Skip to main content

Jaremianka. Biografia

Page 1

Wydawnictwo Znak Krakรณw 2019


Projekt okładki Krzysztof Rychter

Na okładce fotografia: Tadeusz Rolke / Agencja Gazeta motyw z obrazu Marii Jaremy, Penetracje I, 1957, Muzeum Sztuki, Łódź

Opieka redakcyjna Dorota Gruszka

Wybór fotografii Agnieszka Dauksza Współpraca Anna Glac

Adiustacja Magdalena Granosik

Korekta Małgorzata Biernacka Katarzyna Onderka

Indeks Artur Czesak

Łamanie Piotr Poniedziałek

Listy Marii Jaremy i Kornela Filipowicza na s. 302–303, 305–312 tłumaczyła z niemieckiego Małgorzata Rost.

Autorka korzystała ze środków pochodzących ze Stypendium Twórczego Miasta Krakowa. Copyright © by Agnieszka Dauksza © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2019 ISBN 978-83-240-5817-4

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2019. Printed in EU


GDZIE JEST MARIA?

Doszło do tego, że przez długie godziny wgapiałam się w portret Jaremy. Czekałam, aż się poruszy. Liczyłam, że wraz z tym ruchem odsłoni się rąbek tajemnicy, zobaczę Marię pod innym kątem. Gdyby chociaż drobny gest, mrugnięcie, kosmyk włosów w lewo, lekki półobrót? Prowokowałam ją na różne sposoby, powielając fotografię do bladości. Zaglądałam jej w oczy wprost do pikselowych ziaren, farbowałam włosy, kontrastowałam, studiowałam rysy twarzy, zagnieżdżałam się w porach skóry. Dawałam jej czas, chciałam, żeby dojrzała do tego ruchu. Zerkałam na nią znienacka i patrzyłam w skupieniu, do góry nogami, w negatywie, sepii i przez lupę. Rozpoznawałam w niej inne osoby, inne twarze, obce, znajome, pokrewne. Maria niewzruszenie pozostawała sobą. Mnie natomiast poruszała konsekwentnie, zwłaszcza to jej zdjęcie, które kazało patrzeć aż do bólu oczu. Zdawało mi się wtedy, że łzawię za Jaremiankę, za to jej życie przykrótkie i w najgorszym czasie. Albo za jej syna Ala, który nie umiał płakać, gdy odchodziła. Jednak najczęściej miałam poczucie straty za te wszystkie nasze niespotkania, niebycie i nierozmowy. 5


Gdy tak wgapiałam się w nią jak w obraz, niemalże osiągałam cel – jej twarz jakby się zmieniała. Wtedy ekran wygasał i zaczynałyśmy od nowa. Pozyskiwanie Marii trwało długo. Tak długo, aż zrozumiałam: ona nie poruszy się beze mnie.

* * *

Z tym umieraniem Jaremy była dziwna sprawa. Każdy co innego. Jedno wspólne – nikt nie chciał wierzyć w jej śmierć. Elvis Presley polskiej sztuki. Wydawało się, że wyjechała. Znowu Paryż lub Rzym. Ewentualnie Nicea, Florencja, Wenecja. Może Warszawa. Albo chociaż Żegiestów. Ci z Woli Justowskiej czuli, jakby pojechała pracować na Dzierżyńskiego, to znaczy Lea. Tym z Lea łatwiej było myśleć, że odwiedza tych z Woli. U plastyków z Łobzowskiej panowało przeświadczenie, że znowu zasiedziała się w kawiarni na Sławkowskiej. Na Sławkowskiej wierzono z kolei, że zaraz przyjdzie z Łobzowskiej. I tak w kółko. Wszędzie jej pełno: Maria w ciągłym ruchu. Maria zawsze gdzie indziej. Nieprzerwana podróż służbowa. Nawet wizyta na Salwatorze nie dawała gwarancji, że zastanie się ją na miejscu. Jej grób do dziś jest jakby ruchomy. Niby wiadomo, w której okolicy i kwaterze. Ale nie ma osoby, która trafi tam bez wielominutowego kluczenia w labiryncie nekroalejek. Tylko rodzinie się to udaje. Mnie jeszcze nigdy nie powiodło się bez błądzenia. Bywa, że wraca się z kwitkiem: zniczem w ręku i poczuciem absurdu. Maria znowu gdzie indziej. I tak od sześćdziesięciu lat. Według mnie umierała na raty. Tak, powiedzieli jej, że to białaczka. Nie, nie wierzę, że wcześniej nie przeczuwała. 6


Niby dowiedziała się o chorobie trzy lata przed śmiercią. Ale czy nie uczyła się tego od dziecka? Już wtedy miała to swoje przykuwające, poważne spojrzenie. Wydaje się, że żyła ku śmierci, w maksymalnym skupieniu, wykorzystując czas do cna. I chyba także na raty – zawsze jakoś wsobna, samowystarczalna; towarzyska, ale dawkująca swoją obecność, sprawcza, ale powściągliwa, energiczna, choć zawsze spokojna, z pasją zabierająca głos i jednocześnie cicha. Nie umiem sobie wyobrazić jej rozmowy z profesorem Julianem Aleksandrowiczem. Przyjaźnili się. Ale kto kogo namówił na badania? Jak szybko pojawiła się diagnoza? Czy próbował odwlec te słowa? Jeśli w końcu zwarł się w sobie i wydał na nią wyrok, jednego jestem niemal pewna: to Jarema próbowała uspokoić Aleksandrowicza, nie odwrotnie. Była zbyt racjonalna i subtelna, by skazywać innych na fałsz współczucia, choćby najbardziej fachowego. Inni twierdzą, że Aleksandrowicz nie zdecydował się przeprowadzić tej rozmowy. Powiedział Ilji, to znaczy Kornelowi Filipowiczowi, mężowi Marii. Kornel wahał się, czy zataić tę informację. Nie odważył się. Spytała tylko: ile pozostało mi życia? Ile pozostało mi życia – często myślę nad tą frazą. Paraliżująco proste pytanie. Ewidentnie Jaremianka nie pytała o czas, chciała wiedzieć, jaki jest limit bycia, jaki udział będzie jej dany. Ile-pozostało-mi-życia to także pytanie o sprawczość, świadomość, ruch. Odpowiedź pochodziła jednak z innego rejestru: trzy lata, trzydzieści sześć miesięcy, tysiąc dziewięćdziesiąt pięć dni. Maria potrafiła wcielić tę abstrakcję w życie. Czas między czterdziestym siódmym a pięćdziesiątym rokiem życia. Czas 7


najpełniejszego rozwoju artystycznego, kiedy powstały najważniejsze obrazy. Czas dobrych relacji, kariery, wyjazdów, wystaw, uznania, międzynarodowych nagród. Wykorzystała to życie, które jej pozostało. Okazuje się, że było jeszcze inaczej. Kornel nie odważył się powiedzieć Marii. Zadała to pytanie sama, z uśmiechem. Nie jemu, choć w jego obecności. Jest kilka wersji tej historii. Są różne interpretacje, skrajne, wciąż żywe odczucia i oceny. Istniały dowody, brutalne medyczne fakty, złe, coraz gorsze wyniki i mnóstwo poszlak. Pojawiły się plotki, wybuchł skandal, padały oskarżenia. Ktoś kogoś o coś, ktoś komuś coś, ktoś chciał dobrze, ktoś miał zapędy eksperymentatora, ktoś nie wierzył, ktoś nie mógł inaczej, ktoś minus ktoś, znowu minus ktoś, by osamotnić kogoś i kogoś, i kogoś. Wynik tego równania był następujący: umarły dwie osoby, inne nie pozbierały się po tej stracie, kilka zachorowało na depresję. Łączyło ich jedno: nie mogli uwierzyć.  „ Moja pacjentka i przyjaciółka Maria Jarema”, pisał w 1957 roku profesor Julian Aleksandrowicz w liście do profesora Jeana Bernarda, francuskiego hematologa, prosząc o udzielenie artystce pomocy lekarskiej w Paryżu. Można rozpatrywać tę historię pod kątem medycznym. Będzie to wówczas opowieść o próbie walki z nieuleczalną wtedy chorobą: przewlekłą leukemią szpikową, o kilku latach badań, testów krwi, konsultacji, o poszukiwaniu kolejnych lekarzy, czytaniu najnowszych opracowań naukowych, oczekiwaniu na wyniki, wreszcie – opowieść o potrzebie eksperymentu i jednym z pierwszych na świecie syngenicznych przeszczepów szpiku kostnego. 8


Profesor Aleksandrowicz był znanym hematologiem, szefem III Kliniki Chorób Wewnętrznych Akademii Medycznej w Krakowie. Przez wiele lat opracowywał metody leczenia leukemii. Przypuszczał, że kluczowy w takich przypadkach może być przeszczep szpiku od zdrowego dawcy. Mimo że próba przeszczepu podjęta przez niego przed wojną skończyła się szybkim zgonem pacjenta, w jego poszukiwaniach nadal wspierali go polscy i zagraniczni koledzy po fachu. Przypadek Jaremy miał być inny: wydawał się idealną szansą na przełom w badaniach. Dawczynią została bliźniacza siostra Marii, Nuna, a dzięki bliźniactwu jednojajowemu można było liczyć na zgodność tkankową przekazywanego materiału. Aleksandrowicz pełen nadziei zdecydował się na ten eksperyment w 1958 roku. Pierwsze udane przeszczepy szpiku w Polsce przeprowadzono dopiero w połowie lat osiemdziesiątych. O sobie samej zawsze: Jarema. O niej – zwłaszcza od czasu przyjaźni i współpracy z Tadeuszem Kantorem – często mówi się Jaremianka. Kobieta-awangarda. Jedna z bardziej charyzmatycznych postaci pierwszej połowy XX wieku. Twórczyni oryginalnej koncepcji i techniki estetycznej, mistrzyni monotypii. Była niekwestionowanym autorytetem w kręgach polskiej sztuki awangardowej. Rzeźbiarka, malarka, graficzka, autorka kostiumów, scenografii, dekoracji teatralnych, lalek i pomników, współzałożycielka Grupy Krakowskiej, teatru Cricot i Cricot II, w którym zdarzało jej się także występować jako aktorka. „Linia pochodu sztuki Marii Jaremy była bezkompromisowa, odeszła w pełni sił twórczych i rozwoju. Umarła ciałem, ale dla nas pozostała i trwa nadal w Innym Wymiarze – myślę o jej sztuce, o tej osobliwej harmonii koloru i dźwięku” – pisał Xawery Dunikowski. 9


Marysia-Mama, tak o niej w rodzinie mówili. I tak też do niej się zwracali. Z tej perspektywy będzie to opowieść o Marii ze Starego Sambora na Kresach, córce nietypowych rodziców, siostrze siedmiorga rodzeństwa, od 1929 roku, gdy przeniosła się do Krakowa, partnerce, później żonie i matce. Będzie to też opowieść o wielopokoleniowym domu, różnorodności, wspólnych tradycjach, wzajemnych inspiracjach, podróżach, emigracji, wieloletniej korespondencji, zaufaniu, rozczarowaniach, smutku, miłościach, chorowaniu i konsekwentnym wsparciu. Brzmi banalnie? Ten portret rodzinny w żadnym momencie nie ciąży ku ckliwości. Nie znam dziwniejszej rodziny niż Jaremowie. Pełno tu niejednoznacznych wyborów, nietuzinkowość niekiedy ociera się o szaleństwo. Zwyczajność idzie w parze z nagłymi zwrotami, życiowe eksperymenty mają wysoką stawkę. Jedno jest pewne: nie ma mowy o zawiści, zdradzie, resen­ tymencie. Niezależnie gdzie, jak i czym żyją, Jaremowie to ludzie spełnieni. Funkcjonują jak sieć, w której każde ogniwo pewne jest trwałości pozostałych. Są silnymi indywidualistami, wspierają się, ale i spierają. Stefania ze Śmigielskich i Józef Jarema, ich dzieci: Władysław, Józef, Aleksander, czyli Oleś, Adam, Roman, Bronisława, to znaczy Nuna, i Maria, oraz ich nieliczne dzieci: Zbigniew, Roman, czyli Jędrek, Aleksander, czyli Al, i Małgorzata, czyli Gonia. „Rodzinka” – mawiali o sobie Jaremowie. Prężnie działająca instytucja – chciałoby się powiedzieć, patrząc z dystansu. Można też postrzegać historię Marii jako narrację emancypacyjną. Jest to przypadek równouprawnienia wcielonego i spełnionego, zakorzenionego w komórkach ciała, wyssanego z mlekiem matki, wyniesionego z relacji domowych, 10


przekraczającego wszystkie dotychczasowe fazy emancypacji. Jaremianka nie znała ograniczeń, zdawała się nie dostrzegać podziałów płciowych, kulturowych i etnicznych, dosłownie machała na nie ręką. Nie była to ignorancja, po prostu każdą różnicę traktowała jako atut. Sama Maria wprost była różnicą w sposobie zachowania się i noszenia, w stylu, strojach i procesie twórczym. Także innych pobudzała do działania i zmiany. Relacyjność i intensywność były jedynymi wartościami, które miały znaczenie. Emancypacyjny potencjał opowieści o Jaremie widać najlepiej, gdy sprowadzi się jej losy do schematu biograficznego. Prowincjuszka z wielodzietnej, średniozamożnej, inteligenckiej, ale wciąż małomiasteczkowej rodziny, obciążonej długami, niepewnej stabilności dochodów i przyszłości sześciu synów i dwóch córek. Ta dziewczyna marzy o studiach artystycznych w dużym mieście, gdzie faktycznie udaje jej się wyjechać w wieku dwudziestu jeden lat – ze wschodnim akcentem, jedną walizką, mglistym wyobrażeniem o życiu w Krakowie. Jest jedną z niewielu kobiet w grupie rzeźbiarskiej prowadzonej przez profesora Xawerego Dunikowskiego. Ta sama dziewczyna wkrótce zakłada jedną z ważniejszym grup artystycznych, uczestniczy w wystawach, kończy studia. Jest w centrum życia towarzyskiego, zawiera znajomości, które przetrwają lata, wiąże się z interesującymi mężczyznami i to ona decyduje, kiedy przekuć te związki w trwałe przyjaźnie. To także ona uznawana jest za jedną z najważniejszych, zdolnych i barwnych postaci międzywojennego Krakowa. Znają ją tu wszyscy, większość ją ceni, a na pewno uznają jej autorytet. Wraz z upływem kolejnych dwudziestu lat 11


zaczyna być przedstawiana jako najwybitniejsza polska malarka, rozpoznawana także poza krajem. Wystawia swoje prace w zagranicznych galeriach, czego zwieńczeniem jest udział w weneckim Biennale Sztuki Współczesnej i zdobyta tam Nagroda imienia Francesco Nullo. Pół wieku konsekwentnego rozwoju. Droga Mario, Kochana Marysiu, Marianciu, Marysiątko – pisali do Jaremy bliscy przyjaciele. Było ich wielu, głównie z kręgów artystycznych. Henryk Wiciński, Jonasz Stern, Sasza Blonder, Hanka Rudzka-Cybisowa, Erna Rosenstein, czyli Ela, Jadwiga Maziarska, Berta Grünberg, czyli Blima, Helena Blum zwana Blumką, Gizela Szancerowa, Przybosiowie, Różewiczowie, Henryk Vogler, Artur Sandauer, Tadeusz Brzozowski, Jan Kott. No i Tadeusz Kantor, którego łączyło z Marią szczególne porozumienie. Wiele lat później pisał w Liście do Marii Jaremy: „Umiałaś świetnie tańczyć. I taniec był w Twoich obrazach. Szaleńczy taniec z przestrzenią. Nawet gdy w tym tańcu mignął gdzieś jakiś Twój partner, jakieś oko, usta, ręka, zarys rękawa czy marynarki, to zamieniałaś go, jak to bywa w dobrej zabawie, w wirującą przestrzeń i jej ruch. (…) I jeszcze Twój śmiech, i ­Twoja w tym śmiechu inteligencja (…). Tak jak w Klasie Szkolnej jesteś: obecna! Wielka Pani tej naszej polskiej obecności!”. Setki spotkań, tysiące wypalonych papierosów, alkohol, proste jedzenie, najchętniej śledzie piklingi, bale, także przebierane, potańcówki, gra w brydża, ogona i szachy, wielogodzinne rozmowy, pomysły i wspólne plany, realizowane razem wystawy, zaangażowanie polityczne, dziesiątki listów i dzielonych podróży, w tym spływów kajakowych. Wiele żartów, koleżeńskiej złośliwości i odwzajemnianej pomocy, 12


ale przede wszystkim dyskusje o sztuce, komentowanie stanowisk, umacnianie własnych programów. Maria była towarzyska, ale też w jakiś sposób nieprzystępna, tająca uczucia, osobna. Tadeusz Różewicz przyznawał, że można było czuć się przy niej niepewnie: „Zdawało się, że M. posiada tajemniczy dar. Podobnie jak różdżka czarodziejska potrafi wykrywać wodę w miejscach dla innych zupełnie niespodziewanych, M. wykrywała w ludziach ich kompleksy i tajemnice. Odkrywała jednym słowem okryte i zasypane dawno urazy. Nie osądzała nigdy tych spraw; uśmiechała się, niedbale machała ręką. Czasem mówiła: dureń, świnia, idiota”. I dodawał: Jarema to „porządny, uczciwy człowiek. No, i bardzo utalentowana. Tylko się zgrywa…”. Mimo wszystko żadna z tych perspektyw nie oddaje wielopostaciowości Jaremy, wrażenia, które wywoływała, ruchu, jaki prowokowała. Narracje nie wyjaśnią też, co wydarzyło się jesienią 1958 roku. I co działo się wcześniej, przez te trzy lata, gdy Jaremianka pracowała w zapamiętaniu, by namalować każdy kolejny obraz – choćby tylko jeszcze jeden. Nie ma również logicznej odpowiedzi na pytanie, co się stało na początku 1959 roku, kiedy – jak gdyby w odpowiedzi na odejście Marii – umarła Nuna. Zapewne nie zadawałabym tych pytań, gdyby nie znaleziony kilkanaście lat temu portret Jaremy. Zrobiony przez Tadeusza Rolkego pod koniec października 1957 roku w warszawskiej Zachęcie, na rok przed śmiercią Marii. Jest to jedno z ostatnich jej zdjęć. Artystka spogląda w obiektyw tak, że nie sposób oderwać od niej wzroku. Jest hipnotyzująca, przeraźliwie blada, niemal porcelanowa. Jednocześnie emanuje z niej smutek i siła. 13


Być może nie szukałabym tej fotografii, gdyby nie opowiadanie Fizjologia Kornela Filipowicza. Równie prawdopodobne, że nie czytałabym tak wcześnie prozy Filipowicza, gdyby nie wpływ Wisławy Szymborskiej. Skądinąd ciekawe, czy te kobiety kiedykolwiek się spotkały. Przebywały w jednym towarzystwie? Rozmawiały ze sobą? Być może, przecież to Kraków. Szymborska widywała po wojnie obrazy Jaremy w galeriach. Jarema z kolei publikowała wywiady w „Życiu Literackim”, gdy Szymborska pracowała w redakcji tego czasopisma. Wiedziały o sobie i dyskretnie się wspierały, to pewne. Późnym, choć nie jedynym tego dowodem, jest mural z krakowskich Azorów przedstawiający obraz Jaremy – mural, o którego powstanie zabiegała między innymi Szymborska. Gdzie szukać dziś Jaremianki? Przede wszystkim pozostały jej prace – obrazy, grafiki, szkice, rzeźby, lalki, projekty kostiumów i same kostiumy – rozproszone po krajowych muzeach w Krakowie, Warszawie, Wrocławiu, Łodzi, Poznaniu, Katowicach, Bydgoszczy, Słupsku, Sandomierzu, Bytomiu. Są też formy obecne w przestrzeni miejskiej: pomnik semperitowców na rakowickim cmentarzu, który Jarema stworzyła dla uczczenia robotników zabitych podczas strajku w 1936 roku w Krakowie. Jest pomnik-fontanna, czyli inspirowana twórczością Chopina struktura fortepianowych strun i młoteczków, zaprojektowana przez Jaremę w 1949 roku, a zmaterializowana w formie pomnika dopiero w 2006 roku na Plantach, u wylotu ulicy Franciszkańskiej, nieopodal Filharmonii Krakowskiej. Jest i rzeźba w kształcie kobiecej głowy umieszczona nad portalem kamienicy przy alei Słowackiego 16 w Krakowie, inspirowana wyglądem 14


Marii, wykonana w 1934 roku przez Henryka Wicińskiego dla ozdoby nowo powstałego budynku według projektu architektów Jakuba i Maksymiliana Silbersteinów. Ważne są też miejsca: dom w Starym Samborze, gdzie Jarema się urodziła i mieszkała do 1929 roku, pokój w kamienicy na krakowskim Powiślu, który wynajmowała w czasie studiów, dom na Woli Justowskiej wybudowany przez rodzinę Jaremów w latach trzydziestych, mieszkanie w kamienicy przy ulicy Lea, w którym Maria mieszkała i pracowała aż do śmierci, kawiarnia plastyków przy ulicy Łobzowskiej 3, gdzie przychodziła prawie codziennie, Esplanada przy Podwalu, kawiarnia U Warszawianek przy Sławkowskiej, krakowska Akademia Sztuk Pięknych, gdzie się uczyła, grób na Salwatorze, gdzie spoczywa wraz z mężem, siostrą i teściową. Niby wszędzie jej pełno, ale ślady nie zawsze są wyraźne i nie zawsze wskazują bezpośrednio na Marię. Kornel Filipowicz w latach osiemdziesiątych opisał trudy poszukiwania Jaremy w zakamarkach pamięci: twarz Marii, jej oczy patrzące na mnie, jej poruszające się usta,

słowa Marii, które słyszę, i jej myśli, które staram się odgad-

nąć. (…) Chwila, w której to było, i treść, która ją wypełniała – rzeczy, światła, cienie, kontury, dźwięki. Ruchy – nieznaczne

przesunięcia rąk, przechylenia głowy, mrugnięcia powiek,

uśmiechy. (…) Czy to jest to, co nazywamy tylko wspomnie-

niem? Nie, ta chwila i miejsce, te przedmioty, ruchy, dźwięki, słowa, myśli – wciąż są.

Bohater Filipowicza dokonuje mozolnej pracy zobaczenia Marii na nowo, jednak ćwiczenia z pamięcią nie przynoszą 15


satysfakcjonujących efektów. Obraz kobiety jest niepewny, migocze, rozmywa się, Marię zasłaniają cienie, jej słowa są zagłuszane, a mężczyzna przyznaje: „są chwile, kiedy między mną a Marią rozpościera się jakby strefa niepogody. Widoczność staje się wtedy trochę gorsza”. Szybko się okazuje, że bohater nie tyle chce Marię zobaczyć, ile przede wszystkim na nowo odczuć jej obecność. Cierpliwie podejmuje więc kolejne próby powrotu do tamtej chwili, która: powstała prawie z niczego, z uczuć, z drobin, które skupiły

się nagle, połączyły z sobą, powołały to zdarzenie do życia, stworzyły obraz i miłość (…) i będą trwały co najmniej tak

długo, jak długo ja żyć będę, a może i dłużej. Co ja plotę! Jak

mogą żyć dłużej? Po mojej śmierci wszystko przecież z czasem poszarzeje, kolory spłowieją, uczucia rozwieją się, obraz

się rozsypie – i kto potrafi odnaleźć i zebrać znów razem te

pogubione części, skupić punkty, plamki, linie, światłocienie,

i obraz odtworzyć?

Filipowicz ma rację: wyrazisty wizerunek Marii stopniowo zacierał się przez kolejne dekady XX wieku, zarówno w sferze publicznej, jak i pamięci jej bliskich. Jak sprawić, by Jarema i jej sztuka były na nowo obecne, odczuwalne i widzialne? Liczne tropy podsycają ciekawość i umacniają w pytaniu: gdzie jest Maria?


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Jaremianka. Biografia by SIW Znak - Issuu