Skip to main content

Egipt. Śladami starożytnych królowych i ich polskich odkrywców

Page 1


EGIPT BONEK TOMASZ

Śladami starożytnych królowych i ich polskich odkrywców

ZNAK HORYZONT

Kraków 2026

Projekt okładki

Marcin Słociński

Zdjęcie na okładce

Popiersie Nefertiti, Neues Museum Berlin, fot. GiovanniPracucci, https://www.flickr.com/photos/pracucci/2509735068/, CC BY 2.0 Świątynia w Denderze, Egipt, fot. Evren Kalinbacak / iStock

Redaktor inicjujący

Rafał Szmytka

Redaktor prowadzący

Adam Zechenter

Opieka promocyjna

Karolina Domańska

Weryfikacja

dr Patryk Chudzik

Fotoedycja

Rafał Szmytka

Koordynacja procesu wydawniczego

Agata Błasiak

Adiustacja

Witold Kowalczyk

Korekta

Adam Osiński

Joanna Kłos

Opracowanie typograficzne i łamanie

Dariusz Ziach

Copyright © by Tomasz Bonek © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026

ISBN 978-83-8427-530-6

Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2026. Printed in EU

Rozdział I. Klątwa „Herodotów” ...................

Giza

Rozdział II. Misja „Hatszepsut” ....................

Luksor

Rozdział III. Hathor, Hathor, Hathor ...............

Nekropolia tebańska

Rozdział IV. Fascynująca Prawda Jest Kobietą, która Jest Duszą Re ..............................

Świątynia Hatszepsut • Karnak

Rozdział V. Poszukując Teje – heretycznej babki Amarny ...................................

Deir el-Medina • Dolina Królów

Rozdział VI. Nefertiti. Wciąż tylko „piękna, która przybyła” ..................................

Nekropolia tebańska • Tell el-Amarna

Rozdział VII. Kres dynastii kobiet, czyli od Nefertari do spisku haremowego ...........................

Dolina Królowych • Asuan • Abu Simbel

Rozdział VIII. Zapomniane zabójcze Kleopatry i niewymazana femme fatale ......................

Dendera • Aleksandria

Suplementy

Esej o stworzeniu męskiego świata, którym

słowo wstępne

„Literatura podróżnicza nuży bardzo szybko” – napisał zaczepnie Jan Stanisław Bystroń blisko sto lat temu. Co ciekawe, słowa te padły na stronach książki poświęconej dawnym wyprawom Polaków do Ziemi Świętej, Syrii i Egiptu. W czasach Bystronia literatura podróżnicza odgrywała jednak istotną rolę edukacyjną, gdyż była jednym z niewielu źródeł opisujących i często ilustrujących najdalsze zakątki świata. Z dzisiejszej perspektywy słowa tego wybitnego profesora etnografii i socjologii wielu mogą wydawać się nadal aktualne, bo w końcu jesteśmy niemal „otoczeni” informacjami z całego świata. W każdej chwili w internecie możemy przeczytać opis lub obejrzeć zdjęcia pochodzące z każdego miejsca na ziemi. A podróże samolotem umożliwiają szybkie i łatwe, a coraz częściej też tanie przemieszczanie się nie tylko pomiędzy krajami, ale także kontynentami…

Czy zatem potrzebujemy jeszcze takiego gatunku jak literatura podróżnicza? Czy relacje podróżników (a w przekonaniu wielu z nas dzisiaj może być nim każdy) mogą wnieść nową wartość lub otworzyć przed nami nowatorski słowo wstępne 11

sposób poznawania świata? Otóż oczywiście, że tak. Po pierwsze dlatego, że „podróże” zostały zastąpione przez „wycieczki”. Podróże miały na celu poznanie i doznanie nowych miejsc, kultur, obyczajów, natomiast wycieczki są formą „zobaczenia”, a niekoniecznie przeżycia. Po drugie dlatego, że turystyka w Egipcie znacząco zmieniła swój charakter w ostatnich trzydziestu latach. Niegdyś wyprawy zaczynały się w Aleksandrii lub Kairze, a następnie płynięto w górę rzeki lub jechano koleją żelazną na południe kraju, zatrzymując się w każdym miejscu, w którym można było odkryć pozostałości starożytnej cywilizacji. Obecnie wycieczki oferowane przez biura podróży koncentrują się na „zwiedzaniu” kurortów nad Morzem Czerwonym, a większość z ich gości nigdy nie dociera nad Nil, pozostając nieświadomymi kultury i historii Egiptu. Jednak i w dzisiejszym świecie jest wiele osób, które chcą czegoś więcej. Pytanie zatem: czy „klasyczna” literatura podróżnicza jest dla nich interesująca i zaspokaja ich potrzeby, zgodnie z tym, co pisał Bystroń? On sam udzielił odpowiedzi, podając jednocześnie sposób, jak wybrnąć z tego impasu, wskazując, że „prawdziwym wyjątkiem jest książka Patryk Chudzik w Świątyni Hatszepsut.

12 słowo wstępne

podróżnika, któraby była czemś istotnie nowem, któraby dawała jakieś oryginalne spostrzeżenia, jakieś myśli, które nie są tylko odbiciem podróżniczego konwenansu, ustalonego na długie lata przez jakieś dzieło oryginalne czy choćby tylko popularne”. Za taką niewątpliwie uznać możemy najnowszą książkę Tomasza Bonka.

Praca ta jest jednak czymś więcej niż kolejną pozycją z gatunku literatury podróżniczej. Autor łączy w niej bowiem motywy przewodnika z aspektem reporterskim, dzięki czemu nie tylko zaprasza czytelnika do podróżowania po Egipcie swoimi śladami, ale zagląda również w miejsca i opisuje je z perspektywy prowadzonych tam prac. Opisy miejsc, które sam odwiedza, reporter wzbogaca o historie ich odkryć oraz ludzi, którzy za nimi stali.

Ale tematem tej książki nie jest tylko opis podróży po Egipcie i opis stanowisk przeplatany z relacjami archeologów. Na pierwszy plan autor wysuwa wielkie kobiety starożytnego świata, o których wielu z nas już nie pamięta. Czas sprawił, że pamięć o ich pozycji i dokonaniach uleciała, więc autor postanawia nam przybliżyć sylwetki tych najsłynniejszych, jak Teje, Hatszepsut, Nefertiti, Nefertari czy Kleopatra, i prowadzi nas do miejsc, które są najlepszymi świadectwami ich wyjątkowej pozycji. Reportażysta dociera więc do Deir el-Bahari, gdzie swoją świątynię wzniosła Hatszepsut, a gdzie obecnie pracuje polsko-egipski zespół archeologów, konserwatorów i architektów z Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Świątynia Hatszepsut w Deir el-Bahari jest jednym z tych miejsc, gdzie słowo „misja” oznacza zarówno naukę, jak i zobowiązanie wobec zabytku oraz kraju gospodarza. Polskie badania i rekonstrukcja zaczęły się tu w 1961 roku i trwają słowo wstępne 13

do dziś, w ramach współpracy polsko-egipskiej. To nie jest historia jednego sezonu ani jednego nazwiska. To dokonania wielu zespołów, wielu rąk i efekt wielu decyzji, podejmowanych często w niełatwym kompromisie między tym, co chcieli byśmy zobaczyć, a tym, co wolno nam uczciwie odtworzyć.

W świątyni Hatszepsut widać, jak władza potrafi rzeźbić pamięć. Widać też, jak pamięć potrafi wracać: czasem przez relief, czasem przez inskrypcję, czasem przez samą architekturę. W takich miejscach człowiek rozumie, że „wymazanie” rzadko bywa całkowite. Zawsze pozostają odpryski. Zostają szczeliny. Zostaje cień, który zdradza istnienie czegoś, co próbowano usunąć.

Ta książka jest właśnie o takich szczelinach. O kobietach, które na moment wyszły z cienia, a potem zostały w niego znów wepchnięte. I o Polakach, którzy od dziesięcioleci, z uporem i skromnością, próbują ocalić jedno z najważniejszych miejsc ich historii: świątynię kobiety króla. Jeśli czytelnik po tej lekturze zacznie inaczej patrzeć na Egipt – nie tylko jako kurort nad Morzem Czerwonym, nie tylko „faraoński”, lecz także kobiecy, nie tylko monumentalny, lecz również pełen wciąż nieodkrytych tajemnic – to znaczy, że ten reportaż spełnił swoją funkcję.

Cenię w tej książce to, że nie udaje podręcznika egiptologii. Jest reportażem: o fascynacji, o drodze, o spotkaniach, o próbie zobaczenia kobiet w cywilizacji, która na pierwszy rzut oka wydaje się całkowicie męska. I właśnie tu pojawia się sedno: jeśli w starożytnym Egipcie brakowało słowa „królowa”, to nie dlatego, że brakowało mądrych i władczych kobiet, lecz dlatego, że język i instytucje władzy były projektowane tak, by kobieta pozostawała „drugą”. Autorowi chodzi o to, 14 słowo wstępne

by pokazać, że ta „druga” niekiedy zostawała „pierwszą”. Nie popada przy tym we współczesne kalki czy klisze, nie dopisuje dzisiejszej psychologii tam, gdzie źródła zostawiają lukę, ze znanego z mediów sporu nie czyni miary dawnego świata.

dr Patryk Chudzik, adiunkt w Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej

Uniwersytetu Warszawskiego, kierownik Polsko-Egipskiej Ekspedycji

Archeologicznej i Konserwatorskiej

do Świątyni Hatszepsut w Deir el-Bahari

Hieroglif pszczoły oznaczający często władzę królewską.

ro

ZDZ i A ł i Klątwa „Herodotów”

Opuszczałem już hotel Mena House, położony u stóp piramid w Gizie, nazwany tak w 1886 roku, kiedy go hucznie otwierano, od imienia pierwszego króla zjednoczonego Egiptu – Menesa. To w nim właśnie zaledwie cztery lata po inauguracji otwarto pierwszy basen w dawnym kraju faraonów, co było wydarzeniem tak niezwykłym w tej upalnej części globu, coraz wtedy modniejszej ze względu na fantastyczne odkrycia archeologiczne relacjonowane licznie w gazetach, że intensywnie opisywali je dziennikarze w całej Europie. Jego lokalizacja, komfort, styl i obsługa sprawiły, że uwielbiały go znane osobistości, często wielkie, kolorowe, niebanalne osobowości.

Jakże wytworne było to miejsce, niech zaświadczy fakt, że gościom wręczano tu klucze do wynajmowanych pokojów wykonane ze srebra najwyższej próby, a one nieczęsto ginęły. W 1889 roku w hotelu zatrzymał się książę Walii – Albert Wiktor. Zamieszkał tu także sir Arthur Conan Doyle (aż dziwne, że Sherlocka Holmesa nigdy nie wysłał nad Nil). Przyszły król Jerzy V uczestniczył w wielkim, uroczystym bankiecie.

Sypiali tu Winston Churchill, król Egiptu Faruk, prezydent Stanów Zjednoczonych Richard Nixon, król Szwecji Gustaw,

król Włoch Humbert, cesarz Etiopii Hajle Syllasje i brytyjski dowódca wojskowy feldmarszałek Montgomery (skrzydło, w którym się zatrzymał, nadal nosi jego imię). Ponoć Roger Moore ze swojego apartamentu spacerował stąd na plan zdjęciowy filmu Szpieg, który mnie kochał , w którym grany przez niego James Bond mierzył się ze złoczyńcami pod Wielkim Sfinksem. Po tutejszych ogrodach, jak twierdzi obsługa, wciąż krążą nocami duchy Charltona Hestona, Franka Sinatry, Davida Leana, Charliego Chaplina i Jamesa Woodsa, którzy ten hotel uwielbiali.

W patriarchalnym dziewiętnasto- i dwudziestowiecznym świecie wielkim mężom zazwyczaj towarzyszyły tutaj damy.

Kroczyły tuż za nimi, „uświetniały” uroczystości, w których brali oni udział. Tylko nieliczne panie gościły tu jako sławy same w sobie.

Tuż za bramą Mena House obejrzałem się jeszcze przez ramię, żeby z tylnego siedzenia czarnej taksówki na pożegnanie spojrzeć na piramidy Cheopsa, Chefrena i Mykerinosa, jak tych wielkich władców nazywał dociekliwy grecki podróżnik Herodot, choć ich staroegipskie imiona brzmiały: Chufu (to skrót od Chnum-chuefui , co znaczyło „Chnum mnie chroni”), Chafre („Niechaj Re objawia się w chwale”) i Menkaure („Trwała jest moc duszy Re”). Te trzy największe, najsłynniejsze i monumentalne budowle, groby ludzi-bogów, mężczyzn-bogów, znane niemal każdemu w każdym zakątku współczesnego świata, symbole i cuda starożytności, zdominowały moją panoramę, tak jak od setek lat czynią to z tutejszą historią, literaturą, badaniami naukowymi oraz turystyką. Przysłaniają przede wszystkim to, co znajduje się w ich bezpośrednim sąsiedztwie (a w niektórych kręgach i cały fascynujący świat egipskiej starożytnej cywilizacji),

Piramidy Chufu i Chefre w Gizie.

Z tej perspektywy nie dostrzegałem już mastab, pozostałości wioski budowniczych nekropolii czy nawet piramid żon władców. Mój dwutygodniowy spektakl się kończył. Finałową scenę podróży odgrywały, jak tu zwykle bywa, wielkie piramidy w roli głównej, Sfinks w charakterze milczącego suflera i płaskowyż Gizy jako scenografia antycznej potęgi. Tysiące turystów znów tego dnia gnały po bilety, żeby sfotografować się pod najbardziej znanymi zabytkami świata i obojętnie minąć grobowce kobiet, bez których nie byłoby królewskich kolosów (to ich „lokatorki” rodziły przecież władców).

Nie zauważyć ich, potraktować je niczym sterty bezładnie

20 Klątw A „Hero D otów” pozostałe kulturowe bogactwo, na które najczęściej nie zwracają uwagi przybysze czy też czytelnicy. Bo przecież najważniejsi są One i Oni! Wielkie egipskie królowe – jak powiedzielibyśmy dziś, choć starożytni Egipcjanie nie znali takiego słowa – a było ich kilka, które dokonały rzeczy naprawdę wielkich, giną w ich cieniu.

ułożonych kamieni, niepotrzebnego gruzu historii. Ja natomiast już stąd odjeżdżałem, rozżalony tym stanem rzeczy. Rozmyślałem o tym mrówczym pędzie, o tłumie niedostrzegającym małych piramid, zredukowanych do kamiennych szkiców, jakby przypisów do dzieła starożytnej architektury, napisanego przez IV dynastię tutejszych władców. O dawnych wielkich i pomniejszych kobietach, które sięgnęły po władzę. Dla nich tu tym razem przyjechałem, dobrze wiedząc, że szczegółów biografii ich wszystkich nigdy nie poznam. Większości z nich jeszcze nie opisano, nie odnaleziono nawet wielu imion, a co dopiero mówić o szczegółach życiorysów. Ich dokonania to wciąż białe plamy starożytnej historii. Są nieznane. Nieopisane. Pomijane. A może celowo zostały wymazane… Zamysł reportażu, dość szczegółowy, niemalże wstępny scenariusz tej książki, skrupulatnie omówiłem przed Sfinks w Gizie.

– A więc pokażę czytelniczkom i czytelnikom, podróżniczkom i podróżnikom, ciekawskim Egipt zwykle omijany, niemęskoosobowy, niefaraoński, więc nieoczywisty. Będzie to reportaż o podróży śladami nielicznych „królowych” i bogiń, które odegrały wielką rolę w patriarchalnym społeczeństwie – opowiedziałem w redakcji.

Uzgodniliśmy, że nie będę się szeroko rozwodzić nad tym, co niezbadane, co pozostaje w sferze domysłów, wcielać się w rolę egiptologa, rozpisywać o mniej znaczących postaciach, lecz jako reporter, podróżnik skupię się na tych, które były naprawdę wielkie, a ich dokonania spektakularne, ale zostały zapomniane i są szerzej nieznane. Na kobietach odkrywanych w ostatnich latach przez badaczy, lecz wciąż pozostających w cieniu trzydziestu dynastii, niemal stu siedemdziesięciu królów i trzech tysięcy lat tutejszej cywilizacji.

Starożytny Egipt to przecież przede wszystkim świat mężczyzn. Kiedy więc szukałem jego wyróżników – fraz, którymi można by go prosto, szybko i trafnie opisać – na myśl przychodziły mi następujące określenia: potęga faraonów, władza i intrygi kapłanów, wojny, podczas których ginęli niezliczeni żołnierze, kunszt rzemieślników, spiski następców tronów. Same męskie sprawy. Tyle że podczas gdy w antycznej Mezopotamii, Grecji czy później w Rzymie kobiety były obywatelkami „drugiej kategorii”, miały bardzo ograniczone prawa, to wcześniej, właśnie nad Nilem, zdarzało się, że rządziły największym państwem swoich czasów, a na co dzień posiadały więcej praw i swobód obywatelskich niż

22 Klątw A „Hero D otów” wyjazdem z moim redaktorem z wydawnictwa, które zleciło mi tę – chyba już dwudziestą, a może nawet dwudziestą którąś – wyprawę nad Nil.

w niejednym państwie współczesnym. Kemet, bo tak zwało się przed wiekami starożytne afrykańskie państwo, w którym władcy stworzyli jedną z pierwszych cywilizacji, wyprzedzał pod tym względem inne państwowości o całe tysiąclecia.

Zdarzało się więc, że realna władza nie należała w nim do władcy zasiadającego na tronie, lecz do kobiety z jego otoczenia. Śladami takich bohaterek podążałem wzdłuż jednej z najdłuższych rzek świata.

W Kairze skrupulatnie obejrzałem zabytki zgromadzone w muzeach, mumie i posągi, przede wszystkim moich bohaterek, przestudiowałem dotyczące ich zbiory dokumentów zebrane w kilku bibliotekach. Opuszczając miasto, zostawiałem za sobą towarzyszki wielkich piramid – małe grobowe ostrosłupy zbudowane dla żon, córek, matek tych, którzy władali Starym Państwem. Miejsce pochówku Hetepheres I –matki Chufu1, małżonki Snofru (budowniczego kilku piramid, w tym pierwszej w dziejach tzw. piramidy właściwej w Dahszur) – w którym odkryto tron z hebanu, łoże inkrustowane złotem i alabastrową skrzynię na naczynia kanopskie2 – najstarszą królewską, jaką dotąd odnaleziono3. Grób Meritites I, głównej żony Chufu, noszącej tytuł Umiłowanej Ojca – prawdopodobnie Snofru, matki następcy tronu Kawaba i być może późniejszego faraona Dżedefre. Stela z jej mastaby opiewa ją także za panowania Chufu, co sugeruje, że żyła bardzo długo i mogła mieć wielką, zakulisową władzę w państwie4. Piramidę kolejnej żony budowniczego tej największej – Henutsen – czczonej nawet niemal trzy tysiąclecia po śmierci, jak wynika z wykutej za czasów XXVI dynastii steli, według której była kapłanką bogini Izydy5. Wszystkie te zazwyczaj omijane przez tłumy turystów ślady dawnych żon królów, o których wiemy niewiele, którymi niechętnie

Jedyny znany wizerunek Chufu. Muzeum Starożytności w Kairze.

zajmują się egiptolodzy, bo źródeł historycznych ich dotyczących mają jak na lekarstwo.

Dzień wcześniej z wielką ciekawością obejrzałem jeszcze inne kairskie kobiece ślady dawnych czasów – pozostałości po satelitarnej piramidzie piramidy Chufu, którą chociażby egiptolog Mark Lehner uważa za dom ka , czyli jednego z pierwiastków duszy władcy, odpowiedzialnego za czerpanie przez niego mocy witalnych z przynoszonych mu darów, a nie za grobowiec jego żony 6. Obszedłem też mastabę Chamerernebti I, prawdopodobnie córki Chufu, Wielkiej Małżonki Chafre, matki Menkaure. Dotarłem do pięknie zdobionego grobowca Meresanch III – wnuczki Cheopsa, która wyszła za swego drugiego wuja Chafre i urodziła mu osiem córek (jej portret z krótką fryzurą w nim odkryty wywrócił konwencję przedstawiania kobiet z tamtego okresu)7. Podziwiałem miejsca spoczynku Chamerernebti II, siostry i żony Menkaure, Szepsetkau, jego półsiostry, oraz Rechetre – tytułowanej Wielką Panią Berła 8. Pomyślałem wtedy, że Menkaure, budowniczy najmniejszej z wielkich piramid, otoczył się subtelną konstelacją żeńskiego pokrewieństwa. Każdy z trzech satelickich grobowców wskazuje inny wariant polityki małżeńskiej władcy: siostra-żona, półsiostra-dziedziczka oraz córka poprzedniego faraona. W mikroskali można więc wokół jego piramidy dostrzec całą makrostrategię między innymi IV dynastii: żenić się z siostrami, by zachować tron w jednej rodzinie, ściśle splecionym rodzie. Pomyślałem, że pasjonujące byłoby opisanie ich życia sprzed czterech i pół tysiąca lat, że gdyby tak ktoś wreszcie odkrył papirusy lub inskrypcje o nich rozprawiające, mogłaby na ich podstawie powstać pasjonująca literacka opowieść.

Moja taksówka leniwie pokonywała kairskie korki, przebijała się przez tutejszy gęsty i gorący smog, jakiego chyba nigdzie na świecie nie ma – miliardy cząsteczek drażniących substancji zawieszone w upalnym afrykańskim powietrzu niosącym piasek z Sahary. Wspominając małe piramidy, na których przysiadałem w ostatnich tygodniach niemal codziennie, żeby podziwiać z ich perspektywy te wielkie, należące do mężów oraz ojców, i czytać o właścicielkach tych niedużych, zastanawiałem się nad pozycją królewskich małżonek na dworze i w państwie, jakie tu stworzono przeszło pięć tysiącleci temu. Czy mogłyby one sięgnąć po większą władzę – zostać pierwszymi osobami w patriarchalnym świecie? Żyjącymi boginiami? Nie synami, lecz córkami boga Re? Jakie miały prawa? Czy zadowalały się tym, że na dworze w swoim kraju zajmują co najwyżej drugą pozycję?

Jak czytać ich historię? Przez pryzmat męskich monolitów i męskich wojen czy przez genealogię i codzienny trud życia w pałacu? Z labiryntu ich tytułów, małżeństw i funkcji duchowych zaczął mi się rysować inny niż powszechnie znany portret starożytnego Egiptu: państwa, w którym żona króla była strażniczką legitymacji władcy, a jej piramida czy inny grób – niezależnie od rozmiaru – sygnałem, że bez matczynej lub małżeńskiej pieczęci nawet największy z nich nie utrzymałby tronu. Zrozumiałem, że tak było od początku aż do końca tej niezwykłej, długowiecznej cywilizacji. Wreszcie samochód z piskiem opon wjechał na parking przed dworcem kolejowym. Na pięć minut przed odjazdem pociągu wbiegłem na peron i niemal w ostatniej chwili dosłownie wskoczyłem do wagonu. Wrzuciłem walizki na górną półkę w przydzielonym mi przedziale. Cały miałem tylko dla siebie, dla moich rozmyślań, notatek, kopii dokumentów

Klątw A „Hero D otów”

Herodot z Halikarnasu. Popiersie z Palazzo Massimo w Rzymie.

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Egipt. Śladami starożytnych królowych i ich polskich odkrywców by SIW Znak - Issuu