ROZDZIAŁ I w pogoni za „wrogiem”
29 stycznia 1955 roku rząd PRL-u przyjął uchwałę w sprawie tępienia wilków na obszarze całego kraju. Władze uznały, że trzeba położyć kres regularnym wilczym atakom na zwierzęta leśne i gospodarskie. Oraz – o czym mawiano tylko w kuluarach, by nie wywołać paniki – zapobiec możliwej agresji wobec ludzi. Liczebność gatunku Canis lupus w Polsce szacowano wówczas na około półtora tysiąca, a niesława „czarnego” wilczego charakteru tkwiła w ludzkich głowach tak samo mocno jak w średniowieczu. Jeśli mówiło się o wilku, to najczęściej źle.
Niespełna miesiąc później, 26 lutego, minister leśnictwa Jan Dąb-Kocioł zarządził, by prezydia rad narodowych wydzieliły pieniądze na „budowę pułapek, podwody (…), wynagrodzenie dla tropicieli, wykładanie padliny, nagrody za ubicie wilków oraz wybranie wilczych szczeniąt z gniazd i ich zniszczenie”*. A także na kupno i konserwacje fladr – około czterdziestocentymetrowych
* Fragment zarządzenia ministra leśnictwa Jana Dąba-Kocioła, opublikowanego 26 lutego 1955 roku w „Monitorze Polskim” 1955, nr 24, poz. 242, https://isap. sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WMP19550240242/O/M19550242.pdf, dostęp: 17.09.2025.
Zarządzenie ministra leśnictwa dotyczące akcji tępienia wilków
Myśliwi przechodzący przez fladry
chorągiewek, zwykle czerwonych lub pomarańczowych, nanizanych na sznury i rozciągniętych wokół leśnego obszaru, w którym otropiono wilki. Zwierzęta te panicznie się ich bały – zapewne kojarzyły je z ogniem – dlatego często nie mogły wydostać się z takiej pułapki. Tylko w województwie rzeszowskim na wszystkie wymienione zadania przeznaczono trzysta pięćdziesiąt tysięcy złotych. W kolejnych trzech latach było identycznie.
W odpowiedzi na apel rzeszowskich władz regionalnych jeszcze w tym samym roku dla chętnych zorganizowano grupowe wyjazdy w Bieszczady, gdzie żyło najwięcej wilków. Równie dużo widywano ich w Górach Sanocko-Turczańskich, Beskidzie Niskim i na Pogórzu Przemyskim. Mimo że miejscowych myśliwych nie brakowało, to nie potrafili oni poradzić sobie choćby z trzecią częścią licznych watah. Dlatego podobne wypady, zwykle kilkudniowe, urządzano także później. A następnie szumnie rozgłaszano, ile wilków udało się ustrzelić lub – znacznie częściej – ile szkodników zdołano wytępić. Słowa miały znaczenie i wpływały na postawy społeczne.
Podobno bieszczadzka Wołkowyja, powstała w XV wieku, wzięła nazwę stąd, że w okolicznych lasach żyło bez liku szarych drapieżników. Najpierw nazwano ją „Wilki-wyją”.
To nie fragment baśni, lecz wstęp do niewielkiego artykułu prasowego o krwiożerczości wilków, które jesienią i zimą 1956 roku zagryzły w trzech wioskach – Baligrodzie, Cisnej i Wołkowyi –ponad trzysta owiec. Ponadto zdziesiątkowały stado krów, a na deser dobrały się do psa w Górzance. Atak dostrzegł gospodarz i „przy pomocy grubego kija ubił wilka”. Dziennikarz ubolewa, że w opisywanym rejonie myśliwi są mało skuteczni i wolą urządzać polowania na dziki. Na koniec z wyrzutem dodaje: „Dotychczas nie zorganizowano ani jednej obławy na wilki”*.
– Eee tam… – wspominał przed kilku laty z uśmiechem Piotr
Domański, sędziwy łowca z Górzanki. – U nas wilków wcale nie było tak dużo, bardziej w wysokich Bieszczadach, to po co mieliśmy robić obławy? Czasami ktoś strzelił na polowaniu zbiorowym, innym razem z zasiadki. W tym drugim przypadku pod warunkiem, że miał siłę na wielogodzinne trwanie na ambonie.
Nie takiej jak dzisiaj, ocieplonej puchem, z wyrkiem i kuchenką gazową w środku, ale zupełnie gołej, w której hulał wiatr, a szron oblepiał myśliwemu rzęsy i brwi. Kiedy rankiem schodził z trudem po drabinie na ziemię, był prawie sztywny z przemarznięcia, a bywało, że trafiał do szpitala z zapaleniem płuc.
Najwięksi twardziele ryzykowali zdrowie, ponieważ umieli liczyć pieniądze. Według oficjalnego taryfikatora z lat pięćdziesiątych za likwidację wilka na polowaniu indywidualnym państwo
* J.J., Dlaczego Wołkowyja? Wilki zagryzły 320 sztuk owiec. Przypominamy myśliwym, „Nowiny Rzeszowskie”, 14.02.1956, s. 6.
wypłacało łowcy tysiąc złotych. Kiedy zwierzę padło od śrutu na zbiorówce – pięćset złotych, a jeśli odnaleziono wilcze gniazdo i wybrano młode – dwieście złotych. Ale żeby zabijać nielubiane drapieżniki, nie trzeba było mieć uprawnień myśliwskich. Według przepisów mógł to robić zarówno każdy dorosły obywatel PRL-u, jak i goście z innych demoludów i Europy Zachodniej, którzy na wieść o potężnej operacji chętnie zapisywali się na taką przygodę. Ci ostatni nie dla zarobku – sami płacili za tę możliwość – lecz po to, by zdobyć trofeum. We Francji, w Szwajcarii czy w Niemczech wilków było jak na lekarstwo, tymczasem w Polsce – zatrzęsienie.
Gajowi alarmowali lokalnych włodarzy: wilki opanowały rozległe górskie lasy, ale coraz odważniej podchodzą też do opłotków wsi. Jakby na potwierdzenie ich słów w Stefkowej, w powiecie leskim, drapieżniki starły się z rolnikiem:
Jan Krzyszczuk usiłował zadusić waderę, która napadła na jego krowy, (…) ale jej skowyt usłyszał samiec i ruszył partnerce na pomoc. (…) Z miejsca rzucił się na człowieka, zadając mu rany kłami i pazurami. Walka trwała kilka minut. Dopiero psy odpędziły wilki do lasu. Gdy Krzyszczuk po częściowym wyleczeniu się z ran udał się na miejsce walki z wilkami, opłaciło mu się to sowicie. Opodal (…) w krzakach leżała wilczyca, którą za pomocą psów uśmiercił. Otrzyma za to tysiąc złotych nagrody*.
Dziwna relacja, mało wiarygodna. Dziennikarz nie precyzuje, w jaki sposób doszło do walki człowieka z waderą, gdzie wtedy były psy i jak to się stało, że odpędziły wilki do lasu, a mimo to zdołały jednego zagryźć w zaroślach na łące. Podobnych informacji – nie zawsze rzetelnych, często rozdmuchanych – ukazywało się
* Dramatyczna walka człowieka z wilkami, „Nowiny Rzeszowskie”, 16.07.1956, s. 5.
w ówczesnej prasie więcej. Wilki były tematem dyżurnym, a czytelników obficie raczono bardziej lub mniej krwawymi doniesieniami. Można nawet uznać, że media wręcz patronowały akcji tępienia wilków.
– Pewnie zdarzały się nadinterpretacje, ale to z emocji – usprawiedliwia się emerytowany podkarpacki reporter. – Kiedy co pewien czas wyjeżdżałem w Bieszczady, miałem możność oglądania zmasakrowanych jeleni, zjedzonych niemal doszczętnie koni i bydła. Tropy wilków prowadziły do ludzkich siedzib, a wyobraźnia podpowiadała, że za chwilę nienasycone watahy dobiorą się do ludzi.
– Wilki atakowały wszystko, co się ruszało – potwierdza Franciszek Kaźmierczyk, leśnik i myśliwy, od połowy lat pięćdziesiątych mieszkaniec Chmiela. – Wchodziły do kurnika jak lisy, chociaż wcześniej gardziły pierzastym. W niektórych wioskach dorośli w obawie przed wilczymi watahami odprowadzali dzieci do szkoły, a po lekcjach przyprowadzali je do domu. Po zmroku nikt nie wychodził poza furtkę. Jeśli już musiał, to z widłami.
Nie inaczej było w Beskidzie Niskim. Z Wisłoka Wielkiego do szkoły w Komańczy uczniowie zmierzali zawsze w towarzystwie dorosłych. Jedni i drudzy tak samo obawiali się wilków, bo niemal codziennie słyszeli ich przeciągłe wycie. Drapieżniki nie zawsze podchodziły blisko nielicznych zagród, ale gdy już to zrobiły – nie rezygnowały łatwo z upatrzonej zdobyczy, najczęściej łańcuchowego psa, gęsi albo kury. Kiedyś jednak zdobyły się na większą odwagę: wparowały do niedomkniętego chlewu i rozpruły maciorę.
Zanim ludzkie masy ruszyły na wojnę z wilkami, najpierw zasypano urzędników w Warszawie stosem skarg – od osadników, włodarzy gmin, zarządów państwowych gospodarstw rolnych
(PGR-ów) i spółdzielni produkcyjnych. Jedna z takich spółdzielni hodowała w dolinie Tworylnego – zdziczałej po akcji „Wisła”, leżącej nad malowniczo wijącym się Sanem – bydło na eksport wołowiny. Państwowe stada, złożone z pięciuset i więcej sztuk, wypasali tu pierwsi bieszczadzcy kowboje: Henryk Victorini i Mariusz Merski. Niemal od pierwszego dnia pobytu na zmianę trzymali nocne warty przy zagrodzie z żerdzi, w której odpoczywały powierzone im zwierzęta. Wilki jeszcze bezpośrednio nie atakowały, ale już szukały sposobu na pokonanie przeszkody i dobranie się do bydła.
Któregoś letniego wieczoru odważyły się pójść o krok dalej –kilka z nich pokonało susem drewnianą barierę i wpadło między ryczące ze strachu bydlęta.
– Mogliśmy jedynie krzyczeć i strzelać z karbidu, w który sami się wyposażyliśmy – opowiadał Mariusz Merski – ale efekt okazał się marny. Tej nocy drapieżniki zabiły nam trzy cielęta, a był to dopiero początek kłopotów. Latem i wczesną jesienią watahy jeszcze parokrotnie atakowały nasz żywy inwentarz, także w dzień. Za każdym razem traciliśmy sztukę lub dwie i musieliśmy się tłumaczyć przełożonym, dlaczego nie zapobiegliśmy stratom.
Pasterze pytali samych siebie: czy także dawniej – w międzywojniu i później – tubylcy musieli toczyć nieustanne boje z wilkami i jakie sposoby na ujarzmianie zapędów drapieżników znajdowali? Ile rocznie ginęło im krów i owiec, jak takie straty odbijały się na ich życiu, gdzie szukali pomocy? Czy tylko we dworze, czy może gdzieś dalej – u kogoś ważniejszego? Teraz sami musieli stawiać czoła wilkom wyposażeni jedynie w drągi, pochodnie, karbid i białawego wyżła. Raf nie był zbyt duży, ale nadzwyczaj odważny. Ze zwarć z wilkami wracał pokaleczony, a później tygodniami lizał rany. Najpewniej nie miałby szans w owych konfrontacjach, gdyby nie chroniąca jego szyję
szeroka kolczasta obroża. Jej ostre szpikulce zraniły niejednego napastnika.
Częste wilcze podchody niebezpiecznie zmniejszyły dystans między dzikim zwierzęciem a człowiekiem. Canis lupus nie decydował się jeszcze na przekroczenie granicy, ale stał w pobliżu, patrzył na kowbojów i merdał przy tym ogonem. Jakby chciał pokazać, że nikogo się nie boi i tylko kwestią czasu pozostaje, kiedy zawładnie całym tym obszarem.
Henryk Victorini tak wspomina tamten czas: – Sytuacja stała się groźna, więc napisałem do władz podanie o wydanie pozwolenia na broń. Argumentowałem, że w związku z powtarzającymi się napadami wilków na państwowe bydło dubeltówka do jego obrony jest mi niezbędna. Miałem przekonanie, że otrzymam zgodę, bo rok wcześniej zdałem egzamin łowiecki, ale po paru tygodniach nadeszła odmowa. Bez uzasadnienia. Wystosowałem drugą prośbę, tym razem z adnotacją, że posiadaniem dwururki nie zaszkodzę Polsce Ludowej, lecz skutek był identyczny. Wtedy odpuściłem, choć nigdy nie wyzbyłem się przekonania, że odrzucili mój wniosek, gdyż uznali mnie za jednostkę niepewną. Takich samotników jak ja i Mariusz, żyjących na rubieżach i po swojemu, kojarzonych z niezależnością i wolnością, nie lubiano. Ale znaleźliśmy sposób na odstraszanie wilków: strzelaliśmy ze znalezionej w ruinach poukraińskiej piwnicy strzelby. Mariusz własnoręcznie, z niemałym wsparciem zaprzyjaźnionego z nami żołnierza, produkował pociski. Nie padł od nich ani jeden wilk, a byliśmy w Tworylnem i sąsiednim Krywem trzy sezony z rzędu. Ta broń nie była zbyt celna, w dodatku nie zależało nam na trofeach i pieniądzach, a jedynie na zachowaniu bydła przy życiu.
Rada Ministrów nie od razu zatwierdziła plan zniszczenia w Polsce gatunku Canis lupus. Stało się to dopiero po tym, jak z Podkarpacia oraz z północno-wschodnich obszarów kraju napłynęły alarmujące wieści, że w lasach już prawie nie ma zwierzyny płowej, a wilczy ród rozmnaża się w błyskawicznym tempie i bez kontroli. Skoro brakuje naturalnego wroga – podkreślano – który mógłby wilka przetrzebić, takim wrogiem musi stać się człowiek.
W czerwcu 1957 roku mieszkaniec wsi Szwedy koło Niska na Rzeszowszczyźnie szedł przez las. W pewnym momencie usłyszał skomlenie szczeniąt. Był pewien, że to małe wilczki, dlatego wyciął z leszczyny gruby kij i ruszył na poszukiwania. Kiedy znalazł się w pobliżu gniazda, drogę zastąpiła mu wilczyca. Gospodarz nie spanikował, przeciwnie – rąbnął waderę w głowę raz i drugi, aż ta skuliła się i uciekła w zarośla. Według przekazanej dziennikarzom relacji dalej było tak: chłop z pomocą kolegi, który nagle z nieznanych powodów znalazł się w miejscu akcji, dotarł do wilczego legowiska, wybrał z niego pięć szczeniaków, a następnie po kolei je zatłukł. Zwłoki dostarczył do Muzeum Łowieckiego w Rzeszowie, gdzie podpisał kwit potwierdzający odbiór nagrody finansowej. Od Wojewódzkiej Rady Łowieckiej otrzymał pisemne podziękowanie za nienaganną postawę.
Wyczyn mieszkańca Szwedów nie mógł się jednak równać z tym, który dwa miesiące wcześniej był udziałem Kazimierza Krzakowskiego, kierownika PGR-u w Chotylubiu pod Lubaczowem. Rankiem wybrał się, ze strzelbą na ramieniu, na obchód gospodarstwa. Kwadrans później napotkał w zagajniku wilka. Błyskawicznie odbezpieczył broń i wypalił. Jak się okazało – do ciężarnej wilczycy. Samica padła w ogniu, a jej osiem nienarodzonych szczeniąt, uśmierconych ludzkimi rękami, trafiło do słojów z formaliną, ustawionych na regałach wspomnianego już muzeum łowiectwa. Skórę wadery pięknie wyprawiono i ozdobiono nią podłogę pegeerowskiej kancelarii.
Ponad dwieście kilometrów na południowy wschód od Szwedów miejscowy nadleśniczy każdego wieczoru wychodził z domu w Stuposianach i zasadzał się na wilka. Nie zawsze z powodzeniem. Był jednak nieustępliwy i wytrwały. Chciał wziąć odwet – jak powtarzał – za pożarte na swoim podwórzu psy, dlatego częściej spędzał samotnie czas w lesie niż z rodziną. Władysław Pepera, uznany później przez kolegów po flincie za jednego z najwybitniejszych myśliwych, prawie nie widywał małych synów, bo był albo w pracy, albo na łowach. Kiedy bladym świtem dzieci jeszcze spały, on znowu szedł na wilka. Najczęściej udawał się na porośnięte krzakami wzniesienie w pobliżu wyboistej jeszcze drogi w kierunku Mucznego, przejezdnej tylko dla koni i ruskich ciężarówek.
Drapieżniki często żerowały tam na padlinie wykładanej przez robotników leśnych, niekiedy też dawały wielogłosowe nocne koncerty. Ich echo odbijało się od zalesionych masywów, a potem cichło gdzieś w dolinie.
To tam, na Wilczej Górze, jak z czasem okrzyknięto to miejsce – a nazwę tę naniesiono na mapy – Pepera odstrzeli najwięcej wader i basiorów. Zaweźmie się na wilki, a z czasem naliczy ich na rozkładzie pół setki. W wydanych drukiem wspomnieniach napisze jednak, że określanie go zapiekłym wrogiem wilków, jak niektórzy o nim mawiali, to nadużycie:
Ktoś może mi zarzucić, że (…) tępiłem je przy każdej okazji. Kierowałem się tym, że wilków było bardzo dużo, (…) że wilk jest bezwzględnym mordercą i nieprawdą jest, że wybiera on tylko słabe i chore zwierzęta. Jego populację musi kontrolować człowiek, inaczej zagrozi on innym gatunkom*.
* W. Pepera, Wśród lasów i zwierząt Bieszczad, wyd. 3, uzup. i popr., Gorlice: Drukarnia Glinik, 2014, s. 206.
O Peperze i innych łowcach tropiących wilki przeczytał pewnego dnia na uczelnianej tablicy ogłoszeń Tadeusz Zając, student leśnictwa i początkujący myśliwy. Znał Bieszczady od wczesnej młodości. Pochodził z nieodległego Przemyśla, ale uczył się w Poznaniu i zrazu nie wiązał zawodowego życia z rubieżami Polski. Po uzyskaniu dyplomu planował zostać w Wielkopolsce –bez trudu znalazłby tam pracę. Intuicja podpowiadała mu jednak, by wracał w rodzinne strony. Na razie na chwilę.
W zimowej przerwie spakował plecak i sfatygowaną dubeltówkę.
– Strzelała celnie nie dalej niż na czterdzieści metrów, więc kilka razy spudłowałem – opowiada. – Dopiero gdy dostałem sztucer od wojska, które udostępniało cywilom z uprawnieniami łowieckimi broń do walki z wilkami, ustrzeliłem pierwszego basiora.
Nieco wcześniej, w wakacje 1959 roku, wypasał bydło w Bieszczadach i widział, na co stać wilki.
– Wpadały nocą między krowy i zaczynała się masakra –mówi. – Ogrodzenie z żerdzi w żaden sposób nie chroniło podległego mi stada, a dwie blade lampy naftowe zawieszone na słupach były chyba tylko po to, żebym poczuł się pewniej. Mimo że jakiś czas wcześniej uzyskałem pozwolenie na broń myśliwską, to w bazie, nomen omen o nazwie Wilcza Dolina, jej nie miałem. Po wschodzie słońca liczyłem straty: zabite i zjedzone w połowie cielęta lub takie z tylko wygryzionym zadem. Gdy wilki urządzały rzeź, niektóre byczki uciekały na oślep, taranując ogrodzenie, ale była to ucieczka po śmierć. Przez kilka dni z rzędu znajdowałem w potokach resztki rozbebeszonych zwierząt. Zawsze naprowadzały mnie na nie kruki.
Po studiach Zając osiadł w górach już na stałe. Jemu podobnych było więcej i prawie każdy chciał mieć udział w likwidowaniu wilków.
– Kiedy się walczy z tak przebiegłym i groźnym przeciwnikiem – tłumaczono – człowiek musi odrzucić sentymenty. Jedynym
Resztki jelenia zagryzionego i zjedzonego przez wilki
celem staje się likwidacja wroga, tego dużego i tego najmniejszego, z którego kiedyś wyrośnie nieobliczalny przeciwnik. To jak wojna: bezkompromisowa, brudna, ale konieczna, by oczyścić las ze szkodnika i przywrócić go innym zwierzętom.
Tak samo myślał Stanisław Ziembowski z Polany.
Będąc w okolicy nadleśnictwa Lutowiska, usłyszał skomlenie wilczych szczeniąt. Nazajutrz (…) udał się na to samo miejsce. Drogę zastąpiła mu wilczyca. Ziembowski, nie tracąc zimnej krwi, zastrzelił waderę, która należała do rzadko spotykanych okazów, gdyż ważyła aż… 45 kg. Opodal myśliwy odkrył wilcze gniazdo, w którym znajdowało się 7 szczeniąt*.
* tap, Celnym strzałem zabił wilczycę i wybrał z gniazda 7 szczeniąt, „Nowiny Rzeszowskie”, 18.06.1958, s. 4.
20 | CZŁOWIEK I WILK
Za swój wyczyn mężczyzna otrzymał pochwałę od przełożonych
z łowiectwa i – rzecz jasna – nagrodę. Tysiąc złotych za waderę i tysiąc czterysta za jej potomstwo.
Czy wszystkie bezbronne maluchy zabijano? Według Stanisława Kwaśniewskiego, wojewódzkiego komisarza do walki z wilkami w Rzeszowskiem, w pierwszych dwóch latach akcji dużo szczeniąt oddawano do ogrodów zoologicznych, ale kiedy te się nasyciły, kolejne wilczki znalezione w jamach likwidowano. Robiono to jednym sprawnym uderzeniem kołkiem w głowę, co potwierdzają sami wykonawcy, bądź też gołymi rękami – przez uduszenie. Ale nie uogólniajmy – nie wszyscy byli zdolni do takiej roboty. Niektórzy nie szczędzili śrutu na dorosłe wilki, lecz nie potrafili w bestialski sposób pozbawiać życia młodych, nierzadko jeszcze ślepych. Władysław Podraza pod Rosochatem wyciągnął z nory pięć skamlących szczeniąt. Zgodnie z wytycznymi powinien je zabić, ale sumienie mu podpowiedziało, że to rozwiązanie niegodne prawdziwego myśliwego – takie postępowanie bardziej pasuje do wyzutego z uczuć kłusownika niż do kogoś, kto przyrzekał, gdy Wilczki wybrane z gniazda w lesie pod Polaną w Bieszczadach, lata 50. XX w.

wstępował w szeregi łowieckie, że będzie okazywał szacunek zwierzętom. Nie tym przez siebie wybranym, szczególnie lubianym –wszystkim.
Wilczych nor szukano na różne sposoby. Pisano o tym zarówno w wewnętrznych raportach urzędowych, jak i w dostępnych dla wszystkich gazetach:
Gniazda są zakładane przez wadery w miejscach dla człowieka najmniej spodziewanych, w tych niedostępnych i w pobliżu uczęszczanych dróg. (…) Obserwacja potoków i wykrycie wydeptanych ścieżek naprowadzały na znajdujące się w pobliżu gniazdo. (…) W drugiej połowie lipca, po wyprowadzeniu szczeniąt z gniazd, następowało odzywanie się wilków przez wycie, co wskazywało, że znajduje się tam nora. W tym wypadku fladrowano miot lub polowano tzw. cichym pędzeniem. Wilki odzywały się również na odgłos syreny. Kiedy np. w Ustrzykach Dolnych o godzinie 6 rano i wieczór odzywała się syrena tartaczna, wokół Ustrzyk wyły wilki bądź gniazdowe, bądź pojedyncze sztuki. Na odgłos syreny pożarniczej wilki nie reagowały*.
Nie zawsze przy okazji odkrycia nory zabijano matkę. Czasami nie było jej przy młodych, bo akurat szukała dla nich pożywienia. Po powrocie i zwęszeniu ludzkiego zapachu wpadała w panikę. Biegała jak w amoku wokół jamy, zaglądała pod pniaki, w zagłębienia terenu. W milczącej rozpaczy opuszczała w końcu siedzibę i odchodziła gdzieś dalej – z pozostałymi członkami rodziny, w której były wilki zeszłoroczne, bądź samotnie, skazana
* Akcja wilcza w województwie rzeszowskim w latach 1952–1971, kopia maszynopisu w zbiorach autora.
na nieustanny lęk i ciągłą walkę o przeżycie. Do czasu, aż znowu pokrył ją dominujący samiec i po dwóch miesiącach powiła nowe szczenięta.
W usankcjonowane prawem zabijanie wilków angażowały się całe rodziny. Zakup lin i czerwonego płótna był obowiązkiem wydziału leśnego każdej wojewódzkiej rady narodowej, w praktyce jednak nie zawsze realizowano zamówienia na czas, a nierzadko w ogóle nie wywiązywano się z tego obowiązku. Z konieczności sami myśliwi załatwiali materiał. Kiedy szli do lasu, ich żony i córki szyły fladry.
– Ciężka, monotonna praca, od której bolały dłonie i sztywniały palce – wspomina wdowa po myśliwym. – Co kilkadziesiąt centymetrów pocięty na paski materiał należało przyszywać na maszynie do grubego sznura. Siedziałam przy tym dniami i nocami, z przerwami na oporządzenie gospodarstwa. Tak samo moje znajome, które miały mężów myśliwych. Nie brałyśmy wprawdzie udziału w polowaniach, ale pośrednio przyczyniałyśmy się do zmniejszenia liczebności wilków.
Komplet fladr to cztery tysiące dwieście metrów bieżących. Ile mógł ważyć?
– Osiemdziesięciometrowy motek sznura równał się mniej więcej trzydziestu kilogramom – tłumaczy Stefan Dyrda z Polany. –Taszczyliśmy ten ciężar na plecach w parę osób, często w kopnym śniegu, kilometrami. Minus dwadzieścia, a my spoceni, zgrzani, serce w gardle. Mieliśmy średnio po trzydzieści lat i tylko dlatego dawaliśmy radę.
Wychodzili świtem na luźno, żeby odnaleźć wilczy matecznik. Wybierali kawał lasu, sto lub sto pięćdziesiąt hektarów, sprawdzali