K A T H R Y N
T A Y L O R
Zostawic DARINGHAM HALL tłumaczenie Agnieszka Hofmann
KRAKÓW 2016
Tytuł oryginału: Daringham Hall. Die Rückkehr Copyright © 2015 by Bastei Lübbe AG, Köln Copyright © for the translation by Agnieszka Hofmann Projekt okładki i grafika na s. 3 i 275: Eliza Luty Fotografia na okładce: © Simone Becchetti / Stocksy.com Fotografia autorki: © Kathryn Taylor Opieka redakcyjna: Kinga Kasperek Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Adiustacja: Anna Kopeć-Śledzikowska / Wydawnictwo JAK Korekta: Maria Armata / Wydawnictwo JAK, Joanna Hołdys / Wydawnictwo JAK Łamanie: Andrzej Choczewski / Wydawnictwo JAK ISBN 978-83-7515-350-7
www.otwarte.eu Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków, tel. (12) 61 99 569 Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak, w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl
Erykowi. Bez twojej pomocy moje marzenie może nigdy by się nie ziściło
Prolog
Nowy Jork Drzwi windy otworzyły się i Bena ogarnęło dojmujące uczucie swojskości. Nie miał pojęcia, ile razy przemierzał ciemną, elegancko połyskującą marmurową posadzkę korytarza prowadzącego do recepcji. Dość często jednak, by nie zwracać już uwagi na dyskretnie podświetlone logo firmy Sterling & Adams Networks, widniejące na ścianie nad kontuarem. Tym razem patrząc na napis, przywarł doń wzrokiem, jakby go rozpoznawał, ale zarazem doświadczał poczucia nieznanego wcześniej dystansu. Naturalnie to nadal była jego firma. Odczuwał dumę, że osiągnęli z Peterem tak wiele. Było ich stać na zatrudnienie pracowników oraz siedzibę na dziesiątym piętrze eleganckiego biurowca w centrum Manhattanu. Lecz powrót po tak długiej nieobecności smakował inaczej, niż się spodziewał. Albo to on się zmienił... – Panie Sterling! – Młoda Azjatka ze zdumieniem poderwała się na jego widok. Najwyraźniej Peter nie zapowiedział przybycia Bena. 7
– Dzień dobry, Chen Lu – rzucił, nie zwalniając kroku. Skinął głową, wyrywając ją tym gestem z odrętwienia. – Witamy z powrotem! – zawołała za nim z promiennym uśmiechem. Nadal nie zwalniając, minął szklane drzwi prowadzące do biur kierownictwa. Wszystko było jak dawniej: zdjęcia na ścianach przedstawiające ich obu podczas uroczystości odbierania jakichś wyróżnień, wspólny nowocześnie urządzony sekretariat. A jednak Ben czuł się tu dziwnie nie na miejscu. – Ben! – Sienna Walker siedziała za biurkiem i w przeciwieństwie do Chen Lu musiała się go spodziewać. Nie wyglądała na zaskoczoną. Jej uśmiech był powściągliwy, Peter zapewne już ją poinformował o celu przyjazdu Bena. Sienna otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale Ben najpierw zamierzał porozmawiać ze wspólnikiem. Wskazał na drzwi do gabinetu Petera. – Jest u siebie? – zapytał. Sienna przytaknęła, zapukał więc i wszedł do środka. Peter siedział za szerokim biurkiem, niemal zasłonięty dwoma monitorami oraz stertą dokumentów i skoroszytów. Znowu znajomy widok. Z tą różnicą, że przyjaciel nie uśmiechał się jak zazwyczaj, nie kwapił się również do wstawania na powitanie. Chaos na biurku ani trochę nie przypominał jednak tego, do którego przywykł Ben. – Posprzątałeś – powiedział zdumiony. – A ty postradałeś rozum – odparł ponuro Peter i uniósł się odrobinę na krześle. Z gniewnym spojrzeniem pochylił się nad biurkiem. – Żeby było jasne: moja odpowiedź nadal brzmi: „nie”! Ben westchnął głęboko. Wiedział, że napotka jego opór i nawet trochę go rozumiał. Co nie zmieniało faktu, że przyjaciel będzie musiał się pogodzić z jego postanowieniem. 8
– Nie proszę cię o pozwolenie, Peter – przypomniał. – Już podjąłem decyzję. Peter zamilkł na długą chwilę, a potem pokręcił głową. – To przez nią, prawda? Tę weterynarz! Zawróciła ci w głowie i nie potrafisz już jasno myśleć! Ben pomyślał o Kate czekającej na niego w apartamencie i westchnął mimowolnie. – Zapewniam cię, potrafię jasno myśleć. Wiem, że nie tego się spodziewałeś. Mimo to jestem... – Nie spodziewałem się? – przerwał ze wzburzeniem Peter i opadł na krzesło. – Nie spodziewałem? Mówisz poważnie? Na Boga, Ben, jeszcze w niedzielę zapewniałeś mnie, że niczego bardziej nie pragniesz, jak opuścić Daringham Hall i Camdenów. Nie chciałeś mieć nic wspólnego ze swoją dystyngowaną angielską rodziną i byłeś jedną nogą na pokładzie samolotu do Nowego Jorku. Po czym parę godzin później oznajmiłeś, że zmieniasz plany. Zamierzasz zrezygnować ze wszystkiego, co obaj budowaliśmy przez lata, by cały swój majątek włożyć w starą ruderę na skraju bankructwa! Sorry, wspólniku, nie tego się spodziewałem i zaczynam wątpić w twoje zdrowie psychiczne. Z wyrzutem popatrzył na Bena, który bez drgnienia powiek wytrzymał jego spojrzenie. W ustach Petera rzeczywiście brzmiało to kompletnie irracjonalnie. Zbyt wiele przemawiało przeciwko takiej decyzji i Ben doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Nawet jeśli Camdenowie byli jego rodziną, to wszak jego własna babka zadbała o to, by go z niej wykluczyć, i wciąż odczuwał gniew z tego powodu. A teraz, kiedy rodzina znalazła się na krawędzi bankructwa, nadarzała się doskonała okazja do zemsty. Mógłby się spokojnie przyglądać, jak Daringham Hall upada. A jednak – wbrew wszelkiemu rozsądkowi – postanowił pomóc Camdenom. 9
– Nie możesz mnie powstrzymać, Peter, obojętnie, co powiesz – odparł, wytrzymując przepełnione wyrzutem spojrzenie przyjaciela. – Zrobię to. – Ależ nie możesz zostawić mnie samego – zaprotestował Peter, a w jego głosie było słychać panikę. – Bez ciebie nie poradzę sobie z tym wszystkim. Ben nie przyjmował do wiadomości tego argumentu. – Guzik prawda. Finalizując transakcję ze Stanfordem, dowiodłeś, że radzisz sobie znakomicie. A skoro koniecznie chcesz mieć wspólnika, to znajdź sobie kogoś. Nie jesteś zdany wyłącznie na mnie. Ben zdawał sobie sprawę, że stawianie Petera przed faktem dokonanym było nie fair. Ale nie zwykł owijać w bawełnę, a w tej sytuacji wręcz nie powinien tego robić. – Czułem, że to się tak skończy. – Peter głęboko odetchnął, co zabrzmiało jak jęk. Jęk rezygnacji, bo Peter znał Bena jak nikt inny. Wiedział, kiedy Ben podchodził do sprawy na serio. – Dlaczego? – zapytał i pokręcił głową. – Wyjaśnij mi to, Ben. Dlaczego podejmujesz takie ryzyko dla tej Angielki? Ben wzruszył ramionami, niepewny, czy przyjaciel będzie w stanie zrozumieć jego pobudki. A te w gruncie rzeczy były całkiem proste. – Chcę się przekonać, czy dam radę. Powędrował myślami do popołudnia sprzed dwóch dni, kiedy zawrócił z lotniska do Daringham Hall. Do Kate. Nie potrafił z niej zrezygnować. Było z nią inaczej niż z innymi kobietami, nie miał pojęcia dlaczego. W każdym razie perspektywa, że nigdy więcej jej nie zobaczy, była nie do zniesienia. Chciał być z Kate. Początkowo wyobrażał sobie tylko jedno miejsce, w którym to byłoby możliwe: Nowy Jork. Kiedy obejmował Kate w złotych promieniach popołudniowego słońca przed stajniami Daringham Hall, uświadomił sobie, że ona 10
nie będzie mogła zrezygnować z Anglii. I pojął, że z nim było podobnie. Nie chciał odchodzić – jak utrzymywał przez cały czas. Chciał zostać i podjąć się tego niemożliwego, jak się wydawało, wyzwania – uratować Daringham Hall. Uznał, że choć może się to nie udać, warto spróbować. Owszem, ryzykował swoim majątkiem, ale pieniądze nigdy nie miały dla niego szczególnego znaczenia. Chciał ponownie poczuć ten dreszczyk emocji, jak wtedy, gdy tworzyli z Peterem firmę od zera, bez kapitału, tylko z pomysłem i mnóstwem energii. Chciał się przekonać, czy jest jeszcze zdolny do takich wyczynów. W pewien sposób chciał również coś sobie i Camdenom udowodnić. A mianowicie, że jest jednym z nich i zasługuje na tytuł, który przypadnie mu po śmierci dziadka. Chciał dowieść, że jest godzien tego, by zostać baronetem na Daringham Hall. Przypomniał sobie wyraz desperacji na twarzy Ralpha Camdena podczas ich ostatniego spotkania – Ty s i ę t y m z a j m i j, B e n. P r o s z ę. Ben miał do wypełnienia misję i choć długo wzbraniał się przed jej zaakceptowaniem, nie mógł zignorować ostatniej woli ojca. – No i złożyłem obietnicę Ralphowi. – Wzruszył ramionami. – Chcę się podjąć prowadzenia rodzinnego biznesu. Niechętnie się do tego przyznawał, ale spodziewał się, że Peter, który niewiele sobie robił z rodziny, skwituje jego słowa pogardliwym prychnięciem. Tymczasem on tylko popatrzył na niego uważnie, a w jego oczach pojawił się błysk zrozumienia, który niemal natychmiast ustąpił miejsca sceptycyzmowi. – I jak to sobie wyobrażasz? Co zamierzasz zrobić? Ben westchnął. – Już ci tłumaczyłem: odstąpię ci swoje udziały w firmie, po uczciwej cenie, rzecz jasna. Poza tym sprzedam mieszkanie, tym jak najszybciej zajmie się agent. Pieniądze przeznaczę 11
na spłatę kredytu, której domaga się bank. Camdenowie zaś w zamian przepiszą posiadłość na mnie. – I co z nią zrobisz? – zapytał ze złością Peter. – Na Boga, Ben, ta rudera jest o krok od splajtowania! – Właśnie. A ja mam zamiar ją uzdrowić. I już nawet wiem jak. – Plan dojrzewał w nim od momentu, kiedy dowiedział się o stanie finansów posiadłości. Trochę czasu zajęło mu uświadomienie sobie, że to on miał być osobą, która wprowadzi go w życie. – Potrzebna będzie restrukturyzacja, ale widzę tam spory potencjał. Peter uniósł brwi. – I Camdenowie się na to zgadzają? – Nie mają wyboru. Jeśli ja nie przejmę Daringham Hall, czeka ich utrata mienia. – Ben wzruszył ramionami. – Podejrzewam, że skoro muszą wybierać między kimś obcym a mną, to z dwojga złego jestem lepszy. – To nie jest żaden wybór, to szaleństwo – zaprotestował Peter. – Chcesz uzdrowić tę rozpadającą się ruderę? Jak? Ta buda to zabytek, worek bez dna. – Parsknął z pogardą. – Na Boga, Ben, obudź się! Nie jesteś panem na włościach, jesteś przedsiębiorcą, a ostatnia rzecz, jakiej ci potrzeba, to taka kula u nogi. To się skończy fiaskiem i zostaniesz bez grosza. Ben zawahał się na moment i nie po raz pierwszy zadał sobie pytanie, czy jednak za bardzo nie lekceważy ryzyka. Wiedział, że to śmiałe przedsięwzięcie, które – jeśli się nie powiedzie – będzie miało poważne konsekwencje nie tylko dla niego, ale i dla Camdenów. Dotąd wszystko, czego się podejmował, w zasadzie mu się udawało. Dlaczego akurat teraz miała powinąć mu się noga? – Po prostu spłać moje udziały, a potem zobaczymy – skonstatował ponuro. Peter długo milczał. Widać było, że bije się z myślami. Wreszcie skinął głową. 12
– W porządku, ty uparty sukinsynu – burknął. – Zrobię to, ale pod jednym warunkiem. Ben, który już miał się uśmiechnąć z ulgą, spoważniał i wysłuchał zaskakującej propozycji przyjaciela.
*** Kate stała przy szklanej ścianie salonu i spoglądała na Central Park. Apartament Bena znajdował się na dziesiątym piętrze i piękny widok na korony drzew – żółte i pomarańczowe w popołudniowym słońcu – w każdych innych okolicznościach wywołałby jej zachwyt. Dziś jednak dokuczało jej zbyt wielkie napięcie, dlatego wróciła na szeroką, zaskakująco wygodną skórzaną kanapę stanowiącą centralny punkt pomieszczenia. Pokój, podobnie jak całe mieszkanie, był urządzony nowocześnie, lecz wygodnie: proste, designerskie meble w najlepszym gatunku, do tego parę wyszukanych drobiazgów. Od Bena wiedziała, że wystrój zaplanowała projektantka wnętrz. Kate podobał się rezultat jej pracy. Naprawdę. Mimo to... Nie umiała nazwać tego, co ją tu uwierało. Na pewno nie sam apartament, raczej to, jak bardzo różnił się od jej maleńkiego domku w Salter’s End. Albo od pełnego antyków i tradycji Daringham Hall – miejsca, gdzie Ben chciał zamieszkać z nią po powrocie do Anglii. Czy będzie się tam dobrze czuł, skoro przywykł do takiego otoczenia? Nie powinna tyle o tym rozmyślać. Odkąd Ben dwie godziny temu wyszedł na spotkanie z Peterem, nie przestawała się bać. Z westchnieniem wstała z kanapy i ponownie podeszła do okna. Gdzie on się podziewał tak długo? Czy przedłużająca się rozmowa z Peterem to dobry znak, czy zapowiedź kłopotów? Naturalnie, że kłopotów. Peter z wielkim wzburzeniem przyjął decyzję Bena o pozostaniu w Anglii i przejęciu Daring ham Hall. W rozmowie z Benem raczej nie będzie ukrywał 13
swojego zdania. Chciał za wszelką cenę uniknąć odejścia Bena z firmy. Kate nie wątpiła, że zrobi wszystko, by go zatrzymać. Zdjęta nagłym chłodem, skrzyżowała ręce na piersi. A jeśli Ben się rozmyśli? To by oznaczało, że będą mogli być razem tylko wówczas, gdy Kate przeprowadzi się do Nowego Jorku. Była na to gotowa – tutaj też byli potrzebni weterynarze, na pewno znalazłaby sobie pracę. Ale kiedy patrzyła na to gigantyczne miasto zamieszkiwane przez miliony ludzi, musiała przyznać, że zmiana nie byłaby łatwa. Dla Bena pewnie też. Ścieżki ich życia nie biegły koło siebie. Jedno z nich musiało wyrzec się wszystkiego, co znało i kochało – bez gwarancji powodzenia... Drgnęła na szmer dochodzący od drzwi. Natychmiast pobiegła do przedpokoju i zobaczyła wchodzącego Bena. – I jak? Co powiedział Peter? Ben wrzucił klucze do niedużej wazy stojącej na komodzie. Potem wziął Kate w ramiona i przytulił mocno. – Odkupi moje udziały – odparł, ale jego uśmiech nie był tak radosny, jak oczekiwała. – Tylko tyle? – dopytywała. – Jak znam Petera, to pewnie dał ci nieźle do wiwatu? Ben westchnął. – Oj, dał, wierz mi. – Ale w końcu przełknął wszystko i się zgodził? Kate z napięciem obserwowała jego twarz. Przez chwilę miała wrażenie, że Ben unika jej spojrzenia. Uśmiechnął się jednak, tym razem z rozbawieniem. – Chyba w to nie wątpiłaś? – Nie. – Zarzuciła mu ramiona na szyję i popatrzyła na jego ciemnoblond włosy, wyraziste, tak bardzo znajome rysy twarzy i szare jak burza oczy, w których zatraciła się od samego początku. Była w nim zakochana do szaleństwa i z całego serca pragnęła się oddać radości z powodu tego, że nic już 14
nie stoi im na przeszkodzie. Mimo to nie potrafiła się wyzbyć obawy, że ryzykował zbyt wiele. – Naprawdę chcesz to zrobić? – zapytała jeszcze raz. Musiała. To był zbyt poważny krok. – Jesteś całkowicie pewien? W oczach Bena zamigotał cień, jego twarz spochmurniała. Kate nie wiedziała, co to oznacza, ale Ben uśmiechnął się znowu i przyciągnął ją do siebie. – A ty jesteś pewna, że chcesz spróbować ze mną? – zapytał, a kiedy uszczęśliwiona przytaknęła, przez głowę przemknęła jej myśl, że jednak uchylił się od odpowiedzi. Pochylił się ku niej, a kiedy ich wargi się zetknęły, zapomniała o trapiących ją wątpliwościach. Z głębokim westchnieniem przytuliła się do niego i uznała, że nie warto dzielić włosa na czworo. „Musimy tylko przy sobie trwać – pomyślała i namiętnie odwzajemniła pocałunek. – A wtedy nie może się nie udać”.
1
Anglia Wschodnia, sześć miesięcy później – Tylko nie to! – warknął Ben. Kirkby aż zastygł w pół ruchu. Kate, która właśnie wchodziła do gabinetu, zatrzymała się zaskoczona. – Nie chce pan herbaty? – upewnił się skonsternowany Kirkby, nie wiedząc, czy postawić pełną filiżankę na biurku, tak jak zamierzał. – Słucham? – Ben z nieobecnym wyrazem twarzy odłożył komórkę i dopiero teraz spostrzegł, że nie jest sam. – Nie. Tak. Naturalnie. Przepraszam, Kirkby. Nie miałem na myśli pana. Potężnie zbudowany lokaj skinął głową i nalał mu herbaty, po czym zwrócił się do Kate. – Czy przynieść drugą filiżankę? – Nie, dziękuję – odmówiła z uśmiechem Kate, a kiedy Kirkby opuścił pokój i zamknął za sobą drzwi, podeszła do biurka. – Myślałem, że jesteś jeszcze w pracy. – Ben z marsową miną zerknął na zegar na kominku. – Dopiero czwarta. Skończyłaś wcześniej? 16
– Miałam mało pacjentów. Zresztą i tak powinnam sprawdzić, co z Devilem – wyjaśniła. Na samą wzmiankę o tym Ben przewrócił oczami. – Kate, nie poradzisz sobie z tą bestią. To strata czasu. Poza tym to jest niebezpieczne. – Westchnął. – Naprawdę wolałbym, żebyś zostawiła go tam, skąd go wzięłaś. – Przecież nie mogłam – zaprotestowała natychmiast. Nie miała serca odprawiać podrzucanych jej bezpańskich zwierząt. Zwykle były to psy lub koty, które przygarniała na jakiś czas, dopóki nie znalazła dla nich domu. Odkąd mieszkała w Daringham Hall, miała jednak do dyspozycji stajnie, więc jakiś czas temu przyjęła pod opiekę czarnego ogiera. Odzyskała go z pseudohodowli i cierpliwie z nim pracowała. Jednak koń był narowisty, a przyparty do muru, czasami reagował agresywnie. Była przekonana, że intensywny trening zrobi z niego dobrego wierzchowca, i już widziała postępy. – Devil powoli odzyskuje zaufanie do ludzi – oznajmiła z odrobiną dumy. – Ostatnim razem był całkiem spokojny, nawet dał się pogłaskać. Ben prychnął, zrezygnowany i rozbawiony zarazem. – Też chciałbym być przez ciebie głaskany. Mogłabyś spędzać czas ze mną, a nie z koniem. Pretensje były uzasadnione, bo brak czasu rzeczywiście dawał im się we znaki. Za dnia widywali się na krótko, w przelocie. Kate pełniła dyżury w gabinecie i chodziła na domowe wizyty, Ben był zaś tak zajęty zarządzaniem majątkiem, że często zostawały im tylko wspólne śniadania i wieczory. A bywało, że nie było również i tego. Prace remontowe w Daring ham Hall oraz plany restrukturyzacji pochłaniały Bena do tego stopnia, że często pracował do późna w nocy. Teraz również był zajęty jakimś dokumentem, który zgłębiał z wyraźnym zaniepokojeniem, marszcząc brwi. Kate przeszła na jego stronę biurka i zerknęła mu przez ramię. 17
Zobaczyła, że studiuje fakturę wystawioną przez wykonawcę robót opiewającą na zastraszająco wysoką sumę. – To przeróbka piętra kosztowała aż tyle? – zapytała z przestrachem. Skinął głową. – Zdaje się, że tyle właśnie trzeba wyłożyć, jeśli chce się remontować obiekt objęty ochroną zabytków. Ale nie to jest najgorsze. – Z westchnieniem odłożył fakturę do przegródki. Kate poczuła, jak ściska jej się żołądek. – Coś się stało? Ben odchylił się na krześle. – Nie, wręcz przeciwnie. Właśnie o to chodzi, że nic się nie dzieje – odparł z rezygnacją. – Dostawa dachówek, na którą czekamy od dawna, spóźni się o kolejne dwa dni. A przed chwilą dostałem SMS od elektryka, który miał się dzisiaj pojawić. Każe mi czekać do przyszłego tygodnia. Już drugi raz odkłada termin. Jak tak dalej pójdzie, otwarcie kawiarenki odbędzie się pod gołym niebem i przy świecach. – O, nie! – Kate położyła dłonie na ramionach Bena. Zaczęła je delikatnie gładzić i masować jego spięte mięśnie. To nie były pomyślne wiadomości. „Kawiarenka” właśnie powstawała w znajdującej się nieopodal stajni szopie, którą przerobiono i rozbudowano dzięki sporemu nakładowi środków. Już na początku maja, czyli za jakieś dwa tygodnie, miało nastąpić otwarcie lokalu. Turyści będą mogli się tam czegoś napić i zrobić małe zakupy. Przygotowania szły pełną parą, ale zwłoka oznaczała kłopoty. – Nie możesz zlecić tego komuś innemu? – Chciałbym – odparł Ben. – Tylko że za dachówki już zapłaciliśmy, a gdybym chciał to teraz odkręcić, nie zdążylibyśmy z otwarciem. Poza tym Rupert uważa, że odebranie zlecenia na elektrykę firmie Aldrich & Synowie wywołałoby skandal. Firma istnieje w Salter‘s End od trzech pokoleń. 18
Kate mogła tylko potwierdzić słowa starego baroneta. – To prawda. Poza tym Sam Aldrich bardzo angażuje się w kościele. Jest bliskim przyjacielem pastora Mortona. Ben westchnął. – Właśnie z tego powodu Rupert sądzi, że podobny afront z naszej strony byłby nierozsądny. Jest zdania, że to nastawiłoby ludzi przeciwko mnie. A ponieważ będziemy potrzebować personelu do kawiarni, więc nie byłoby to mądre posunięcie. – Wzruszył ramionami. – Kiedy się nad tym zastanawiam, to najchętniej odprawiłbym tego nierzetelnego elektryka z kwitkiem. Moje notowania wśród miejscowych już chyba nie mogą być gorsze. Rzucił tak od niechcenia, ale Kate wiedziała, że się tym martwi. Niełatwa rola nowego zarządcy nieźle dawała mu w kość. Ludzie nie ufali „Amerykaninowi” i z wielkim sceptycyzmem śledzili wszelkie jego poczynania. Ben nieustannie napotykał opór i Kate czuła, że coraz bardziej go to wykańcza. A trzeba przyznać, że osiągnął już niewiarygodnie dużo. Odkąd przejął zarządzanie majątkiem, Daringham Hall jakby zbudziło się ze snu. Przedtem rodzina otwierała posiadłość dla postronnych tylko latem w każdy drugi czwartek miesiąca. Teraz przed dwór niemal codziennie zajeżdżały autokary pełne turystów, spragnionych zwiedzania jego otwartej części. A przyjezdnych miało być jeszcze więcej. Ben zamierzał uczynić z dworu atrakcję turystyczną, przyciągającą czymś więcej niż tylko antycznymi meblami i pięknymi obrazami. Postawił na uprawy ekologiczne. Produkty organiczne miały stanowić podstawę dań serwowanych w kawiarence, a w przyszłości znaleźć się w ofercie dworskiego sklepiku, który już urządzano w szopie. Oprócz artykułów spożywczych zamierzano sprzedawać rękodzieło oraz wino wytwarzane w Daringham Hall. Już teraz czynny był punkt sprzedaży, mieszczący się w zaadaptowanej do tego celu części parteru, 19
a przy ładnej pogodzie przenoszony do namiotu na zewnątrz. Pod wieloma względami wciąż jednak improwizowano, Ben nie mógł się jednak doczekać wykończenia kawiarni. Żeby zwiększyć zyski, w przyszłości planował także noclegi oraz organizację wesel i innych imprez okolicznościowych. Kate była przekonana, że te pomysły wyjdą posiadłości na dobre, ale oczywiście pociągały za sobą zmiany, które nie wszystkim się podobały. – Musisz dać ludziom trochę czasu, żeby się przyzwyczaili do nowej sytuacji – powiedziała. – Kiedyś wszyscy będą się cieszyć z tego, co stworzyłeś. Ben niewyraźnie mruknął coś z niedowierzaniem. Wyciągnął ręce ku Kate i przyciągnął ją do siebie na kolana, na co chętnie przystała. – Jeśli przyszła tu pani celem pokrzepienia mnie, panno Huckley, to znam inne bardziej efektywne metody – pouczył ją z uśmiechem. Serce zabiło jej mocniej. – Ach tak? – Z promiennym uśmiechem zarzuciła mu ręce na szyję. – A co to za metody, panie Sterling? W odpowiedzi przyciągnął ją do siebie, zanurzył rękę w jej włosach i przejechał koniuszkami palców po wrażliwej skórze na karku, wywołując w niej tym delikatnym gestem dreszcz rozkoszy. – Już ty dobrze wiesz jakie – przekomarzał się. Poszukał ustami jej warg, a ona chętnie zatraciła się w pocałunku, zapominając o bożym świecie. Chwilę później w brutalny sposób przypomniał jej o nim dzwonek telefonu. Ben stłumił przekleństwo i uwolniwszy się od Kate, sięg nął po słuchawkę. – Halo? – burknął tak nieprzyjaźnie, że Kate wcale by się nie zdziwiła, gdyby dzwoniący natychmiast się rozłączył. Chciała wstać, żeby nie przeszkadzać w rozmowie, ale Ben ją 20
przytrzymał. Została i rozejrzała się po pomieszczeniu, które służyło niegdyś Ralphowi, ojcu Bena, za gabinet. Meble wciąż były te same, zresztą niewiele się tu zmieniło. W gruncie rzeczy Ben wymienił tylko sprzęt elektroniczny. Tam gdzie przedtem stał przedpotopowy pecet Ralpha, pojawił się nowoczesny komputer, nowy był również telefon. Zniknęły też fotografie Davida i Olivii, a Ben nie zastąpił ich innymi, nie było tu również żadnych innych rzeczy należących do niego. Na biurku leżały tylko dokumenty i skoroszyty, co nagle wydało się Kate strasznie bezosobowe. Można było odnieść wrażenie, że Ben nie zamierzał nadawać temu miejscu osobistego charakteru. Podobnie było z zajmowanymi przez nich pokojami. Wprowadzając się do dworu, Kate zabrała z domku swoje rzeczy – parę mebli, pamiątek i obrazów, które były dla niej ważne. Ben jednak zdawał się w ogóle nie posiadać niczego takiego... Odłożył słuchawkę, ona zaś tak głęboko pogrążyła się w rozmyślaniach, że w ogóle nie zarejestrowała, kto dzwonił i dlaczego. Teraz przyglądała mu się zatroskana. – Kolejne złe wiadomości? Uśmiechnął się krzywo. – Nawet bardzo złe. Dzwoniła nasza architekt. Jest jakiś problem z planowanym rozkładem pomieszczeń. Muszę rzucić na to okiem. – W porządku – westchnęła Kate z rezygnacją. – W takim razie przesuwamy pokrzepianie na później. Podnieśli się oboje. Ben przyciągnął ją znowu do siebie. – Tylko nie zapomnij – rzucił i pocałował ją tak namiętnie, że ugięły się pod nią kolana. Puścił ją z żalem, pośpiesznie zebrał kilka dokumentów i włożył je do teczki. – Ach, byłbym zapomniał, mam jedną dobrą wiadomość – powiedział, kiedy byli przy drzwiach. – Odezwała się dziś babka z wytwórni filmowej. Przyśle do nas kogoś, kto jeszcze 21
raz obejrzy lokalizację. – Uśmiechnął się szeroko. – Zdaje się, że jeszcze mamy szansę. – To wspaniale! – zawołała z entuzjazmem. Ben skontaktował się z pewną brytyjską stacją telewizyjną, która chciała nakręcić serial w Daringham Hall. Wprawdzie do wyboru było kilka podobnych posiadłości, ale decyzja jeszcze nie zapadła. Wciąż była nadzieja. – Owszem – zgodził się Ben. – Tylko że Timothy i Olivia raczej nie byliby zachwyceni, gdyby nas wybrano. Nie dość, że turyści, to jeszcze ogromna ekipa filmowa kręcąca się po domu... Będę musiał ich długo przekonywać, że Daringham Hall pilnie potrzebuje każdego źródła dochodów. Oboje zdają się nadal wierzyć, że żadne wyrzeczenia nie są potrzebne. Kate chętnie by zaprzeczyła, ale niestety Ben miał rację. Jego wuj uparcie sprzeciwiał się przekształceniu posiadłości w atrakcję turystyczną, obawiając się, że tłum obcych zniszczy urok Daringham Hall. Raczej nie będzie pochwalał obecności ekipy filmowej w domu. Olivia też stawiała opór przy każdej okazji i torpedowała wszystko, co proponował Ben. Kate zastanawiała się czasami, jak mu się udawało zachowywać cierpliwość. Mimo to nie zamierzała godzić się na to, by wątpliwości umniejszyły jej radość z pomyślnej wiadomości. – A niech tam. – Machnęła ręką. – Kiedy zjadą się tu gwiazdy telewizyjne, wszyscy, z Olivią na czele, będą przebierać nogami z ekscytacji. Wtedy cię pokochają, zobaczysz. Ben rozciągnął usta w grymasie, który od biedy można było uznać za uśmiech. – Wystarczyłoby mi, gdyby po prostu nie przeszkadzali. Nie muszą pałać do mnie miłością – oznajmił, a w jego głosie było tyle zniechęcenia, że aż ją to zabolało. Ben niechętnie mówił o swoich uczuciach, a temat miłości konsekwentnie omijał. Nawet z nią nie poruszał takich 22
tematów. Jasne, żyli razem i było im ze sobą dobrze. Ale kiedy mówiła mu, że go kocha, nigdy jej nie odpowiadał. Nie poruszał kwestii ich wspólnej przyszłości, istniało dla niego tylko tu i teraz. Niekiedy ją to niepokoiło, lecz pocieszała się myślą, że może potrzebował czasu, by się całkiem przed nią otworzyć. To była jedyna rzecz, która kładła się cieniem na ich szczęściu. Wierzyła jednak, że kiedyś pewnie i to się jakoś ułoży. Odprowadziła Bena do głównego holu. – Podrzucić cię do stajni? – zapytał, ale pokręciła przecząco głową i wskazała na przejście do kuchni, skąd dochodziły podniesione głosy. Jeśli słuch jej nie mylił, to wdowa po Ralphie, Olivia, kłóciła się właśnie zajadle z Megan, dworską kucharką. – Dzięki, ale najpierw pójdę sprawdzić, co tam się dzieje – rzekła i pocałowała go na pożegnanie. Ruszyła do kuchni, zanim jednak dotarła do drzwi, wypadła zza nich zapłakana pokojówka. – Alice? – Kate przytrzymała dziewczynę na ramię. – Co się dzieje? – Pani Camden... – Alice zaniosła się płaczem i urwała. – Wyrzuciła nas z pracy!