cała obowiązująca kultura wpajały im zresztą przekonanie, że pożycie małżeńskie to w pierwszej kolejności forma poświęcenia. „Czystość jest czymś bezwzględnie dobrym, życie płciowe zaś w każdym razie plamą i poniżeniem” – instruowano dziewczęta, jak pisze Iza Moszczeńska w Cnocie kobiet. – „Nawet małżeńskie życie jest dla nich jakimś zstąpieniem z piedestału, a ich naturalne pragnienie ziemskiej miłości grzeszną żądzą (…). W świetle tak pojętej etyki im większą stosunek małżeński jest dla kobiety ofiarą, im większy w niej wstręt budzi, tym ona jest wyższą istotą”. W jednym ze swoich esejów Boy stwierdził: „Takie małżeństwo nie było dobrowolnym związkiem dwojga ludzi, którzy wierzą, że się dobrali szczęśliwie i że im będzie z sobą dobrze, ale pułapką 22


Wszyscy jesteśmy zboczeńcami  /  Prolog

zastawianą przez »społeczeństwo« na głód serca mężczyzny”21. Jako mężczyzna, i to wychowany właśnie w XIX wieku, nie mógł chyba widzieć sprawy inaczej. Polskie feministki stawiały znacznie ostrzejsze diagnozy. W XIX-wiecznym modelu obyczajowym dostrzegały narzędzie poniżenia i ubezwłasnowolnienia kobiet. A w seksbiznesie – cyniczny przemysł pogardy. Erotyczna emancypacja znalazła się na liście najważniejszych postulatów ich ruchu. Zaraz obok praw wyborczych i ekonomicznych. Najpierw musiały jednak udowodnić, że kobieca seksualność w ogóle istnieje. I że jest czymś więcej niż groźnym schorzeniem.

Pieszczoty surowo wzbronione Amerykański lekarz Russell Thatcher Trall był człowiekiem do bólu szczerym. Wiedział, że bez kobiet nie byłoby XIX-wiecznej medycyny. A on sam musiałby pewnie zająć się uczciwą pracą. W 1873 roku pisał: „Ponad dwie trzecie wszystkich gabinetów lekarskich zajmuje się tylko chorobami kobiecymi”. Chodziło o naprawdę gigantyczne pieniądze. Rocznie doktorzy w Stanach Zjednoczonych zarabiali około dwustu milionów dolarów. „Za trzy czwarte tej sumy – sto pięćdziesiąt milionów – lekarze mogą dziękować kruchości kobiet” – dopowiadał Trall22. W przeliczeniu na dzisiejszą wartość dolara, były to przynajmniej trzy miliardy każdego roku23. I to za zajmowanie się przypadłościami, które w większości po prostu zmyślono.  „Kobiety chorowały, ponieważ były kobietami” – wyjaśnia historyczka Ann Douglas Wood24. W połowie XIX stulecia z tym bezczelnie prostym punktem widzenia zgadzały się nawet pierwsze lekarki i działaczki społeczne zajmujące się propagowaniem higieny. Każdej kobiecie uskarżającej się na nieudane pożycie małżeńskie przyczepiano łatkę „histeryczki”. Wielu innym też. Tajemnicza choroba wiązana z nieprawidłowym działaniem żeńskich narządów płciowych miała dotykać dziesiątek milionów żon i narzeczonych na całym świecie. Lista symptomów histerii była długa i elastyczna. Znajdowało się na niej wszystko: od uczucia ciężkości w brzuchu, przez problemy ze snem, podenerwowanie, bóle głowy, 23


Kamil janicki  /  Epoka hipokryzji

aż po budzące szczególny niepokój lekarzy „pocenie się” pochwy na przykład na skutek niezdrowych fantazji. Dzisiaj naukowcy wiele z tych objawów wiążą po prostu z seksualną frustracją. Z brakiem zadowolenia z życia erotycznego lub też z zupełnym brakiem takiego życia25. Nic dziwnego. Podczas gdy mężczyźni „leczyli” ból głowy w domach publicznych, kobiety były skazane na wspomniane przez Izę Moszczeńską składanie „ofiary” z siebie. Fakt ten doskonale oddaje praca lwowskiego lekarza Artura Ligiszy z 1903 roku. W książce poświęconej tematowi zapobiegania ciąży udzielał on czytelnikom szeregu niezawodnych rad. Przykładowo wedle niemieckiego zwyczaju: Przed aktem płciowego obcowania zupełnie się nie podnieca nerwów u żony żadnymi pieszczotami, całusami lub objęciami, tylko wprost przystępuje się niespodzianie, znienacka do aktu spółkowania. Skutek przy tym głównie ma zależeć [od tego], aby zaraz od początku małżeństwa tak postępowano, aby młoda nie znała innego rodzaju wykonywania małżeńskiego obcowania, jak tylko ten jeden 26.

Inny sposób wymagał, by kobieta bacznie obserwowała, aż u mężczyzny zbliży się chwila orgazmu i na moment przed wytryskiem głęboko nabrała powietrza. Następnie powinna wstrzymać oddech na tak długo, jak tylko będzie w stanie. Szok i niedotlenienie powinno zniwelować ryzyko zapłodnienia. Prostsza metoda, podawana w publikacjach innych autorów, zakładała po prostu zupełny, stuprocentowy bezruch kobiety w trakcie całego stosunku. Mąż niech robi swoje, a żona powinna leżeć niczym kłoda.  „Dla histeryczki akt seksualny musi być rozczarowaniem. Ona go nie rozumie” – pisał w 1895 roku francuski lekarz Georges Gilles de la Tourette27. I miał rację. Z tym, że należałoby jego twierdzenie nieco rozszerzyć. Powiedzmy wprost: dla niemal każdej XIX-wiecznej kobiety akt seksualny był rozczarowaniem. I nie mogło być inaczej, jeśli ówczesna kultura akceptowała wyłącznie dwa punkty widzenia. Albo kobiety były istotami zupełnie aseksualnymi, albo seksualnie popsutymi. I to do tego stopnia, że każdy przejaw potrzeb erotycznych wymagał interwencji lekarza. 24


Wszyscy jesteśmy zboczeńcami  /  Prolog

„Prostytutka stała się na wiek cały filarem moralności społecznej, niemal urzędnikiem państwowym” – pisał Tadeusz Boy-Żeleński (rys. „Nowy Dekameron”, 1924).

Na obydwa te poglądy nakładało się dość powszechne przekonanie, że kobieta to człowiek, ale jednak nie do końca. August Czarnowski, redaktor broszury Marnopłcenie – onanizm, przestrzegał, by nie narażać systemu nerwowego dziewczynek na nadmierny wysiłek, bo ten po prostu nie jest do niego zdolny. „Natężenie mózgu”, na przykład w toku edukacji szkolnej, niechybnie skutkowało „osłabieniem działalności żołądka, kiszek, wątroby, śledziony”. Przede wszystkim zaś – co dla podkreślenia powagi podano pismem rozstrzelonym – groziło bezpłodnością28. Kobiety mogły więc być albo mądre, ale chore, bezużyteczne i bezpłodne, albo głupie jak but – i przydatne dla społeczeństwa. Rolą rodziców i mężów było dokonanie za nie właściwego wyboru. Sprawę rzadko ujmowano równie drastycznie, ale ogólnej zasady do połowy stulecia niemal nikt nie kwestionował. Przykładowo Teodozy Sierociński, autor pracy Pedagogika, czyli nauka wychowania, tłumaczył w 1846 roku, że dziewczynek nie należy uczyć zbyt wiele, tak aby czasem nie osiągały tego poziomu intelektualnego, co mężczyźni. Przecież kobieta ma się: „zgadzać ze swoim losem i być gotową do znoszenia choćby 25


Kamil janicki  /  Epoka hipokryzji

najgorszej doli. Los jej (…) jest związany z losem męża i dzieci. Ma być całe życie uległą i posłuszną”29. Pierwszy, głęboko symboliczny akt uległości – a często wręcz poniżenia – następował podczas nocy poślubnej. Nieliczne panny młode wiedziały, czego oczekiwać po tej chwili. Nie była to rzecz, o której rozmawiało się w domu. Nawet przed samym ślubem mało która matka udzielała córce szerszych rad niż tylko: bądź dzielna, wytrzymaj. Żyjąca w pierwszej połowie XIX wieku Aleksandra Tarczewska wspominała w pamiętniku:  „Niech, co chcą, mówią kobiety, lecz podług mnie nie ma nic nieszczęśliwszego, jak skromnie wychowana dziewczyna przez pierwsze dni po szlubie. Kochałam zawsze Marcelka, ale taki żal do niego miałam, za różne mi po szlubie wyrządzone niecnoty, że w pierwszych dniach naszego związku nadzwyczajnie byłam smutna”30. Pozbawione prawa do własnej opinii kobiety zaciskały zęby i czekały, aż w końcu ktoś dostrzeże, że nie tak to powinno wyglądać. Światełko w tunelu pojawiło się w latach osiemdziesiątych XIX wieku. Medycyna niespodziewanie zainteresowała się seksem31.

Zgubny uchwyt parobczaka Najlepsza biografia to ta, którą napiszesz sobie sam. W myśl tej prostej zasady Winston Churchill uczynił zwycięstwo w II wojnie światowej swoim jednoosobowym sukcesem. Ale nie był pierwszy. Niespełna pół wieku wcześniej to samo próbował osiągnąć Stanisław Kurkiewicz. Tyle że chodziło o wojnę z erotycznym zacofaniem, a nie z nazistami. W 1916 roku cierpliwie instruował czytelników mogących nie mieć świadomości, z jak wybitnym autorem przyszło im obcować: Tę gałąź czynności (praktyki) lekarskiej, która zajmuje się życiem płciowym (…) ja od lat kilkunastu ująłem w nową i oryginalną całość. Jestem więc twórcą i pierwszym dopiero przedstawicielem tak specjalistycznie wyodrębnionej lekarskiej praktyki (…). Tego nie wypowiadam jako reklamę i przechwałkę – jeno jako prawdziwy stan rzeczy w dziejowości (historii) wiedzy płciowej 32. 26


Wszyscy jesteśmy zboczeńcami  /  Prolog

Rzeczywiście innych lekarzy-płciowników historia nie odnotowała. Kurkiewicz miał też rację, pisząc, że nie istnieją szkoły dla seksuologów, kursy ani oficjalne tytuły. Wszystkiego musiał uczyć się sam. Nie zauważył jednak, że wcale nie jest jedyny. Ani nawet pierwszy. Zupełnie pierwszy rzecz jasna nie mógł być. Ludziom każdej kolejnej epoki wydawało się, że odkrywają seks. W rzeczywistości to, co człowiek potrafi robić w sypialni w XXI wieku, równie oczywiste wydawało się starożytnym Grekom, Rzymianom i Aztekom. Nie potrzebowali podręczników wychowania do życia w rodzinie ani Kamasutry, żeby dopasować jeden element układanki do drugiego. Ani seks oralny, ani zabawki erotyczne, ani taka czy inna pozycja nie miały nigdy swoich „wynalazców”. Nie da się ujmować naturalnych instynktów i wrodzonych potrzeb w ramy historii. Jeśli coś odkrywano na przestrzeni stuleci, to przede wszystkim nowe sposoby mówienia lub milczenia o seksie. Nowe obyczaje, uprzedzenia i granice tego, co wydawało się dopuszczalne. Schyłek XIX wieku był wyjątkowy, bo po raz pierwszy uczeni mogli wziąć życie erotyczne pod mikroskop. Świat jeszcze nigdy nie wydawał się równie mierzalny i policzalny. Człowiek ujarzmił elektryczność, odkrył genetykę i teorię ewolucji. Medycyna zaczęła wychodzić poza obszar przypadkowych prób i błędów. Powstawały pierwsze nowoczesne atlasy anatomiczne, promienie Roentgena pozwoliły dosłownie spojrzeć w głąb człowieka. Tajemniczy obszar ludzkiej seksualności postrzegano jako nową, wymagającą opisania rubież nauki. Tak brzmi optymistyczne wyjaśnienie narodzin seksuologii. Zapewne niektórych naukowców do badań w dziedzinie płciowości rzeczywiście pchała ambicja. Dużo większe znaczenie miał jednak strach – nieodłączny towarzysz XIX-wiecznego seksu. Należałoby wręcz mówić o całej górze lęków, a nie o jednej, sprecyzowanej obawie. Po pierwsze, był strach przed degeneracją. Pobieżne uświadomienie sobie prawideł genetyki nadało zupełnie nowe znaczenie bezładnemu życiu płciowemu XIX stulecia. Choroby weneryczne, przypadkowe stosunki płciowe, nieślubne dzieci z nieznanymi partnerami. Z paniką skonstatowano, że to nie problem bieżącego świata, ale też każdego kolejnego pokolenia. Naukowcy i publicyści widzieli już oczami wyobraźni skarlałe karykatury człowieka, zamieszkujące Europę za kolejne stulecie. „Co 27


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Epoka hipokryzji by SIW Znak - Issuu